Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hugo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hugo. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 29 stycznia 2017

Quasimodo w Gdyni, czyli trwaj chwilo jesteś piękna

Do najcudowniejszych wspomnień urodzinowych (po florencko-rzymskich) dołączyła wczoraj kolejna wizyta w Teatrze Muzycznym na spektaklu Notre Dame de Paris. Nie wiem, czy sprawił to mój nastrój, czy też wczoraj rzeczywiście wszyscy artyści byli w dobrej formie. 
Nieodmiennie zadziwia mnie i wzrusza, że można aż tak emocjonalnie reagować na przedstawienie, które zna się na pamięć, które oglądało setki razy, słuchało jeszcze częściej, a nadal przeżywa się je, jakby to był ten pierwszy raz. 
Może moje zauroczenie sprawia, że bywam czasami bezkrytyczna, bo choć ostatnim razem szwankowało nagłośnienie oraz reflektory świeciły mi prosto w oczy (chyba technik źle je ustawił), co nie było przyjemne to i tak wyszłam z teatru w świetnym nastroju. 
Wczoraj po raz pierwszy trafiłam na pana Janusza Krucińskiego w roli Quasimodo, a czekałam na to od pierwszego obejrzanego spektaklu. Pan Grobelny świetnie odtwarza rolę Dzwonnika i bardzo dobrze śpiewa, ze spektaklu na spektakl coraz lepiej. Dla mnie jednak pan Kruciński nie ma sobie równych. Ten ciepły i niepowtarzalny głos ujął mnie już wówczas, kiedy usłyszałam go jako Jeana Valjeana i to on sprawił, że zaczęłam jeździć nie tyle na przedstawienia, ale także na aktora. Wiedziałam, że pan Janusz poradzi sobie z rolą znakomicie, ale nie spodziewałam się, że to będzie niepowtarzalny, jedyny w swoim rodzaju Quasimodo. Przede wszystkim udało mu się stworzyć własną, nie kreowaną na Garou postać nieszczęśliwego garbusa-potwora o gołębim sercu (postać może daleką od Hugowskiego pierwowzoru, ale jakże bliską tej musicalowej). A było to niemałe wyzwanie, gdyż nie tylko każdy wielbiciel musicalu, ale i każdy występujący w spektaklu ma mocno zakodowany sposób wykonania wszystkich partii w paryskim przedstawieniu, a w szczególności partii Dzwonnika. Głos Garou frapował i zachwycał, głos pana Janusza oczarowuje i na pewno zmiękczył niejedno kobiece serduszko. Słuchanie było jedną przyjemnością, a oglądanie garbusa drugą. Ponieważ poza umiejętnościami wokalnymi Quasimodo wykazał się także talentem aktorskim, czyli czymś, co nie często towarzyszy wykonawcom musicalowym, bo też trudno od nich oczekiwać tego rodzaju umiejętności. Jeśli ktoś oczekuje Quasimoda bardziej zbliżonego do wykonania Garou to powinien wybrać się na przedstawienie z panem Grobelnym (tyle, że kierowanie się obsadą w gdyńskim teatrze jest niemożliwe, bowiem bilety kupuje się na kilka miesięcy wcześniej- przynajmniej te lepsze miejsca, a obsada znana jest na kilkanaście dni wcześniej- co uważam za poważny zarzut w stosunku do Teatru). Natomiast kto chciałby posłuchać innej interpretacji Dzwonnika niech wybiera pana Krucińskiego. Ale można zdać się na los, bowiem i jedna i druga są ciekawe i bardzo dobrze wykonane. 
Nawet, gdyby pozostali wokaliści wykonali swoje partie zaledwie poprawnie już byłabym w siódmym niebie. Tymczasem miałam szczęście gdyż trafiłam na obsadę marzenie ("moje marzenie" Kruciński, Gadzińska, Guza, Zagrobelny). W roli Esmeraldy wystąpiła Maja Gadzińska, która ze spektaklu na spektakl jest coraz lepsza. Tym razem jej wykonania ujęły mnie już od pierwszego utworu (Bohemienne, czyli Cyganka), a wspólne z Quasimodo wykonanie Mój dom jest domem twym (Ma Maison C`est Ta Maison) czy też utwory śpiewane w duecie z Frollo w trakcie tortur, czy więzienia mocno wzruszyły. Że o Ave Maria, czy Vivre (Żyć) nie wspomnę. W rolę Frolla wcielił się odkryty przeze mnie (i nie tylko) pan Artur Guza, o którym pisałam we wcześniejszej recenzji z przedstawienia. Nawet Fler de Lis, której rolę odgrywała Kaja Mianowana, co do której wcześniejszego wykonania miałam zastrzeżenia (bowiem moim zdaniem nie udźwignęła roli) tym razem wypadła nieźle. Właściwie trudno jest mi wymienić najlepiej wykonane utwory, bo wszystkich słuchałam z przyjemnością zapominając o Bożym (a może Diabelskim) świecie. Cudownie przetłumaczona Florencja za każdym razem ujmuje i treścią i wykonaniem. Za każdym też razem czuję rozbawienie, kiedy Esmeralda i Fler de Lis śpiewają hymn pochwalny dla ich bóstwa – Le solei (On jak słońce jest). Nie miałam jeszcze okazji posłuchać pana Traczyka w roli narratora - poety, czego żałuję, bowiem, choć pan Maciej Podgórzak śpiewa nieźle, to jakoś nie czuję powera w wykonaniu Katedr.
Fantastyczne są natomiast wykonania zbiorowe – Fatum, Azyl, Bez papierów, czy Wolnym być, są takie energetyczne i uniwersalne w swej wymowie.
Ze spektaklu na spektakl zauważam nowe niuanse. Oczywiście pierwsze przedstawienia to było zachłyśnięcie się tym, że Dzwonnik jest w ogóle wystawiany i to tak blisko (w Gdyni). Podziękowania należą się panu Igorowi Michalskiemu – dyrektorowi teatru. Z tego co wiem uzyskanie zgody na wystawienie spektaklu (i granie go przez kilka lat) było rzeczą niezwykle trudną i "kosztowną". Biorąc pod uwagę frekwencję na przedstawieniach być może koszty się zwrócą. Najbardziej ciekawił na tych pierwszych przedstawieniach wokal. Choreografia wydawała się wówczas czymś drugorzędnym. Tymczasem jest ona kolejny atutem przedstawienia. Mimo zastosowaniu tej samej scenografii, czy kostiumów, co w paryskim wykonaniu gdyńskie jest odmienne w zakresie zastosowania różnych technik nowoczesnego tańca. Uatrakcyjnia to spektakl, a przy ich dużej różnorodności daje możliwość odkrywania nowych układów za każdym kolejnym przedstawieniem. A tancerze wykazują się kosmicznymi wręcz umiejętnościami.
Pełna sala i wyprzedane kilka miesięcy naprzód bilety świadczą o tym, że przedstawienie się podoba. Nie wiem, ilu jest takich opętańców, jak ja, którym ciągle mało i mało, ale cieszę się, że mimo wielości obejrzanych spektakli każdy kolejny cieszy, a niektóre jak ten wczorajszy powodują, iż wracając do domu zapomniałam o swym peselu, a drogę z teatru do domu przebyłam na skrzydłach mając w uszach utwory z NDDP. 
Moje wrażenia to tylko subiektywna opinia laika, który bez musicali nie potrafiłby funkcjonować.  
A wczoraj doznałam uczucia absolutnego szczęścia i osiągnęłam Faustowskie trwaj chwilo jesteś piękna, co przecież nie zdarza się często. 
Zdjęcia ze strony

niedziela, 16 marca 2014

Czy Han z Islandii Wiktora Hugo to słabizna?


Geneza lektury: beznadziejna miłość do Wiktora Hugo.
Tym razem jednak wrażenia z lektury były odwrotnie proporcjonalne do radości z faktu nabycia książki.
Uprzedzona przez ZWL o małej wartości artystycznej dziełka (cyt. Han to słabizna) nie miałam wygórowanych oczekiwań. Myślałam, że dla odmiany po wymagających dziełach ukochanego pisarza (typu Nędznicy, czy Pracownicy morza) znajdę odprężenie, lekturę na dwa wieczory. Pomyliłam się.
Han z Islandii jest pierwszą młodzieńczą powieścią Hugo, czymś w rodzaju wprawki, ćwiczenia pisarskiego, trochę zabawą, a trochę wyznaniem uczuć. Zakochany w Adeli Foucher, której z różnych względów rodzinnych poślubić nie mógł próbował wyrazić uczucie pisząc makabryczny romans, w którym siebie obsadził w roli szlachetnego Ordenera syna wicekróla, a obiekt swej miłości w roli Ethel córki byłego dostojnika (kanclerza Schumakera) skazanego na dożywotnie więzienie.
Han z Islandii wzorowany był na gotyckiej powieści romantycznej oraz modnych na początku XIX wieku opowiadaniach frenetycznych, obfituje w sceny grozy, szaleństwa, gwałtowności i masakry, sceny budzące przerażenie a momentami odrazę. A wszystko to za sprawą tytułowego bohatera, budzącego postrach potwora, który żywi się okrucieństwem, zbrodnią i ludzką krwią. Zamieszkujący na odludziu Han, pełen nienawiści do ludzkiego rodu jednego ma tylko towarzysza – białego niedźwiedzia.
Akcja powieści przebiega dwutorowo. Z jednej strony mamy romans Ordenera (syna wicekróla, który incognito odwiedza w więzieniu dziewczynę i jej ojca, dla którego usiłuje uzyskać ułaskawienie) i Ethel (córki zdymisjonowanego kanclerza uwięzionej wraz z ojcem). Z drugiej strony mamy żądnych władzy i godności dworzan snujących intrygi mające doprowadzić do ostatecznego wyeliminowania Schumakera i połączenia rodu jego następcy (hrabiego d` Ahlefeld) z rodem królewskim poprzez małżeństwo Ordenera z córką hrabiego. W tym celu wzniecone zostaje powstanie górników, którego przywódcą zrobiono Hana z Islandii. Akcja rozgrywa się w Norwegii na przełomie XVII i XVIII wieku.
Tyle, że zanim splątane nici intrygi zdołałam trochę rozplątać dotarłam prawie do połowy książki. Zawrotu głowy można dostać z powodu wielości  pojawiających się postaci o coraz to bardziej trudnych do wymówienia imionach. Okrutnie się namęczyłam czytając o wyczynach rozbójnika - potwora, nie mogłam połapać się kto jest kim (zwłaszcza, że bohaterowie występują często pod kilkoma imionami), a do tego coraz mniej interesowało mnie, o co w tym wszystkim chodzi. Intrygi dworskie jakoś dziwnie przypominające odwieczne knowania homo politicus nie interesowały mnie zupełnie, a opisów krwawych i okrutnych zbrodni Hana było trochę za wiele, aby nadać im jakikolwiek rys prawdopodobieństwa. Postacie są mało zajmujące; zbyt jednostronne, albo do bólu szlachetne, albo budzące odrazę.
Na korzyść utworu przemawiają piękne opisy miejsc, (zastanawiałam się nawet czy Hugo był w Norwegii, bowiem pisał tak, jak gdyby doskonale poznał górskie kryjówki i leśne ostępy) zdarzeń (walki z potworem), czy zjawisk (burzy). Na korzyść przemawia też żarliwość uczuć prezentowana przez głównego bohatera i nie ma się co dziwić, wszak pisał o sobie.
Ci którzy nie pojmują szczęścia, jakiego doznawał młodzieniec, niezdolni są odczuwać prawdziwych rozkoszy życia. Jego serce wezbrało uniesieniem, a piersi, wznoszące się gwałtownie oddychały zaledwie. Nieruchomy z wytężonym wzrokiem, wpatrywał się w gwiazdę pociechy i nadziei.*
Bo nie należy wątpić, że przez czas i odległość dusze wiodą ze sobą tajemnicze rozmowy. Na próżno świat materialny stawia przeszkody pomiędzy dwiema kochającymi się istotami; mieszkanki idealnej krainy zjawiają się sobie duchowo w rozłące i łączą w śmierci. Cóż bowiem może znaczyć rozłączenie, odległość fizyczna, dla dwojga serc nierozerwalnie związanych jedną myślą i wspólnym pragnieniem? Prawdziwa miłość może cierpieć, ale nie umiera.**
Jest tu zapowiedz przyszłego pisarza, jest też zapowiedź tematyki, do jakiej będzie później Hugo często powracał; niesprawiedliwość społeczna (kontynuowana w Nędznikach czy Człowieku śmiechu), nieznajomość własnej tożsamości przez bohaterów (Esmeralda czy  Gwynplaine), krzywdzenie tych, na których najbardziej bohaterom zależy (takich przykładów w Katedrze Marii Panny w Paryżu jest całe mnóstwo), czy wreszcie odtrącony przez społeczeństwo bohater  (Quasimodo, Gilliat czy Gwynplaine)
Znalazłam kilka cytatów, jakich nie powstydziłby się późniejszy autor Nędzników.
Gdy dwie dusze przewrotne odkrywają sobie nawzajem swą bezwstydną nagość, wtedy oburza je wzajemna ohyda. Zbrodnia nawet w zbrodniarzu wstręt budzi - a dwaj źli ludzie rozmawiając z całym cynizmem sam na sam o swych namiętnościach, interesach, przyjemnościach, są dla siebie wzajemnie, jakby straszliwym zwierciadłem. Własna podłość ujrzana w drugim, upakarza ich; zawstydza własna dusza, własna nicość przestrasza. A nie mogą od siebie uciec, siebie samego zaprzeć w sobie podobnym, ponieważ każdy bezecny stosunek, każda szkaradna jednomyślność i ohydna równość, znajduje w nich jakiś głos, nigdy nieznużony, co im zawsze szepcze do nieustannie dręczonego ucha.***
Reasumując jak na pierwszy utwór pisarza to nie najgorzej, ale w porównaniu do Nędzników, czy Pracowników morza to rzeczywiście słabizna. Nie poleciłabym osobom, których uwielbienie do pisarza nie dorównuje mojemu.
Moja ocena 3/6 (choć za tę żarliwość uczuć dodałabym +)


* str. 178 Han z Islandii Kolekcja Hachette rok 2009. 
** str. 179 tamże 
*** str. 120-121 tamże
Samo wydawnictwo - po raz kolejny (wcześniej była Nana Zoli) nie zachwyciło, nieładna okładka i sporo błędów interpunkcyjnych oraz literówek.

poniedziałek, 23 września 2013

Hugo na dobry początek tygodnia, czyli powrót cyklu




Moje blogowe wakacje spowodowały zawieszenie cyklu Hugo na dobry początek tygodnia. Dziś cykl powraca, choć nie mogę obiecać, że podczas wakacji, które zbliżają się do mnie wielkimi krokami nie będzie kolejnej przerwy.



Było o zwierzętach ryczących, było o dzikich ostępach, a dziś o  jaskini zła, jaka tkwi gdzieś w  człeku (każdym?- chcę wierzyć, że nie) i pewnie będzie tam tkwiła jeszcze przez następne wieki. Rzadko kto potrafi ją dostrzec u siebie, rzadko kto potrafi się do niej przyznać, choć są i tacy, którzy się nią chlubią. Dostrzegamy ją z łatwością wokół siebie, ale nie potrafimy spojrzeć wgłąb sobie.




Robota około cudzej szkody, kojarzy się z przyjęciem na siebie pewnej odpowiedzialności skrytej. Naraża się na niebezpieczeństwo ten, który je gotuje drugiemu; tak dalece wzajemne trzymanie się między sobą wypadków, spowodować może w każdej chwili niespodziane zawalenie się całej budowy.
Wzgląd ten bynajmniej nie powstrzymuje człowieka złego. Tyleż on uczuwa radości, ile cierpiący doświadcza udręczeń. Owe rozdzierania duszy, przyjemne łaskotania mu sprawiają. Człowiek zły, straszliwie się tylko rozjaśnia. Męczarnia rzuca na niego odblaski rozkosznego zadowolenia. […] Niezgłębiona jest strona nasza ciemna. Wyborna męczarnia, — tak się nieraz wyrażano w wiekach średnich; bez wątpienia wiązało się do tego to potrójne straszliwe znaczenie: wyszukania w męczarni, katuszy dręczonego, oraz rozkoszy dręczyciela. Żądza zaspokojenia pychy, żądza zaspokojenia głodu, — oba te słowa oznaczają przecie poświęcenie kogoś czyjemuś zadowoleniu. Rzecz to smutna pomyśleć, że i nadzieja może bywać przewrotną. Cierpieć coś do jakiej istoty, jest to koniecznie pragnąć jej cierpienia. Dlaczego raczej nie uszczęśliwienia? Znaczyłożby to, że główna pochyłość naszej woli znajduje się raczej od strony złego? Jednym z najcięższych trudów sprawiedliwego, jest nieustannie wyżymać sobie z duszy nieprzyjazne usposobienie nader trudne do wyczerpnięcia. Niemal wszystkie nasze pożądliwości, obejrzane z bliska, zawierają w sobie coś, do czego się przyznać niepodobna. Dla skończonego złoczyńcy (a skończoność ta ohydna istnieje), tem gorzej względem kogoś drugiego, znaczy jednocześnie tem lepiej na jego korzyść Cień to człowieczy. Jaskinia.
Wiktor Hugo Człowiek śmiechu T.2 str.70 (polska biblioteka internetowa)



niedziela, 4 sierpnia 2013

Polskie akcenty u Hugo czyli na dobry początek tygodnia Hugo



Obrońca biednych i uciśnionych, zwolennik powszechnego prawa wyborczego i wolności prasy, przeciwnik kary śmierci popierał dążenia wolnościowe uciśnionych narodów; w tym i Polski. Poglądy swe wyrażał nie tylko w licznych przemówieniach, ale i w swoich dziełach.
W Nędznikach wyrazicielem jego stosunku do kwestii rozbiorów Polski jest Feuilly - jeden z przyjaciół Abecadła (grupy studentów i robotników, którzy w 1832 walczyli na barykadzie o wolność).

"Feuilly nie miał ojca ani matki, był rzemieślnikiem, wyrabiał wachlarze; pracując ciężko, zarabiał trzy franki dziennie i pochłaniała go jedyna myśl: wyzwolić świat. Zajmowała go jeszcze jedna sprawa: kształcenie się, co nazywał również wyzwoleniem siebie. Sam nauczył się czytać i pisać; wszystko, co wiedział, zdobył własną pracą. Feuilly miał szlachetne serce. Obejmował uściskiem bezmiar. Ten sierota usynowił narody. Ponieważ brakło mu matki, rozmyślał o ojczyźnie. Nie chciał, żeby na ziemi był choć jeden człowiek pozbawiony ojczyzny. Z głęboką intuicją prostego człowieka hodował w sobie to, co dziś nazywamy „ideą narodowości". Nauczył się historii umyślnie po to, żeby nie oburzać się bezpodstawnie. W tym młodym kółku utopistów, zajętych głównie losem Francji, Feuilly reprezentował zagranicę. Specjalnością jego była Grecja, Polska, Węgry, Rumunia i Włochy. Bez ustanku powtarzał te nazwy przy każdej okazji i bez okazji, z uporem paragrafu prawnego. Turcja na Krecie i w Tesalii, Rosja w Warszawie, Austria w Wenecji; te gwałty budziły w nim gniew. Nade wszystko zaś oburzał go straszny akt przemocy z 1772 roku. Nic nie pobudza tak wymowy jak słuszne oburzenia. Feuilly był wymowny tą wymową.
Ciągle mówił o tej haniebnej dacie, o 1772 roku, o szlachetnym, walecznym narodzie, powalonym zdradziecko, o tej potrójnej zbrodni, o tym potwornym podstępie, co stał się prototypem i wzorem wszystkich przerażających rozbiorów, które od tego czasu dotknęły wiele szlachetnych narodów, wymazując, by tak rzec, metryki ich urodzenia. Wszystkie społeczne zamachy stanu naszych czasów wywodzą się z rozbioru Polski. Rozbiór Polski — to teoremat, z którego wszystkie współczesne zbrodnie polityczne wynikają jak wnioski. Od wieku już prawie każdy despota, każdy zdrajca powołuje się, zatwierdza, kontrasygnuje i parafuje „ne varietur" [nie wolno zmieniać] rozbiór Polski. Kiedy się przegląda dokumenty dzisiejszych zdrad, ta zdrada wysuwa się na pierwsze miejsce. Kongres wiedeński przyjrzał się tej zbrodni, nim dokonał swojej. Rok 1772 to ujadanie sfory, rok 1815 — to podział łupów. Taki był zazwyczaj temat rozmów Feuilly. Ten ubogi robotnik ustanowił się opiekunem sprawiedliwości, która uczyniła go w zamian wielkim. W prawie bowiem zawarta jest wieczność. Warszawa nie może być tatarska, podobnie jak Wenecja nie może być germańska. Królowie daremnie tracą na to swój czas i honor. Prędzej czy później, zatopiona ojczyzna wypływa na powierzchnię i wyłania się z głębiny. Grecja znowu jest Grecją; Włochy znowu są Włochami. Protest prawa przeciw przemocy trwa wiecznie. Kradzież narodu nie ulega przedawnieniu. Te oszustwa na wielką skalę nie mają widoków powodzenia. Naród — to nie chusteczka do nosa; nie można na nim dowolnie zmieniać monogramów.
I walczył ten młody robotnik na francuskiej ziemi „z gołą szablą w dłoni kroczył na czele wołając; Niech żyje Polska” lub wykuwając na murze „NIECH ŻYJĄ NARODY”.
zdjęcia - Alegoria rozbioru Polski, 2 Feuilly w filmowej adaptacji musicalu Les Miserables z 2013 roku 
Wyjątkowo wpis zamieszczam w niedzielę, bowiem cały poniedziałek będę poza siecią.