Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą francuska kawiarenka literacka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą francuska kawiarenka literacka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 marca 2019

Zbrodnia Sylwestra Bonnard Anatol France



Wiedzieć jest niczym, wyobrazić sobie wszystkim (str.66)
Miniaturowa książeczka wygrzebana spośród stosu innych na stoliku w antykwariacie skusiła mnie swym rozmiarem. Wydawała się idealną lekturą na podróż. Podróże do pracy, które zajmują mi w ciągu dnia średnio licząc dwie godziny chętnie uprzyjemniam sobie czytaniem.
Na Zbrodnię Sylwestra Bonnard składają się dwa opowiadania, które łączy osoba dobrodusznego uczonego, będącego jednocześnie narratorem. W części pierwszej Polano starzejący się bibliofil całą energię poświęca na studiowanie ksiąg i poszukiwanie wymarzonego manuskryptu Złotej legendy. Z pozoru nie dostrzegający świata spoza kart swych ksiąg poczciwy pan Sylwester okazuje się osobą niezwykle empatyczną i wcale nie skupioną wyłącznie na fikcyjnym świecie ksiąg. Pomaga zarówno mieszkającej na poddaszu pani Coccoz, jak i przypadkowo napotkanemu biednemu urwisowi. Bywa nieco odrealniony, momentami jego naukowo-filozoficzne rozważania mogą nużyć, ale całość zasługuje na uwagę. Naiwność starszego pana bywa urzekająca, a jego dystans wobec samego siebie i duże poczucie humoru czynią lekturę zajmującą. Druga część Joasia Aleksandre to istna bajka dla dorosłych, jest w niej biedna sierotka (wnuczka byłej sympatii bibliofila), zła wychowawczyni, chciwy i lubieżny opiekun, stary zamek i cudowna nimfa. W takim otoczeniu pan Sylwester żyjący do tej pory w świecie książek i w tych księgach wręcz zakochany odkrywa radości innego rodzaju, w odnalezionej po latach dziewczynce odnajduje namiastkę rodziny, której nigdy nie miał, a której brak rekompensowały mu księgi. I choć deklarował, iż …”sen życia przemarzył (….) w bibliotece i gdy nadejdzie pora pożegnać się z tym świat em … (pragnął), oby Bóg zabrał (go) z drabinki, sprzed półek zapełnionych książkami!” to w końcu popełnia czyn, który sam nazywa zbrodnią, a który ze zbrodnią nie ma nic wspólnego. Nie jest to może wybitne dzieło, ale lektura tej miniaturki sprawiła mi dużą przyjemność. Niespieszna opowieść o poczciwym staruszku, który kochał życie wśród książek, ale też kochał ludzi, napisana pięknym językiem. Dziś odbierana będzie, jako staroświecka i momentami przegadana. Książeczka pełna nieco naiwnych, ale szczerych wyznań, prezentująca i moje przekonanie, że czucie jest ważniejsze niż rozum. Zdecydowanie przypadła mi do gustu. A już scena opisu nimfy siedzącej na Kronikach Norymberskich w starym zamku pobudza wyobraźnię. Jest jak z bajek Andersena.Przeczytana w ramach stosikowego losowania u Anny.

niedziela, 22 lipca 2018

Jego ekscelencja Pan Minister Rougon Emil Zola



Lubię czytać powieści Zoli. Podoba mi się ich naturalistyczny sposób narracji, choć przebrnięcie przez opisy nędzy, plugastwa, ludzkiego okrucieństwa bywa traumatycznym przeżyciem. Jednak jak dotąd nie żałowałam czasu poświęconego książkom Emila. Choć przyznaję, że Opowieści niesamowite, czy Nantas nieco mnie znużyły.
Czytanie Zoli, to trochę tak jak oglądanie wczesnych obrazów Van Gogha, to co widzimy piękne nie jest, ale sposób, w jaki to namalowano, czy opisano może budzić podziw. Mój wzbudził.

Szósty tom cyklu Rougon-Macquartowie to studium homo politicus; obraz mocno odpychający, choć niezwykle prawdziwy. I znowuż geniusz autora przejawia się w tym, iż opisuje on nie tyle konkretnych osobników (choć bohaterowie mają cechy ówczesnych polityków), co pewien zbiór cech, jakie posiada człowiek opanowany żądzą władzy. Polityka dla bohatera i jemu podobnych jest szczeblem do osiągnięcia pozycji społecznej, władzy, pieniędzy, poklasku, kobiet. Bo do polityki wbrew populistycznym hasłom idzie się dla władzy i pieniędzy właśnie.
Eugeniusza Rougon poznajemy w 1857 r., kiedy na skutek intryg politycznych przeciwników zostaje odsunięty z piastowanego stanowiska. Starannie przygotowywana sieć sojuszy garstki „przyjaciół”, których los zależny jest od stanowiska Eugeniusza doprowadza go na szczyty władzy; zostaje ministrem. A wokół niego niczym satelici krążą mający spore potrzeby „przyjaciele”. Ktoś ma sprawę sądową, ktoś inny liczy na pomyślne rozstrzygnięcie sporu o spadek, ktoś czeka na koncesję, a jeszcze inny chciałby otrzymać posadę, są też tacy, którzy nie dla siebie proszą, ale dla innych, a to posag dla panny, którą bezecnie wykorzystał jakiś oficer, a to zapomogę dla znajomego, a to trafikę dla sąsiada….
Odtąd wielkiego Rougon … bawi to, że jest postrachem, że w błogim spokoju grona przyjaciół kuje pioruny, że swymi grubymi pięściami parweniusza okłada naród. „Źli tylko niech drżą, dobrzy niech patrzą śmielej”- napisał w jakimś okólniku; i grał swoją rolę Boga, zazdrosną o swą władzę dłonią jednym niosąc zagładę, innym ocalenie. Czuł przypływ niezmiernej dumy i bałwochwalcze uwielbienie dla własnej siły i inteligencji przeradzało się w formalny kult. Własna osoba była dla niego źródłem nieziemskiej rozkoszy. (str. 218) … Największą przecież rozkosz znajdował Rougon pyszniąc się tryumfem wobec swej kliki. Zapomniał o Francji, o wysokich urzędnikach, których miał u swoich stóp, o rzeszach petentów, którzy oblegali jego drzwi, po to, by żyć wśród niesłabnącego uwielbienia dziesięciu, czy piętnastu bliskich znajomych ze swego otoczenia. Jego gabinet był dla nich otwarty o każdej porze; zgodnie z jego wolą królowali w nim, na fotelach, a nawet przy jego biurku, on zaś twierdził, że lubi, kiedy mu się kręcą pod nogami niby wierne zwierzęta. (str.219).

Wszystko układa się po myśli pana ministra, do czasu, kiedy okazuje się, jak silnym przeciwnikiem jest odrzucona kobieta. Klorynda, kobieta, której pożądał, ale nie na tyle, aby się z nią ożenić, kobieta, której zawdzięczał swój powrót na szczyty władzy dzięki sieci intryg doprowadza do jego dymisji. Co gorsza, Rougon dowiaduje się, iż tej właśnie kobiecie zawdzięczał swą wysoką pozycję.
To jednak nie koniec kariery Eugeniusza. Droga polityka to sinusoida, na której się wznosi, upada i znowu wznosi. Dzięki intrygom, korupcji, nadużyciom, despotyzmowi, okrucieństwu, bezkompromisowi, który zostaje ostatecznie zwyciężony przez pójcie na kompromis wielki niegdyś pan minister powraca w nowej roli. Bo w końcu Eugeniusz wyznaje znaną od renesansu zasadę, iż cel uświęca środki.

..w przeciągu godziny przekreślił politykę całego swego życia i teraz zgodził się na fikcję parlamentaryzmu, by zaspokoić swą wściekłą żądzę władzy (str. 375).
Kiedy czyta się książkę, można odnieść wrażenie, jakby przez te prawie dwieście lat nic się nie zmieniło. Książka dotyczy fikcyjnych bohaterów i zdarzeń, osadzonych w autentycznych czasach II Cesarstwa. Jednakże mechanizmy, jakie opisuje były i są aktualne do dziś. 
Początkowo lektura nie budziła mojego zainteresowania, z uwagi na temat, który jest mi obmierzły i wstrętny nie mogłam wykrzesać z siebie jakichkolwiek emocji. Im jednak dalej zagłębiałam się w nią, tym większą sprawiała mi przyjemność. Doceniam wnikliwość obserwacji, celność sądów, umiejętność ich opisania w sposób, że nawet tak nieciekawy przedmiot obserwacji staje się w końcu zajmujący, no i niezmiernie ulegam urokowi opisów Zoli. Wiem, że niektórych właśnie owe opisy irytują, ja jednak mam do nich słabość. Rozkoszuję się malarskimi opisami osób, rzeczy, zdarzeń. Z przeczytanej właśnie lektury w pamięci zostanie obraz wenty dobroczynnej urządzanej przez panie z towarzystwa.

Na długich pokrytych czerwonym suknem stołach rozłożono towary: było tu więc kilka stoisk z paryskimi wyrobami galanteryjnymi i chińszczyzną, dwa kramy z zabawkami dla dzieci, pełen róż kiosk kwiaciarki, a wreszcie- niczym na podmiejskiej zabawie - „koło szczęścia” pod namiotem. Wydekoltowane, w balowych toaletach sprzedawczynie wdzięczyły się jak handlarki, uśmiechały jak modystki, które namawiają klientelę na stary kapelusz, szczebiotały pieszczotliwie i paplały, a przy tym nie mając pojęcia, wyceniały towary. Zabawiając się tak w panny sklepowe, pozwalały dotykać swych rąk dłoniom pierwszego lepszego nabywcy, a łaskotane ich dotykiem wybuchały wulgarnym chichotem. Tu księżniczka obsługiwała stragan z zabawkami, naprzeciw niej jakaś markiza sprzedawała sakiewki niewarte więcej jak dwadzieścia dziewięć su, nie oddając ich taniej niż po dwadzieścia franków. Obie rywalizowały ze sobą, upatrując triumf swych wdzięków w największym przychodzie, ściągały do siebie klientów, wabiły mężczyzn, stawiały bezwstydne ceny, a potem po zaciekłych targach, godnych rzeźniczek-oszustek, ofiarowywały w naddatku odrobinę siebie samych-koniec paluszków lub widok głęboko rozchylonego stanika- by skłonić nabywcę do poważnych zakupów. Dobroczynność była tu pretekstem. (str. 334). 
Książka przeczytana w ramach losowania U Anny. Zaliczona do paru wyzwań czytelniczych (Czytamy Zolę, Francuska kawiarenka literacka, Klasyka literatury popularnej).
Dopiero dzisiaj zauważyłam kilka nieopublikowanych komentarzy. Przepraszam moich gości, ale nie pokazały mi się wcześniej na poczcie, jak to bywało do tej pory. Już je udostępniłam i obiecuję częściej zaglądać na bloga i korzystać z jego narzędzi. Mam tych gości nie tak znowu wielu, aby pozwolić sobie na takie zaniedbania.  

sobota, 5 listopada 2016

Prywatne życie Mony Lisy Pierre La Mure


W dyskusji pomiędzy zwolennikami biografii opartych wyłącznie na materiale źródłowym a zwolennikami powieści biograficznych, w których autor pozwala sobie na pewną dozę fikcyjności dla przedstawienia własnej tezy dotyczącej postrzegania bohatera staję po stronie tego drugiego. Nie oznacza to, iż nie doceniam książek, których autor wykonał solidną pracę śledczą wertując wszelkie dostępne źródła. Lubię natomiast, kiedy piszący nie przeinaczając faktów czy realiów epoki próbuje dotrzeć do psychiki bohatera, zrozumieć go, stawia tezy i szuka argumentów na ich poparcie, a wszystko to podaje w sposób przystępny; nie nuży nadmiarem dat i wydarzeń. Lubię poczuć klimat epoki, w jakiej żył człowiek będący inspiracją do napisania książki a jednocześnie lubię poczuć z nim więź. Za najlepsze do tej pory przeczytane biografie uważam Beksińskich Portret podwójny Magdaleny Grzebałkowskiej oraz Toulouse Lautrec Julii Frey, a mimo to najchętniej wracam do powieści biograficznych Irwinga Stone. 
Prywatne życie Mony Lisy to książka tak samo o życiu florenckiej mieszczki, genialnego malarza jak i renesansowego państwa-miasta.

Największym walorem powieści jest wierne odtworzenie tła historyczno-obyczajowego XV-XVI wiecznej Florencji. I to odtworzenie w sposób przystępny i ciekawy. Historia opowiadana przez autora wciąga czytelnika bez reszty. To we Florencji splatają się losy Lisy Gherardini, żony bogatego kupca Francesca Giocondo i Leonardo da Vinci nieślubnego syna znanego notariusza z losami przedstawicieli rodu Medyceuszów, Borgiów i Sforzów. Przez karty powieści przewijają się znane nazwiska. Epoka obfitowała w osobowości wybitne, kontrowersyjne, ciekawe, genialne czy nawet demoniczne, a ich decyzje czy zachowania miały ogromny wpływ na życie bohaterów.  Historia zaczyna się, kiedy miasto-państwo znajduje się w latach jego największej świetności. 
Pogrążona we śnie:
Firenza!... Oto ona stolica Rzeczpospolitej Czerwonej Lilii, z siecią miast lennych rozpostartą na całą Toskanię, z ogromną katedrą, bankami, fabrykami, z bezlikiem kościołów, i stu dziesięcioma klasztorami męskimi i żeńskimi, z wielką kamienną budowlą, gdzie mieszkają grube ryby. Niezadługo przebudzi ją głos dzwonów i zamieni w mieszaninę brązowych i czerwonych domów, w labirynt krzyżujących się ulic, w mnóstwo gwarnych sklepów, w bazary targujących się gospodyń. Ale teraz śpi spokojnie za wysokim na czterdzieści stopni murem. (str. 13-14*)
czy pulsująca życiem:
Handlarze wykładali na ulicach towary. Murarze mieszali świeżą zaprawę, a ich uczniowie wnosili po rusztowaniach pierwsze partie cegieł. Dziewczęta z warkoczami znikały na zapleczach sklepów z elegancką odzieżą i najmodniejszymi strojami. Urzędnicy bankowi zebrali się wokół posągu Najświętszej Marii Panny i zaczęli śpiewać litanie, by dopiero potem pośpieszyć do swych piór, ksiąg i wag do ważenia pieniędzy. Na nowym Rynku srebrny dzwonek i krótka modlitwa rozpoczęły pracę giełdy, i zaraz powstał rozgardiasz: żywo gestykulujący maklerzy wykrzykiwali kursy akcji, składali zamówienia, skakali jak diabły w święconej wodzie, bo florencka Borsa miała wówczas dzienny obrót przekraczający dwa miliony florenów (około ośmiu milionów dolarów) to suma większa niż w połowie dziewiętnastego wieku na giełdzie londyńskiej. W kościołach niechlujni, ziewający dipintori powracali do pracy nad freskami ukazującymi brodatych świętych, krwawiących męczenników i anioły ze złotymi skrzydłami. A Bettega Verocchia- pracownia i szkoła zarazem – była miejscem, gdzie uczniowie w niebieskich spodniach ucierali barwniki w kamiennych ampułach, czyścili piaskiem deski na obrazy- albo węglem wykonywali kopie malowideł mistrza pod życzliwym okiem nadzorcy studia- przystojnego dwudziestotrzyletniego Leonarda da Vinci. (str 17-18*)
- jest jednakowo piękna.

Jednak po latach prosperity następuje pogrążenie w chaosie; na skutek wojen i rewolucji oraz na skutek zjawiska zwanego Savonarolą Florencja traci miano najbogatszego i najważniejszego miasta Europy.

Rządy Medyceuszów, które przetrwały sześćdziesiąt lat i jeden miesiąc, skończyły się w ciągu niecałej godziny. Zawiedziony niepowodzeniem zamiarów wobec Piera i Guliana motłoch skupił się pod pałacem Medyceuszów. W blasku pochodni ludzie wdarli się do okazałej siedziby rodu, cięli gobeliny, wyrzucali przez okna onyksowe i alabastrowe puchary, które z hałasem spadały na bruk. Szklane gabloty pełne starożytnych monet i tangaryjskich statuetek roztrzaskiwano na kawałki. Wykradano cenne manuskrypty. Ktoś otworzył przemocą żelazny kufer zawierający dwa tysiące florenów, która to suma została podzielona między złodziei. Signoria zachęcała do grabieży. (str.251*)
Czytając książkę nie sposób uniknąć porównań z Udręką i ekstazą Irwinga Stone, której fabuła toczy się w tym samym okresie historycznym. Pisarze różnią się jednak w ocenie niektórych zdarzeń, dla przykładu u Stone`a Pierre de Medici to postać antypatyczna i obarczona winą za sprowadzenie do Florencji Francuzów oraz tchórzowską ucieczkę z miasta, u La Mure Pierre de Medici to niemal bohater, który na skutek ludzkiej niewdzięczności i zawiści staje się winowajcą i ofiarą. Ze znanych mi opracowań bliższym historycznej prawdy jest obraz przedstawiony przez Stone`a, ale być może taki rodzaj bohatera był autorowi potrzebny do wskazania mechanizmu paradoksu historii, w którym wczorajszych bohaterów zrzuca się z piedestałów i pozbawia głowy.
Florencja jest równoprawną bohaterką powieści; ona ożywa na kartach książki dzięki jej mieszkańcom z ich codziennością, obyczajami, wierzeniami i zabobonami. Dzięki nimi możemy poczuć klimat epoki. 
Uśmiech wzbudza reakcja, jaką wywołują narodziny dziewczynki. Lisa Gherardini swymi narodzinami nie sprawiła rodzicom radości. Zarówno ojciec, jak i dziadek czekali na spadkobiercę. 
Na pokój opadło, jak całun rozczarowanie. Panie wymieniały smutne spojrzenia, przestały śpiewać i zaczęły zbierać się do odejścia. Kiedy przychodziła na świat bimba (dziewczynka) nie było się czym cieszyć. Panowała zgodna opinia, że dziewczynki to istoty niższe, kłopotliwe, zsyłane rodzicom przez Pana Boga jako utrapienie i przyczyna wydatków. Wobec mężczyzn stawały się narzędziem pokusy, co mógłby zaświadczyć Adam, a ponadto skłaniają do rozwiązłości i rujnują materialnie (Str. 76*) 
To nie znaczy, że mam coś przeciwko niewiastom- dodał (dziadek)- Tyle tylko, że trzeba stracić majątek, żeby je wyżywić, ubrać i wykształcić; potem gdy osiągną czternasty, piętnasty rok, tyle samo, by znaleźć im męża. (Str. 77*)
Sama postać Lisy wydała mi się mało interesującą, zwłaszcza na tle innych przedstawicieli rodu Gherardinich. O wiele ciekawiej prezentuje się postać twórcy Mony Lisy. Leonardo w powieści La Murre`a to utalentowany malarz, który mógłby zostać wybitnym, a nawet genialnym, gdyby zdecydował się zająć jedną dziedziną sztuki. Ten zachłannie poszukujący swej drogi, dążący do zdobycia sławy i bogactwa człowiek rozmienia swój talent na drobne zajmując się tak wieloma i tak różnorodnymi zajęciami nie kończąc prawie żadnego z nich. Można odnieść wrażenie, że właściwie stawianie go na równi z Michałem Aniołem to nieporozumienie. Leonardo z powieści Prywatne życie Mony Lisy jest szalenie irytujący. Podczas lektury nie czułam doń ani krzty sympatii. Z tego punktu widzenia książka wydaje mi się krzywdzi wizerunek wielkiego człowieka, ale jak napisałam wyżej prawem autora jest własna ocena postaci i zdarzeń, nawet jeśli odbiega od powszechnie obowiązującej, czy też naszej własnej. Zainteresowanym biografią mistrza z Vinci polecam Lot wyobraźni czy Pojedynek mistrzów
Umiejętności pisarskie autora; prosty styl, a jednocześnie umiejętność przekazania dużej dawki wiedzy w sposób przystępny i ciekawy sprawiają, iż książka warta jest lektury, zwłaszcza przez zwolenników powieści biograficznych osadzonych w historyczno - obyczajowym tle.
*Prywatne życie Mony Lisy Pierre La Mure Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza, rok Wydania 2004.
Swoją drogą do dziś nie rozumiem fenomenu Mony Lisy, zdecydowanie bardziej podoba mi się Madonna wśród skał (ta paryska, nie londyńska). Pewnie jak wielu odwiedzających muzeum Luwru, gdzie Mona Lisa należy do trzech dzieł, które należy "zaliczyć", kiedy tymczasem pod Madonną wśród skał można sobie spokojnie pokontemplować dzieło.
Książka przeczytana w ramach stosikowego losowania u Anny

piątek, 10 czerwca 2016

Dziennik Andre Gide

Powsin
Zachęcona przez Adrianę z bloga Kraków i okolice sięgnęłam po Dziennik Gide`a. Początkowe wpisy nieco mnie rozczarowały. Myślałam nawet, iż zrezygnuję z lektury. Pierwszy wpis z 1890 roku 21 letni Andre zaczyna od zdania - Nie dbać o wydawać się. Nie byłam zachwycona. Równoważniki zdań, brak podmiotu, orzeczenia, myśli skaczące po tematach w zawrotnym tempie. Jedyne co zdołałam wyłuskać to dążenie do odrębności, szczerość ponad wszystko. Nie usiłować iść dumnie w ślady Stendhala. Zmysł naśladownictwa; bardzo się go wystrzegać. Str.9 

Może to zbyt duża różnica wieku sprawiła, iż trudno mi było nadążyć za myślą młodzieńca. Choć ciekawie brzmią zalecenia skierowane ku samemu sobie, jako jeden z materialnych czynników sprzyjających pracy i jej pobudzeniu wskazuje Andre;
Nie starać się wciągać do pracy poprzez lekturę czy muzykę; albo 
Wilanów

wybrać autora dawnego i czytać tylko (ale w skupieniu) kilka linijek. Zawsze sięgam do tych samych: Wergiliusz, Molier, Bach (czytany bez pomocy fortepianu); Kandyd Woltera: albo z innych powodów, pierwsze tomy korespondencji Flauberta, 

Listy do siostry Balzaka. … W pokoju do pracy żadnych dzieł sztuki albo bardzo niewiele i bardzo poważnych; (nic Botticellego) Mascaccio, Michał Anioł, Szkoła Ateńska Rafaela. Raczej kilka portretów, lub kilka masek: Dante, Pascal, Leopardi; fotografia Balzaka, fotografia… Z książek tylko słowniki. Nic nie powinno odrywać czy urzekać. Nic nie powinno ratować od nudy, prócz pracy. Str.15
No tak, rozumiem, dlaczego moje plany na karierę pisarską legły w gruzach. Nad łóżkiem wisi sporej wielkości fragment reprodukcji fresku Botticellego, który urzeka pięknem i odrywa od pracy, nie mówiąc o kilku impresjonistycznych pejzażach. Na ścianie nad stołem śliczne (choć nieco kiczowate) akwarelki widoczków Paryża i Wenecji, miast, do których wzywa nostalgia.
Łazienki

Pisząc o pięknym obrazie Giorgione`a Koncert konstatuje, …patrząc na to, nie myśli się o niczym innym. Cecha arcydzieła; jest tylko ono, odsuwa każdą inną formę piękna. (str. 18). To stwierdzenie jest mi niezmiernie bliskie. Zapatrzeć, zasłuchać, zaczytać się - tylko to ma sens… wszelka powierzchowność niweczy odkrywanie…
W miarę lektury zaczynam w nią wsiąkać, zatracam się w czytaniu, a ilość kolorowych karteczek znaczących myśli ważne, ważkie i bliskie powoduje, że książka zaczyna puchnąć. Kolejna selekcja przed zanotowaniem paru najważniejszych sprawia, że wynotowuję jedynie dziesięć stron myśli. 
Początkowo przeszkadza, iż wielość cytowanych tu nazwisk to kompletnie obce, pusto brzmiące dźwięki, jednak z czasem pomijam nazwiska, a odnajduję przypisane im myśli. 
Wiele tu poszukiwań – i zbłądzeń - także religijnych i światopoglądowych, w tym skłanianie się ku katolicyzmowi czy początkowe zauroczenie komunizmem.

Katolicyzm jest nie do przyjęcia. Protestantyzm jest nie do
Ogrody BUW

zniesienia. A czuję się do głębi chrześcijaninem na str. 66 pisze młody jeszcze człowiek.
Nic bardziej nie drażni pewnych katolików jak widok naszych wyrzeczeń, do których oni z całą swoją religijnością nie są zdolni. To też niewiele im trzeba, żeby oskarżyć nas o szalbierstwa; cnota ma pozostać ich monopolem, i tylko to się liczy, co uzyskuje się od siebie klepiąc pacierze. Nie mogą nam darować naszego szczęścia; jest bezbożne. Tylko oni mają prawo do szczęścia. Zresztą mało z tego prawa korzystają. Str. 150

Jak bliska staje się myśl na temat zamiłowania do zachodniej cywilizacji.
Czy należało jechać dalej? Aż do Eufratu? Aż do Bagdadu? Nie, już tego nie pragnę. Obsesja, żeby zobaczyć te kraje, jest za mną; za mną dzika ciekawość. Jako to ulga poszerzyć na mapie obszary, których nie musi się już zobaczyć! Zbyt długo myślałem - z upodobania do egzotyki, z nieufności do szowinistycznego zapatrzenia się w swoje, a może też ze skromności, że niejedna kultura może zasługiwać na naszą miłość, urzeczenie… Teraz wiem, że nasza cywilizacja zachodnia (powiedziałbym nawet francuska) jest nie tylko najpiękniejsza; wierzę, wiem, że jest jedyna – tak, jedyna po Grecji, której my tylko jesteśmy spadkobiercami. Str. 75 
Łazienki

Gide żył w niezwykle burzliwym okresie, przeżył koniec wieku, dwie wojny światowe, narodziny komunizmu, co czyni jego Dziennik ważnym świadectwem epoki (przełomu epok) a także kilku nurtów w historii literatury i sztuki. 
1 sierpnia 1914 r. Dzień niespokojnego oczekiwania. Dlaczego nie ogłasza się mobilizacji? Każda zwłoka korzystna dla Niemiec. Dać się zaatakować to zapewne ustępstwo na rzecz partii socjalistycznej. (str. 79)
Dwunasty dzień od mobilizacji … Zarzucam sobie, że nie wszystkie moje myśli są oddane temu pełnemu lęku oczekiwaniu; ale obce jest mi wszystko co narusza równowagę umysłu. Gdyby nie opinia, czuję, że nawet pod ogniem nieprzyjacielskim radowałbym się odą Horacego. Ruyters był zgorszony któregoś wieczora, że mogłem mówić o czymś innym… Ani dziś popołudniu, ani wczoraj nie byłem w Czerwonym Krzyżu, gdzie udaję raczej, że jestem użyteczny niż jestem użyteczny naprawdę. Przywilej nabiera tu najbardziej ohydnego smaku. Ale hipokryzja jest jeszcze wstrętniejsza, a komedia, którą się gra przed samym sobą z obawy, że pozostanie się za innymi w tyle, absurdalna. Str. 81
Ustala się nowy szablon, konwencjonalna psychologia patrioty,

Łazienki
poza którą nie sposób już być „przyzwoitym człowiekiem”. Od tonu, jakim dziennikarze mówią o Niemczech, robi się całkiem niedobrze. Prześcigają jeden drugiego dając całą swoją miarę. Każdy boi się, że zostanie z tyłu i będzie wyglądał na mniej „dobrego Francuza” od innych. Str. 81

I w końcu dylemat, który często i mnie nurtuje. 
Czy mogę wiedzieć, jak zachowałbym się wobec rzeczywistego niebezpieczeństwa? Z jak prostej materii są ci, którzy mogą odpowiadać za siebie w każdej godzinie dnia i nocy! Ilu żołnierzy czeka z trwogą wydarzenia, które im powie, czy są odważni? A ten, kto nie reaguje jak chciałby, ten czyja wola tylko jest odważna? Rozpacz człowieka, który ma siebie za tchórza, ponieważ ustąpił chwilowej słabości- a spodziewał się, że jest mężny (Lord Jim) str. 82

Czasami autor pisze o sobie w trzeciej osobie - co jest trochę mylące (wywołuje wrażenie dopisku innej osoby). I choć wielokrotnie powtarza, iż w życiu najważniejsza jest szczerość wobec siebie i innych, przyznaje, że sam nie potrafi być do końca szczery (najprawdopodobniej chodzi o biseksualizm autora)
Łazienki

Jest krytyczny wobec rodaków. Trzy czwarte błędów popełnionych przez Francję wynika z upodobania do dowcipu, gestu, sentymentu. Myślicie, że te rzeczy istnieją dla nich? Są praktyczni, wy jesteście romantyczni. O, zasługujecie na Rostanda! Pióropusz, szampan i cała reszta stosowana do tej nieuleczalnej lekkomyślności, która każe wam żartować pod obstrzałem i nigdy nie przyjmować do wiadomości, że inni są już gotowi. A poza tym za bardzo liczycie na szczęście. Pięknie jest pokładać ufność w sobie; ale wówczas, kiedy jest uzasadniona” str. 85
Ocena sytuacji politycznej przeplata się z rozważaniami na temat sztuki i filozofii. 
Drażnią mnie gazety, które z tchórzliwym i przestarzałym optymizmem wciąż głoszą, że zwycięstwo polega na niedostrzeganiu otrzymanych ciosów. Schlebiają skłonności umysłu francuskiego najbardziej niebezpiecznej na czas wojny, bo nieuniknienie łączy się z nią brak przygotowania. Te same gazety przed wojną nie uznawały niebezpieczeństwa niemieckiego; dziś dzień po dniu, karmią nas tą głupią i rujnującą ufnością. Żadna klęska nic ich nie nauczy. Str. 104 
Deklaracje nacjonalistów zbyt często przywodzą na myśl zapewnienia córek króla Leara. Głęboka miłość nie pojawia się tak łatwo na ustach. Jestem za milczeniem Kordelii. Str. 128 
Nad Wisłą
Przyczyny, które skłaniają mnie do pisania są liczne, a najważniejsze najbardziej ukryte. I ta przede wszystkim: uchronić coś od śmierci. Str. 145
O starzeniu się pisze:
Wraz z pragnieniem usypia cała moja istota. Kiedy piękno nie budzi w nas żadnej potrzeby zbliżenia, kontaktu, uścisku, spokój, którego w swoim szaleństwie pragnęło się w czasach, kiedy dręczyło nas oszalałe pragnienie, bardziej zdaje się apatią; i zasługuje na pochwałę może tylko dlatego, że myśl o śmierci czyni mniej okrutną i z nią oswaja. Str. 151
W sumie mierny okres. Tracę kontakt ze sobą i z rzeczywistością, udaję, że żyję i chwilami wątpię, czy żyję, naprawdę. Zmęczenie takie, że nic już od siebie nie żądam; poddaję się życiu, jak poddałbym się śmierci. Str. 183 –pisze sześćdziesięciolatek

Ogrody BUW
Mniej wymagające z wiekiem ciało pozwala na wolność umysłu. Ocenia się rzeczy rozumniej; ale też mniej sprawiedliwiej tych, którymi rządzą zmysły. Kiedy samemu uszło się tej dominacji, przestaje się ją rozumieć, zgadzać się na nią u innych. Ileż nieprzejednania wynika z zimnego temperamentu. Str. 210

Z bólem serca dokonałam wyboru paru jedynie myśli z dużego zbioru wynotowanych z Dziennika i znów naiwnie żywię nadzieję, że do tych notatek jeszcze powrócę. 
Cytaty pochodzą z Dziennika Gide`a Wydawnictwo Krąg Warszawa 1992 r. (243 strony) przekład Joanna Guze
Kolejna służbowa podróż do stolicy obfitowała w częstsze spotkania z naturą (choć nie obeszło się bez spotkań ze sztuką:) zdjęcia z paru spacerów.


niedziela, 17 kwietnia 2016

Immoralista Andre Gide


Immoralista Andre Gide,
Wydawnictwo Zielona Sowa
rok 2006.
Ilość stron 119

Po Lochach Watykanu poszłam za ciosem i sięgnęłam po Immoralistę oraz Dziennik Gide`a. O ile Dziennik czytałam długo, właściwie smakowałam go, o tyle Immoralistę niemal połknęłam od razu. Po czym od razu sięgnęłam po książkę raz jeszcze, czując, iż wiele w niej przeoczyłam. 
Lektura niezwykle wciąga; piękny język, oniryczny nastój i bohater, którego zachowanie fascynuje, ciekawi, zadziwia, może nawet bulwersuje. Jak pisze autor w przedmowie opowiadając historię Michała nie starał się niczego dowieść, a jedynie dobrze namalować. Powstał z tego obraz delikatnej urody, mocno intrygujący. Jeszcze wspomagając się słowami Gide`a Immoralista „To owoc pełen piołunu; jest podobny do pustynnych arbuzów, które wyrosłe w miejscach nasyconych wapnem, pozostawiają spragnionym dotkliwsze niż oparzenia pragnienie, ale oglądane na tle złotego piasku nie są pozbawione urody” (str.7)
Michał swe młode lata poświęcił pracy, ruinom i książkom. Mocno zżyty z ojcem, kiedy ten zachorował poślubił Marcelinę. Małżeństwo miało zadowolić ojca. Nie kochał dziewczyny, przynajmniej nie takim rodzajem miłości, jakiej oczekuje się od nowożeńców. Kiedy po śmierci ojca wyjechali w podróż poślubną Michał zachorował. Leżąc chory, z gorączką, dreszczami nagle uświadomił sobie, że całe dotychczasowe życie było jedynie namiastką, … „do tej chwili tak niewiele czułem, myśląc tak wiele, a teraz ku mojemu zdumieniu czucie stawało się równie silne, jak myśl” (str.32). I ogarnia go apetyt na życie, jakiego dotąd nie znał, niezależne, swobodne, blisko natury, nieskrępowane. 
I nagle ogarnęło mnie pragnienie, chęć, coś potężniejszego, bardziej władczego, aniżeli wszystko, co kiedykolwiek dotychczas czułem; żyć. Chcę żyć, chcę żyć. Zacisnąłem zęby i zwarłem palce, skoncentrowałem się cały w szaleńczym, rozpaczliwym wysiłku-prowadzącym ku istnieniu. (Str. 25)
I nabiera pewności, że potrafi wyzdrowieć siłą woli. I zdrowieje. Nie chce nikomu zawdzięczać sukcesu poza sobą (i może żoną). Kiedy Marcelina modli się o zdrowie dla Michała ten prosi, aby tego nie robiła, bo nie chce, aby Bóg… „miał prawo do jego wdzięczności” (str.27). Nie chce zaciągać zobowiązania. 
Początkowo sam nie bardzo rozumie, co oznacza owo – żyć.
…nie potrafiłbym wyjaśnić, co rozumiałem pod słowem żyć, ani tego, że moje upodobanie do pełniejszego życia na otwartej przestrzeni, wolnego od przymusu i liczenia się z innymi, może było sekretnym powodem tłumaczącym moje skrępowanie; na razie ów sekret wydawał mi się bardzo tajemniczy; to sekret wskrzeszonego- myślałem; bo w stosunkach z ludźmi pozostawałem obcy, jak ktoś kto powraca od umarłych. (str. 68)
Od tej chwili Michał zanurza się w życiu; zachłannie i bez pamięci. Odkrywa jego uroki, piękno natury, czar młodości i witalności. Prowadzi badania historyczne, a podziw dla jednego z bohaterów jego rozpraw (Atalaryka) przekłada się na pogoń za życiem, jakie pragnąłby prowadzić.
Wyobrażałem sobie tego piętnastoletniego chłopca, skrycie podżeganego przez Gotów, jak buntuje się przeciw […] swej matce, wierzga przeciw łacińskiej edukacji, zrzuca kulturę jak koń uwalniający się całym ciałem od krępującej go uprzęży i jak przedkładając towarzystwo niecywilizowanych Gotów nad mądrość starego Kasjodora, wiedzie przez parę lat w gronie nieokrzesanych rówieśników-faworytów życie burzliwe, pełne zmysłowości, nieokiełznania, by wreszcie umrzeć w wieku osiemnastu lat, zepsuty ponad miarę, pijany rozpustą. Odnajdywałem w tym tragicznym pędzie ku dzikiej, nietkniętej kulturą egzystencji coś takiego, co Marcelina nazywała z uśmiechem moim „kryzysem”. Poszukiwałem przyzwolenia, bym mógł stosować się do tego przynajmniej umysłem, skoro moje ciało nie brało już w tym udziału; i usilnie przekonywałem sam siebie, iż ze straszliwej śmierci Atalaryka należy czerpać naukę. (str. 49)
Bohater (duchowe alter ego pisarza?) zrzuca krępujące go więzy mieszczańskiej moralności, odrzuca naukę Chrystusa nie mogąc pogodzić się z ceną (posłuszeństwa, pokory, poddania), jaką należałoby zapłacić za niepewną nagrodę w życiu przyszłym i wybiera życie poza dobrem i złem gotów ponieść za to każdą karę.
Michał podziwia wszystko co piękne, silne i zdrowe. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że brakuje mu empatii dla wszystkiego co słabe, brzydkie i chore. Pozostawia na długie godziny ciężarną żonę, aby samemu oddać się nieskrępowanej przyjemności czerpania z życia pełnymi garściami. A kiedy żona zaczyna słabnąć Michał oddala się od nie coraz bardziej.
Choroba weszła w nią, zamieszkała w niej, napiętnowała ją, splamiła. Była to już rzecz uszkodzona. (str. 84)
Autor nie ocenia, jedynie opisuje. Można poczuć, iż wykazuje zrozumienie dla pragnienia takiego życia, choć jest tu i coś, co przeszkadza w pełnej jego akceptacji. Poczucie winy? Gide sam miał dość „skomplikowane” relacje z bliskimi. W jego Dzienniku choć w zawoalowanej formie pojawiają się różne fascynacje młodymi mężczyznami (może nawet chłopcami) i choć wielokrotnie podkreśla, iż w życiu najważniejsza jest szczerość pozostawia sobie margines tajemnicy odnoście intymnych związków. Czy zatem Immoralista to rozdźwięk pomiędzy pragnieniem a powinnością, czy może chęć zadośćuczynienia powszechnym oczekiwaniom, zgodnie z którymi człowieka, który żyje poza dobrem i złem (poza moralnością) spotyka zasłużona kara. Przychylam się do pierwszej tezy, choć i ta druga nie wydaje mi się pozbawiona racji. 
Rewerencja, jaką darzy autor szczerość wobec siebie przejawia się w słowach rozmówcy Michała – Menalka.
…Większość sądzi, że można uzyskać od siebie coś dobrego, wyłącznie uciekając się do przymusu; ludzie podobają cię sobie tylko zafałszowani. Nikt nie pragnie być sobą. Każdy naśladuje obrany przez siebie wzór; nawet go nie wybiera, po prostu akceptuje gotowy. Tymczasem można, jak sądzę, wyczytać w człowieku inne rzeczy. Nikt nie śmie. Nikt nie śmie odwrócić strony. Prawa naśladownictwa; nazywam je prawami strachu. Każdy boi się znaleźć w osamotnieniu; i właściwie wcale nie potrafi się odnaleźć. Ta agorafobia moralna jest mi wstrętna; najgorszy rodzaj tchórzostwa. A przecież wynalazków dokonujemy zawsze sami. Ale któż tutaj chce coś wynajdować? To, co czujemy w sobie różniącego nas od innych, jest właśnie czymś należącym do rzadkości, tym, co przydaje nam ceny, i to właśnie staramy się zniszczyć. Naśladujemy. I twierdzimy, że kochamy życie. (str.76)
Michał cały zatraca się w tym co zmysłowe (nie koniecznie cielesne, choć między wierszami można wyczytać, iż nie stroni od uciech cielesnych i to nie tylko z płcią przeciwną). Jego żądza posiadania dotyczy raczej sfery duchowej niż materialnej. 
Nawet w opisie natury dostrzega się zachwyt nad witalnością życia.
Wszedłem zachwycony w jego mrok [ogrodu]. Powietrze było świetliste. Kasje, których kwiaty rozwijają się o wiele wcześniej od liści, pachniały- o ile wiatr nie nawiewał owej leciutkiej, nieznanej woni, wdzierającej się we mnie, jak mi się zdawało, wszystkimi zmysłami i wprowadzającej mnie w stan egzaltacji. [...] usiadłem jednak na pierwszej z brzegu ławce, raczej upojony i oszołomiony aniżeli zmęczony. (str. 31)
Ta niewielka objętościowo książeczka (119 stron) zawiera takie bogactwo przeżyć, przemyśleń, zagadnień do rozważenia, że ze wszech miar godna jest polecenia. Oczywiście można nie podzielać postawy bohatera, można się od niej odcinać, ale warto nad nią się zastanowić.

wtorek, 8 grudnia 2015

Zdobycz Emil Zola


Jadalnia Napoleona III Luwr (tak mi się skojarzyło z epoką przebudowy Paryża)
Dawno już nie czytało mi się tak lekko i z taką przyjemnością. Zola potrafi malować słowami i uwodzić opisem. Paryż w jego wydaniu jest niczym rajski ogród, pełen przepychu i bogactwa, nawet, jeśli to tylko powierzchowna fasada, która szpetotę i zgniliznę moralną jego mieszkańców ukrywa w urzekająco pięknym otoczeniu. 
W drugiej części cyklu Rougon-Macqartowie autor rozprawia się z złodziejstwem i spekulacjami drugiego cesarstwa czyniąc bohaterem swej powieści Arystydesa Rougnon i członków jego rodziny (?) Tyle, że rodzina to pojęcie niezbyt pasujące do tworu, jaki powstał z połączenia nienasyconego chęcią zdobywania milionów parweniusza, bez skrupułów ze znudzoną życiem w luksusie Renatą oraz narcystycznym hermafrodytą Maksymilianem, żyjącym chwilą, bezwolnym synem Arystydesa i pasierbem, jego żony. 
Arystydesa, który pod naciskiem brata (ministra) zmienia nazwisko na przypominające suchy brzęk złota Sacchard „dobre, aby dostać się na galery lub zrobić miliony” zajmuje wyłącznie pomnażanie majątku. Jest w swej żądzy nieugięty, nie ma podłości, jakiej by się nie podjął dla pozyskania „paru franków”; ograbienie wspólnika czy żony, wyswatanie syna z kaleką, wyłudzenie z państwowej kasy milionów za ruinę niewarta nawet małej części jej wartości to dla niego codzienność. 
Jego młoda i śliczna żona, kapitał zakładowy, który zyskał, dzięki „szczęśliwemu zbiegowi okoliczności” (śmierć pierwszej żony i „kompromitacja” drugiej) znudzona wszystkimi rozkoszami, jakich zdążyła zaznać (bogactwo, powodzenie, romanse) szuka czegoś, co zapełniłoby jej pustkę. 
Już od pierwszej sceny, w której macocha zwierza się pasierbowi, że swoich pragnień otrzymania czegoś nieokreślonego widać, jaka będzie puenta ich wzajemnych relacji. 
Maksym „osobliwa mieszanina nienasyconych apetytów ojca i indolencji matki, zrobaczywiały owoc, w którym wady obojga uzupełniły się i pogłębiły”, wyrasta wśród przyjaciółek macochy, kobiecych łaszków, często w niewieścim przebraniu, traktowany, jak zabawka, laleczka, zniewieściały i bezwolny. Poddaje się równie łatwo miłosnym uściskom Renaty, jak i matrymonialnym planom ojca. 
Galerię typów spod ciemnej gwiazdy uzupełnia rajfurka Sydonia, siostra Arystydesta osoba o nieciekawej powierzchowności i nędznego charakteru. 
Zgodnie z założeniem autora cyklu Zdobycz to analiza złodziejskich spekulacji i oszustw II Cesarstwa, jakich dopuszczają się urzędnicy miejscy, którzy w planie rozbudowy Paryża dojrzeli możliwość zbicia milionowej fortuny, skupując grunta przeznaczone w planach do wywłaszczenia, podbijając ich cenę i otrzymując krociowe odszkodowania. Opis całego procederu jest tyleż fascynujący, co nużący dla czytelnika, dla którego kwestia pomnażania kapitału jest całkiem obca. Jednakże bez opisu procederu, jakiemu oddawał się Arystydes i jemu podobni nie byłaby Zdobycz tak wiarygodnym obrazem epoki. 
Z jednej strony jest złodziejska spekulacja i rodzenie się krociowych majątków, coś co w pewien sposób, mimo wstrętu budzi podziw dla talentów spekulanta, a z drugiej pustka, marnotrawienie czasu i pieniędzy na jałowe rozrywki (bale, operetki, przejażdżki, wizyty u krawców) oraz opis rozpasanego życia znudzonych przedstawicieli biznesu i ich „rodzin”. 
Zola piętnuje klasztorne wychowanie, w wyniku którego panna z dobrego, mieszczańskiego domu „wynosi duszę zbrukaną, serce odarte z dziewictwa” i ciekawość zakazanego owocu, piętnuje zniewieściałych młodzieńców marnotrawiących rodzinne fortuny, piętnuje moralność kobiet, którym splendoru dodaje częsta zmiana kochanków i piętnuje małość ludzi, którzy stanowią elitę społeczeństwa z racji posiadanego kapitału. 
Powieść na przykładzie „rodziny” Arystydesa ukazuje obraz stosunków społecznych z czasów przebudowy Paryża za barona Hausmana, to one są tutaj najistotniejsze, dlatego też trudno byłoby doszukać się psychologii jednostkowego bohatera. Zarówno Arystydes, jak i Maksym, Renata, czy Sydonia są jedynie typem bohatera, a nie bohaterem samym w sobie. 
Obraz był tak niepokojąco prawdziwy, iż autor został wezwany przez prokuratora i nakłoniony do zaprzestania druku. W liście do przyjaciela napisał: …Nuta złota i zmysłów, szmer milionów i potężniejący wrzask orgii brzmiały tak silnie, że postanowiłem napisać Zdobycz. … Nie można oskarżyć mnie o przejaskrawienie barw. Odwrotnie, nie ośmieliłem się nawet napisać wszystkiego. Zarzucana mi zuchwałość w mówieniu o sprawach drastycznych cofała się niejednokrotnie przed dokumentami, które posiadam”. (Emil Zola Halina Suwała str. 132).
Salon Napoleona III w Luwrze 
Zdobycz obfituje w bogate, pełne detali opisy. Są one niezwykle kunsztowne, niemal malarskie, wręcz baśniowe. I jest to zarówno zaletą powieści, jak i może być jej wadą. Nie każdego czytelnika zachwyci (mnie zachwyciła) powieść zbudowana z fotograficznych klisz/ obrazów miejsc, toalet, ogrodów, pejzaży. I nawet mimo woli dałam się uwieść cudownym opisom.
W rozedrganym mroku, za rzeźbionymi oparciami krzeseł boazerie, duży niski kredens, rozpostarte tu i tam płaty aksamitu majaczyły zaledwie. Mimo woli wzrok powracał ku stołowi, nasycał się jego przepychem. Środek zajmowało piękne surtout [ozdobny talerz] z matowego srebra o połyskującej cylezurze; przedstawiało ono grupę faunów porywających nimf; ponad nią, z szerokiego rogu opadały kiście naturalnych kwiatów olbrzymiego bukietu. Ustawione po dwóch krańcach wazy również pełne były kwiatów. Dwa kandelabry, związane z grupą środkową – dwóch satyrów w biegu, unoszących na jednej ręce zemdloną kobietę, a drugą podtrzymujących dziesięcioramienny świecznik- migotem świec pomnażały jeszcze blask żyrandola. Pomiędzy tymi ozdobami stały symetrycznie mniejsze i większe grzejniki z pierwszym daniem, a obok nich muszle z przystawkami, porcelanowe kosze, kryształowe czary, płaskie talerze, kompotiery na podstawkach, zawierające część deseru już podaną na stół. Wzdłuż kordonu talerzy armia kieliszków, karafek z wodą i z winem, małych solniczek - cała ta kryształowa zastawa była delikatna i lekka jak muślin, bez jednego rżnięcia, i tak przezroczysta, że nie rzucała ani odrobiny cienia. Surtout i większe nakrycia przypominały fontanny ognia; połyskliwymi ściankami grzejników przebiegały błyski; widelce, łyżki, noże o rękojeściach z perłowej masy tworzyły płomienne smugi; kieliszki rozpinały tęczowe łuki, a pośród tej ulewy iskier, tej masy rozpalonej do białości, karafki z winem znaczyły obrus plamami czerwieni. (Str. 28 Zdobycz Emil Zola Wydawnictwo Opolpress)
Natomiast poniższy zmysłowy opis oranżerii musiał rozpalać wyobraźnię czytelniczek na równi z opisem miłosnych uścisków kochanków. 
Spryskane czerwienią liście begonii i podobne do lanc białe liście popłanów stanowiły dalszy ciąg niezrozumiałych dla Renaty i Maksyma okaleczeń- tu i ówdzie dostrzegali jakby krągłe biodro lub kolano tarzające się po ziemi w brutalnej pieszczocie. Drzewa bananowe uginające się pod kiściami owoców mówiły im o hojnej płodności ziemi, a wilczomlecze, których pokraczne, kolczaste świece, pełne wstydliwych gruzłów majaczyły w mroku, zdawały się ociekać sokiem, występującą z brzegów ognistą strugą życia. W miarę jak spojrzenia ich zagłębiały się w zakamarki cieplarni, ciemność wypełniała się coraz zajadlejszą rozpustą liści i łodyg; nie rozróżniali już aksamitowców, łagodnych w dotyku, gloksynii o fioletowych dzwonkach, dracen podobnych do płytek lśniącej laki – był to jeden żywy krąg roślin złaknionych siebie i nienasyconych. Zasłonięte firankami lian altany rozpłomieniały zmysłowe marzenia Renaty i maksyma, zwinne pędy waniliowców, jadowic, kwiskwalisów, nadwoi stanowiły nie kończące się ramiona ukrytych kochanków, w łapczywym uścisku zgarniających wszelką rozkosz.  (Str.205 Zdobycz Emil Zola)
Przeczytane w ramach stosikowego losowania u Anny