niedziela, 13 listopada 2011

Les miserables - musical w TM Roma


Do teatru szłam z mieszanymi uczuciami; nadziei i obawy. Nadziei na kolejną muzyczną ucztę i obawy, czy spektakl sprosta moim oczekiwaniom. A były one (te moje obawy) spore. Nędznicy są bowiem moim ukochanym musicalem, od czasu, kiedy lata temu obejrzałam przedstawienie na scenie Teatru Muzycznego im. Danuty Baduszkowej w Gdyni. Nie potrafię wyrazić, co jest tego powodem. Nie składa się on bowiem z tylu łatwo wpadających w ucho utworów, które nuci się na długo po wyjściu z teatru, jak „Upiór w Operze”, nie ma w nim tak powszechnie rozpoznawalnego utworu, jakim jest „Memory” z musicalu „Cats”, nie słuchałam (teraz to się zmieniło) utworów z tego musicalu tak często, jak często słuchałam utworów z musicalu „Notre Dame”, czy choćby z „Tańca Wampirów”, a jednak to właśnie Les Mis zawładnął moim sercem.

Tak więc radosne oczekiwanie z powodu zbliżającej się wizyty w moim ukochanym Teatrze Roma, którego przedstawienia, jeszcze nigdy mnie nie rozczarowały, a także z powodu możliwości obejrzenia mojego number one wśród musicali splatało się z obawami, że być może te moje oczekiwania są zbyt wygórowane. No, bo skoro musical jest ukochanym musicalem, teatr ukochanym teatrem, a do tego recenzje są tak wspaniałe istnieje spora obawa, czy wrażenia dorównają wyobrażeniom.
Myślę, że podobne obawy towarzyszyły dyrektorowi Teatru Roma, kiedy zdecydował się wystawić Les Mis. Musical, którego premiera miała miejsce w Londynie w 1985 r. jest od 2006 r. najdłużej granym musicalem na świecie (zdetronizował on „Koty”). Jego producentem jest Cameron Mackintosh - producent trzech najbardziej kasowych i najdłużej granych musicali (poza wyżej wspomnianymi dwoma także Upiora w Operze). Zmierzyć się zatem z takim tytułem było nie lada wyzwaniem.

Moim zdaniem teatr Roma po raz kolejny wyszedł z tego zadania zwycięsko.
Musical (oparty na powieści Wiktora Hugo Nędznicy) przedstawia na przykładzie losów jednostek problemy społeczne XIX - wiecznej Francji. I tak na przykładzie losów byłego galernika Valjeana (skazanego na kilkanaście lat ciężkiego więzienia za kradzież bochenka chleba) pokazuje, jak ciężko jest wrócić byłemu skazańcowi na „łono” społeczeństwa oraz jak to społeczeństwo potrafi być okrutne dla ludzi, którzy z różnych przyczyn, nie zawsze zawinionych „zbłądzili z drogi prawa”. Na przykładzie postawy nieugiętego i zasadniczego inspektora Javerta pokazuje, jak tragiczne w skutkach może być ślepe trzymanie się litery prawa.
Les Mis to też próba udzielenia odpowiedzi na ważne pytania; o postawę człowieka wobec wyzwań stawianych przez historię, o sens wcielania w życie ideałów, o to, czy cena życia nie jest ceną zbyt wysoką w walce „o sprawę”.
Ponadto są tu ukazane tragiczne losy dwóch kobiet; Fantine, samotnej matki, która z powodu nędzy zmuszona jest oddać swoje dziecko pod opiekę obcym ludziom oraz Eponine, nieszczęśliwie zakochanej, biednej dziewczyny, która w imię miłości gotowa jest zapłacić każdą cenę, mimo świadomości, iż to co zyska, jest zaledwie namiastką tego, czego pragnie. 
Nie napiszę, że przedstawienie spodobało mi się od pierwszego akordu. Stopniowo przekonywałam się do warszawskiego wykonania. Jednak już w momencie, kiedy Fantine (Edyta Krzemień) zaśpiewała „Wyśniłam sen”, przepiękną piosenkę o nadziei na lepsze jutro, moje obawy gdzieś się ulotniły. A kiedy malutka Cossette zaśpiewała „Zamek pośród chmur” - piosenkę o miejscu, w którym jest ciepło i bezpiecznie byłam już ugotowana. Śpiewające dzieci zawsze wzruszają, a kiedy jeszcze śpiewają tak przejmujące słowa i do tego śpiewają tak ładnie to trzeba mocno zaciskać powieki, aby się oczy nie spociły.
Do tego wszystkiego w roli inspektora Javerta wystąpił Łukasz Dziedzic, jeden z moich ulubionych śpiewaków, którego miałam okazję wcześniej podziwiać m.in. w utworze „Na orbicie serc” z Tańca Wampirów (Wszystko, co najlepsze z Romy). Wg mnie pan Łukasz ma przepiękny, niski i zmysłowy głos. Głos, który mnie potrafiłby uwieść. Podobały mi się wszystkie przez niego śpiewane piosenki, choć trudno którąkolwiek z nich nazwać przebojem. Lubię słuchać jego śpiewu. Dla przykładu w jego interpretacji Gwiazdy Łukasz Dziedzic 
Trafiłam na wspaniałą obsadę. W roli Valjeana wystąpił Janusz Kruciński, w roli Fantine - Edyta Krzemień (Esmeralda z widowiska Notre Dame), w Eponine wcieliła się Ewa Lachowicz, Mariusza grał Marcin Mroziński, dorosłą Cossete - Paulina Janczak (Cristine z Upiora), a w roli Enjolrasa wystąpił Łukasz Zagrobelny.
Podobały mi się wszystkie wykonania, ale najbardziej pieśni wykonywane przez Valjeana, Javerta, Eponine i Fantine. 
Chyba najbardziej znanym utworem z tego musicalu jest rewolucyjna pieśń „Słuchaj, kiedy śpiewa lud”. Śpiewana jest dwukrotnie, po raz pierwszy, jako hymn studentów-rewolucjonistów, po raz drugi, jako pieśń finałowa. Pieśń, która ma za zadanie złagodzenie smutku i przygnębienia wywołanego śmiercią Valjeana. Chciałam napisać głównego bohatera Valjeana, ale właściwie tu niemal wszyscy Graja rolę pierwszoplanowych bohaterów.
Najpiękniejsze wykonanie tej pieśni słyszałam i oglądałam na Youtube. Podczas dziesiątej rocznicy premiery musicalu na finał siedemnastu wokalistów z różnych krajów, grających rolę Valjana zaśpiewało, każdy w swoim języku, po fragmencie pieśni „Do you hear the people sing?” (po polsku śpiewał Krzysztof Stasierowski, a występował także drugi Polak Jerzy Jeszke, jako reprezentant Niemiec), a następnie wszyscy zaśpiewali refren. Coś fantastycznego. Tak, bez wątpienia taka pieśń może powieść lud na barykady.
Specjalne brawa należą się Pani Ewie Lachowicz za wykonanie przejmujących pieśni „Sama tak” oraz w duecie z Marcinem Mrozińskim „To tylko pada deszcz”.
No i jeszcze nostalgiczna pieśń „Pusty stół i puste krzesła” – pieśń Mariusza, jedynego ocalałego. Pieśń, w której wspomina swych przyjaciół – rewolucjonistów i zastanawia się, czemu było mu dane przeżyć, kiedy zginęło tylu innych.
Tak więc okazuje się, że pięknych pieśni w musicalu nie brakuje, podobnie, jak nie brakuje pięknych wykonań tychże pieśni. Nie brakuje też wzruszających scen. Pod koniec łezki płynęły mi strużkami.
No cóż, myślę, że Les Miserables będzie kolejnym musicalem, dzięki któremu częstotliwość moich odwiedzin w stolicy będzie wzrastać.
A na koniec Flash Mob z Les Mis w Galerii Złote Tarasy

6 komentarzy:

  1. Bardzo lubię musicale. Niestety do Warszawy będę mogła wyskoczyć za parę lat, jak podrosną dzieci. A na razie mogę jedynie słuchać na youtube. Piękne głosy, nie dziwię się, że tak lubisz jeźzić do Warszawy. Magda

    OdpowiedzUsuń
  2. Magda, jeśli ci się podoba, to muzyka z Les Mis została wydana na płytce (zresztą jest wiele płytek z muzyką z Les Mis - też zagraniczne wydania). Płytkę widziałam w Empiku, a można zamówić ze strony Teatru.
    Od razu dodaję, iż nie mam żadnych profitów z reklamy płyt, ale wiem, jakie miałam kiedyś trudności ze zdobyciem płyt, więc dzielę się moją wiedzą z tym, kto tylko zechce słuchać :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Pewnie już wiesz, ale ...
    http://esensja.pl/film/wiesci/tekst.html?id=14982

    OdpowiedzUsuń
  4. Dzięki za przypomnienie. Czytałam o tym jakiś czas temu, ale wyleciało z pamięci w natłoku innych informacji. Wielkie dzięki- rozjaśniłeś mi niewesoły dzionek :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Człowiek zaganiany, to mu umyka. Ja ze zdziwieniem stwierdziłem, że przed tegorocznym Sylwestrem będę mógł obejrzeć wyczekiwanego "Hobbita" :D

      Usuń
    2. A zatem każde z nas dostanie na przełomie roku miłą niespodziankę :)

      Usuń

Jestem bardzo rada z każdego komentarza, ale nie będę tolerować komentarzy agresywnych, wulgarnych, czy obrażających moich gości (innych komentatorów).