Wydawnictwo Esprit SC, rok 2010, ilość stron- 235
„ I serce dał jak ciepły chleb…”
W poszukiwaniu odmiany od pozycji stricte
klasycznych oraz zmęczona ciężką tematyką wojenno - psychologiczną (Zdążyć przed panem Bogiem Hanny Krall, Iskra życia Erich Maria Remarque, Lot nad kukułczym gniazdem Kena Keseya)
postanowiłam sięgnąć po lekturę lżejszego kalibru. Żona piekarza wydawała mi się
idealną do tego pozycją. Pisarza nie znałam, ale kilka pochlebnych recenzji na blogach sprawiło,
że książeczka znalazła się w mojej biblioteczce.
Ta niewielkiej objętości książeczka opisuje
bardzo prostą historyjkę. Do małego, francuskiego miasteczka, gdzie wszyscy
wszystkich znają, przybywa piekarz z żoną. Piekarz jest poczciwy, dobroduszny, niezbyt urodziwy i
sporo od żony starszy. Żona jest piękna i młoda i chyba niezbyt z małżeństwa zadowolona. Wtedy pojawia się ten trzeci; młody, silny i piękny
pasterz. Jedno spojrzenie, błysk oczu wystarczyły, aby piekarz został bez żony,
a miasteczko bez chleba. Załamany mąż oświadcza bowiem, że dopóki żona się nie
odnajdzie chleba wypiekał nie będzie. Skłóceni dotychczas waśniami, często przechodzącymi
z pokolenia na pokolenie, mieszkańcy miasteczka jednoczą się we wspólnej
sprawie, porzucają wzajemne animozje dla dobra piekarza i dla dobra ogółu i odzyskania
chleba.
Żona piekarza stanowi scenariusz filmu,
napisana jest zatem prostym, oszczędnym językiem, sporo tutaj dialogów, parę
didaskaliów.
Zadziwiające jest to, że przy tak
niewielkiej ilości słów można wypowiedzieć tak wiele treści, a zwłaszcza wszystko co niezbędne,
aby zarysować charakter postaci i ich wzajemne relacje. Żonę piekarza czyta się
jak bajkę dla dorosłych. Jest napisana lekko, zgrabnie i z humorem.
Ja chyba jestem strasznie tępa, skoro co jakiś czas mam problemy techniczne i włączają mi się różne kolory :(co wcale mi się nie podoba, wolałabym, aby było jednolite tło, jak dawniej).
