Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 27 stycznia 2026

Florencja (Pałac Medyceuszy, Fra Angelico, Touluse Lautrec) czyli głównie o sztuce, ale nie tylko


Widok na Ponte Vecchio i Arno z okien Ufizzi


Wiele razy byłam pytana przez moich znajomych, które z włoskich miast podoba mi się najbardziej, gdzie czuję się najlepiej. Dotąd nie umiałam udzielić odpowiedzi, bo wyróżnienie jednego z miast wydawało mi się krzywdzeniem innego. Bo każde ma w sobie coś niepowtarzalnego, zaraz na myśl przychodzą Wenecja, Siena czy Rzym, a także kolejne, które dopraszają się uwagi. Tymczasem to właśnie Florencja z uwagi na takie nagromadzenie piękna na metr kwadratowy jest tym najchętniej odwiedzanym przeze mnie miastem w Italii. Tyle wiąże się z nią wspomnień; tych rzeczywistych i tych urojonych. Wszystko się ze sobą splata. Czytam właśnie Iwaszkiewicza Podróż do Włoch i podpisuję się obiema rękoma pod jego stwierdzeniem, iż we wspomnieniach to wszystko zmieszało się tak mocno, że trudno już rozgraniczyć - u niego, co jest wspomnieniem, a co opowiadaniem, u mnie co przeczytałam, co przeżyłam, a co było wytworem mojej wyobraźni. Czasami wydaje mi się idąc po schodach Palazzo Medici, że obok mnie przechodzi Lorenzo, a w komnacie siedzą Poliziano, Mirandola i Ficino tak zajęci filozoficzną dysputą, że nie dostrzegają przemykającego obok intruza, wychodząc z Duomo wzdragam się na wspomnienie popełnionej tu zbrodni, a na Piazza Signioria odwracam wzrok od wielkiego stosu próżności (w którym na polecenie Savonaroli niszczono to co piękne i wg niego zbędne. O ironio losu sam został tutaj kilka lat później spalony. Swoją drogą, nie mogę zrozumieć, jakim cudem do dziś stoi jego posąg w Kościele Św. Marka, czyżby mało szkód uczynił miastu).
Pamiątki z Florencji- bardzo lubię oglądać te kolorowe wyroby i gdyby nie obawa o transport nabyłabym któreś z tych cudeniek

Florencja przywitała mnie niewielkim deszczem. Miałam nadzieję, iż podczas deszczu będzie mniej tłoczno. Niestety, myliłam się, idąc do hotelu przeszłam obok wejścia do Galleria Accademia. Kolejka była spora.
Zostawiwszy rzeczy popędziłam na obiad, bo jak już wspominałam, jeśli nie wejdzie się do knajpy o odpowiedniej porze czeka na nas kolejka i długie oczekiwanie przed drzwiami albo jedzenie pizzy lub zadowolenie się menu turistico. Potrawy w Tratoria Sergio Gozzi vis a vis Bazyliki San Lorenzo zasłużenie cieszą się sporym zainteresowaniem. Kwadrans po dwunastej u drzwi spora grupka oczekujących. Mam szczęście, bo wchodzę po pięciu minutach oczekiwania. Ravioli al ragu posypane parmezanem smakują obłędnie, podobnie jak zucotto fiorentino. To ponoć pochodzący z czasów Medyceuszy deser ze schłodzonego ciasta, jest w kształcie kopuły (nawiązującej do Duomo) składa się z biszkoptu nasączonego likierem, wypełnionego kremem z ricotty, bakalii, kakao i kawałków czekolady. Jest bardzo smaczny i nie za słodki. Marzyłam o nim od czasu ostatniego pobytu we Florencji, kiedy tylko spróbowałam go z talerza ciotki Wandy.

Zucotto fiorentino


Pałac Medici Riccardi
Głowa św. Hieronima Lippiego - szkic węglem

Po obiedzie postanowiłam iść przed siebie i wejść tam, gdzie nie będzie kolejek. Komfort kolejnego pobytu, kiedy większość atrakcji już poznałam (złe określenie które odwiedziłam raz, czy dwa). Pierwszym obiektem na który trafiłam jest Pałac Medyceuszy. Byłam tam dwukrotnie, ale ponieważ podoba mi się Pochód Trzech Króli Benozzo Gozzoli (od czasów fascynacji rodem Medyceuszy) oraz nie posiadam dobrego zdjęcia Madonny z dzieciątkiem Lippiego - uznałam to za szczęśliwy traf. O Pochodzie Trzech króli pisałam tutaj. Tym razem mogłam uzupełnić kolekcję zdjęć o kolejne. Nie było wielu odwiedzających, dzięki czemu stojący nieopodal strażnik nie poganiał, żeby opuścić niewielkie pomieszczenie i przechodzić do kolejnych sal. Mogłam tą cudowną bajką z Medyceuszami w roli głównej napawać wzrok. Bajką, bo historia pochodu trzech króli przedstawiona została w iście baśniowym wykonaniu; mnogość kolorów, strojów, postaci, zwierząt, krajobrazu – nagromadzenie wszystkich tych elementów na obrazie sprawia, że jest co oglądać. Ja zawsze wyszukuję zleceniodawców – ich wyidealizowanych postaci, młodzi Medyceusze niczym cherubini, starsi będący oznaką potęgi i nestorzy – dostojeństwa. Zrobiłam też zdjęcie Madonny Filippo Lippiego, ale bardziej zaciekawił mnie rewers obrazu - naszkicowana węglem głowa świętego Hieronima (tego malarza-zakonnika). Zadziwiło mnie to, byłam przekonana, że przedstawia kolejną z Madonn. Ma takie delikatne rysy.
Pochód Trzech króli Benozzo Gozzoli (tłumy jak na wystawie Fra Angelico)

Renesansowy pałac i barokowa sala z freskami Luca Giordano z apoteozą Medyceuszy. Nowi właściciele pałacu ród Riccardi zlecili dobudowanie drugiego skrzydła, w którym mieszczą się Sala Lustrzana i Biblioteka Riccardich. Na suficie zlecili uczcić poprzednich właścicieli. Barokowe malowidła odwołujące się do mitologii są trudne dla skupienia uwagi. Starałam się skoncentrować na fragmencie malowidła przedstawiającym scenę narodzin człowieka w Krainie Wieczności i ani tam, ani potem na zdjęciu nie dopatrzyłam się nowonarodzonego człowieka w rękach boga Janusa (nawet po powiększeniu zdjęcia). Trzeba uwierzyć na słowo, że w owym tłumoku w rękach Janusa znajduje się dziecko. Dla wynagrodzenia braku amorków na fresku dostatek. Widać za to wrzeciona i nici losu człowieczego trzymane przez Moiry otaczające Janusa.
Sala Lustrzana


Narodziny człowieka w Krainie Wieczności Luca Giordano

Złote detale wykończenia Sali odbijają się i zwielokrotniają wrażenie bogactwa i elegancji dzięki lustrom ozdobionym florą i amorkami. Medyceusze sporą część olbrzymiej fortuny przeznaczyli na mecenat artystyczny, poza wspieraniem artystów i fundowaniem budowy świątyń, budynków użyteczności publicznej i przytułków gromadzili dzieła antyczne. Sporo ich zarówno w korytarzach, jak i na dziedzińcu. Mnie za każdym razem przyciąga postać kobiety w welonie na głowie. Nie znalazłam tabliczki informacyjnej. Czy jest to rzeźba antyczna, czy renesansowa nie mam pojęcia, ale spośród wielu innych to ona za każdym razem zwraca moją uwagę. Kobieta w welonie.
Kobieta w welonie- jak wyśledziła Ela jest to Beatrice Lorenzo Bartoliniego (Beatrice Portinari- ukochana Dantego) -widomość wyśledzona przy pomocy AI - i dość prawdopodobna, więc przyjmuję za pewnik. Bartolini był XIX wiecznym rzeźbiarzem Florenckim - bardzo znanym w swojej epoce i poważanym. 


Wystawa Toulouse Lautrec
litografia HTL

Idąc do hotelu nie planowałam wchodzić do kolejnej galerii, tym bardziej iż miałam zarezerwowane bilety na wystawę Fra Angelico w Palazzo Strozzi. Potem czekało mnie jeszcze spotkanie z Moniką.

Jednak przechodząc przez Plac Zwiastowania, przy którym stoi Szpital Niewiniątek (projekt Bruneleschiego - tego od kopuły Duomo z medalionami dzieciaczków w powijakach Andrei della Robbia) zauważyłam plakaty z nazwiskiem Toulouse Lautrec. Zdziwiło mnie to, gdyż po pierwsze nie spodziewałam się sal wystawowych w tym miejscu, po drugie, skąd pomysł na sztukę Belle Epoque we Florencji. Z tego co zauważyłam (być może błędnie) Włosi preferują rodzimą sztukę. Nie ma się co dziwić mają jej tyle, że mogą zapełnić niejedno muzeum (nawet uwzględniając ogromne straty wojenne). Nie wiele myśląc weszłam na wystawę. Były to główne litografie Henriego TL ale też Alfonsa Muchy (i paru jeszcze twórców) a także trochę przedmiotów użytkowych art deco, zdjęcia, filmy i plakaty. Wystawa nieduża ale bardzo ciekawa. 




Po spotkaniu ze sztuką XV i XVII wieku w pałacu Medyceuszy z przyjemnością przeniosłam się w okres przełomu wieków XIX i XX. Nie wiem, czy większą radość sprawiły mi litografie Muchy (oglądane po raz pierwszy, w ogóle nie miałam wcześniej okazji oglądać dzieł Alfonsa), czy lampy, wazony i etażerki. Jakby omszałe wazony, wazy, misy, lampy z malowanymi kwiatami, gałązkami czy ptakami oraz witrażowe lampy Tifanny z początku XX wieku wyglądają niezwykle interesująco. Podobnie, jak personifikacje pór roku Alfonsa Muchy (delikatność połączona z nowatorstwem). Był to bardzo miły przerywnik pomiędzy wizytami w pałacach.
Jesień Alfons Mucha


Fra Angelico w Palazzo Strozzi

Madonna dell`Umilita (Pokory) z Berlińskiego Muzeum

Wybierając się do Florencji sprawdziłam terminarz planowanych wystaw. Ach ta zachłanność nie mająca granic. Przecież wiedziałam, że odwiedzę Ufizzi, a to jest galeria nie mająca sobie równych, posiada w swych zbiorach tak wiele obrazów, które zaliczam do bliskich memu sercu, że powinnam była sobie odpuścić kolejną wystawę. Zdaje się, że to nasza noblistka Szymborska mawiała jeden obraz dziennie. I przyznaję jej rację, ale musiałabym zamieszkać we Florencji na kilka lat, aby obejrzeć choćby te najważniejsze dla mnie dzieła. Kiedy przeczytałam, iż w Palazzo Strozzi odbywa się wystawa obrazów Fra Angelico wiedziałam, że chcę ją obejrzeć. Z braciszkiem Angelico (był zakonnikiem podobnie, jak Lippi, ale wierzył prawdziwie, Lippi został nim przez przypadek) mam tak jak z Pissarro rozpoznaję jego obrazy (przynajmniej w sporej części), jednak nie umiem zapamiętać ich tytułów. Poza zwiastowaniem w klasztorze San Marco (tym cudem nad cudami) inne są dla mnie jak ilustracje książeczek dla dzieci, przepięknie kolorowe z dużą ilością lapis lazuri, złotej farbki i czerwieni. Matki boskie z rumieńcami na twarzy, anioły z loczkami, nieco naiwne, ale jakże szczere. Na jasnoniebieskich ścianach wiszę obrazy wypożyczone z muzeów Europejskich a także zza oceanu.
Zwiastowanie di San Giovani Valdarno z Muzeum w Cortonie (prawie tak ładne jak to w San Marco)

Zwiastowanie w Klasztorze San Marco (nie mogłam go nie zamieścić, bo choć nie było na wystawie z wiadomych względów- to fresk na ścianie klasztoru- to dla mnie najładniejsze z dzieł anielskiego braciszka, choć nie tak barwne jak pozostałe obrazy)

Zainteresowanie ekspozycją jest ogromne. I tu zgodzę się z Iwaszkiewiczem – w muzeach jest za dużo ludzi (on napisał ludzie tak okropnie przeszkadzają w muzeach- str. 76 Podróże do Włoch PIW 2008). Z tym, że to co nazywał Iwaszkiewicz nadmiarem dziś nazwalibyśmy ledwie namiastką zainteresowanych. Mimo rezerwacji biletu musiałam odstać parę minut w kolejce, która „stała” w miejscu, co powodowało nerwowe oglądanie się na boki i wymienianie porozumiewawczych spojrzeń z Azjatkami stojącymi za mną. Wbrew obawom weszłam punktualnie. I tu nastąpił armagedon. Ludzi było tak dużo, że do paru obrazów nie mogłam w ogóle podejść, oglądałam je spomiędzy głów zwiedzających. Kilka minut oczekiwania w tłumie osób gestykulujących, pokazujących sobie detale, popisujących się znajomością dzieła i wchodzących innym w pole widzenia sprawiło, że musiałam przejść do tych mniej obleganych. Była to dobra decyzja, bo nie miałam oczekiwań związanych z konkretnymi obrazami (nie miałam nawet wiedzy na ten temat, jakich dzieł mogę oczekiwać) - chciałam jedynie po napawać wzrok urokiem obrazków. 
Tego rodzaju dzieła nazywam renesansowym komiksem. Szafa sreber - cykl kilkudziesięciu obrazków dla szaf w klasztorze San Marco we Florencji

Nazwanie ich obrazkami jest dla mnie zamierzonym sformułowaniem, bo jest w nich coś z naiwności, pobożności, pokory, żarliwości – taka mieszanka baśniowości, gdzie nawet obcięta mieczem głowa z tryskającymi strumieniami krwi nie przeraziłaby dziecka.
Ścięcie Św. Kosmy i Damiana (nie pamiętam skąd obraz przyjechał na wystawę)

Szczerze mówiąc na żadnej innej wystawie nie miałam tak mieszanych uczuć, radość z oglądania mojego ukochanego Anielskiego braciszka, który malował tak, jakby się modlił mieszała się z zażenowaniem z powodu tych tłumów ludzi nie zważających na innych -ludzi, którym brakowało pokory wobec sztuki i współbraci, w przeciwieństwie do bohatera wystawy. Coś tu było nie tak zorganizowane, mimo biletów na godzinę i wpuszczania ograniczonej ilości osób – zwiedzających było za dużo. Galeria sztuki to pewnego rodzaju sacrum (przynajmniej dla mnie), w którym chciałoby się pobyć sam na sam w ciszy i spokoju, a przy tak dużej ilości osób oglądanie traci swój odświętny nastrój, nie ma miejsca na kontemplacje. Na szczęście po parunastu minutach udało mi się wyłączyć z otoczenia, zamknąć uszy na szum i gwar rozmów i skoncentrować na kilku dziełach.
Święty Jan Chrzciciel Michelozzo

Pokutująca Maria Magdalena Donatello (takie luźne skojarzenie) ze strony

Poza obrazami Fra Angelico było dla porównania parę obrazów, rzeźb i innych dzieł sztuki kolegów artystów.

Moją uwagę zwrócił Święty Jan Baptysta Michelozzo. W pierwszej chwili wydał mi się podobny w stylu do rzeźby Św. Magdalena Pokutująca Donatella. Kiedy oglądałam ją po raz pierwszy zrobiła na mnie piorunujące wrażenie i choć nie zrobiłam jej zdjęcia doskonale zapamiętałam tę wychudzoną, zabiedzoną w łachmanach postać. Brzydka, wymęczona, cierpiąca. Dziś jak patrzę na obie rzeźby widzę jednak spore różnice, ale może Michelozzo (który przyjaźnił się z Donatellem) trochę inspirował powstałym dwanaście lat wcześniej dziełem.

Uffizi
Na korytarzu Uffizi

O wizycie w Uffizi będzie odrębny wpis, nie mogę sobie odmówić tej przyjemności podzielenia się paroma obrazkami z Galerii (nawet jeśli jestem w moich zachwytach osamotniona. Choć ilość ludzi odwiedzających Galerię mogłaby świadczyć o czymś innym). Dziś tylko wspomnienia z galerią po trosze historyczne, po trosze techniczne. Po raz pierwszy odwiedziłam galerię w 2003 roku. Pamiętam rok dzięki kilku zachowanym zdjęciom. Marzyłam od lat o podróży do Florencji ponieważ chciałam obejrzeć – nie Dawida Michała Anioła, nie Katedrę ze słynną kopułą, nie Ponte Vecchio a dwa obrazy Botticellego w Uffizi. I kiedy w końcu doszła do skutku moja podróż z ciotką Wandą do Florencji i ona zaproponowała, aby może sobie odpuścić wizytę w Uffizi z uwagi na długą kolejkę do wejścia i konieczność wczesnego wstawania, aby się w nią ustawić – byłam gotowa rzucić się na nią z pazurami i wydrapać jej oczy. I choć zwykle tak potulna i zgodna Gosia tym razem się zbuntowałam i zapowiedziałam, że ja muszę tam iść. Niewiele pamiętam z tamtej pierwszej wizyty. Nie można było wówczas robić zdjęć, więc w mej pamięci pozostała scena z Sali numer trzynaście, w której na sąsiadujących ścianach wisiały Narodziny Wenus i Wiosna, a ja siedząc na ławeczce jednym okiem łypałam na Wiosnę drugim na Wenus, a łzy spływały mi po policzkach.
Wiosna Sandro Botticelli

To był taki kamień milowy mojego zaprzyjaźniania się ze sztuką. Botticelli był jednym z niewielu nazwisk, któremu umiałabym przypisać tytuły obrazów. Z tamtej pierwszej wizyty zapamiętałam tylko Tondo ze świętą rodziną Michała Anioła, Zwiastowanie Leonardo da Vinci, Portret Papieża Juliusza II Rafaela Santi oraz Meduzę Caravaggio. Z liczącego około dwóch tysięcy obrazów muzeum zapamiętałam tylko kilka.
Narodziny Wenus Sandro Botticelli

Ileż czasu minęło od tamtej pierwszej wizyty i moich naiwnych zachwytów. Z latami wizyt w galerii przybywało i moja kolekcja obrazów powiększała się coraz bardziej. Im więcej czytałam na temat malarzy i ich dzieł tym apetyt coraz bardziej rósł. W zeszłym roku oglądając kolejny film z cyklu Sztuka na ekranie na temat Florencji, Medyceuszy i Uffizi zamarzyłam o powrocie do Galerii, w której ostatnio byłam dekadę temu.
W drodze do Ufizzi

Baptysterium na pustym placu katedralnym (widok niezwykle rzadki za dnia)

Wiedziałam, że jeśli chcę uniknąć kolejki do wejścia i nerwów związanych z zakupem biletów powinnam dokonać internetowej rezerwacji. Bilety kupiłam na godz.8.30, najwcześniejsza możliwa godzina wejścia, aby choć troszkę uniknąć tłumów. Oczywiście nie chciało mi się wcale wstawać z łóżka tak wcześnie, zwłaszcza, że po spotkaniu z Moniką położyłam się dość późno spać. Ale jak już wyszłam z hotelu i szłam niemal pustymi ulicami miasta byłam zachwycona, że mam ją niemal wyłącznie dla siebie. Rzadki to widok. Nie zapomnę wrażenia, jakie zrobiła wyłaniająca się u szczytu via dei Servi Katedra – fantastyczny widok. Wokoło noc przechodzi w dzień, powoli się rozjaśnia, a przed oczami wyłania się bryła ogromnej cudowności. Duomo w pełnej krasie. Widok na część jej najpiękniejszą część pokrytą kopułą, trzykolorowe pasy marmurów z Carrary, Maremmy i Prato (czyż same nazwy nie brzmią cudownie). Biel oczywiście z Carrary (Michał Anioł korzystał z tego marmuru), a zieleń i róż – nigdy nie pamięta, który marmur skąd pochodzi). Od razu przypomniało mi się moje wczesne wyjście z hotelu na wystawę Fra Angelico w Paryżu. Wówczas w połowie grudnia było jeszcze ciemno, kiedy dochodziłam pod gmach Opery Garnier. Teraz kiedy zbliżałam się do Santa Maria del Fiore wstawał dzień.
Duomo godzina siódma trzydzieści

Nigdy jeszcze nie widziałam tak pustego placu katedralnego i tak fantastycznego (bezludnego) otoczenia Baptysterium. Nic tylko robić zdjęcia. Kiedy doszłam do Piazza Signoria zaczęły pojawiać się pojedyncze osoby. Mogłam się pozachwycać Galerią Sztuki znajdującą się w Loggi dei Lanzi. Ach czemuż tak zachwyca Perseusz z głową Meduzy Celliniego (jedno z niewielu dzieł złotnika). Jak to możliwe, że tak zły człowiek (zdolny do zamordowania rywala) mógł stworzyć tak piękną rzeźbę. Perseusz dumny i butny niczym jego twórca pokazuje obciętą głowę Meduzy stojąc na jej powalonym ciele.
Perseusz z głową Meduzy Cellini

A Neptun Ammanatiego sprawia wrażenie większego nawet od Dawida Michała Anioła i Herkulesa i Kakusa Bandinellego strzegących wejścia do Starego Pałacu (Pallazzo Vecchio). Przed pomnikiem Donatella zdobiącym jeden z filarów Uffizich -miejscem zbiórki jestem piętnaście minut przed czasem. Cała ja, zawsze muszę być wcześniej przewidując dziesiątki przeszkód, które mogłyby mnie zatrzymać. Okazuje się, iż i tak mając bilety w ręku musimy odstać w długiej kolejce do wejścia (ciągnącej się od początku jednego ze skrzydeł do jego końca). Kolejka przesuwa się błyskawicznie i już po pięciu minutach przechodzę przez lotniskową bramkę i trafiam do raju. Jeszcze tylko wspinam się na drugie piętro po iście pałacowych wysokich schodach i mogę się cieszyć spotkaniem z tak wieloma wspaniałymi dziełami sztuki.


Piazza Signioria jeszcze pusty godzina ósma rano




I na pożegnanie dzisiaj kolosalny Neptun Ammanatiego (zastępując Bandinellego tego od Herkulesa i Kakusa po jego śmierci i wygrywając z Cellinim)

23 komentarze:

  1. Jak pięknie opisujesz Twoje wrażenia związane ze sztuką, chyba Ci zazdroszczę tej łatwości w przekazywaniu Twego wnętrza kiedy patrzysz na te cudowne dzieła.
    We Florencji byłam swa razy, wspominam to miasto niezwykle ciepło, moje patrzenie w czasie podózy jest trochę inne, trochę sztuki i dośc dużo włoczenia sie po zaułkach, obserwowania ludzi, pochłaniam atmosferę miasta i właśnie ranki najbardziej mi się podobają na takie przeżycia. Muzea owszem ale tlumy i przedzieranie się przez nie, wysuwanie szyi by dojrzeć detale obrazu powoduje u mnie uczucie omdlenia, więc sobie dozuję taki wrażeń, więc z przyjemniścia przeczytałam Twój wpis , przypomniałam sobie moje dwie podróze....dzięki

    OdpowiedzUsuń
  2. Czytam właśnie Iwaszkiewicza - który pisze, że są różne sposoby podróżowania, szlakiem architektury, szlakiem obrazów, szlakiem kwiatów, szlakiem ciekawych słów i każdy jest dobry, skoro odpowiada podróżującemu. Nie ma lepszych i gorszych. Co do muzeów to je uwielbiam (ale prawie wyłącznie galerie sztuki), ale... no właśnie od czasów pandemii wizyta w muzeum bywa uciążliwa, mimo, że prawie zawsze wchodzę wcześniej rano, kiedy ludków mniej, to i tak zdarzają się mniej przyjemne wizyty, jak ta na wystawie Fra Angelico (choć tam byłam o siedemnastej, bo naiwnie myślałam, że Fra Angelico to mniej znany malarz i nie wzbudzi zainteresowania, byłam dwukrotnie w klasztorze san Marco i było bardzo spokojnie i mało ludzi, no ale tutaj kiedy obrazy są ściągnięte z wielu miejsc bywa hardkorowo :( Choć nie żałuję, ale wyciągnę wniosek. Gdyby nie moja zachłanność nie doszłoby do takiej sytuacji. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. Mimo iż we Florencji byliśmy trzy razy to niestety w Galerii Ufizzi ani razu. Dwa razy była to wycieczka zorganizowana i wiadomo miejsca wybiera organizator a czas jest ograniczony. Trzeci raz byliśmy sami ale nie zarezerwowaliśmy biletów a kolejka chyba nie miała końca. Skończyło się na nabyciu pięknego albumu, nie jest to to samo co osobisty odbiór. Natomiast Twoje opisy zawierają oprócz faktów też osobisty stosunek do prezentowanych dzieł i bardzo lubię je czytać. Podobają mi się obrazy Sandro Botticellego, chciałbym też obejrzeć Cudowną Madonnę ze szczygłem Rafaela i Wenus z Urbino Tycjana. Nawet nie będąc w Galerii malarstwa to istnieje przecież piękna Galeria Sztuki znajdującą się w Loggi dei Lanzi. We Florencji każdy znajdzie coś interesującego i kilka dni nie wystarczy by to wszystko zwiedzić. A już Florencja rankiem bez tłumów to prawdziwy rarytas. Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nie zarezerwowałam biletów do kaplicy Branacchich, gdzie znajdują się freski Masaccio i Masolino i Lippiego z tym najbardziej znanym freskiem Wypędzenia z raju Adama i Ewy Massacio. Nie sądziłam, że będzie tylu chętnych do oglądania, no i odeszłam z niczym. Ale może i dobrze, jak mówi koleżanka, będzie pretekst do powrotu, a poza tym ile można w ciągu dwóch dni zwiedzić galerii sztuki. Piękny album to też wspaniała pamiątka, osobiste oglądanie to oczywiście są wspaniałe wrażenia, emocje, przeżycia, ale wiadomo, że nie jesteśmy w stanie dojrzeć wszystkich detali (to bardziej emocjonalne przeżywanie całości) a w albumie (często powiększenia fragmentów dzieł) możemy dostrzec wiele detali. Choć najlepiej widać je na powiększeniu zdjęć :) Loggi dei Lanzi to wspaniała galeria rzeźby na powietrzu, ale także np. kościół Orsanchichele ozdobiony kilkoma posągami przez największych rzeźbiarzy, a te pomniki na Piazza Signoria. Jest co oglądać, nawet jak się nie wchodzi do środka, choć zawsze namawiam znajomych aby wchodzili przynajmniej na dziedzińce - np Palazzo Vecchio. Nie wiem, jak teraz, do niedawna było to możliwe, bo tam nawet bez kupowania biletów można oglądać piękne fontanny, posągi, architektoniczne wykończenia. Pozdrawiam

      Usuń
  4. Miło czytać, że sięgnęłaś po Iwaszkiewicza. On najpiękniej pisał o sztuce i z taką miłością oraz rozległą historyczno- literacką wiedzą ♥️ cudownie nawiązywał do różnych swoich doświadczeń. Podziwiam twoją pasję do sztuki malarskiej.
    Rzeczywiście ten ranny widok zupełnie niezwykły, jakby jacyś filmowcy szykowali się do zdjęć, tylko czekać aktorów w historycznych szatach.
    Włoskie dolci są znakomite. Trudno odmówić sobie deseru.
    Marmury z Carrary ja z kolei pamiętam z książki Wyspy zaczarowane, o tym jak ktoś rzeźbił siostrę Napoleona. Jeśli się nie mylę, bo nie sprawdzam.
    Carrara może się kojarzyć z curarrą.
    😃 Florencja jest zachwycająca, ale za dużo tych turystów już. Ja byłam raz i to już będzie 15 lat temu, we wrześniu. Kolejki do Uffizi to ciągnęły się przez cały plac . Dobrze, że można było sobie zrobić zdjęcie przed Dawidem. I zawsze się chwalę, że byłam na ślubie we Florencji w samym Ratuszu. Mam takie piękne zdjęcia w uroczej kreacji. Ja też wolę jednak muzea niż galerie malarskie. A najlepiej takie połączenia, które widziałaś w związku z H.T.L..
    Pozdrowienia ♥️



    OdpowiedzUsuń
  5. Teraz już nie pamiętam, kogo czytałam jako pierwszego- Muratowa, Iwaszkiewicza, Maraia, Kuncewiczową jeśli idzie o podróże po Włoszech. Łysiaka czytałam MBC ale tylko dwa pierwsze tomy, potem za bardzo zaczął mi się utożsamiać autor z jego poglądami, ale wiedzę ma sporą to mu przyznaję. Siostrę Napoleona rzeźbił Canova- ach ten materac na który leży półnaga Paulina Borghese. Pisałam kiedyś o tej rzeźbie. Materac, który ugina się pod ciałem- tak sugestywnie, że miałam duże wątpliwości czy to rzeczywiście marmur. Kolejki do Ufizzi zawsze bywały długie, ale jak ktoś chce wejść powinien chwilę poobserwować, bo one czasami dość szybko się przesuwają (choć nie ręczę jak jest dziś). Pamiętam, jak lata temu koleżanki opowiadały, iż nie stały w kolejce do Bazyliki Św Piotra w Rzymie, bo kolejka była bardzo długa, a tymczasem ja stanęłam i nie minęło dziesięć minut a byłam przy bramkach, a potem szło piorunem. Ludzi jest multum i to wszędzie - w każdym większym ośrodku. Pomyśleć, że Iwaszkiewicz narzekał na zbyt wielu ludzi w muzeach, a zwiedzał je w latach 20 tych - do 70 tych zeszłego wieku. Narzekał na samochody szpecące palce i ulice, kiedy nie było ich tyle co dzisiaj, kiedy bywają po trzy i cztery w rodzinie. Cieszę się, że wiele galerii już obejrzałam i teraz mogę bez nerwów obejrzeć po raz kolejny, bo to co się dzieje bywa ... niekomfortowe. A stanie dwie czy trzy godziny do wejścia- to nawet przy moim niepohamowanym apetycie zbyt wiele.

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie mogę pochwalić się podróżą do Florencji. Znam ją tylko z rożnych publikacji...
    Jeszcze nie tak dawno lubiłam i ja zwiedzać galerie sztuki, teraz odwiedzam je sporadycznie.
    W tytule tego posta zainteresował mnie Henri Toulouse Lautrec - mój ulubiony artysta, dla którego specjalnie pojechałam do Albi gdzie przyszedł na świat i gdzie na terenie byłej siedziby biskupiej utworzone zostało muzeum z jego dziełami. Tam dopiero poznałam jego twórczość od najwcześniejszych jego lat i byłam w niemałym szoku, bowiem było to bardzo różne malarstwo i jakże inne od okresu paryskiego...
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Galeria Uffizzi nie ma sobie równych. Też chciałabym ją ponownie zobaczyć.
    Pozdrawiam:)*

    OdpowiedzUsuń
  8. Gosiu, czytałam ten wpis jak dobrą powieść – powoli, z zachwytem i z poczuciem, że prowadzisz mnie za rękę po Florencji ❤️
    Uwielbiam, jak łączysz sztukę, historię i własne emocje – to Twoje „mieszanie wspomnień z wyobraźnią” jest absolutnie magiczne. Przy Medyceuszach, Fra Angelico i Botticellim aż czuć, że to nie jest zwykłe zwiedzanie, tylko prawdziwa relacja z miastem.
    Ten poranek w drodze do Uffizi, pusty plac przy Duomo, pierwsze światło dnia… wow. A scena z Wenus i Wiosną Botticellego – aż ścisnęło mnie w środku, bo doskonale rozumiem takie wzruszenie.
    No i zazdroszczę Ci tych chwil „sam na sam” ze sztuką, nawet jeśli okupionych wczesną pobudką.
    Piękny, mądry i bardzo Twój tekst. Dziękuję, że mogłam znów przejść się z Tobą po Florencji 💙

    OdpowiedzUsuń
  9. Aniu (bo chyba ty piszesz:) cieszę się, że się mój wpis spodobał. Ja też z przyjemnością szłam po pustym Placu Duomo - we Florencji byłam kilka razy, ale z takim widokiem spotykam się tylko, jak uda mi wstać wcześnie rano, co nie zawsze jest możliwe, bo wiadomo, że staram się wykorzystać pobyt i czasami muszę być rano w innym miejscu (inna galeria) i nie zdążę tu dotrzeć. Ale kiedy wracałyśmy z Moniką ze spotkania też trafiłyśmy na mało zaludniony plac pod katedrą, choć nie było jeszcze tak późno, więc czasami się trafia :) A chwile ze sztuką nie do końca były sam na sam, ale zdarzało się sporo sam na sam. Wiadomo że ci panowie, których wymieniłam na samym początku wpisu są zawsze oblegani, ale i tam można było się dobrze przyjrzeć

    OdpowiedzUsuń
  10. Jeśli chodzi o włoskie miasta to chyba niemożliwe jest wybranie ulubieńca, zresztą tyczy się to nie tylko włoskich miast. Jeśli w jakimś kraju widziało się ich sporo to wybranie tego naj jest dylematem. Moje serce wybiera chyba Bergamo, z różnych względów, głównie przez to, że był to pierwszy wyjazd z moim Pankrackiem, byliśmy ze sobą krótko, wszystko co wspólne było dla nas nowe i pojęcia nie mieliśmy co z tego będzie. I chociaż było to 10 lat temu to oboje jesteśmy zdumieni ile z tego wyjazdu pamiętamy, w tym mnóstwo drobiazgów. Miło wspominam Wenecję, która nigdy nie była moim marzeniem a byłam dwa razy, pierwszy właśnie 10 lat temu, a drugi z rodziną. Często wspominam nasze spotkanie we Florencji i żałuję, że nie wybrałyśmy się na wieczorny spacer żeby samolubnie mieć wiele miejsc tylko dla siebie. Oprócz tego jestem pewna że byłabyś świetna w roli przewodnika z pasją.
    To prawda, że ludzie kierują się różnymi motywami wybierając wakacyjne kierunki, wszyscy wiemy, że Ty podążasz szlakiem sztuki. Moja przyjaciółka podróżuje szlakiem wiatraków, co wydaje mi się bardzo ciekawe. Pamiętam, że kiedyś czytałam bloga, którego autorka zawsze szukała fajnych i ciekawych księgarń i bibliotek, niestety przestała blogować a bloga nie umiem odnaleźć ale bardzo mi się podobał.
    Kolejka do Ufizzi trochę mnie przeraziła tym bardziej, że miałam wrażenie iż w ogóle się nie posuwa. I tak sobie pomyślałam, mylnie zapewne, że ktoś kto w niej stoi jest prawdziwym miłośnikiem sztuki.

    OdpowiedzUsuń
  11. To prawda, że trudne, a nawet często niemożliwe. W tej chwili jest to dla mnie Florencja, a kto wie, może za rok będzie inne miasto. Wenecja skradła moje serce od chwili, kiedy wysiadłam z pociągu i wyszłam z dworca Santa Lucia wprost na Grande Canalle :) A wcale nie był to pierwszy pobyt. Pierwszy z rodziną był jakiś taki szybki, pośpieszny i pełen niesnasek, że choć mi się podobała nie było tej ekstazy, która sprawia, że chce się wracać wciąż i wciąż.
    Kiedyś trafiłam na wpis osoby, której znajoma kolekcjonuje wszystko co związane ze Św. Nepomucenem. Od razu zaczęłam sobie przypominać różne kapliczki, świątynie i posągi, które sama oglądałam. Kiedy przeczytałam o kwiatach u Iwaszkiewicza najpierw się zdziwiłam, ale za chwilę przypomniałam sobie przeróżne kolorowe rośliny, które widywałam we Włoszech i zrozumiałam, że można i tak.
    Czy tylko miłośnicy sztuki stoją w kolejkach- obawiam się że nie- od pięciu lat zrobiła się moda na zaliczanie galerii sztuki i robienie sobie selfie pod obrazami najbardziej znanymi. Pamiętam że w Wiedniu pod Pocałunkiem Klimta stał tłum już na otwarciu muzeum, a pod innymi obrazami Klimta pustki. Tacy to znawcy :) Tak więc czasami warto stanąć w kolejce, oczywiście, pod warunkiem, że się lubi oglądać zbiory, bo jak nie to szkoda czasu. Ja nie przepadam za galeriami nie związanymi ze sztuką więc szybko mnie nużą archeologiczne czy militarne, a nowoczesne to już zupełnie- przez część sztuki nowoczesnej w Edynburgu prawie przebiegłam tak mnie nużyła spiesząc do jak ja nazywam "normalnego" :) malarstwa.

    OdpowiedzUsuń
  12. Właśnie przeczytałam że Hamburg jest nazywany Wenecją północy (które to już miasto jest kolejną Wenecją:))), ale pooglądałam zdjęcia i nie sądziłam, że ma tak urocze zakątki, ta ilość mostków niesamowita. Może się wybiorę kiedyś

    OdpowiedzUsuń
  13. A ja tam wcale nie chciałabym czytać Iwaszkiewicza Podróży do Włoch, bo wolę Twoje🤩A jak wiesz zachwycałam się jego Podróżami do Polski. Prowadzisz człowieka za rękę tak, że chce się z Tobą wędrować. A moja podróż do Florencji to wspomnienie rzeki i owego cudownego mostu który natychmiast skojarzył mi się z pralką Złotą Uliczka- dlatego wnikliwie za Tobą podążam🤗

    OdpowiedzUsuń
  14. Myślę, że fajnie się zainspirować, ale nie ślepo podążać czyimiś ścieżkami, bo każdy z nas odnajdzie swoje. Ponte Vecchio w tym roku, jak zwykle zresztą dość mocno oblegany, ale dało się przejść. Mnie akurat sklepiki jubilerskie nie interesują, ale most jako taki ciekawy. Choć jak czytam, że był najmniej urokliwym mostem spośród wszystkich florenckich, które zostały zbombardowane w czasie wojny i nie odbudowane w kształcie pierwotnym to myślę sobie, jakie piękne musiały być tamte mosty.

    OdpowiedzUsuń
  15. Ale miło, że przebijam w tej kwestii wielkiego Jarosława :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Miałem wczoraj rano, kiedy czytałem Twój tekst, napisać jakiś merytoryczny komentarz. Siadłem do tego dzisiaj i choć przeczytałem (z przyjemnością), tekst jeszcze raz, nie mam pojęcia, do którego fragmentu chciałem nawiązać :P Chyba już pora przyswoić maksymę: co ma zrobić dziś, zrób DZIŚ! :D

    OdpowiedzUsuń
  17. Też tak mam, czytam, chcę coś napisać, ale zadzwoni telefon, albo uświadamiam sobie, że muszę wyjść z domu, a potem zapominam o co mi chodziło :) Nic nie szkodzi. :)

    OdpowiedzUsuń
  18. Małgosiu nie mam szczęścia do tego posta zaczynam czytać po raz trzeci i nie mogę skończyć, bo utkwiłam na TL jak poprzednio. Tym razem Marta miała telefon z przykrymi wiadomościami, obydwie bardzo się zdenerwowałyśmy, więc jutro doczytam. Piszę dlatego, że zapytałam Ala ( czyli AI) o rzeźbę i on twierdzi, że identyfikuje ten posąg jako XIX wieczne dzieło Lorenzo Bartolini, przedstawiające Beatrice Portinari. Pyta, w jakim miejscu w pałacu konkretnie stoi, jak będzie wiedział odpowie ze 100% pewnością. Napisz mi to zapytam jeszcze raz.

    OdpowiedzUsuń
  19. Rzeźba stoi w Pałacu Medyceuszy. Ja szukałam przez Obiektyw ale podawał sprzeczne dane. Najpierw się żachnęłam bo brałam ją za rzeźbę antyczną, no renesansową, ale jak pomyślałam, że Bartolini był jednym z najlepszych XIX wiecznych rzeźbiarzy a Beatrice wszak tak ważna dla Florentyńczyków i często przedstawiano ją w takim nakryciu głowy to nie jest to niemożliwe, a wręcz wiele prawdopodobne. Czekam zatem co uda ci się wynaleźć, a i ja będę szukała mając ten trop.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gosiu napisałam mu, że w pałacu Medyceuszy, ale on chce węziej i konkretnie - klatka schodowa, korytarz, czy sala, co charakterystycznego jest w pobliżu, która kondygnacja ew. skrzydło, jak go dokładnie umiejscowi będzie pewność. Wysłałam mu zdjęcie, które zrobiłaś, po atrybutach sądzi że to Beatrycze, napisał mi tak - Tego typu rzeźby Beatrycze były bardzo popularne w XIX-wiecznej Florencji — ukazywano ją jako skromną, zamyśloną kobietę w średniowiecznym stroju i welonie, często z księgą lub kwiatami w dłoni. Bartolini stworzył kilka wersji i kopii, które trafiły do różnych florenckich pałaców i muzeów.



      Usuń
  20. A nie chce wiedzieć, jak się ów posąg nazywa i kto go wykonał? Mam dość dobrą pamięć, ale tego która konkretnie sala, czy jak się nazywa nie wiem. Sala na pierwszym piętrze, stał w niej stolik z krzesłami z zielonym obiciem a na ścianie wisiały gobeliny i nie była to prostokątna sala z gobelinami (i krzesłami wykorzystywana do sale spotkań dzisiaj), ale raczej kwadratowa sala. Mogę ci na maila przesłać widok z dalszej perspektywy na salę. Ale więcej nie wiem, skrzydło ? nie mam pojęcia. Jak weszłam na piętro tak się zakręciłam, że nie miałam pojęcia z której strony budynku jestem, zwłaszcza, że okna nie dawały widoku na zewnątrz.

    OdpowiedzUsuń
  21. Dzięki informacjom wyszukanym przez Elę uzupełniłam wpis pod zdjęciem pomnika, który mi się spodobał tak bardzo w Pałacu Medyceuszy. Dzięki Ela

    OdpowiedzUsuń

Jestem bardzo rada z każdego komentarza, ale nie będę tolerować komentarzy agresywnych, wulgarnych, czy obrażających moich gości (innych komentatorów).