Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 27 stycznia 2026

Florencja (Pałac Medyceuszy, Fra Angelico, Touluse Lautrec) czyli głównie o sztuce, ale nie tylko


Widok na Ponte Vecchio i Arno z okien Ufizzi


Wiele razy byłam pytana przez moich znajomych, które z włoskich miast podoba mi się najbardziej, gdzie czuję się najlepiej. Dotąd nie umiałam udzielić odpowiedzi, bo wyróżnienie jednego z miast wydawało mi się krzywdzeniem innego. Bo każde ma w sobie coś niepowtarzalnego, zaraz na myśl przychodzą Wenecja, Siena czy Rzym, a także kolejne, które dopraszają się uwagi. Tymczasem to właśnie Florencja z uwagi na takie nagromadzenie piękna na metr kwadratowy jest tym najchętniej odwiedzanym przeze mnie miastem w Italii. Tyle wiąże się z nią wspomnień; tych rzeczywistych i tych urojonych. Wszystko się ze sobą splata. Czytam właśnie Iwaszkiewicza Podróż do Włoch i podpisuję się obiema rękoma pod jego stwierdzeniem, iż we wspomnieniach to wszystko zmieszało się tak mocno, że trudno już rozgraniczyć - u niego, co jest wspomnieniem, a co opowiadaniem, u mnie co przeczytałam, co przeżyłam, a co było wytworem mojej wyobraźni. Czasami wydaje mi się idąc po schodach Palazzo Medici, że obok mnie przechodzi Lorenzo, a w komnacie siedzą Poliziano, Mirandola i Ficino tak zajęci filozoficzną dysputą, że nie dostrzegają przemykającego obok intruza, wychodząc z Duomo wzdragam się na wspomnienie popełnionej tu zbrodni, a na Piazza Signioria odwracam wzrok od wielkiego stosu próżności (w którym na polecenie Savonaroli niszczono to co piękne i wg niego zbędne. O ironio losu sam został tutaj kilka lat później spalony. Swoją drogą, nie mogę zrozumieć, jakim cudem do dziś stoi jego posąg w Kościele Św. Marka, czyżby mało szkód uczynił miastu).
Pamiątki z Florencji- bardzo lubię oglądać te kolorowe wyroby i gdyby nie obawa o transport nabyłabym któreś z tych cudeniek

Florencja przywitała mnie niewielkim deszczem. Miałam nadzieję, iż podczas deszczu będzie mniej tłoczno. Niestety, myliłam się, idąc do hotelu przeszłam obok wejścia do Galleria Accademia. Kolejka była spora.
Zostawiwszy rzeczy popędziłam na obiad, bo jak już wspominałam, jeśli nie wejdzie się do knajpy o odpowiedniej porze czeka na nas kolejka i długie oczekiwanie przed drzwiami albo jedzenie pizzy lub zadowolenie się menu turistico. Potrawy w Tratoria Sergio Gozzi vis a vis Bazyliki San Lorenzo zasłużenie cieszą się sporym zainteresowaniem. Kwadrans po dwunastej u drzwi spora grupka oczekujących. Mam szczęście, bo wchodzę po pięciu minutach oczekiwania. Ravioli al ragu posypane parmezanem smakują obłędnie, podobnie jak zucotto fiorentino. To ponoć pochodzący z czasów Medyceuszy deser ze schłodzonego ciasta, jest w kształcie kopuły (nawiązującej do Duomo) składa się z biszkoptu nasączonego likierem, wypełnionego kremem z ricotty, bakalii, kakao i kawałków czekolady. Jest bardzo smaczny i nie za słodki. Marzyłam o nim od czasu ostatniego pobytu we Florencji, kiedy tylko spróbowałam go z talerza ciotki Wandy.

Zucotto fiorentino


Pałac Medici Riccardi
Głowa św. Hieronima Lippiego - szkic węglem

Po obiedzie postanowiłam iść przed siebie i wejść tam, gdzie nie będzie kolejek. Komfort kolejnego pobytu, kiedy większość atrakcji już poznałam (złe określenie które odwiedziłam raz, czy dwa). Pierwszym obiektem na który trafiłam jest Pałac Medyceuszy. Byłam tam dwukrotnie, ale ponieważ podoba mi się Pochód Trzech Króli Benozzo Gozzoli (od czasów fascynacji rodem Medyceuszy) oraz nie posiadam dobrego zdjęcia Madonny z dzieciątkiem Lippiego - uznałam to za szczęśliwy traf. O Pochodzie Trzech króli pisałam tutaj. Tym razem mogłam uzupełnić kolekcję zdjęć o kolejne. Nie było wielu odwiedzających, dzięki czemu stojący nieopodal strażnik nie poganiał, żeby opuścić niewielkie pomieszczenie i przechodzić do kolejnych sal. Mogłam tą cudowną bajką z Medyceuszami w roli głównej napawać wzrok. Bajką, bo historia pochodu trzech króli przedstawiona została w iście baśniowym wykonaniu; mnogość kolorów, strojów, postaci, zwierząt, krajobrazu – nagromadzenie wszystkich tych elementów na obrazie sprawia, że jest co oglądać. Ja zawsze wyszukuję zleceniodawców – ich wyidealizowanych postaci, młodzi Medyceusze niczym cherubini, starsi będący oznaką potęgi i nestorzy – dostojeństwa. Zrobiłam też zdjęcie Madonny Filippo Lippiego, ale bardziej zaciekawił mnie rewers obrazu - naszkicowana węglem głowa świętego Hieronima (tego malarza-zakonnika). Zadziwiło mnie to, byłam przekonana, że przedstawia kolejną z Madonn. Ma takie delikatne rysy.
Pochód Trzech króli Benozzo Gozzoli (tłumy jak na wystawie Fra Angelico)

Renesansowy pałac i barokowa sala z freskami Luca Giordano z apoteozą Medyceuszy. Nowi właściciele pałacu ród Riccardi zlecili dobudowanie drugiego skrzydła, w którym mieszczą się Sala Lustrzana i Biblioteka Riccardich. Na suficie zlecili uczcić poprzednich właścicieli. Barokowe malowidła odwołujące się do mitologii są trudne dla skupienia uwagi. Starałam się skoncentrować na fragmencie malowidła przedstawiającym scenę narodzin człowieka w Krainie Wieczności i ani tam, ani potem na zdjęciu nie dopatrzyłam się nowonarodzonego człowieka w rękach boga Janusa (nawet po powiększeniu zdjęcia). Trzeba uwierzyć na słowo, że w owym tłumoku w rękach Janusa znajduje się dziecko. Dla wynagrodzenia braku amorków na fresku dostatek. Widać za to wrzeciona i nici losu człowieczego trzymane przez Moiry otaczające Janusa.
Sala Lustrzana


Narodziny człowieka w Krainie Wieczności Luca Giordano

Złote detale wykończenia Sali odbijają się i zwielokrotniają wrażenie bogactwa i elegancji dzięki lustrom ozdobionym florą i amorkami. Medyceusze sporą część olbrzymiej fortuny przeznaczyli na mecenat artystyczny, poza wspieraniem artystów i fundowaniem budowy świątyń, budynków użyteczności publicznej i przytułków gromadzili dzieła antyczne. Sporo ich zarówno w korytarzach, jak i na dziedzińcu. Mnie za każdym razem przyciąga postać kobiety w welonie na głowie. Nie znalazłam tabliczki informacyjnej. Czy jest to rzeźba antyczna, czy renesansowa nie mam pojęcia, ale spośród wielu innych to ona za każdym razem zwraca moją uwagę. Kobieta w welonie.
Kobieta w welonie (z braku informacji sama nazwałam posąg)


Wystawa Toulouse Lautrec
litografia HTL

Idąc do hotelu nie planowałam wchodzić do kolejnej galerii, tym bardziej iż miałam zarezerwowane bilety na wystawę Fra Angelico w Palazzo Strozzi. Potem czekało mnie jeszcze spotkanie z Moniką.

Jednak przechodząc przez Plac Zwiastowania, przy którym stoi Szpital Niewiniątek (projekt Bruneleschiego - tego od kopuły Duomo z medalionami dzieciaczków w powijakach Andrei della Robbia) zauważyłam plakaty z nazwiskiem Toulouse Lautrec. Zdziwiło mnie to, gdyż po pierwsze nie spodziewałam się sal wystawowych w tym miejscu, po drugie, skąd pomysł na sztukę Belle Epoque we Florencji. Z tego co zauważyłam (być może błędnie) Włosi preferują rodzimą sztukę. Nie ma się co dziwić mają jej tyle, że mogą zapełnić niejedno muzeum (nawet uwzględniając ogromne straty wojenne). Nie wiele myśląc weszłam na wystawę. Były to główne litografie Henriego TL ale też Alfonsa Muchy (i paru jeszcze twórców) a także trochę przedmiotów użytkowych art deco, zdjęcia, filmy i plakaty. Wystawa nieduża ale bardzo ciekawa. 




Po spotkaniu ze sztuką XV i XVII wieku w pałacu Medyceuszy z przyjemnością przeniosłam się w okres przełomu wieków XIX i XX. Nie wiem, czy większą radość sprawiły mi litografie Muchy (oglądane po raz pierwszy, w ogóle nie miałam wcześniej okazji oglądać dzieł Alfonsa), czy lampy, wazony i etażerki. Jakby omszałe wazony, wazy, misy, lampy z malowanymi kwiatami, gałązkami czy ptakami oraz witrażowe lampy Tifanny z początku XX wieku wyglądają niezwykle interesująco. Podobnie, jak personifikacje pór roku Alfonsa Muchy (delikatność połączona z nowatorstwem). Był to bardzo miły przerywnik pomiędzy wizytami w pałacach.
Jesień Alfons Mucha


Fra Angelico w Palazzo Strozzi

Madonna dell`Umilita (Pokory) z Berlińskiego Muzeum

Wybierając się do Florencji sprawdziłam terminarz planowanych wystaw. Ach ta zachłanność nie mająca granic. Przecież wiedziałam, że odwiedzę Ufizzi, a to jest galeria nie mająca sobie równych, posiada w swych zbiorach tak wiele obrazów, które zaliczam do bliskich memu sercu, że powinnam była sobie odpuścić kolejną wystawę. Zdaje się, że to nasza noblistka Szymborska mawiała jeden obraz dziennie. I przyznaję jej rację, ale musiałabym zamieszkać we Florencji na kilka lat, aby obejrzeć choćby te najważniejsze dla mnie dzieła. Kiedy przeczytałam, iż w Palazzo Strozzi odbywa się wystawa obrazów Fra Angelico wiedziałam, że chcę ją obejrzeć. Z braciszkiem Angelico (był zakonnikiem podobnie, jak Lippi, ale wierzył prawdziwie, Lippi został nim przez przypadek) mam tak jak z Pissarro rozpoznaję jego obrazy (przynajmniej w sporej części), jednak nie umiem zapamiętać ich tytułów. Poza zwiastowaniem w klasztorze San Marco (tym cudem nad cudami) inne są dla mnie jak ilustracje książeczek dla dzieci, przepięknie kolorowe z dużą ilością lapis lazuri, złotej farbki i czerwieni. Matki boskie z rumieńcami na twarzy, anioły z loczkami, nieco naiwne, ale jakże szczere. Na jasnoniebieskich ścianach wiszę obrazy wypożyczone z muzeów Europejskich a także zza oceanu.
Zwiastowanie di San Giovani Valdarno z Muzeum w Cortonie (prawie tak ładne jak to w San Marco)

Zwiastowanie w Klasztorze San Marco (nie mogłam go nie zamieścić, bo choć nie było na wystawie z wiadomych względów- to fresk na ścianie klasztoru- to dla mnie najładniejsze z dzieł anielskiego braciszka, choć nie tak barwne jak pozostałe obrazy)

Zainteresowanie ekspozycją jest ogromne. I tu zgodzę się z Iwaszkiewiczem – w muzeach jest za dużo ludzi (on napisał ludzie tak okropnie przeszkadzają w muzeach- str. 76 Podróże do Włoch PIW 2008). Z tym, że to co nazywał Iwaszkiewicz nadmiarem dziś nazwalibyśmy ledwie namiastką zainteresowanych. Mimo rezerwacji biletu musiałam odstać parę minut w kolejce, która „stała” w miejscu, co powodowało nerwowe oglądanie się na boki i wymienianie porozumiewawczych spojrzeń z Azjatkami stojącymi za mną. Wbrew obawom weszłam punktualnie. I tu nastąpił armagedon. Ludzi było tak dużo, że do paru obrazów nie mogłam w ogóle podejść, oglądałam je spomiędzy głów zwiedzających. Kilka minut oczekiwania w tłumie osób gestykulujących, pokazujących sobie detale, popisujących się znajomością dzieła i wchodzących innym w pole widzenia sprawiło, że musiałam przejść do tych mniej obleganych. Była to dobra decyzja, bo nie miałam oczekiwań związanych z konkretnymi obrazami (nie miałam nawet wiedzy na ten temat, jakich dzieł mogę oczekiwać) - chciałam jedynie po napawać wzrok urokiem obrazków. 
Tego rodzaju dzieła nazywam renesansowym komiksem. Szafa sreber - cykl kilkudziesięciu obrazków dla szaf w klasztorze San Marco we Florencji

Nazwanie ich obrazkami jest dla mnie zamierzonym sformułowaniem, bo jest w nich coś z naiwności, pobożności, pokory, żarliwości – taka mieszanka baśniowości, gdzie nawet obcięta mieczem głowa z tryskającymi strumieniami krwi nie przeraziłaby dziecka.
Ścięcie Św. Kosmy i Damiana (nie pamiętam skąd obraz przyjechał na wystawę)

Szczerze mówiąc na żadnej innej wystawie nie miałam tak mieszanych uczuć, radość z oglądania mojego ukochanego Anielskiego braciszka, który malował tak, jakby się modlił mieszała się z zażenowaniem z powodu tych tłumów ludzi nie zważających na innych -ludzi, którym brakowało pokory wobec sztuki i współbraci, w przeciwieństwie do bohatera wystawy. Coś tu było nie tak zorganizowane, mimo biletów na godzinę i wpuszczania ograniczonej ilości osób – zwiedzających było za dużo. Galeria sztuki to pewnego rodzaju sacrum (przynajmniej dla mnie), w którym chciałoby się pobyć sam na sam w ciszy i spokoju, a przy tak dużej ilości osób oglądanie traci swój odświętny nastrój, nie ma miejsca na kontemplacje. Na szczęście po parunastu minutach udało mi się wyłączyć z otoczenia, zamknąć uszy na szum i gwar rozmów i skoncentrować na kilku dziełach.
Święty Jan Chrzciciel Michelozzo

Pokutująca Maria Magdalena Donatello (takie luźne skojarzenie) ze strony

Poza obrazami Fra Angelico było dla porównania parę obrazów, rzeźb i innych dzieł sztuki kolegów artystów.

Moją uwagę zwrócił Święty Jan Baptysta Michelozzo. W pierwszej chwili wydał mi się podobny w stylu do rzeźby Św. Magdalena Pokutująca Donatella. Kiedy oglądałam ją po raz pierwszy zrobiła na mnie piorunujące wrażenie i choć nie zrobiłam jej zdjęcia doskonale zapamiętałam tę wychudzoną, zabiedzoną w łachmanach postać. Brzydka, wymęczona, cierpiąca. Dziś jak patrzę na obie rzeźby widzę jednak spore różnice, ale może Michelozzo (który przyjaźnił się z Donatellem) trochę inspirował powstałym dwanaście lat wcześniej dziełem.

Ufizzi
Na korytarzu Ufizzi

O wizycie w Ufizzi będzie odrębny wpis, nie mogę sobie odmówić tej przyjemności podzielenia się paroma obrazkami z Galerii (nawet jeśli jestem w moich zachwytach osamotniona. Choć ilość ludzi odwiedzających Galerię mogłaby świadczyć o czymś innym). Dziś tylko wspomnienia z galerią po trosze historyczne, po trosze techniczne. Po raz pierwszy odwiedziłam Ufizzi w 2003 roku. Pamiętam rok dzięki kilku zachowanym zdjęciom. Marzyłam od lat o podróży do Florencji ponieważ chciałam obejrzeć – nie Dawida Michała Anioła, nie Katedrę ze słynną kopułą, nie Ponte Vecchio a dwa obrazy Botticellego w Uffizi. I kiedy w końcu doszła do skutku moja podróż z ciotką Wandą do Florencji i ona zaproponowała, aby może sobie odpuścić wizytę w Ufizzi z uwagi na długą kolejkę do wejścia i konieczność wczesnego wstawania, aby się w nią ustawić – byłam gotowa rzucić się na nią z pazurami i wydrapać jej oczy. I choć zwykle tak potulna i zgodna Gosia tym razem się zbuntowałam i zapowiedziałam, że ja muszę tam iść. Niewiele pamiętam z tamtej pierwszej wizyty. Nie można było wówczas robić zdjęć, więc w mej pamięci pozostała scena z Sali numer trzynaście, w której na sąsiadujących ścianach wisiały Narodziny Wenus i Wiosna, a ja siedząc na ławeczce jednym okiem łypałam na Wiosnę drugim na Wenus, a łzy spływały mi po policzkach.
Wiosna Sandro Botticelli

To był taki kamień milowy mojego zaprzyjaźniania się ze sztuką. Botticelli był jednym z niewielu nazwisk, któremu umiałabym przypisać tytuły obrazów. Z tamtej pierwszej wizyty zapamiętałam tylko Tondo ze świętą rodziną Michała Anioła, Zwiastowanie Leonardo da Vinci, Portret Papieża Juliusza II Rafaela Santi oraz Meduzę Caravaggio. Z liczącego około dwóch tysięcy obrazów muzeum zapamiętałam tylko kilka.
Narodziny Wenus Sandro Botticelli

Ileż czasu minęło od tamtej pierwszej wizyty i moich naiwnych zachwytów. Z latami wizyt w galerii przybywało i moja kolekcja obrazów powiększała się coraz bardziej. Im więcej czytałam na temat malarzy i ich dzieł tym apetyt coraz bardziej rósł. W zeszłym roku oglądając kolejny film z cyklu Sztuka na ekranie na temat Florencji, Medyceuszy i Ufizzi zamarzyłam o powrocie do Galerii, w której ostatnio byłam dekadę temu.
W drodze do Ufizzi

Baptysterium na pustym placu katedralnym (widok niezwykle rzadki za dnia)

Wiedziałam, że jeśli chcę uniknąć kolejki do wejścia i nerwów związanych z zakupem biletów powinnam dokonać internetowej rezerwacji. Bilety kupiłam na godz.8.30, najwcześniejsza możliwa godzina wejścia, aby choć troszkę uniknąć tłumów. Oczywiście nie chciało mi się wcale wstawać z łóżka tak wcześnie, zwłaszcza, że po spotkaniu z Moniką położyłam się dość późno spać. Ale jak już wyszłam z hotelu i szłam niemal pustymi ulicami miasta byłam zachwycona, że mam ją niemal wyłącznie dla siebie. Rzadki to widok. Nie zapomnę wrażenia, jakie zrobiła wyłaniająca się u szczytu via dei Servi Katedra – fantastyczny widok. Wokoło noc przechodzi w dzień, powoli się rozjaśnia, a przed oczami wyłania się bryła ogromnej cudowności. Duomo w pełnej krasie. Widok na część jej najpiękniejszą część pokrytą kopułą, trzykolorowe pasy marmurów z Carrary, Maremmy i Prato (czyż same nazwy nie brzmią cudownie). Biel oczywiście z Carrary (Michał Anioł korzystał z tego marmuru), a zieleń i róż – nigdy nie pamięta, który marmur skąd pochodzi). Od razu przypomniało mi się moje wczesne wyjście z hotelu na wystawę Fra Angelico w Paryżu. Wówczas w połowie grudnia było jeszcze ciemno, kiedy dochodziłam pod gmach Opery Garnier. Teraz kiedy zbliżałam się do Santa Maria del Fiore wstawał dzień.
Duomo godzina siódma trzydzieści

Nigdy jeszcze nie widziałam tak pustego placu katedralnego i tak fantastycznego (bezludnego) otoczenia Baptysterium. Nic tylko robić zdjęcia. Kiedy doszłam do Piazza Signoria zaczęły pojawiać się pojedyncze osoby. Mogłam się pozachwycać Galerią Sztuki znajdującą się w Loggi dei Lanzi. Ach czemuż tak zachwyca Perseusz z głową Meduzy Celliniego (jedno z niewielu dzieł złotnika). Jak to możliwe, że tak zły człowiek (zdolny do zamordowania rywala) mógł stworzyć tak piękną rzeźbę. Perseusz dumny i butny niczym jego twórca pokazuje obciętą głowę Meduzy stojąc na jej powalonym ciele.
Perseusz z głową Meduzy Cellini

A Neptun Ammanatiego sprawia wrażenie większego nawet od Dawida Michała Anioła i Herkulesa i Kakusa Bandinellego strzegących wejścia do Starego Pałacu (Pallazzo Vecchio). Przed pomnikiem Donatella zdobiącym jeden z filarów Ufizzich -miejscem zbiórki jestem piętnaście minut przed czasem. Cała ja, zawsze muszę być wcześniej przewidując dziesiątki przeszkód, które mogłyby mnie zatrzymać. Okazuje się, iż i tak mając bilety w ręku musimy odstać w długiej kolejce do wejścia (ciągnącej się od początku jednego ze skrzydeł do jego końca). Kolejka przesuwa się błyskawicznie i już po pięciu minutach przechodzę przez lotniskową bramkę i trafiam do raju. Jeszcze tylko wspinam się na drugie piętro po iście pałacowych wysokich schodach i mogę się cieszyć spotkaniem z tak wieloma wspaniałymi dziełami sztuki.


Piazza Signioria jeszcze pusty godzina ósma rano




I na pożegnanie dzisiaj kolosalny Neptun Ammanatiego (zastępując Bandinellego tego od Herkulesa i Kakusa po jego śmierci i wygrywając z Cellinim)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Jestem bardzo rada z każdego komentarza, ale nie będę tolerować komentarzy agresywnych, wulgarnych, czy obrażających moich gości (innych komentatorów).