Wrażenia z podróży Maria Konopnicka Ta książka utwierdza mnie w przekonaniu, że nie zawsze rekomendacja osoby spod znaku Józefa (jak mawiała Ania z Zielonego Wzgórza) będzie gwarancją satysfakcjonującej lektury. Moja przyjaciółka Madzia poleciła mi wrażenia z podróży Marii Konopnickiej. Była tą książką oczarowana. Ponieważ temat podróży jest mi niezwykle bliski i czytam wszystko co wpadnie w ręce ze szczególnym uwzględnieniem wspomnień literatów (czytałam przepiękne opisy podróżniczych wrażeń Brodskiego, Maraia, Goethego, Iwaszkiewicza, Muratowa, Herberta, Kuncewiczowej, o czym pisałam na blogu) byłam przekonana, że lektura będzie miłym sposobem spędzenia czasu. Niestety, nie zagrało, ja i Konopnicka nie znalazłyśmy wspólnej płaszczyzny. I zupełnie nie wiem dlaczego. Może nie bez znaczenia był kierunek podróży (sporą część owej podróży stanowią góry) co by wyjaśniało moje z Marysią niedopasowanie. Otóż ja góry lubię, ogromnie przyjemnie jest stanąć na wierzchołku i spojrzeć dół, objąć wzrokiem panoramę okolicy, a nawet poszusować na nartach, ale nie koniecznie lubię czytać o górach. A może to styl trochę poetycki, trochę metaforyczny tym razem mnie pokonał. Bardzo lubię taki styl, ale wymaga on, przynajmniej z mojej strony skupienia i wysiłku, którego tym razem zabrakło. Zdecydowanie najprzyjemniej czytało mi się o wrażeniach z
Wenecji, o starciu wyobrażeń z rzeczywistością Jest coś dziwnego w tym uczuciu, jakim przenikniony jest wędrowiec, stając wśród miasta, o którym słuchał kiedyś rzeczy niezwykłe- i wyobrażał je sobie miastem w błękit rzuconym i niedosiężnym. A teraz przyszedł i jest tu. […] więc dziś zadumałam się bardzo widząc, że w tej Wenecji białej ludzie w sklepach stoją, towar przedają, sery gryzą, wodę noszą; a miasto- nie jest miastem umarłym, i w uciszeniu stojącym- i nietkniętym od pamiętnych czasów. (str 79-80), o pięknie zaklętym w kamieniach Lwy jeszcze po marmurach ryczą, i pawie z piór strząsają gwiazdy sine, i miecz Morosiniego leży. [….]. Wschód tchnie tutaj na wędrowca z porfirów swoich mozaik starych, a każda kolumna ma swoje, sny o palmach i niewolnicą jest, na służbie zwycięzców stojącą. (str. 80) o powierzchowności wiernych na nabożeństwie (gdzie jedyną prawdziwą wenecjanką jest ta, co zstąpiła z obrazu Tycjana lub Veronese), o wieczorze na Piazza San Marco (gwarnym okraszonym wojskową muzyką). Tak, te opisy Wenecji podobały mi się najbardziej, może z uwagi na moją znajomość z miastem nie wymagały w tym zakresie większego skupienia, bowiem obrazy same przesuwały się przed oczami, wystarczy mi przeczytać o lwach ryczących na marmurach i już widzę te na posągach przed Grande Canal czy te na wieży zegarowej na Placu Świętego Marka czy dziesiątki innych i widzę i czuję promienie słońca, szum wody, odgłosy skrzydeł gołębi. Aj zatęskniłam za Brodskim czy Herbertem i za Wenecją. Książka przeczytana w ramach wyzwania stosikowego u Anny. A przy okazji, kto lubi czytać o górach zapraszam na blog mojej przyjaciółki Madzi.
W zasadzie Brzydka królowa opowiada o tym samym o czym opowiadała Matka Jagiellonów, ale inaczej rozkłada akcenty. Przyjęte przez autorkę Matki królów założenie determinowało ją do przedstawienia Elżbiety jako matki, ale w ten sposób osoba monarchini została nieco jednowymiarowa - jestem kobietą i monarchinią, więc rodzę dzieci, wychowuję dzieci, osadzam dzieci na tronach Europy, chowam dzieci i rozpaczam z powodu ich przedwczesnego odejścia. W Brzydkiej królowej mamy nie tylko matkę, mamy kobietę, człowieka i monarchinię. Osobę przedstawioną w ciepłym świetle, ale i nie pozbawioną wad. Bardziej wiarygodnie został też przedstawiony związek z Kazimierzem Jagiellończykiem. O ile w Matce królów nie bardzo rozumiałam, w jaki sposób młody król który jeszcze przed chwilą chciał zerwać umowę małżeńską i nie mógł nawet spojrzeć na żonę nagle zapałał doń uczuciem, o tyle w Brzydkiej królowej przekonało mnie to, iż ujęła go mądrość Elżbiety. Nie bez znaczenia mógł być też fakt, iż szybko nauczyła się trudnego dla niej języka, dzięki czemu mogli rozmawiać bez pośredników. Elżbieta z Brzydkiej królowej to też matka, ale przede wszystkim mądra władczyni, osoba światła, oczytana, doceniająca sztukę, doradzająca małżonkowi, choć potrafi pogodzić się z jego decyzjami, nawet, jeśli się z nimi nie zgadza i wreszcie osoba o wysokim poczuciu własnej wartości wynikającej z urodzenia w królewskiej rodzinie, a przez to wyniosła i nadto dumna.
I co bardzo mi się podobało opowieść osadzona jest w epoce; mamy i obyczaje dworskie (turnieje, polowania, koronacje, uczty) i plączącego się po dworze monarchy królewskiego błazna i spiskującego biskupa Oleśnickiego. Jest opis stosowanych kar, na dwór docierają nowiny dotyczące wynalezienia druku, czy odkryć geograficznych, a zlecenie na ołtarz Mariacki otrzymuje Wit Stwosz. Ciekawostką jest wplecenie w powieść scen w pomocnikiem mistrza Stwosza z Historii żółtej ciżemki. Może nie jest to literatura wybitna, ale lekka, sympatyczna lektura, która naświetla postać królowej nie przeinaczając faktów.
Pantaelon i wizytantki - Mario Vargas Llosa. Muszę przyznać, iż pomysł na powieść miał autor ciekawy. Kapitan Pantaleon Pantoia człowiek idealne nadający się do wojska, bowiem ślepo wykonuje każdy nawet najbardziej absurdalny rozkaz, w dodatku wykonuje go perfekcyjnie otrzymuje nietypowe zadanie. Zadanie utworzenia wojskowego burdelu. Tak perfekcyjnie wykona to zadanie, iż doprowadzi to do groteskowej sytuacji, bowiem Służba Wizytantek, którą stworzy przerośnie oczekiwania zleceniodawców. Uśmiech wywołują obliczenia kapitana poprzedzone przeprowadzeniem drobiazgowej ankiety na temat zapotrzebowania na usługę, czy przeciętnego czasu trwania usługi. Pantoia wylicza koszty, wydajność wizytantek, zapotrzebowanie na zaplecze techniczne, w postaci transportu, ludzi, sprzętu włącznie z zapewnieniem quasi intymnej atmosfery świadczenia usługi, czy udostępnieniem literatury mającej doprowadzić zainteresowanych do szybszej gotowości skorzystania z usługi. Niestety znużyły mnie nieco pisane biurokratycznym wojskowym językiem raporty z działalności przebiegu służby wizytantek. Było to zabiegiem celowym, choć mnie nie rozbawiły, a zmęczyły (może za dużo tego urzędniczego języka w pracy mam na co dzień). Pantaleon i wizytantki to nie tylko zabawna historyjka tworzenia wojskowego burdelu, to głównie pokazanie prawideł rządzących zarówno wojskiem, jak i mediami, czy psychologii tłumu, który łatwo ulega manipulacji przywódcy sekty (zjawisko brata Francesco). W przeciwieństwie do większości czytelników nie uśmiałam się przy lekturze, chyba mam odmienne poczucie humoru, wywołała ona smutną refleksję, na temat bezduszności biurokratycznej machiny oraz braku granic absurdu w dążeniu do osiągnięcia celów i braku jakiejkolwiek refleksji u rządzących (w tym przypadku dowództwa wojskowego). Ciekawa fabuła i pomysł przedstawienia historii, nawet, jeśli mnie nie do końca przekonał.