Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Florencja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Florencja. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 lutego 2026

Galeria Uffizi- duchowa uczta


Galeria Uffizi z widokiem na Palazzo Vecchio i kopułę katedry
Dziś zabieram was na krótką wizytę w Uffizi.
Florencja była głównym, choć niespodziewanym punktem włoskiej wyprawy.
Z Rzymu miałam jechać w zupełnie innym kierunku, ale plany pokrzyżował zimowy rozkład jazdy pociągów. I tak zamiast w Perugii i Asyżu wylądowałam w Arezzo i Florencji. A tu nie mogłam sobie odmówić kolejnej wizyty w Uffizi. Ostatnie lata odwiedzałam Galerię dell` Accademia, Bargello, Klasztor San Marco, liczne świątynie. Dawno nie byłam w tej najwspanialszej galerii malarstwa (i nie tylko malarstwa, korytarze pełne są rzeźby). Mnie przyzywają głównie obrazy renesansowych mistrzów. Pewnie niewielu mnie zrozumie, ten zachłanny pęd do oglądania wspaniałych obrazów. Pocieszam się, że zrozumiałby mnie Iwaszkiewicz, którego Podróże do Włoch czytam. Właściwie dawkuję sobie po troszeczkę. On, który ubolewał nad tym, iż dwie jego wizyty w Sienie były niepełne, bo nie udało mu się odwiedzić galerii malarstwa, co zubożyło wrażenia. On, który w Galerii Florenckiej zachwycał się wspaniałym dziedzictwem przyrównując znajdujące się tam dzieła do komunii, a wizytę do zjednoczenia z geniuszami – twórcami, których czucie i talent tu spotykamy. I zrozumiałoby kilku innych. I może na jakiś inny sposób (sobie wiadomy) rozumieją to ci, którzy stoją w długich kolejkach do kas muzealnych.

Opowiem krótko o tylko sześciu, które spośród dużej ilości obejrzanych obrazów wyróżniły się tym czymś, co sprawiło, że zatrzymałam się przy nich chwilę dłużej.

Hołd trzech króli Durera

Żeby pozostać jeszcze w temacie Hołdu Trzech Króli (o którym pisałam tu i tu) tym razem wizja Albrechta Durera. Zwróciłam na nią uwagę z powodu zupełnie odmiennego potraktowania tematu. U Gentile da Fabriano czy u Benozzo Gozzoli kłębiło się od ludzi, jakby całe miasteczko wyległo zobaczyć nowonarodzonego. Może bardziej, niż dzieciątko zainteresowali ich pyszniący się bogactwem monarchowie. U Durera jest niemal pusto. Przed stajenką siedzi Matka Boska z dzieciątkiem, stoją trzej królowie i giermek, dalej stoi parę osób zajętych swoimi sprawami. Żadna nie zwraca uwagi na rozgrywającą się na pierwszym planie scenę. Królowie ubrani, jak na monarchów przystało bardzo dostojnie i bogato, ale nie jest to przepych jaki widzimy u Gentile, nie ma koron czy diademów. Na obrazie nie ma też zleceniodawcy. A w tym przypadku jest to Fryderyk III Mądry. Nie widzę jego rysów twarzy w twarzach monarchów, chyba nie wymagał od malarza tego rodzaju uwiecznienia. Przydomek zyskał dzięki roztropnej polityce, dyplomacji i trosce o rozwój kultury i nauki w swych dobrach.

Brak tłumów (na obrazie, choć i przed też pusto) sprawia, że obraz ma bardziej intymny charakter. Klęczący przed Jezuskiem najstarszy z mędrców wygląda jakby bawił się z dzieckiem, a nie uniżenie bił pokłony. Oczywiście znałam autoportret Durera, w wiedeńskim muzeum poznałam Portret młodej kobiety, ale jego obraz o treści religijnej miałam okazję oglądać po raz pierwszy.

Bitwa pod San Romano Ucello

Bitwa pod San Romano Paulo Uccello to jeden z niewielu obrazów batalistycznych, który mnie zainteresował. Nie przepadam za tego typu obrazami, wszelkie bitwy, raczej mnie nużą i przechodzę obojętnie. Ujmowanie bitwy, jako odświętnego widowiska, lekcji patriotyzmu kłóci się z moim pacyfistycznym nastawieniem. W tym obrazie coś sprawiło, że potraktowałam go inaczej. Być może niezgodnie z zamysłem malarza. Bitwa pod San Romano była bitwą pomiędzy Sieneńczykami a Florentyńczykami. Dowódcą Florentyńczyków był kondotier Niccolo da Tolentino. Skąd ja znam to nazwisko? Już wiem, to fresk jego pomnika konnego znajduje się we florenckiej katedrze. Pamiętam go doskonale, bo nie ma znowu tak wiele fresków w katedrze.
Uccello (co po włoski oznacza ptak) namalował cykl trzech obrazów przedstawiających bitwę pod San Romano (dwa pozostałe znajdują się w zacnych lokalizacjach NG Londyn oraz Luwr Paryż). Część w zbiorach Uffizi przedstawia decydujący moment bitwy. Dlaczego zwróciłam nań uwagę? Może dlatego, że moim zdaniem przedstawia nie tyle bohaterstwo walczących co okrucieństwo walki, odziera bitwę z elementów patetycznych. Nie widzę tu wyprężonych z wyciągniętymi do góry mieczami walczących, jest pobojowisko; poprzewracane konie, koń stojący dęba i drugi z wyrzuconymi do góry tylnymi nogami, rycerz bez głowy leżący na koniu, połamane piki, porzucone na ziemi elementy uzbrojenia. Nie ma krwi, nie ma wyprutych wnętrzności, ale widać że to nie zabawa w wojsko. Nie odświętne stroje, czy przepiękne chorągwie. Ale jest też nowatorstwo przedstawienia tematu, coś z surrealizmu XX wiecznych obrazów. I te monochromatyczne ziemiste kolory bardzo mi tu pasują.
Specjalnie dla Wkraja, choć dużo lepsze zdjęcia znajdzie w internecie; Madonna ze szczygłem Rafaela i Wenus z Urbino Tycjana

Madonna ze szczygłem Rafael

Madonna ze szczygłem czyli Matka Boska z dzieciątkiem i Św. Janem Rafaela jest pięknym obrazem, choć nie należy do moich ulubionych dzieł Rafaela. Każdy interesujący się sztuką ma swoje typy, koleżanka, z którą byłam w Dreźnie najbardziej lubi Madonnę sykstyńską, moja ciotka Wanda Szkołę Ateńską a ja Złożenie do grobu (obraz tak piękny, że wykradziony z kaplicy do której był przeznaczony przez ludzi papieża Pawła V). Madonna ze szczygłem była prezentem ślubnym dla przyjaciela artysty. Matka z czułością patrzy na małego Jana Chrzciciela, który pokazuje Jezusowi szczygła (symbol męczeństwa). Kobieta jest wcieleniem pobożności i oddania (napisałabym nawet poddania się woli Bożej- niech mi się stanie podług woli twojej). Jest w tym obrazie delikatność i urok. Z obrazem wiąże się tragiczna historia, otóż kilkadziesiąt lat po namalowaniu uległ on poważnemu zniszczeniu podczas zawalenia się domu, w którym się znajdował. Syn obdarowanego wydobył zniszczone fragmenty obrazu i dał je do sklejenia. W albumie Wielkie muzea wydanym przez Rzeczpospolitą zauważyłam delikatne ślady klejenia. Na zdjęciu z Uffizi ich nie dostrzegam, być może ostatnia renowacja (przeprowadzona w latach 1998-2008) była na tyle dobra, że zlikwidowała ślady ingerencji w obraz. Jakże mozolna jest praca konserwatorów sztuki, skoro renowacja obrazu trwała dziesięć lat. A zdarzają się zniszczenia, których skutki usuwane są kilkadziesiąt lat (jak te spowodowane przez powódź z 1966 r., w czasie której wysoka fala wraz z błotem i ropą naftową pokryła wiele dzieł sztuki ze zbiorów Uffizi, świątyń i bibliotek. Siła żywiołu była tak ogromna, że wyrwała złote drzwi do Raju z Baptysterium.
I taka myśl mnie naszła, że o ile madonny na obrazach renesansowych twórców mają piękne lub przynajmniej szlachetne oblicza, o tyle dzieciaczki są … delikatnie mówiąc mało urodziwe. Mówi się, że to w sztuce średniowiecznej dzieci mają brzydkie twarze starych mężczyzn, ale i na renesansowych obrazach dziecięce buzie trudno nazwać uroczymi. A może tylko ja tak to widzę.

Wenus z Urbino Tycjan

Wenus z Urbino Tycjana Ze wszystkich oglądanych dotąd obrazów Tycjana moje serce skradła Assunta w kościele Santa Maria Gloriosa dei Frari w Wenecji (pisałam o nim tutaj). Ale najbardziej znanym z jego obrazów jest Wenus z Urbino. Obraz nagiej kobiety tak spodobał się Guidobaldo della Rovere, że długo prosił matkę o pożyczkę, a kiedy ta odmówiła obiecał sam zdobyć pieniądze, aby tylko malarz nie sprzedał go komu innemu. Rodzina della Rovere była znaną we Włoszech arystokratyczną rodziną panującą w księstwie Urbino (wywodziło się z niej wielu dostojników kościelnych i dwaj papieże Sykstus IV czy Juliusz II). Guidobaldo zdobył pieniądze i obraz stał się jego własnością. Stąd nazwa obrazu przypisująca pochodzenie Wenus z Urbino.

Modelka prawdopodobnie była kobietą lekkich obyczajów (na początku XVI wieku żadna inna raczej by się nie odważyła pozować do aktu). Kobieta śmiało patrzy na widza, co prawda zakrywa ręką swe wdzięki, ale tak jakby od niechcenia. Spogląda też lekko znudzona, ale nie speszona. Jej spojrzenie jest wyzywające. Znajdujący się nieco dalej biały pies to symbol wierności małżeńskiej, a zatem miałażby to być pod postacią Wenus Penelopa czekająca na małżonka? Podkreślałby to też stojący na oknie krzew mirtu (symbol wiecznego oddania) oraz trzymane w dłoni różyczki (także symbol wiernej miłości).

Mitologiczny temat wykorzystał malarz, jako pretekst do ukazania śmiałej (jak na owe czasy) sceny erotycznej. Kobieta ubrana tylko w biżuterię kusi widza. A tak naprawdę z mitologii pozostała jedynie nazwa, bo kobieta nie ma boskich atrybutów, znajduje się we wnętrzu ówczesnego pałacu, z dwoma służącymi wyjmującymi ze skrzyni stój dla swej pani. Wenus z Urbino była inspiracją dla Olimpii Maneta.


Zwiastowanie Lorenzo di Credi


Zwiastowanie Lorenzo di Credi
Lorenzo di Credi nie jest tak dobrze znany, jak inni malarze doby renesansu, a był on uczniem Verocchia (podobno ulubionym), uczęszczał do jego warsztatu wraz z Peruginem (nauczyciel Rafaela) i Leonardem da Vici. We trójkę byli i kompanami i rywalami jednocześnie.

Pewnie widziałam parę jego obrazów, ale żaden z nich tak mnie nie zauroczył, jak to Zwiastowanie. Słodycz twarzyczki Marii jest dla mnie zniewalająca. Oderwana od lektury panienka odpowiada na pozdrowienie Anioła. Anioł jest taki bardzo ziemski, pucołowaty i zaokrąglony w przeciwieństwie do wiotkiej, eterycznej dziewczyny. Jakby oderwany od zabawy, albo od spożywania boskiego nektaru. Maria w cudownej błękitnej sukni sprawia wrażenie, jakby już chciała wrócić do lektury mówiąc a ty mój anielski chłopcze wracaj na niebiańskie pastwiska. Anioł i dziewczyna znajdują się z daleko od siebie, jakby centrum opowieści stanowił odległy pejzaż liryczny. Zachwyca mnie też dekoracja architektoniczna w postaci predelli pod ołtarzem z monochromatycznym przedstawieniem scen, których bohaterami są Adam i Ewa. Są tam stworzenia Ewy z żebra Adama, grzech pierworodny oraz wygnanie z raju - taka krótka księga Genezis, z Ewą w roli głównej. Ewą, której nowym wcieleniem ma być Maria, jedna ludzkość zgubiła, druga ją wybawi. A wszyscy niczym hipisi z pięknymi długimi włosami (od Stwórcy po Adama).


w powiększeniu

Trzy archanioły z Tobiaszem Francesco Botticini
O ile o di Credim słyszałam/ czytałam, o tyle Botticini to całkiem mi obce nazwisko. A okazuje się on kolejnym z uczniów Verrocchia. Założył własny warsztat i zyskał sporą popularność we Florencji, do czasu, aż na scenę weszli Lippi (Filipino) i Botticelli.

Trzy archanioły z Tobiaszem Botticini

Wspominałam już kiedyś o kolejnej z moich słabość do przedstawień Archanioła Rafaela z Tobiaszem. Od czasu, kiedy przeczytałam książkę Anioł panny Garnet, w której przedstawiona została apokryficzna historia archanioła i Tobiasza, który wraz z wiernym psem w anielskim towarzystwie podróżuje, aby znaleźć lekarstwo na ślepotę ojca, a tym lekarstwem okaże się olej z rybich wnętrzności. Od tego czasu kolekcjonuję wszelkie obrazy przedstawiające tę podróż. Łatwo je rozpoznać, bo zawsze chłopcu towarzyszy wierny pies a w ręku niesie ogromną rybę. Jednak najczęściej Tobiaszowi towarzyszy jeden archanioł. Tutaj mamy aż trzech; Michał (ten w zbroi), Gabriel (z lilią) i Rafał (z naczynkiem zawierającym olej do namaszczenia). Oczywiście moją uwagę zwrócił temat, ale też wzrok przyciągnęła liliowa szata archanioła Rafała. Być może nie trafiłam wcześniej albo przeoczyłam ten barwnik na obrazach renesansowych, bo wydał mi się on tutaj niespotykany, albo rzadko spotykany (może niemodny). I Gabriel i Rafał mają cechy androginiczne. Bardzo też spodobały mi się botki Tobiasza, choć na długą podróż zapewne mało wygodne z uwagi na cienką podeszwę. Obraz był przeznaczony do ołtarza głównego kościoła Santo Spirito.

detal z rybą i botkami Tobiasza

Inne obrazy z Uffizi, o których pisałam:
Lorenzo Medici Vasariego,
Narodziny Wenus Botticelli,
Zwiastowanie Simone Martini i Lippo Memmi
Może były jeszcze inne, ale ich już nie pamiętam.

Mam fioła na punkcie justowania tekstu oraz ujednolicania czcionki i wielkości liter, niestety tym razem muszę się poddać, poprawiałam kilkanaście razy i co wejdę ponownie czcionka i wielkość liter żyją swoim życiem. 
O filmie Za drzwiami Galerii Uffizi pisałam tu
Poniekąd o Uffizi pisałam też tu

sobota, 31 stycznia 2026

Styczeń z Gentile da Fabriano i Hołdem Trzech Króli

 

Trochę z ukosa, ale tylko tu mam obraz niemal w całej okazałości

Od dawna chodził mi po głowie cykl malarski wybór jednego obrazu, który zachwycił mnie w danym miesiącu i wyszukanie paru informacji o jego twórcy. Wiem, że niewiele osób on zainteresuje, ale trudno, dlaczego miałaby pozbawić siebie przyjemności poszukiwań.

Wybrałam malarza, o którym nigdy jeszcze nie pisałam i prawdę mówiąc niewiele wiem. To było wyzwanie, aby wyszukać trochę informacji. Obraz wisi w Uffizi, a w wielkim albumie Arcydzieła malarstwa Uffizi na temat obrazu znalazłam zaledwie kilka zdań. Więcej informacji znalazłam w albumiku z serii Wielkie muzea -Uffizi wydanym przez Rzeczpospolitą.  Vasari najwyraźniej nie lubił Gentilego, bo mało o nim pisze, Łysiak nie zwrócił uwagi na tego akurat malarza (przynajmniej w pierwszych trzech tomach MBC). Nie był on ulubionym malarzem Herberta. Pani Bożena Fabiani w swoich gawędach pisze nieco więcej, choć zastrzega, iż bardzo niewiele informacji można znaleźć na temat malarza.

Geneza zamówienia

W roku 1420 a zatem dwa lata po tym, jak rodzina Medyceuszy zaczyna zyskiwać coraz większe znaczenie (odkąd Giovanni di Bicci dziad Kosmy Medyceusza zaoferował gościnę zdetronizowanemu papieżowi Baldassare Cossa -czyli Janowi XXIII) czterdziestoośmioletni Palla di Onofrio Strozzi bogaty bankier z Florencji zamówił u Gentile da Fabriano nastawę ołtarzową do kaplicy nagrobnej rodu Strozzich.

Do przeróbki pomieszczeń zakrystii Kościoła Santa Trinita (Św. Trójcy) na kaplicę nagrobną zaangażowano Lorenzo Ghibertiego. Tak, tego samego, który tak pięknie wykonał Drzwi Baptysterium. Ghiberti poza tym, że był złotnikiem, był także architektem i rzeźbiarzem. W 1420 roku kończył już pracę nad pierwszymi drzwiami do Baptysterium (potem wykonał i drugie), a zatem znajdował się u szczytu powodzenia.

Zleceniodawca
Mężczyzna stojący za młodym królem - to Palla Strozzi - w niebiesko-złotym turbanie

Palla Strozzi był dobrze wykształcony, znał grekę i łacinę, był pisarzem, filozofem, filologiem, kolekcjonował książki, założył bibliotekę w Kościele Santa Trinita (pierwsze biblioteki powstawały przy kościołach). Był bankierem, a zatem był bogaty, choć jeszcze nie figurował w księgach katastralnych, jako najbogatszy Florentyńczyk. Stanie się to za siedem lat. Najbogatszy florentyńczyk – a zatem można się domyślać, że zacznie rywalizować z Medyceuszami. Kto ma pieniądze, chce mieć i władzę. Za kilka lat stanie wraz z innym florentyńczykiem na czele spisku przeciwko Medyceuszom i doprowadzi do wygnania Kosmy z Florencji. Ale to jeszcze nie teraz. W 1420 roku Palla korzysta z życia, bawi się i zleca wykonanie nagrobnej kaplicy. Najlepsza inwestycja dla zachowania pamięci o rodzie.
Strozzi do wykonania dzieła Pokłon Trzech Króli, zwanego też Adoracją Trzech Króli lub Hołdem Trzech Króli wybrał – a jakże by inaczej, cieszącego się ogromnym powodzeniem i wieloma wykonanymi zamówieniami Gentile da Fabriano. Tylko taki malarz był godny do upamiętnienia rodu zleceniodawcy.

Malarz

Część główna nastawy

Ponad pięćdziesięcioletni Gentile miał już na swoim koncie wiele obrazów i fresków na dworach, pałacach i w świątyniach. Malował w  Pawi, Wenecji, Foligno, Bresci i w końcu we Florencji. W jego weneckim warsztacie pracował Jacopo Bellini (i na cześć nauczyciela nazwał jednego z synów imieniem Gentile). Jeden z namalowanych paneli malarz podarował przejeżdżającemu przez Brescię papieżowi Marcinowi V. Został przez niego zaproszony do Rzymu, gdzie za parę lat wymaluje freski na ścianach Bazyliki Św. Jana na Lateranie.
Gentile należy do tych pechowców, których niewiele dzieł zachowało się do dzisiaj (wiele zniszczyły działania wojenne, trzęsienia ziemi czy przebudowy świątyń - jak wspomniane freski w rzymskim kościele Św. Jana. O ironio pracami przebudowy kierował Boromini. 
Jednak na początku XV wieku Gentile był jednym z najbardziej znanych i cenionych malarzy. Potem na długi czas jego imię uległo zapomnieniu, do czego przyczynił się Giorgio Vasari- pierwszy historyk sztuki. Nie bardzo poważał Gentillego, jego żywot umieścił w rozdziale z żywotem innego malarza (Antonio Pisanello – i to jemu poświęcił znacznie więcej uwagi. Podkreślił iż był on (Antonio) bardzo poważany przez rodzinę Strozzi. Rekomendacja bogatych bankierów była ważna. Nie wspomina jednak, iż to Gentillemu Palla Strozzi powierzył dzieło, które upamiętniło ród. Oczywiście Vasari mógł o tym nie wiedzieć. Pamiętamy, iż nie dysponował takimi źródłami informacji, jakimi dysponujemy obecnie. Jednak wydaje mi się to mało prawdopodobne, sporo czasu spędził we Florencji, więc mało prawdopodobne, aby nie widział Pokłonu Trzech Króli. Bardziej prawdopodobne jest to, że nastawa nie zachwyciła Giorgio - choć to tylko moja hipoteza. W każdym razie przez lata Gentile był malarzem zapomnianym, dopiero w wieku XX przypomniano sobie o nim.

Obraz
Detal obrazu ukazujący trzech króli- jeden klęczący, drugi w pokłonie, trzeci jeszcze stoi, ale zaraz też ugnie kolana

Jedne źródła podają kwotę 150 florenów, jako cenę za obraz, inne 300 florenów. Dla porównania pani Fabiani w swych Gawędach o sztuce podaje, iż roczne wynagrodzenie kasjera banku Medyceuszy wynosiło 40 florenów. Nie znalazłam informacji, ile czasu zajęło Gentile namalowanie obrazu, choć datowany jest na rok 1423. Nie wiadomo jednak, czy zabrał się za malowanie, jak tylko otrzymał zlecenie (1420 r.)

Skąd taka wysoka cena? Po pierwsze renoma malarza, po drugie materiały z jakich wykonano obraz.

Ledwie weszłam do Sali uderzyła mnie bijąca od niego światłość i blask (płatki złota i srebra – sprawiają wrażenie ogromnego bogactwa. Ponadto malarz zastosował najdroższy barwnik lapis lazuri. Blask bije taki od obrazu, że miałam wrażenie, jakby nie tylko złoto, ale i szlachetne kamienie tam były. Wiele obrazów z okresu średniowiecza czy wczesnego renesansu ma złotą barwę, ale od żadnego nie bije taka światłość. 

Pierwsze wrażenie to olśnienie przepychem. Złoto jest wszędzie, od przepięknie dekorowanej ramy (istny gotyk - wygląda niczym obramowanie świątyni z jej wieżyczkami i maswerkami), poprzez gwiazdę betlejemską, aureole świętej rodziny, korony królów, turban zleceniodawcy, uprzęże koni, ostrogi przy butach oraz wzory na szatach - wszystko zdobione szlachetnymi klejnotami. Do tego wielobarwność typowa dla stylu gotyku międzynarodowego i elegancja. No i jest tu niezwykle tłocznie. Jakby cała Florencja (wróć całe Betlejem) podążyło zobaczyć Dzieciątko. Poza ludźmi zmierzającymi do Stajenki jest tu cała masa zwierząt (dopatrzyłam się koni, psów, osiołka, wołu, małp, lamparta) a także ptaków. W tle widzimy pejzaż z murami obronnymi, zamkiem i widok na zatokę. Najstarszy z królów padł na kolana przed małym Jezusem, za młodszymi niejako w drugim rzędzie stoi zleceniodawca pan Strozzi w strojnym turbanie na głowie z sokołem na ręku, a obok niego jego syn Lorenzo – jako chyba jedyny patrzący wprost na widza (stąd myślano, że to autoportret malarza. Często przedstawiali się na obrazach w ten sposób). Cały obraz sprawia wrażenie dzieła jubilerskiego nie tylko z powodu bogactwa materiału, ale i kunsztownego wykończenia.
Zdjęcia nie oddają tego blasku i bogactwa, jakie rzuca się w oczy wchodząc do sali w której przyćmiewa pozostałe tam wiszące obrazy.
Lepsze zdjęcie ze strony

I dla porównania Pokłon Trzech Króli Benozza Gozzoli w Pałacu Medyceuszy. Obydwa są piękne.
Pochód Trzech Króli Benozzo Gozzoli

Tam więcej złota i srebra, tutaj młody Lorenzo Medyceusz w roli jednego z trzech króli (najmłodszy - pierwszy tutaj w orszaku). Trzeba przyznać, iż skromnością panowie nie grzeszyli. 

wtorek, 27 stycznia 2026

Florencja (Pałac Medyceuszy, Fra Angelico, Touluse Lautrec) czyli głównie o sztuce, ale nie tylko


Widok na Ponte Vecchio i Arno z okien Ufizzi


Wiele razy byłam pytana przez moich znajomych, które z włoskich miast podoba mi się najbardziej, gdzie czuję się najlepiej. Dotąd nie umiałam udzielić odpowiedzi, bo wyróżnienie jednego z miast wydawało mi się krzywdzeniem innego. Bo każde ma w sobie coś niepowtarzalnego, zaraz na myśl przychodzą Wenecja, Siena czy Rzym, a także kolejne, które dopraszają się uwagi. Tymczasem to właśnie Florencja z uwagi na takie nagromadzenie piękna na metr kwadratowy jest tym najchętniej odwiedzanym przeze mnie miastem w Italii. Tyle wiąże się z nią wspomnień; tych rzeczywistych i tych urojonych. Wszystko się ze sobą splata. Czytam właśnie Iwaszkiewicza Podróż do Włoch i podpisuję się obiema rękoma pod jego stwierdzeniem, iż we wspomnieniach to wszystko zmieszało się tak mocno, że trudno już rozgraniczyć - u niego, co jest wspomnieniem, a co opowiadaniem, u mnie co przeczytałam, co przeżyłam, a co było wytworem mojej wyobraźni. Czasami wydaje mi się idąc po schodach Palazzo Medici, że obok mnie przechodzi Lorenzo, a w komnacie siedzą Poliziano, Mirandola i Ficino tak zajęci filozoficzną dysputą, że nie dostrzegają przemykającego obok intruza, wychodząc z Duomo wzdragam się na wspomnienie popełnionej tu zbrodni, a na Piazza Signioria odwracam wzrok od wielkiego stosu próżności (w którym na polecenie Savonaroli niszczono to co piękne i wg niego zbędne. O ironio losu sam został tutaj kilka lat później spalony. Swoją drogą, nie mogę zrozumieć, jakim cudem do dziś stoi jego posąg w Kościele Św. Marka, czyżby mało szkód uczynił miastu).
Pamiątki z Florencji- bardzo lubię oglądać te kolorowe wyroby i gdyby nie obawa o transport nabyłabym któreś z tych cudeniek

Florencja przywitała mnie niewielkim deszczem. Miałam nadzieję, iż podczas deszczu będzie mniej tłoczno. Niestety, myliłam się, idąc do hotelu przeszłam obok wejścia do Galleria Accademia. Kolejka była spora.
Zostawiwszy rzeczy popędziłam na obiad, bo jak już wspominałam, jeśli nie wejdzie się do knajpy o odpowiedniej porze czeka na nas kolejka i długie oczekiwanie przed drzwiami albo jedzenie pizzy lub zadowolenie się menu turistico. Potrawy w Tratoria Sergio Gozzi vis a vis Bazyliki San Lorenzo zasłużenie cieszą się sporym zainteresowaniem. Kwadrans po dwunastej u drzwi spora grupka oczekujących. Mam szczęście, bo wchodzę po pięciu minutach oczekiwania. Ravioli al ragu posypane parmezanem smakują obłędnie, podobnie jak zucotto fiorentino. To ponoć pochodzący z czasów Medyceuszy deser ze schłodzonego ciasta, jest w kształcie kopuły (nawiązującej do Duomo) składa się z biszkoptu nasączonego likierem, wypełnionego kremem z ricotty, bakalii, kakao i kawałków czekolady. Jest bardzo smaczny i nie za słodki. Marzyłam o nim od czasu ostatniego pobytu we Florencji, kiedy tylko spróbowałam go z talerza ciotki Wandy.

Zucotto fiorentino


Pałac Medici Riccardi
Głowa św. Hieronima Lippiego - szkic węglem

Po obiedzie postanowiłam iść przed siebie i wejść tam, gdzie nie będzie kolejek. Komfort kolejnego pobytu, kiedy większość atrakcji już poznałam (złe określenie które odwiedziłam raz, czy dwa). Pierwszym obiektem na który trafiłam jest Pałac Medyceuszy. Byłam tam dwukrotnie, ale ponieważ podoba mi się Pochód Trzech Króli Benozzo Gozzoli (od czasów fascynacji rodem Medyceuszy) oraz nie posiadam dobrego zdjęcia Madonny z dzieciątkiem Lippiego - uznałam to za szczęśliwy traf. O Pochodzie Trzech króli pisałam tutaj. Tym razem mogłam uzupełnić kolekcję zdjęć o kolejne. Nie było wielu odwiedzających, dzięki czemu stojący nieopodal strażnik nie poganiał, żeby opuścić niewielkie pomieszczenie i przechodzić do kolejnych sal. Mogłam tą cudowną bajką z Medyceuszami w roli głównej napawać wzrok. Bajką, bo historia pochodu trzech króli przedstawiona została w iście baśniowym wykonaniu; mnogość kolorów, strojów, postaci, zwierząt, krajobrazu – nagromadzenie wszystkich tych elementów na obrazie sprawia, że jest co oglądać. Ja zawsze wyszukuję zleceniodawców – ich wyidealizowanych postaci, młodzi Medyceusze niczym cherubini, starsi będący oznaką potęgi i nestorzy – dostojeństwa. Zrobiłam też zdjęcie Madonny Filippo Lippiego, ale bardziej zaciekawił mnie rewers obrazu - naszkicowana węglem głowa świętego Hieronima (tego malarza-zakonnika). Zadziwiło mnie to, byłam przekonana, że przedstawia kolejną z Madonn. Ma takie delikatne rysy.
Pochód Trzech króli Benozzo Gozzoli (tłumy jak na wystawie Fra Angelico)

Renesansowy pałac i barokowa sala z freskami Luca Giordano z apoteozą Medyceuszy. Nowi właściciele pałacu ród Riccardi zlecili dobudowanie drugiego skrzydła, w którym mieszczą się Sala Lustrzana i Biblioteka Riccardich. Na suficie zlecili uczcić poprzednich właścicieli. Barokowe malowidła odwołujące się do mitologii są trudne dla skupienia uwagi. Starałam się skoncentrować na fragmencie malowidła przedstawiającym scenę narodzin człowieka w Krainie Wieczności i ani tam, ani potem na zdjęciu nie dopatrzyłam się nowonarodzonego człowieka w rękach boga Janusa (nawet po powiększeniu zdjęcia). Trzeba uwierzyć na słowo, że w owym tłumoku w rękach Janusa znajduje się dziecko. Dla wynagrodzenia braku amorków na fresku dostatek. Widać za to wrzeciona i nici losu człowieczego trzymane przez Moiry otaczające Janusa.
Sala Lustrzana


Narodziny człowieka w Krainie Wieczności Luca Giordano

Złote detale wykończenia Sali odbijają się i zwielokrotniają wrażenie bogactwa i elegancji dzięki lustrom ozdobionym florą i amorkami. Medyceusze sporą część olbrzymiej fortuny przeznaczyli na mecenat artystyczny, poza wspieraniem artystów i fundowaniem budowy świątyń, budynków użyteczności publicznej i przytułków gromadzili dzieła antyczne. Sporo ich zarówno w korytarzach, jak i na dziedzińcu. Mnie za każdym razem przyciąga postać kobiety w welonie na głowie. Nie znalazłam tabliczki informacyjnej. Czy jest to rzeźba antyczna, czy renesansowa nie mam pojęcia, ale spośród wielu innych to ona za każdym razem zwraca moją uwagę. Kobieta w welonie.
Kobieta w welonie- jak wyśledziła Ela jest to Beatrice Lorenzo Bartoliniego (Beatrice Portinari- ukochana Dantego) -widomość wyśledzona przy pomocy AI - i dość prawdopodobna, więc przyjmuję za pewnik. Bartolini był XIX wiecznym rzeźbiarzem Florenckim - bardzo znanym w swojej epoce i poważanym. 


Wystawa Toulouse Lautrec
litografia HTL

Idąc do hotelu nie planowałam wchodzić do kolejnej galerii, tym bardziej iż miałam zarezerwowane bilety na wystawę Fra Angelico w Palazzo Strozzi. Potem czekało mnie jeszcze spotkanie z Moniką.

Jednak przechodząc przez Plac Zwiastowania, przy którym stoi Szpital Niewiniątek (projekt Bruneleschiego - tego od kopuły Duomo z medalionami dzieciaczków w powijakach Andrei della Robbia) zauważyłam plakaty z nazwiskiem Toulouse Lautrec. Zdziwiło mnie to, gdyż po pierwsze nie spodziewałam się sal wystawowych w tym miejscu, po drugie, skąd pomysł na sztukę Belle Epoque we Florencji. Z tego co zauważyłam (być może błędnie) Włosi preferują rodzimą sztukę. Nie ma się co dziwić mają jej tyle, że mogą zapełnić niejedno muzeum (nawet uwzględniając ogromne straty wojenne). Nie wiele myśląc weszłam na wystawę. Były to główne litografie Henriego TL ale też Alfonsa Muchy (i paru jeszcze twórców) a także trochę przedmiotów użytkowych art deco, zdjęcia, filmy i plakaty. Wystawa nieduża ale bardzo ciekawa. 




Po spotkaniu ze sztuką XV i XVII wieku w pałacu Medyceuszy z przyjemnością przeniosłam się w okres przełomu wieków XIX i XX. Nie wiem, czy większą radość sprawiły mi litografie Muchy (oglądane po raz pierwszy, w ogóle nie miałam wcześniej okazji oglądać dzieł Alfonsa), czy lampy, wazony i etażerki. Jakby omszałe wazony, wazy, misy, lampy z malowanymi kwiatami, gałązkami czy ptakami oraz witrażowe lampy Tifanny z początku XX wieku wyglądają niezwykle interesująco. Podobnie, jak personifikacje pór roku Alfonsa Muchy (delikatność połączona z nowatorstwem). Był to bardzo miły przerywnik pomiędzy wizytami w pałacach.
Jesień Alfons Mucha


Fra Angelico w Palazzo Strozzi

Madonna dell`Umilita (Pokory) z Berlińskiego Muzeum

Wybierając się do Florencji sprawdziłam terminarz planowanych wystaw. Ach ta zachłanność nie mająca granic. Przecież wiedziałam, że odwiedzę Ufizzi, a to jest galeria nie mająca sobie równych, posiada w swych zbiorach tak wiele obrazów, które zaliczam do bliskich memu sercu, że powinnam była sobie odpuścić kolejną wystawę. Zdaje się, że to nasza noblistka Szymborska mawiała jeden obraz dziennie. I przyznaję jej rację, ale musiałabym zamieszkać we Florencji na kilka lat, aby obejrzeć choćby te najważniejsze dla mnie dzieła. Kiedy przeczytałam, iż w Palazzo Strozzi odbywa się wystawa obrazów Fra Angelico wiedziałam, że chcę ją obejrzeć. Z braciszkiem Angelico (był zakonnikiem podobnie, jak Lippi, ale wierzył prawdziwie, Lippi został nim przez przypadek) mam tak jak z Pissarro rozpoznaję jego obrazy (przynajmniej w sporej części), jednak nie umiem zapamiętać ich tytułów. Poza zwiastowaniem w klasztorze San Marco (tym cudem nad cudami) inne są dla mnie jak ilustracje książeczek dla dzieci, przepięknie kolorowe z dużą ilością lapis lazuri, złotej farbki i czerwieni. Matki boskie z rumieńcami na twarzy, anioły z loczkami, nieco naiwne, ale jakże szczere. Na jasnoniebieskich ścianach wiszę obrazy wypożyczone z muzeów Europejskich a także zza oceanu.
Zwiastowanie di San Giovani Valdarno z Muzeum w Cortonie (prawie tak ładne jak to w San Marco)

Zwiastowanie w Klasztorze San Marco (nie mogłam go nie zamieścić, bo choć nie było na wystawie z wiadomych względów- to fresk na ścianie klasztoru- to dla mnie najładniejsze z dzieł anielskiego braciszka, choć nie tak barwne jak pozostałe obrazy)

Zainteresowanie ekspozycją jest ogromne. I tu zgodzę się z Iwaszkiewiczem – w muzeach jest za dużo ludzi (on napisał ludzie tak okropnie przeszkadzają w muzeach- str. 76 Podróże do Włoch PIW 2008). Z tym, że to co nazywał Iwaszkiewicz nadmiarem dziś nazwalibyśmy ledwie namiastką zainteresowanych. Mimo rezerwacji biletu musiałam odstać parę minut w kolejce, która „stała” w miejscu, co powodowało nerwowe oglądanie się na boki i wymienianie porozumiewawczych spojrzeń z Azjatkami stojącymi za mną. Wbrew obawom weszłam punktualnie. I tu nastąpił armagedon. Ludzi było tak dużo, że do paru obrazów nie mogłam w ogóle podejść, oglądałam je spomiędzy głów zwiedzających. Kilka minut oczekiwania w tłumie osób gestykulujących, pokazujących sobie detale, popisujących się znajomością dzieła i wchodzących innym w pole widzenia sprawiło, że musiałam przejść do tych mniej obleganych. Była to dobra decyzja, bo nie miałam oczekiwań związanych z konkretnymi obrazami (nie miałam nawet wiedzy na ten temat, jakich dzieł mogę oczekiwać) - chciałam jedynie po napawać wzrok urokiem obrazków. 
Tego rodzaju dzieła nazywam renesansowym komiksem. Szafa sreber - cykl kilkudziesięciu obrazków dla szaf w klasztorze San Marco we Florencji

Nazwanie ich obrazkami jest dla mnie zamierzonym sformułowaniem, bo jest w nich coś z naiwności, pobożności, pokory, żarliwości – taka mieszanka baśniowości, gdzie nawet obcięta mieczem głowa z tryskającymi strumieniami krwi nie przeraziłaby dziecka.
Ścięcie Św. Kosmy i Damiana (nie pamiętam skąd obraz przyjechał na wystawę)

Szczerze mówiąc na żadnej innej wystawie nie miałam tak mieszanych uczuć, radość z oglądania mojego ukochanego Anielskiego braciszka, który malował tak, jakby się modlił mieszała się z zażenowaniem z powodu tych tłumów ludzi nie zważających na innych -ludzi, którym brakowało pokory wobec sztuki i współbraci, w przeciwieństwie do bohatera wystawy. Coś tu było nie tak zorganizowane, mimo biletów na godzinę i wpuszczania ograniczonej ilości osób – zwiedzających było za dużo. Galeria sztuki to pewnego rodzaju sacrum (przynajmniej dla mnie), w którym chciałoby się pobyć sam na sam w ciszy i spokoju, a przy tak dużej ilości osób oglądanie traci swój odświętny nastrój, nie ma miejsca na kontemplacje. Na szczęście po parunastu minutach udało mi się wyłączyć z otoczenia, zamknąć uszy na szum i gwar rozmów i skoncentrować na kilku dziełach.
Święty Jan Chrzciciel Michelozzo

Pokutująca Maria Magdalena Donatello (takie luźne skojarzenie) ze strony

Poza obrazami Fra Angelico było dla porównania parę obrazów, rzeźb i innych dzieł sztuki kolegów artystów.

Moją uwagę zwrócił Święty Jan Baptysta Michelozzo. W pierwszej chwili wydał mi się podobny w stylu do rzeźby Św. Magdalena Pokutująca Donatella. Kiedy oglądałam ją po raz pierwszy zrobiła na mnie piorunujące wrażenie i choć nie zrobiłam jej zdjęcia doskonale zapamiętałam tę wychudzoną, zabiedzoną w łachmanach postać. Brzydka, wymęczona, cierpiąca. Dziś jak patrzę na obie rzeźby widzę jednak spore różnice, ale może Michelozzo (który przyjaźnił się z Donatellem) trochę inspirował powstałym dwanaście lat wcześniej dziełem.

Uffizi
Na korytarzu Uffizi

O wizycie w Uffizi będzie odrębny wpis, nie mogę sobie odmówić tej przyjemności podzielenia się paroma obrazkami z Galerii (nawet jeśli jestem w moich zachwytach osamotniona. Choć ilość ludzi odwiedzających Galerię mogłaby świadczyć o czymś innym). Dziś tylko wspomnienia z galerią po trosze historyczne, po trosze techniczne. Po raz pierwszy odwiedziłam galerię w 2003 roku. Pamiętam rok dzięki kilku zachowanym zdjęciom. Marzyłam od lat o podróży do Florencji ponieważ chciałam obejrzeć – nie Dawida Michała Anioła, nie Katedrę ze słynną kopułą, nie Ponte Vecchio a dwa obrazy Botticellego w Uffizi. I kiedy w końcu doszła do skutku moja podróż z ciotką Wandą do Florencji i ona zaproponowała, aby może sobie odpuścić wizytę w Uffizi z uwagi na długą kolejkę do wejścia i konieczność wczesnego wstawania, aby się w nią ustawić – byłam gotowa rzucić się na nią z pazurami i wydrapać jej oczy. I choć zwykle tak potulna i zgodna Gosia tym razem się zbuntowałam i zapowiedziałam, że ja muszę tam iść. Niewiele pamiętam z tamtej pierwszej wizyty. Nie można było wówczas robić zdjęć, więc w mej pamięci pozostała scena z Sali numer trzynaście, w której na sąsiadujących ścianach wisiały Narodziny Wenus i Wiosna, a ja siedząc na ławeczce jednym okiem łypałam na Wiosnę drugim na Wenus, a łzy spływały mi po policzkach.
Wiosna Sandro Botticelli

To był taki kamień milowy mojego zaprzyjaźniania się ze sztuką. Botticelli był jednym z niewielu nazwisk, któremu umiałabym przypisać tytuły obrazów. Z tamtej pierwszej wizyty zapamiętałam tylko Tondo ze świętą rodziną Michała Anioła, Zwiastowanie Leonardo da Vinci, Portret Papieża Juliusza II Rafaela Santi oraz Meduzę Caravaggio. Z liczącego około dwóch tysięcy obrazów muzeum zapamiętałam tylko kilka.
Narodziny Wenus Sandro Botticelli

Ileż czasu minęło od tamtej pierwszej wizyty i moich naiwnych zachwytów. Z latami wizyt w galerii przybywało i moja kolekcja obrazów powiększała się coraz bardziej. Im więcej czytałam na temat malarzy i ich dzieł tym apetyt coraz bardziej rósł. W zeszłym roku oglądając kolejny film z cyklu Sztuka na ekranie na temat Florencji, Medyceuszy i Uffizi zamarzyłam o powrocie do Galerii, w której ostatnio byłam dekadę temu.
W drodze do Ufizzi

Baptysterium na pustym placu katedralnym (widok niezwykle rzadki za dnia)

Wiedziałam, że jeśli chcę uniknąć kolejki do wejścia i nerwów związanych z zakupem biletów powinnam dokonać internetowej rezerwacji. Bilety kupiłam na godz.8.30, najwcześniejsza możliwa godzina wejścia, aby choć troszkę uniknąć tłumów. Oczywiście nie chciało mi się wcale wstawać z łóżka tak wcześnie, zwłaszcza, że po spotkaniu z Moniką położyłam się dość późno spać. Ale jak już wyszłam z hotelu i szłam niemal pustymi ulicami miasta byłam zachwycona, że mam ją niemal wyłącznie dla siebie. Rzadki to widok. Nie zapomnę wrażenia, jakie zrobiła wyłaniająca się u szczytu via dei Servi Katedra – fantastyczny widok. Wokoło noc przechodzi w dzień, powoli się rozjaśnia, a przed oczami wyłania się bryła ogromnej cudowności. Duomo w pełnej krasie. Widok na część jej najpiękniejszą część pokrytą kopułą, trzykolorowe pasy marmurów z Carrary, Maremmy i Prato (czyż same nazwy nie brzmią cudownie). Biel oczywiście z Carrary (Michał Anioł korzystał z tego marmuru), a zieleń i róż – nigdy nie pamięta, który marmur skąd pochodzi). Od razu przypomniało mi się moje wczesne wyjście z hotelu na wystawę Fra Angelico w Paryżu. Wówczas w połowie grudnia było jeszcze ciemno, kiedy dochodziłam pod gmach Opery Garnier. Teraz kiedy zbliżałam się do Santa Maria del Fiore wstawał dzień.
Duomo godzina siódma trzydzieści

Nigdy jeszcze nie widziałam tak pustego placu katedralnego i tak fantastycznego (bezludnego) otoczenia Baptysterium. Nic tylko robić zdjęcia. Kiedy doszłam do Piazza Signoria zaczęły pojawiać się pojedyncze osoby. Mogłam się pozachwycać Galerią Sztuki znajdującą się w Loggi dei Lanzi. Ach czemuż tak zachwyca Perseusz z głową Meduzy Celliniego (jedno z niewielu dzieł złotnika). Jak to możliwe, że tak zły człowiek (zdolny do zamordowania rywala) mógł stworzyć tak piękną rzeźbę. Perseusz dumny i butny niczym jego twórca pokazuje obciętą głowę Meduzy stojąc na jej powalonym ciele.
Perseusz z głową Meduzy Cellini

A Neptun Ammanatiego sprawia wrażenie większego nawet od Dawida Michała Anioła i Herkulesa i Kakusa Bandinellego strzegących wejścia do Starego Pałacu (Pallazzo Vecchio). Przed pomnikiem Donatella zdobiącym jeden z filarów Uffizich -miejscem zbiórki jestem piętnaście minut przed czasem. Cała ja, zawsze muszę być wcześniej przewidując dziesiątki przeszkód, które mogłyby mnie zatrzymać. Okazuje się, iż i tak mając bilety w ręku musimy odstać w długiej kolejce do wejścia (ciągnącej się od początku jednego ze skrzydeł do jego końca). Kolejka przesuwa się błyskawicznie i już po pięciu minutach przechodzę przez lotniskową bramkę i trafiam do raju. Jeszcze tylko wspinam się na drugie piętro po iście pałacowych wysokich schodach i mogę się cieszyć spotkaniem z tak wieloma wspaniałymi dziełami sztuki.


Piazza Signioria jeszcze pusty godzina ósma rano




I na pożegnanie dzisiaj kolosalny Neptun Ammanatiego (zastępując Bandinellego tego od Herkulesa i Kakusa po jego śmierci i wygrywając z Cellinim)

poniedziałek, 1 grudnia 2025

Reminiscencje przy kopiowaniu bloga

Prowadziłam kiedyś bloga na innej platformie (wp). Z czasem zaginął on w czeluści internetu. Pomyślałam, że nie chciałabym kiedyś i tego bloga gdzieś zagubić; szkoda mi tych minionych zdarzeń, przeżyć, wspomnień, które tak prędko ulatują z pamięci. Mam słabość do starych wpisów; począwszy od tych infantylnych, pełnych zachwytów, do nieco bardziej przemyślanych, a wszystkie są zapisem autentycznych przeżyć.
Śladami profesora Langdona w Paryżu

Robienie kopii całości za pomocą narzędzi informatycznych wychodzi mi słabo, pojawiają się jakieś dziwne znaczki, jakiś chiński szyfr, stąd zabrałam się za żmudne kopiowanie wpisów, wpis po wpisie, wraz z komentarzami (usuwając zdjęcia, bo zabierają zbyt wiele miejsca). Zajęcie jest żmudne i pracochłonne, ale jakże przyjemne. Nie czytam wszystkiego, bo jest tego średnio pół tysiąca stron rocznie, a lat pisania już czternaście. Nie mniej czytam sobie wybiórczo wpisy i pojawiające się pod nimi komentarze. Przypominam pierwszych komentatorów oraz trafiam na pierwsze komentarze osób, które pozostały wiernymi czytelnikami do dzisiaj. Ileż książek mi polecono, o których zapomniałam, ile miejsc do odwiedzenia zasugerowano, których jeszcze nie odwiedziłam,  ile osób przestało się odzywać, a których mi bardzo żal. Tych dyskusji, które się nie odbyły, tej wymiany zdań, o którą dziś coraz trudniej. Ogarnia mnie sentyment. 

Ekstaza Św. Teresy Berniniego w kościele Santa Maria della Victoria (Rzym)

Kopiowanie jest zajęciem inspirującym. Dotarłam do wpisu na temat książki W ogrodzie pamięci Joanny Olczak - Ronikier i postanowiłam wypożyczyć kolejną książkę pisarki, w której historie tak miło było się zagłębić. Wypożyczyłam historię Piwnicy pod baranami. To chyba Piotr (bardzo zacofany w lekturze) mi zasugerował, Piotr, który nie odzywa się u mnie od lat, ale zawsze lajkuje nowe wpis na fb 😊 Nawiasem mówiąc Piwnicę pod baranami odwiedziłam po raz pierwszy już w okresie blogowym. Poznałam wówczas to kultowe zjawisko. Poznałam i przepadłam. Każda wizyta w Krakowie skutkuje nabyciem nowej płyty jednego z piwnicznych artystów. Nawiasem mówiąc, czy dziś jeszcze ktoś kupuje płyty, skoro tyle muzyki można pozyskać z internetu. Sama robię to coraz rzadziej, ale ten rodzaj muzyki trudno pozyskać z internetu. W samej Piwnicy przy krakowskim rynku byłam dwukrotnie. Jest to przeżycie nieporównywalne z żadnym innym koncertem piwnicznych artystów, bo stłoczeni na małej powierzchni piwnicznej izdebki stajemy się jakby piwniczną rodziną, która znalazła się na tej wysepce normalności. Ale też jest tam dla starszej pani bardzo niewygodnie. Siedzenie na desce czy twardym krześle przez ponad dwie godziny to spore wyzwanie dla naszych obolałych kości ogonowych, wiekowych kręgosłupów, drętwiejących nóg czy złaknionych powietrza astmatyków. Dlatego doświadczywszy zjawiska Piwnicy kolejne wystąpienia oglądam bądź to w Teatrze Słowackiego (jubileusze) bądź na występach gościnnych w Filharmonii Bałtyckiej. Ostatnio miałyśmy okazję po raz kolejny wraz z moją przyjaciółką Magdą doświadczyć tego niezwykłego katharsis w zeszłym miesiącu, kiedy to Piwnica wystąpiła ze swymi najlepszymi utworami w Gdańsku. Choć w przypadku Piwnicy trudno mówić o utworach słabszych. Niezmiernie nas cieszy fakt, iż do Piwnicy przybywają nowi, młodzi artyści. Będzie komu przejąć pałeczkę i poprowadzić Piwnicę dalej prze kolejne lata.

Londyn Temple Church
Swoją drogą widuję wielu blogerów, którzy bądź to zaprzestali prowadzenia blogów, bądź robią to sporadycznie, a którzy dość aktywnie udzielają się na f-b (jak choćby nieodżałowana Ada z krakowskiego bloga. Nieodżałowana – dlatego, iż nie mogę odżałować, iż zaprzestała prowadzenia bloga, Każdy wpis to było małe dzieło sztuki)

Ale wracając do procesu kopiowani - przypadkiem trafiłam na pierwszy komentarz Alicji. Alicji, czyli ardioli, którą poznałam osobiście w czerwcu podczas wycieczki do Wrocławia. A kilka dni temu Alicja odwiedziła mnie w Gdańsku. I znowuż koincydencja. Tym pierwszym skomentowanym postem był post o polskiej tradycji spędzania Świąt Bożego Narodzenia (musi być rodzinnie, przy suto zastawionym stole, z telewizją w tle, politycznymi dyskusjami i skłóconą rodziną, udajemy że się kochamy, kiedy tak naprawdę niemal każdy marzy, aby znaleźć się w tym czasie w zupełnie innym miejscu). I tym razem nasza rozmowa zahaczyła o temat rodzinnego spędzania świąt. Nic w tym dziwnego, wszak zbliża się czas świętowania. I choć nasze rodziny nie są ani patologiczne, ani skłócone to chyba każda z nas wolałaby ten czas spędzić inaczej, po swojemu.

Trafiłam na wpisy z serii Hugo na dobry początek tygodnia. Nowszych czytelników informuję, iż mam fioła na punkcie prozy Wiktora Hugo. Jeszcze do niedawna myślałam, iż jest to czas przeszły dokonany, iż proza Hugo jako nieprzystawalna do współczesności musiała się zestarzeć i „zramoleć” nawet w moich oczach, uszach i sercu. I wtedy sięgnęłam po audiobooka Nędznicy. Wysłuchałam w przeciągu kilku dni powieści o ponad tysiąc sześciuset stronach. Wprost nie mogłam się oderwać od słuchania, choć przecież doskonale znałam fabułę, a nawet niektóre cytaty, którymi raczyłam czytelników bloga, chyba do znudzenia. Spłakałam się okrutnie (może to efekt nadchodzącej, czy też posuwającej się wielkimi krokami starości) i doszłam do wniosku, że ten Hugo jednak umiał pisać, a choć czasy się zmieniły, okoliczności mamy inne, styl pisania także to jednak zachowania ludzkie i pewne zjawiska są nadal niezmienne. 

Kaplica Rosslyn w Szkocji
Przypomniałam też sobie blogerkę - trolla, która pod różnymi nickami występowała w blogosferze zamieszczając obraźliwe komentarze u osób, których poglądy jej nie odpowiadały. Pisywała też pochlebne komentarze sama u siebie. Nie wiem, czy teraz można to zweryfikować, pewnie jacyś bardziej doświadczeni blogerzy potrafią, w każdym razie wówczas było widać, iż osoba o kilku nickach jest jedną i tą samą osobą. Kiedy owa blogerka zaczęła obrażać inną osobę zamieszczającą u mnie komentarze wprowadziłam funkcję moderowania- czyli zatwierdzania komentarzy. A osobniczka usunęła wówczas wszystkie komentarze wcześniej u mnie zamieszczone. 

Jakże często trafiam na wpisy, iż po przeczytaniu któregoś z pisarzy zaraz sięgnę po kolejną jego książkę, a potem nie sięgam po żadną, bo coś innego wpada mi w ręce. Życie. Obietnice złożone samemu sobie nie zawsze bywają skuteczne. Może trzeba je składać innym. Swego czasu, kiedy przełożona oceniając moją pracę obniżyła mi ocenę za to, że pracuję po godzinach, co oznacza, iż nie potrafię zorganizować sobie pracy - obiecałam jej, iż nigdy więcej po godzinach nie będę pracować i słowa dotrzymałam. Z czego o dziwo, wcale nie była zadowolona. I jak tu ludziom dogodzić.

Zdarzył mi się też zabawny komentarz pod wpisem o biografii Dantego, w którym nieznany komentator zaklinał mnie, aby nie kupowała kolejnej powieści Dana Browna Inferno, a zamiast tego kupiła Wieczory florenckie pana Juliana Klaczko. Bo podobno jestem inteligentną osobą. No chyba się bloger pomylił, bowiem swego czasu zaczytywałam się w powieściach Dana Browna i choć właśnie na Infernie moja fascynacja autorem się zakończyła, to jednak zawdzięczam pisarzowi wiele pięknych podróży śladami jego bohatera po Rzymie, Paryżu, Londynie i Rosslyn. Nie mniej potraktowałam komentatora chyba trochę niesprawiedliwie, jak kogoś w rodzaju moherowego beretu, a tymczasem Wieczory florenckie pana Klaczki mogą być całkiem pouczającą lekturą. Aż mnie korci, aby po nie sięgnąć.  

Takie reminiscencje mnie naszły podczas kopiowania bloga. Wiele jeszcze pracy przede mną, bo nadal tkwię w roku 2013. Zatem być może pojawią się kolejne za jakiś czas wspomnienia.

Poza ostatnim zdjęciem nawiązującym do tytułu poleconej mi lektury pozostałe są ilustracją moich podróży śladami bohatera Dana Browna.

Jeden z wieczorów florenckich na Piazza Signoria
Dopisane po przeczytaniu wpisu u Małgosi Sztuka w papilotach.

Tak sobie pomyślałam, że choć piszę o sobie poprzez opisywanie tego, co mnie interesuje, to nie piszę o każdej swojej aktywności, każdym koncercie, wystawie, książce, podróży, o wykładach to już chyba wcale. Nie wspominam o rodzinie czy znajomych (no sporadycznie i trochę mimochodem). Nie czuję takiej potrzeby. Nie muszę się dzielić wszystkim, w czym uczestniczę. Nie robię tego, dla zaznaczenia ilości, a raczej utrwalenia jakości. Co też nie oznacza, iż te nieopisane aktywności są gorsze, czy mniej ważne. Jest to sztuka wyboru i potrzeba chwili. Bardzo rzadko zamieszczam tu moje zdjęcia. Nie mam nic przeciwko temu, że inni to robią, na pewno ciekawie jest zobaczyć, jak wygląda ktoś kogo znamy wirtualnie, ale nie jest to dla mnie niezbędne do wymiany myśli. Nie pisuję też recenzji (w zasadzie te moje wrażenia z lektur trudno nazwać recenzją) książek moich znajomych, przyjaciół, rodziny. To zapewne nieprofesjonalne, ale obawiam się bądź to braku obiektywizmu, bądź sprawienia komuś przykrości.