Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura iberoamerykańska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura iberoamerykańska. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 10 stycznia 2022

Mała hurtownia książek na początek roku (Konopnicka, Gische, Llosa)

Wrażenia z podróży Maria Konopnicka Ta książka utwierdza mnie w przekonaniu, że nie zawsze rekomendacja osoby spod znaku Józefa (jak mawiała Ania z Zielonego Wzgórza) będzie gwarancją satysfakcjonującej lektury. Moja przyjaciółka Madzia poleciła mi wrażenia z podróży Marii Konopnickiej. Była tą książką oczarowana. Ponieważ temat podróży jest mi niezwykle bliski i czytam wszystko co wpadnie w ręce ze szczególnym uwzględnieniem wspomnień literatów (czytałam przepiękne opisy podróżniczych wrażeń Brodskiego, Maraia, Goethego, Iwaszkiewicza, Muratowa, Herberta, Kuncewiczowej, o czym pisałam na blogu) byłam przekonana, że lektura będzie miłym sposobem spędzenia czasu. Niestety, nie zagrało, ja i Konopnicka nie znalazłyśmy wspólnej płaszczyzny. I zupełnie nie wiem dlaczego. Może nie bez znaczenia był kierunek podróży (sporą część owej podróży stanowią góry) co by wyjaśniało moje z Marysią niedopasowanie. Otóż ja góry lubię, ogromnie przyjemnie jest stanąć na wierzchołku i spojrzeć dół, objąć wzrokiem panoramę okolicy, a nawet poszusować na nartach, ale nie koniecznie lubię czytać o górach. A może to styl trochę poetycki, trochę metaforyczny tym razem mnie pokonał. Bardzo lubię taki styl, ale wymaga on, przynajmniej z mojej strony skupienia i wysiłku, którego tym razem zabrakło. Zdecydowanie najprzyjemniej czytało mi się o wrażeniach z
Wenecji, o starciu wyobrażeń z rzeczywistością Jest coś dziwnego w tym uczuciu, jakim przenikniony jest wędrowiec, stając wśród miasta, o którym słuchał kiedyś rzeczy niezwykłe- i wyobrażał je sobie miastem w błękit rzuconym i niedosiężnym. A teraz przyszedł i jest tu. […] więc dziś zadumałam się bardzo widząc, że w tej Wenecji białej ludzie w sklepach stoją, towar przedają, sery gryzą, wodę noszą; a miasto- nie jest miastem umarłym, i w uciszeniu stojącym- i nietkniętym od pamiętnych czasów. (str 79-80), o pięknie zaklętym w kamieniach Lwy jeszcze po marmurach ryczą, i pawie z piór strząsają gwiazdy sine, i miecz Morosiniego leży. [….]. Wschód tchnie tutaj na wędrowca z porfirów swoich mozaik starych, a każda kolumna ma swoje, sny o palmach i niewolnicą jest, na służbie zwycięzców stojącą. (str. 80) o powierzchowności wiernych na nabożeństwie (gdzie jedyną prawdziwą wenecjanką jest ta, co zstąpiła z obrazu Tycjana lub Veronese), o wieczorze na Piazza San Marco (gwarnym okraszonym wojskową muzyką). Tak, te opisy Wenecji podobały mi się najbardziej, może z uwagi na moją znajomość z miastem nie wymagały w tym zakresie większego skupienia, bowiem obrazy same przesuwały się przed oczami, wystarczy mi przeczytać o lwach ryczących na marmurach i już widzę te na posągach przed Grande Canal czy te na wieży zegarowej na Placu Świętego Marka czy dziesiątki innych i widzę i czuję promienie słońca, szum wody, odgłosy skrzydeł gołębi. Aj zatęskniłam za Brodskim czy Herbertem i za Wenecją. Książka przeczytana w ramach wyzwania stosikowego u Anny. A przy okazji, kto lubi czytać o górach zapraszam na blog mojej przyjaciółki Madzi.

Brzydka królowa Victoria Gische Poprzedni rok zamknęłam lekturą Matki Jagiellonów, ten rozpoczęłam Brzydką królową, czyli Elżbieta Rakuszanka zagościła u mnie na nieco dłużej. Opowieść snuta przez Victorię Gische zdecydowanie bardziej mi odpowiadała. Powieść historyczna nie ma zbyt wielu zwolenników; osobom posiadającym wiedzę historyczną przeszkadza w niej fikcja, która siłą rzeczy w powieści musi się pojawić, osobom oczekującym wyłącznie ciekawej historii przeszkadzają pojawiające się w historyczne fakty; zbyt wiele dat i nazwisk. Ktoś napisał na blogu po co te wszystkie postacie niemające żadnego znaczenia dla akcji. :)
W zasadzie Brzydka królowa opowiada o tym samym o czym opowiadała Matka Jagiellonów, ale inaczej rozkłada akcenty. Przyjęte przez autorkę Matki królów założenie determinowało ją do przedstawienia Elżbiety jako matki, ale w ten sposób osoba monarchini została nieco jednowymiarowa - jestem kobietą i monarchinią, więc rodzę dzieci, wychowuję dzieci, osadzam dzieci na tronach Europy, chowam dzieci i rozpaczam z powodu ich przedwczesnego odejścia. W Brzydkiej królowej mamy nie tylko matkę, mamy kobietę, człowieka i monarchinię. Osobę przedstawioną w ciepłym świetle, ale i nie pozbawioną wad. Bardziej wiarygodnie został też przedstawiony związek z Kazimierzem Jagiellończykiem. O ile w Matce królów nie bardzo rozumiałam, w jaki sposób młody król który jeszcze przed chwilą chciał zerwać umowę małżeńską i nie mógł nawet spojrzeć na żonę nagle zapałał doń uczuciem, o tyle w Brzydkiej królowej przekonało mnie to, iż ujęła go mądrość Elżbiety. Nie bez znaczenia mógł być też fakt, iż szybko nauczyła się trudnego dla niej języka, dzięki czemu mogli rozmawiać bez pośredników. Elżbieta z Brzydkiej królowej to też matka, ale przede wszystkim mądra władczyni, osoba światła, oczytana, doceniająca sztukę, doradzająca małżonkowi, choć potrafi pogodzić się z jego decyzjami, nawet, jeśli się z nimi nie zgadza i wreszcie osoba o wysokim poczuciu własnej wartości wynikającej z urodzenia w królewskiej rodzinie, a przez to wyniosła i nadto dumna.
I co bardzo mi się podobało opowieść osadzona jest w epoce; mamy i obyczaje dworskie (turnieje, polowania, koronacje, uczty) i plączącego się po dworze monarchy królewskiego błazna i spiskującego biskupa Oleśnickiego. Jest opis stosowanych kar, na dwór docierają nowiny dotyczące wynalezienia druku, czy odkryć geograficznych, a zlecenie na ołtarz Mariacki otrzymuje Wit Stwosz. Ciekawostką jest wplecenie w powieść scen w pomocnikiem mistrza Stwosza z Historii żółtej ciżemki. Może nie jest to literatura wybitna, ale lekka, sympatyczna lektura, która naświetla postać królowej nie przeinaczając faktów.

Pantaelon i wizytantki - Mario Vargas Llosa. Muszę przyznać, iż pomysł na powieść miał autor ciekawy. Kapitan Pantaleon Pantoia człowiek idealne nadający się do wojska, bowiem ślepo wykonuje każdy nawet najbardziej absurdalny rozkaz, w dodatku wykonuje go perfekcyjnie otrzymuje nietypowe zadanie. Zadanie utworzenia wojskowego burdelu. Tak perfekcyjnie wykona to zadanie, iż doprowadzi to do groteskowej sytuacji, bowiem Służba Wizytantek, którą stworzy przerośnie oczekiwania zleceniodawców. Uśmiech wywołują obliczenia kapitana poprzedzone przeprowadzeniem drobiazgowej ankiety na temat zapotrzebowania na usługę, czy przeciętnego czasu trwania usługi. Pantoia wylicza koszty, wydajność wizytantek, zapotrzebowanie na zaplecze techniczne, w postaci transportu, ludzi, sprzętu włącznie z zapewnieniem quasi intymnej atmosfery świadczenia usługi, czy udostępnieniem literatury mającej doprowadzić zainteresowanych do szybszej gotowości skorzystania z usługi. Niestety znużyły mnie nieco pisane biurokratycznym wojskowym językiem raporty z działalności przebiegu służby wizytantek. Było to zabiegiem celowym, choć mnie nie rozbawiły, a zmęczyły (może za dużo tego urzędniczego języka w pracy mam na co dzień). Pantaleon i wizytantki to nie tylko zabawna historyjka tworzenia wojskowego burdelu, to głównie pokazanie prawideł rządzących zarówno wojskiem, jak i mediami, czy psychologii tłumu, który łatwo ulega manipulacji przywódcy sekty (zjawisko brata Francesco). W przeciwieństwie do większości czytelników nie uśmiałam się przy lekturze, chyba mam odmienne poczucie humoru, wywołała ona smutną refleksję, na temat bezduszności biurokratycznej machiny oraz braku granic absurdu w dążeniu do osiągnięcia celów i braku jakiejkolwiek refleksji u rządzących (w tym przypadku dowództwa wojskowego). Ciekawa fabuła i pomysł przedstawienia historii, nawet, jeśli mnie nie do końca przekonał.

niedziela, 24 czerwca 2012

Listy do młodego piarza Mario Vargas Llosa


Wydawnictwo Znak, rok wydania 2012, ilość str. 121
„Listy do młodego pisarza” to zbiór dwunastu esejów napisanych w formie listów, w których autor udziela rad młodemu, wyimaginowanemu adeptowi literatury na temat warsztatu twórczego. Sam Llosa pisze we wstępie: „Nie jest to podręcznik sztuki literackiej - tej prawdziwi pisarze uczą się sami. Jest to esej mówiący o tym, jak rodzą się i powstają powieści, oparty na moich własnych doświadczeniach, które nie muszą by identyczne z doświadczeniami innych prozaików, ani nawet ich przypominać”. Jeśli jednak ktoś myśli, iż lektura Listów pozwoli mu poznać tajniki warsztatu noblisty, wyjawi jego tajemnice bardzo się myli. Listy można by nazwać zbiorem wykładów na temat techniki pisania; doskonalenia warsztatu literackiego od strony formy, stylu, sposobu narracji, czasu powieści, powiązań wątków fabuły. Są to bardzo ciekawe wykłady, zwłaszcza dla osoby, która nigdy nie studiowała filologii polskiej i spotyka się po raz pierwszy z tego typu tematyką. 
Pewne spostrzeżenia czy poglądy wyrażone przez autora będące powszechnie znanymi prawdami zostały przedstawione w taki sposób, że czytając je najpierw odnosiłam wrażenie, jakbym odkrywała je po raz pierwszy, aby po chwili dojść do wniosku, że autor przelał na papier moje myśli, a to od razu wprawiało mnie w lepsze samopoczucie. Jednak już podczas lektury drugiego czy trzeciego listu zaczynał mi nieco przeszkadzać akademicki ton esejów. Chyba niepotrzebnie nastawiłam się na poznanie „duszy” noblisty. Pomijając tego rodzaju rozczarowanie lektura jest ciekawym doświadczeniem zwłaszcza dla takich laików, jak ja. 
Trudno nie zgodzić się z takimi tezami na temat pisania, jak np. te, że wypływa ono z wewnętrznej niezgody na zastaną rzeczywistość („ten, kto z upodobaniem koncypuje kształty życia różne od zastanych, daje tym samym do zrozumienia, że odrzuca i poddaje krytyce, te które widzi, a także realny świat, chcąc je zastąpić innymi, narodzonymi w jego wyobraźni i jego pragnień”), jest wynikiem powołania a nie zajęciem uprawianym w wolnych chwilach (powołanie jest poświęceniem wyłącznym i wyłączającym, sprawą pierwszorzędną, przesłaniającą wszystko inne, dobrowolnie przyjętym poddaństwem, które swe ofiary – szczęśliwe ofiary czyni niewolnikami), bezwzględnym imperatywem, który sprawia, że „nie żyjemy, aby pisać, ale piszemy, aby żyć”. 
„Siła przekonywania powieści…. niweluje dystans dzielący fikcje od rzeczywistości, a zacierając ową granicę, sprawia, że czytelnik przeżywa wymyśloną konstrukcję jako odwieczną prawdę; iluzję bierze za najbardziej spójny i solidny opis rzeczywistości.
Listy poza wykładem na temat techniki pisania są także wyrazem poglądów autora na temat literatury. Możemy z nich poznać nie tylko literackie fascynacje Llosy (Faulkner, Hemingway, Camus, Sartre), ale i poglądy na temat roli pisarza oraz pisania. 
Autor podczas prezentowania swoich tez odwołuje się często do prozy znanych klasyków. Niestety dla mnie, są to w przeważającej mierze pisarze iberoamerykańscy, których twórczość jest mało mi znana (Marquez, Cortazar). Może dlatego czytając Listy dochodzą do wniosku, jak wiele jeszcze przede mną książek, które muszę/ chcę przeczytać. Na szczęście pisarz nie omija także takich pisarzy jak Flaubert, Hemingway, Hugo, Steinbeck, Camus, czym poprawia moje samopoczucie, gdyż tu przynajmniej mogę powiedzieć, że wiem, o czym pisze. 
Konkluzja lektury prowadzi do znanej powszechnie prawdy, iż dobry pisarz potrzebuje warsztatu, bo bez niego ciężko stworzyć prawdziwą powieść, ale nawet najlepszy warsztat nie zmieni rzemieślnika w dobrego pisarza.
Lektura uświadomiła mi coś jeszcze. Do tej pory wydawało mi się, iż moja znajomość klasyki jest nie najgorsza, tymczasem teraz widzę, jak wielkie mam braki. 
Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Trójka e-pik u Sardegny (literatura iberoamerykańska). Ponadto zaliczam ją do wyzwania Nobliści oraz wyzwania z półki.



niedziela, 4 marca 2012

Gabriel Garcia Marquez „Zła godzina”

Korzystałam z wydania Państwowego Instytutu Wydawniczego z roku 1970 liczącego 168 stron.

(...) życie jest niczym innym jak tylko nieustannym następowaniem okoliczności do przeżycia. – str. 98


Akcja powieści toczy się w małym, anonimowym miasteczku, gdzieś w Ameryce Południowej. W powietrzu aż lepko od gorąca i gęsto od moskitów. W takiej atmosferze trudno oddychać. Do tego ciągle pada deszcz, co sprawia, że mieszkańcy stają się zakładnikami miejsca. Ciężko tu żyć, ale i uciec stąd trudno. Życie toczy się jakby w zwolnionym tempie.
W miejscowości znajdującej się pod władaniem cynicznego i bezwzględnego policjanta nasłanego do zaprowadzenia terroru ktoś pod osłoną nocy rozwiesza paszkwile. Ich treścią są zwykłe sąsiedzkie plotki; kto z kim sypia, kto dokonał aborcji, kto jest ojcem dziecka sąsiada. Zdawałoby się sprawa mało istotna i bez znaczenia. Tymczasem w napiętej sytuacji ludzi żyjących w ciągłym strachu o życie staje się ona punktem zapalnym, który prowadzi do eskalacji nieufności, wzajemnych podejrzeń, oskarżeń, do zbrodni oraz jeszcze większego terroru władzy, która nie może pozwolić sobie na jakikolwiek przejaw wolnej myśli.
Autor właściwie nie pisze wprost, co jest powodem strachu rządzącego życiem mieszkańców, co jest powodem nienawiści do władzy, ani dlaczego alkad (policjant) pojawił się w mieście. Wszystko to daje pole dla wyobraźni. Czytelniku odpowiedz sobie sam. Powieść jest zbiorem historii nie tyle miasteczka, co kilkunastu jego mieszkańców, będących narratorami. Ich życie podporządkowane jest przeżywaniu codzienności i walce o przeżycie każdego dnia. A jest ona tym trudniejsza, iż wróg jest podstępny. Życie ludzi staje się podobne do życia myszy, na które zastawia pułapki gospodyni księdza.

Akcja toczy się leniwie i powoli, jakby nabraniu tempa przeszkadzał parny klimat podzwrotnikowy. Muszę przyznać, że jest w tym jakiś urok, ale ten urok na mnie nie działa. Klimat, jak dla mnie za duszny i za ciężki. Może nie potrafię zrozumieć przekazu, może nie umiem się wczuć w atmosferę.

Moja ocena 3,5/6
Chyba pora przypomnieć sobie Sto lat samotności, które bardziej mi się podobało.

poniedziałek, 28 listopada 2011

Dom z papieru Carlos Maria Dominques (książka o książkach)

Do lektury tej niewielkiej objętościowo książeczki zabierałam się dość długo. Taki bowiem nick (Dom z papieru) przyjęła jedna z  blogerek. Byłam szalenie ciekawa książki, a jednocześnie obawiałam się, że może mi się nie spodobać, że nie spełni moich oczekiwań, nie zachwyci, albo co gorsze nie spodoba mi się. I co ja wówczas napiszę na blogu? Kłamać dla sprawieniea przyjemności, czy też napisać prawdę ryzykując „rozczarowanie” koleżanki (wiem, że gusta mamy różne, ale jeśli coś nam się podoba, to chciałoby się, aby podobało się też naszym znajomym).
Na szczęście moje rozterki rozwiały się od samego początku lektury. Jest w niej coś, co sprawia, iż dałam się wciągnąć autorowi bez zastrzeżeń i bezkrytycznie. 
Bluma Lennon, wykładowca uniwersytecki ginie pod kołami samochodu w trakcie czytania wierszy Emily Dickinson. Narrator, który ma objąć katedrę po Blumie otrzymuje zaadresowaną do niej przesyłkę, a w niej ubrudzony betonem egzemplarz Smugi cienia Conrada. Intrygująca dedykacja Blumy dla tajemniczego Carlosa sprawia, iż narrator postanawia odnaleźć nadawcę książki. Podróż w poszukiwaniu wyjaśnienia dedykacji i powodu zwrócenia książki nadawcy przynosi zaskakujące wyjaśnienie. 
Gdybym miała odpowiedzieć na pytanie o czym jest „Dom z papieru”, powiedziałabym, że jest to książka o naszym stosunku do książek/czytania i o wpływie książki/ czytania na nasze życie i nasze postrzeganie świata, ale też książka o ulotności i przemijaniu. No i w końcu, jest to też ostrzeżenie przed popadaniem w skrajności, moim zdaniem, nie tylko w lekturze. 
Książka napisana bardzo prostym i przystępnym językiem. Czytało mi się szybko i lekko, a lektura sprawiła przyjemność. 
Książeczka jest niewielkiej objętości, co może sprawić pewien niedosyt u czytelnika, mnie to jednak nie przeszkadzało.
Ale niestety - westchnął - ile godzin dziennie wolno mi poświęcić na lekturę? Najwyżej cztery, pięć. Pracuję od ósmej rano do piątej po południu na odpowiedzialnym stanowisku. Lecz niecierpliwie wyczekuję chwili, w której będę mógł tu wrócić. Do tej jaskini, jeśli wybaczy mi pan to określenie, gdzie mogę spędzić kilka szczęśliwych godzin do dziesiątej. 
Czyż to nie brzmi znajomo? Tylko, czy mamy choć tyle czasu dziennie na czytanie?
Książkę wygrałam w konkursie u Maniaczytania, za co serdecznie jeszcze raz dziękuję. Była to moja pierwsza wygrana w konkursie i to takim, gdzie trzeba było udzielić odpowiedzi na pytania, więc tym bardziej się cieszę.

środa, 23 listopada 2011

Pamiętnik róży Consuelo de Saint Exupery

Mały Książę należy do moich ulubionych lektur. Nie zliczę ile razy wracałam do tej niewielkiej objętościowo, ale jakże mądrej książeczki. Z lekturą wiążą się także bardzo piękne, choć bardzo smutne życiowe doświadczenia.
Z tym większą ciekawością sięgnęłam po napisaną przez żonę pisarza książkę zatytułowaną „Pamiętnik róży”. Z opisu na okładce dowiadujemy się, iż jest to prawdziwy portret pisarza, oddarty z legendy, a stworzony przez kochającą kobietę. Consuelo, argentyńska rzeźbiarka, zgodnie z treścią książki była muzą i inspiracją dla Róży z „Małego księcia”.
Dalej czytamy w notce reklamowej książka przedstawia parę małżonków, jako ludzi z krwi i kości, targanych sprzecznościami i namiętnościami, przeżywających gorycz i rozpacz rozstań i zdrad.
Z kart powieści wyłania się obraz skrzywdzonej, zdradzanej, poniżanej i pomiatanej przez męża Argentynki, która w imię miłości, jakiejś obsesyjnej i niewytłumaczalnej godzi się na życie kobiety – służącej, kobiety - niewolnicy. Ich związek jest burzliwy i trudny. Consuelo pisze o swoim ogromnym uczuciu, które kazało jej znosić trudny charakter, a nawet podłość męża.
Siebie natomiast przedstawia, jako słabe, bezbronne, młodziutkie i niemal niewinne stworzenie, będące ofiarą niezrównoważonego i rozchwianego charakteru Antonia. Tymczasem, (jak sobie poczytałam - przyznaję w Internecie, więc może nie najlepszym źródle informacji, ale w tej kwestii, jak dla mnie całkiem przekonującym) wychodząc za mąż za Exuperego miała ona 29 lat, kilka romansów na koncie i była dwukrotną wdową. Ponadto była latynoską dość temperamentną i nie tak niewinną jak przedstawia się w "Pamiętniku róży".
Obraz pisarza, jaki przedstawiła Consuelo wydaje się wiele nieprawdopodobny. I nie tylko dlatego, że całkiem nieprawdopodobnym jest napisanie "Małego księcia" przez człowieka tak pozbawionego uczuć, jak opisany w książce Antonio. Wykreowany przez Consuelo obraz jest niewiarygodny także dlatego, iż niepodobieństwem jest znoszenie losu żony odsuniętej poza nawias życia męża bez najmniejszego sprzeciwu przez kobietę inteligentną i tak pełną temperamentu.
W wielu miejscach Consuelo urywa swą opowieść i pozostawia niedopowiedzenia, nie wyjaśnia dlaczego jej mąż zachowuje się w taki a nie inny sposób (osobne mieszkanie, niechęć do wspólnego przebywania, posiadanie kochanek, wyjazdy bez słowa, ciągłe przeprowadzki, ucieczki, kłamstwa). Być może wyjaśnieniem było zachowanie samej Consuelo; jej zdrady i jej wybuchowy charakter.
„Pamiętnik róży” wg mnie ma niewielką wartość literacką i małą wartość poznawczą. Moim zdaniem to próba zachowania sobie miejsca w pamięci potomnych kosztem zepchnięcia z piedestału swego męża, tego samego, którego posągi tak chętnie i często rzeźbiła. Być może z tych samych względów.
We wspomnieniach nie ma nic, co nie byłoby opisem jej miłości, jej uczucia, jej cierpienia, jej krzywdy. Exupery istnieje w tych wspomnieniach wyłącznie, jako obiekt tej miłości, przyczyna jej choroby (pobyt w szpitalu psychiatrycznym) i ewentualnie jako osoba zapewniająca ją o szczerym uczuciu. I co dziwne te akurat słowa, które Consuelo wkłada w usta swojego męża, a którymi on zapewnia o swojej miłości brzmią dla mnie przekonywająco.
Przeczytawszy książkę odnoszę wrażenie, że prawda wyglądała zupełnie inaczej niż próbuje nam to przekazać żona autora Małego Księcia.

sobota, 6 sierpnia 2011

Raj tuż za rogiem Mario Vargas Llosa



„Raj tuż za rogiem” to moje pierwsze spotkanie z noblistą.
Szczerze powiedziawszy kupiłam książkę ze względu na opis na okładce odnoszący się do Gaugina. Dokonując zakupu nie zwróciłam uwagi na dopisek o otrzymaniu literackiego Nobla przez autora. Nie uczestniczyłam jeszcze wówczas w wyzwaniu Nobliści.

Lubię książki zawierające odniesienie do rzeczywistych biografii artystów, a ludzi pędzla i dłuta w szczególności.

Intrygująca, ciekawa i kolorowa okładka, dobry tytuł, trafne nawiązanie do dziecięcej zabawy (przepraszam czy tu jest raj? Nie, raj jest tuż za rogiem), świetny pomysł dążenia do spełnienia swych pasji, poszukiwanie wolności i szczęścia, ta nieuchwytność dążeń, kiedy wydaje nam się, że już dosięgamy raju, a okazuje się, że on jest tuż za rogiem – wszystko to zapowiadało ciekawą lekturę.

Autor na przykładzie historii dwóch autentycznych postaci (Paula Gaugina- malarza, związanego z grupą impresjonistów oraz Flory Tristan, jednej z pierwszych feministek i działaczek socjalistycznych) przedstawia poszukiwania raju na ziemi. Historie tych dwojga przeplatają się na kartach powieści.

Flora, zniewolona w małżeństwie, ofiara przemocy domowej postanawia zbawić ludzkość poprzez zniesienie wszelkiego zła na ziemi, poczynając od równouprawnienia kobiet a na zlikwidowaniu wyzysku robotników kończąc. Marzy jej się wprowadzenie Unii Robotniczej, dzięki której każdy będzie miał równy dostęp do dóbr konsumpcyjnych. Głoszone przez nią idee zbliżone do utopijnych filozofii saintsimonistów, fourierystów i socjalistów miały doprowadzić do powstania społeczeństwa bezklasowego, pozbawionego wszelkich form wyzysku. Ideały o tyle szczytne, co utopijne. Jednak, mimo głoszonych przez Florę ideałów wydaje się, iż pierwszym i zasadniczym celem jej dążeń było zapewnienie godnego traktowania kobiet.
Paul, początkowo marynarz, potem urzędnik giełdowy, w pewnym momencie swojego życia uświadamia sobie, że jedynie malarstwo jest tym, czym chce się w życiu zajmować, a bez czego jego życie nie miałoby sensu. Podobnie, jak wielu malarzy jego okresu (impresjoniści) nie znajduje uznania dla swych dzieł. Postanawia przenieść się na Thaiti, aby uciec od cywilizacji, konwenansów, wszystkiego co sztuczne i tam odnaleźć jedyne prawdziwe malarstwo – czyli pozbawione naleciałości cywilizacji malarstwo prymitywne.
Oboje dążą do tego samego, ale oboje różnymi metodami. Dla Flory rajem na ziemi będzie stworzenie świata sprawiedliwego, pozbawionego nierówności społecznych. Dla Paula ucieczka od cywilizacji i powrót do korzeni.
Oboje są pasjonatami, gotowymi podporządkować swoje życie ideałom, które głoszą, bez względu na koszty, jakie to za sobą pociągnie.
„Raj tuż za rogiem” to kolejna książka o poszukiwaniu i dążeniu do odnalezienia sensu życia. Jest to też książka o osamotnieniu człowieka. Każdy człowiek jest w pewnym sensie samotny, ale człowiek, który jest pionierem jest samotny podwójnie, nie znajdując zrozumienia dla głoszonych przez niego poglądów, a zwłaszcza tak utopijnych poglądów.
Książkę czytałam z mieszanymi uczuciami. Były chwile, że chciałam ją odłożyć na półkę i nie wracać, były momenty, w których czułam się znużona kolejnymi opisami spotkań robotniczych, na których Flora próbowała „nawracać” ludzkość, były też momenty, kiedy miałam dość postaci Paula, z jego brakiem zahamowań w eksperymentowaniu do osiągnięcia wolności seksualnej.
Przeczytałam jednak do końca i nie żałuję. Książka zmusza do refleksji. Możemy po raz kolejny postawić sobie pytanie, jaką cenę płacimy za realizowanie swoich pasji i czy nie jest to cena zbyt wysoka.
Autor nie daje nam jednoznacznych odpowiedzi. Każdy sam musi zastanowić się, czy taka wizja szczęścia i wolności dała bohaterom jedno i drugie. Czy było warto, czy warto próbować, nawet, jeśli próby skazane są z góry na niepowodzenie.
Llosa pisze w sposób bardzo plastyczny i obrazowy; szaro - bure ulice i miejsca pracy robotników, w których znajduje się Flora oraz nasycone słońcem i bogactwem roślinności pejzaże tropików, w których zamieszkał Paul bez trudu przenoszą czytelnika w opisywane miejsca.
Gaugin nie należy do moich ulubionych malarzy, tak jak sztuka prymitywna do sztuki, którą darzyłabym większym sentymentem. Nie jestem też zwolenniczką idei socjalizmu utopijnego. Uważam jednak za duży sukces pisarza fakt, że zainteresowałam się historią obojga (sięgnęłam po album z reprodukcjami Gaugina, zajrzałam do Internetu w poszukiwaniu informacji na temat Flory Tristan).
Podzielam pogląd bohaterów, że życie bez namiętności, zainteresowań, bez możliwości robienia, tego co sprawia radość i daje zadowolenie, jednym słowem życie bez pasji jest życiem niepełnym i nieszczęśliwym. Jednak właśnie tej pasji w książce „Raj tuż za rogiem” mi trochę zabrakło. Tej pasji, która sprawiłaby, że czytałabym książkę jednym tchem i że nie mogłabym się od niej oderwać.

Moja ocena – 4,5/6

Zdjęcia- 1. Nevermore Paula Gaugina - ze strony wikipedii, 2. Okładka 3. Flora Tristan ze strony wikipedii