Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wrocław. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wrocław. Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 maja 2026

Z ogrodu botanicznego parę zdjęć z urodzinową dedykacją dla Alicji

Magnoliowa alejka

Dziś miał być wpis poświęcony Weronie i jej muzeom i świątyniom, no ale w taki piękny dzień komu chciałoby się ślęczeć nad wyszukiwaniem informacji, sprawdzaniem nazewnictwa i wysilaniem szarych komórek. Wczoraj zajrzałam do ardioli (Alicji) i wyczytałam, iż dziś ma urodziny. Pomyślałam więc, iż w ramach urodzinowego prezentu prześlę parę fotek z wizyty w Ogrodzie Botanicznym we Wrocławiu, który zawsze mnie zachwyca wielością i różnorodnością roślin, a w szczególności, kiedy uda się trafić na okres kwitnienia. Pamiętam festiwal dalii (podczas jednego z pierwszych pobytów w mieście), a także festiwal tulipanów (kiedy byłam z Asią). Tym razem odkładałam wizytę na ostatni dzień pobytu, aby pogoda pozwoliła zakwitnąć jak największej ilości roślin, choć Dorota (Bee) uprzedzała, że jest zbyt wcześnie na odwiedziny. 

Wizyta w Ogródku japońskim pięć dni wcześniej przyniosła duże rozczarowanie, poza jedną przekwitającą magnolią było bardzo skromnie i smutno. Tym większa była moja radość, kiedy już od wejścia natrafiłam na rzędy żółtych żonkili połączone z pomarańczowymi szachownicami cesarskimi. Kawałek dalej trafiłam na magnoliową alejkę, może było sześć, a może dziesięć drzewek, nie policzyłam, bo wraz z innymi zaczęłam pstrykać zdjęcia. Te drzewa wyglądają tak fotogenicznie, tak barwnie, że chciałoby się aby okres kwitnienia trwał i trwał. A że bywa tak krótki tym chętnie chcemy go utrwalać. W pobliżu alejki magnoliowej zebrało się najwięcej osób, bo każdy chciał mieć zdjęcie. I nie ma się co dziwić. Magnolii widziałam ostatnimi czasy sporo, ale najczęściej były to pojedyncze drzewka. W takiej ilości i w pełni rozkwitu oglądałam je po raz pierwszy. 
Kwiaty tej magnolii rosnącej w pewnym oddaleniu od tych z magnoliowej alejki były tak olbrzymie, że większe od mojej dłoni

Kiedy byłam we Włoszech i oglądałam magnolię w tamtym ogrodzie botanicznym (nawiasem mówiąc były tylko dwa egzemplarze) nie mogłam uwierzyć, iż mają tak ogromne kwiaty i pomyślałam sobie no tak- Włochy tu wszystko jest kolosalne nawet kwiaty, u nas są dużo mniejsze, bo mamy chłodniejszy klimat. Przyjeżdżam do Wrocławia i widzę olbrzymie kwiaty magnolii. Czyli i u nas mogą wyrosnąć takie cuda. I tak całkiem przez przypadek mogłam obejrzeć piękny spektakl kwitnienia magnolii. 

Już samo to by wystarczyło, abym wizytę w Ogrodzie zaliczyła do jednego z najmilszych wspomnień z Wrocławia, a okazało się, że kwitną też tulipany. Te kwiaty niegdyś niedoceniane, chyba podobnie, jak wcześniej goździk, potem tulipan był wręczany kobietom w dniu ich święta. Jeden tulipan (oczywiście drodzy panowie to fantastyczne, że tak nas obdarowujecie, ale..) wygląda żałośnie smutno. Tulipany najlepiej wyglądają w bukiecie, w większej ilości (w przeciwieństwie do róży, która może być jedna, aby wyglądać dostojnie). A najlepiej jak sobie kwitnie w ziemi. 
Tulipan ogrodowy

Cała skarpa przeważnie żółtych, dopiero rozkwitających tulipanów 


Pomarańczowa księżniczka

 Wybrałam jedynie kilka zdjęć, bo inne też się proszą o udostępnienie
wspomniana na wstępie szachownica cesarska w towarzystwie żonkili

hiacynty

Oczywiście to zaledwie parę przepięknych roślin ogrodowych, zachęcam do odwiedzin Ogrodu, bo tam kwitną drzewa, krzaki i kwiaty o różnych porach roku i niemal zawsze można trafić na coś ciekawego. Ponadto w Ogrodzie który jest ciekawy już z tego powodu, iż znajduje się tam wiele gatunków flory pełno jest posągów, instalacji z metaloplastyki i szkła, ławeczek, ogromnych szyszek, znaleźć można kilka krasnali, są szklarnie z roślinami. Jest też podobno kawiarnia, której szukam od kilku lat i nie potrafię znaleźć mimo drogowskazów :) Może kiedyś Bee mi ją pokaże. 






Droga Alicjo, aby życie jeszcze nie raz pozwalało Ci dostrzegać swe jasne i barwne strony i żebyś nie utraciła pogody ducha 


Żyj kolorowo :)

poniedziałek, 7 lipca 2025

Wrocławskie powtórki i nowości

Bulwary nabrzeżne z widokiem na katedrę

Dziwnymi drogami podążają nasze odczucia. Kiedy po raz pierwszy w 2016 r odwiedziłam Wrocław nie mogłam się nadziwić skąd biorą się te wszystkie zachwyty nad miastem. Byłam w kiepskiej formie i chyba w tamtym czasie nic nie wzbudziłoby mojego zainteresowania, chodziłam jak w malignie wciąż zastanawiając się, czy podjęłam właściwą decyzję. Dziś z perspektywy czasu też tego nie wiem, za to niedługo po powrocie przeglądając zdjęcia doszłam do wniosku, iż koniecznie muszę to miasto ponownie odwiedzić. Tak się też dzieje, kiedy czytamy książkę, która nam „nie wchodzi”, a mamy przeczucie, iż książka jest dobra, ba nawet znakomita. We Wrocławiu byłam później kilkakrotnie, a nawet pokazałam go moim siostrzeńcom, potem Asi, potem mamie chrzestnej a teraz pojechałam pokazać je Magdzie.

Mostek Tumski brama wjazdowa na Ostrów
Poznawanie miasta zaczęłyśmy od miejsca, w którym po raz pierwszy spotkałam się z Bee prowadzącą bloga Tokio, Paryż, Wrocław, czyli nektar żywota (nieco przez Dorotkę zaniedbywanego ostatnimi czasy). Katedra na Ostrowie Tumskim to serce Wrocławia, miejsce, którego nie można pominąć. Tu powstał pierwszy murowany kościół jeszcze w połowie X wieku. Był on w porównaniu z dzisiejszą katedrą mikroskopijny, co można zauważyć na znajdującej się wewnątrz świątyni planszy. Obejmował swą wielkością powierzchnię około trzech dzisiejszych kaplic bocznych. Niestety nie mogłyśmy podziwiać najpiękniejszej części katedry, czyli jego fasady zachodniej i tego co znajduje się nad portalem głównym. Zasłaniało ją rusztowanie wraz z dyktowym ogrodzeniem. Fantastyczne dekoracje, częściowo jeszcze z romańskiej katedry (w tym bogato dekorowane kolumienki), posągi (świętych i władców) znajdujące się pod baldachimami, ostrołukowe wykończenie wejścia (mądrze zwane wimpergą, którą to nazwę wciąż zapominam) oraz taras z balustradą wszystko to znikło szczelnie odgrodzone od wzroku oglądających. Nie widać Matki Boskiej ani Jadwigi Śląskiej, których figury zdobią fronton katedry. Pamiętam zachwyt nad owym portalem głównym Wyspiańskiego wyrażony w liście do Tadeusza Stryjeńskiego - architekta i konserwatora, a prywatnie teścia Zofii Stryjeńskiej. Stwierdza tam, iż nie miałby nic przeciwko takiemu portalowi w Krakowie. Ja chętnie oglądałabym taki w Gdańsku.

Portal główny 2023
Byłyśmy zawiedzione, choć ja mogłam polegać choć w małym stopniu na pamięci. Renowacja obiektu to jednak też obietnica dłuższej żywotności i na ogół dobra wiadomość. 
Jakby dla wynagrodzenia niedostępności tej części katedry wnętrze było dobrze oświetlone, co dawało możliwość wykonania nieco lepszych zdjęć. Jak dotąd oglądałam je ukryte w mroku, dość ciemne i ponure. Tym razem doskonale widoczne były zdobiące nawę główną sztandary (które Magda badaczka śląskiej historii potrafiła odczytać) a także kolorowe witraże gotyckich okien. Ilekroć jestem w katedrze moją uwagę przykuwa posąg Św. Hieronima – jednego z czterech doktorów Kościoła, patrona studentów, biblistów, księgarzy, eremitów.
Ten mądry, ale i skromny człowiek jest nam znany tak dobrze z wielu obrazów – jako wychudzony starzec żywiący się korzonkami, zgarbiony i pochylony nad księgą. Ja myśląc o Hieronimie mam przed oczami wizję przedstawioną przez Caravaggia (starzec nad księgą). Tutaj przedstawiony został w iście barokowym stylu. Złoty posąg dojrzałego, silnego mężczyzny, w szacie do ziemi i zawadiackim kapeluszu na głowie zachwyca i zadziwia barokową nonszalancją. Ale to przecież barok, czyli coś co ma zadziwiać. Hieronim jako jeden z czterech muszkieterów? No proszę i poczciwy Dumas jawi się nam we Wrocławskiej katedrze.
Święty Hieronim
Wygląda ów Hieronim, jak książę, dworzanin, nie jak pokutujący święty. Gdyby nie pastorał w jednej ręce i księga w drugiej można by się zastanawiać, co robi ten człowiek, tu tak blisko ołtarza.
Bardzo dokładny i ciekawy opis Katedry przedstawił na swym blogu Jeż, strony o zabytkach, górach i różnych ciekawych miejscach. Chylę czoła przed jego opisem i mogłabym owym kapeluszem Hieronimowym pozamiatać podłogę.
Ogródek japoński
Wrocław poza wspaniałą architekturą zachwyca zielenią. Im jestem starsza tym chętniej odwiedzam wszelkie parki i ogrody, a już ogródek japoński i ogród botaniczny nieodmiennie wprawiają mnie w dobry humor, nawet, jeśli bilet wstępu do pierwszego jest zadziwiająco drogi, a w drugim bez powodzenia po raz kolejny szukałam czynnej kawiarni.
To, że wydaje nam się, że coś znamy bywa złudne, można bowiem być w jakimś miejscu kilka czy kilkanaście razy, a i tak zawsze odnajdzie się coś nowego. Ja do tej pory wychodziłam z błędnego założenia co do lokalizacji Parku Szczytnickiego sytuując go w najbliższym otoczeniu Hali Stulecia, a w zasadzie wokół hali i Pawilonu Czterech Kopuł, a tymczasem odkryłam, że jest on o wiele bardziej rozległy. Miałam też okazję po raz pierwszy zobaczyć drewniany kościół Św. Jana Nepomucena przeniesiony tutaj z ze Kędzierzyna (na początku XX w.), dokąd został przeniesiony ze Starego Koźla (w XVIII stuleciu). Kościółek pochodzi z przełomu XVI i XVII wieku, a więc powstał w czasach, kiedy we Włoszech tworzył Caravaggio, a w architekturze sakralnej pierwsze kroki zaczynał stawiać barok. Jest malutki, skromny i wielka szkoda, że nie udało się nam zajrzeć do środka (można go oglądać z przewodnikiem w soboty lub niedziele).
Kościółek Św. Nepomucena w Parku Szczytnickim
Wykorzystując swój pobyt we Wrocławiu, chciałam ponownie obejrzeć obrazy Cranacha Madonna pod jodłami oraz Gierymskiego Chłopiec ze snopkiem na głowie. To o nich czytałam niezwykle interesujące historie w książce o odzyskiwaniu zaginionych w czasie wojny dzieł sztuki, książce o tajemniczo brzmiącym tytule Madonna znika pod szklanką kawy. Madonnę Cranacha miałam okazję oglądać na wystawie na Wawelu (w 2021 r.), jednak teraz uzbrojona w wiedzę o losach obrazu chciałam raz jeszcze mu się przyjrzeć, tym bardziej iż zgodnie z opisem w książce we wrocławskim muzeum archikatedralnym wiszą obok siebie dwie Madonny; jeden to oryginał z początku XVI wieku, drugi kopia z lat 1945-1947, jaka umożliwiła pomysłowym złodziejom wywiezienie oryginału, czego przez wiele lat nikt nie zauważył. Oryginał wrócić (ponownie zakupiony) do Wrocławia dopiero w 2012 r. Podobno patrząc na oba wiszące obok siebie bez trudu można zauważyć różnice. Byłam tego porównania niezwykle ciekawa.
kopia
oryginał
Kiedy usiadłam na ławeczce vis a vis obrazu nie poczułam żadnego drżenia nóg, żadnego wzruszenia, jakie odczuwałam podczas wystawy na Wawelu. Po pięciu minutach zaczęłam się rozglądać za kopią obrazu i wówczas zauważyłam karteczkę z informacją iż to na co patrzę to owa kopia z lat powojennych, ta, która posłużyła oszustom i złodziejom. Gdzie zatem jest oryginał? Przewodnik (audioguide) nie zająknął się słowem, iż to na co patrzę jest kopią, na stronie muzeum nie znalazłam też żadnej informacji na temat niedostępności oryginału, a na moje pytanie o oryginał pracownica muzeum powiedziała, iż miejsce jego pobytu jest tajemnicą, a jak powróci to taka informacja pojawi się na stronie muzeum. Ciekawe, skoro na stronie muzeum nie znalazłam informacji, iż oryginału tam czasowo nie ma.
Nie jestem znawcą, który potrafiłby odróżnić oryginał od kopii, ale ten brak wzruszenia podczas oglądania dzieła przypisałam jakiemuś sekretnemu instynktowi (choć równie dobrze, mógł on być dziełem przypadku).
Ale z drugiej strony miałam okazję obejrzenia kopii, którą wielu przez lata brało za oryginał.
Gierymski (obok Bilińska-Bogdanowicz)


Więcej szczęścia miałam z Gierymskiego Chłopcem ze snopkiem siana na głowie. Jego oryginał w Muzeum Narodowym jak poprzednio wisiał, tak wisi tam nadal, a ja patrząc nań przypominałam sobie wędrówkę obrazu przez Europę, od czasu namalowania, zakupu przez marszanda, sprzedaży, zagubieniu, poszukiwaniu i odnalezieniu całkiem przypadkiem w warszawskiej kamienicy Pod gigantami przy al. Ujazdowskich. Kamienicy, którą wiele razy mijałam jadąc do Łazienek. Miałam też szczęście mogąc zobaczyć Bretonkę na progu chaty Anny Bilińskiej – Bogdanowicz, która podczas poprzedniej mojej w Muzeum wizyty była na gościnnych występach w Warszawie. Z jednej strony szczęście, z drugiej – no cóż obraz wisi tak nieszczęśliwie w bocznej ściance przy oknie, iż padające nań światło i cień nie pozwalają na zrobienie dobrej fotografii.
Morze Ludwik de Laveaux

Osobiste muzeum pamięci powiększyło się o kilka jeszcze obrazów. Pierwszym z nich był obraz Ludwika de Laveaux pod tytułem Morze. Obraz mnie nie zachwycił (mimo, iż temat marynistyczny, a więc bliski mojemu sercu), ale nazwisko twórcy, którego piękne scenki paryskie oglądałam w warszawskiej galerii wywołuje skojarzenia z Wyspiańskim i Weselem, w którym malarz został przedstawiony jako Widmo.
Kraków zimą Julian Fałat

Krajobraz z łyżwiarzami i pułapką na ptaki Bruegel

Mam słabość do zimowych pejzaży i scenek rodzajowych, stąd kolejny zachwyt nad Fałatem (Kraków w zimie). Połączenie Krakowa i zimy to miód na moje serce, spędziłam tam kilka pięknych zimowych dni, włączając w to dwukrotnie święta Bożego Narodzenia (jedne z piękniejszych świąt Bożego Narodzenia). Zachwyt nad Brueglem łączy w sobie wiele wspomnień, bo przypomina podobną scenerię oglądaną nie raz w różnych lokalizacjach (Rzym, Wiedeń, Gdańsk - na gościnnych występach, Bruksela) a nawet innego z malarzy zimy- Avercampa (Amsterdam czy Drezno). Krajobraz z łyżwiarzami i pułapką na ptaki za każdym razem wywołuje uśmiech na twarzy z powodu kolejnego spotkania. Lubię biel na obrazie i możliwość snucia  wielu opowieści kiedy przypatrzeć poszczególnym scenkom na obrazie (matce z dzieckiem, dwójce szkrabów, sąsiadach, grupce znajomych, pojedynczych postaciach, ptakach na gałęziach i ptakach wokół pułapki). 
Do tego dochodzą obrazy Wyspiańskiego, Boznańskiej, Wojtkiewicza, Cranacha (tym razem Ewa w oryginale, kolejna z Ew, jakie oglądałam w wielu europejskich galeriach). I na koniec jeszcze wspomnę tylko o dwóch, z bogatej kolekcji tych, które uwieczniłam fotografiami. Anioł i Tobiasz Lorenzo Lippiego (XVII wiecznego malarza włoskiego, nie mylić z Fillipo Lippim XV wiecznym malarzem pięknych madonn) to temat do którego mam słabość (kolejny taki temat). Zauroczyła mnie kiedyś historia apokryficzna stanowiąca kanwę powieści Anioł Panny Garnet Salley Vickers i od tego czasu kolekcjonuję wszystkie obrazy przedstawiające Archanioła Rafała i Tobiasza z nieodłączną rybą, której wnętrzności miały przywrócić wzrok ociemniałemu ojcu Tobiasza. Lubię porównywać malarskie wizje tej ciekawej historii. Podoba mi się pomysł z dłonią Tobiasza w dłoni anioła, wyrażający całkowite zaufanie chłopca do swego tajemniczego towarzysza podróży.
Tobiasz i Anioł Lorenzo Lippi
I ostatni już obraz, o którym tylko wspomnę, a który zrobił na mnie spore wrażenie to Adopcja Ferdinanda Waldmullera (niemieckiego malarza z XIX wieku). Przedstawia bogatą rodzinę kupującą sobie chłopczyka. Adopcja brzmi tu nieco ironicznie, bowiem z adopcją, jak my ją pojmujemy (poczuciem odpowiedzialności i pragnieniem miłości z obu stron) nie ma ona nic wspólnego. Za krzesłem pana domu podpisującego dokumenty zapewne pośrednik, być może prawnik, na uboczu matka z drugim dzieckiem, nieco smutna, a raczej przestraszona (co ja zrobiłam) i to zalęknione, samotne dziecko w centrum, dziecko, które nie rozumie, o co tutaj chodzi. Niezmiernie mi żal tego chłopczyka, bo ciepła w tym domu on raczej nie znajdzie. 

Adopcja Waldmuller

Wrocław to oczywiście nie tylko wyżej wspomniane muzea, czy miejsca zielone, to też spacery po dzielnicy Czterech Wyznań, odwiedzanie kościołów, wizyta na Uniwersytecie i na dziedzińcu Ossolineum, spacery po rynku, to też smakowanie Wrocławia poprzez jego kuchnię. Po raz kolejny miałam okazję jeść w kultowej Konspirze (ich kopytka ze śmietaną śniły mi się po nocach). Odwiedziłyśmy też kolejną smaczną kuchnię Chatka przy Jatkach (poza wyśmienitym jedzeniem mają tę zaletę, że bardzo szybko serwują zamówienia, co dziś raczej jest rzadkością. Jadłam tam pyszny chłodnik, a także devolaya z surówkami i ziemniaczkami pieczonymi)
Miejsce spotkania (u Alicji zdjęcie knajpki. Nie wyraziłam zgody na publikację swojego wizerunku. Wiecie, że czynię to niezwykle rzadko, ale jak wyglądają dziewczyny możecie zobaczyć na ich blogach)
No i na koniec cream de la cream, czyli przesympatyczne spotkanie Z Alicją i Dorotą. Kiedy Alicja (prowadząca bloga) dowiedziała się, iż jestem we Wrocławiu od razu postanowiła, że musimy się spotkać (znałyśmy się tylko wirtualnie). A że z Dorotą (czyli wspomnianą wyżej Bee) też miałyśmy się spotkać Ala urządziła to tak, że spotkałyśmy się wszystkie cztery (ja, Alicja, Dorota i Magda) w jednym miejscu na Stacji Dialog wrocławskiego Dworca. Miejsce bardzo dobre na takie spotkanie, bo ciche i spokojne, w przeciwieństwie do sieciowych kawiarni gwarnych i tłocznych. Ala spędziła w podróży łącznie ponad pięć godzin po to, abyśmy mogły porozmawiać (przez dwie i pół godziny). Poczułam się zaszczycona, iż osoba o tak licznych zainteresowaniach i prowadząca tak ciekawe życie chciała mnie poznać i porozmawiać. Należę do osób, które niechętnie wysuwają się na pierwszy plan, najchętniej schowałabym się gdzieś w kąciku, cichutko sobie przycupnęła w ostatnim rzędzie, poobserwowała, nie zajmowała nikogo moją osobą, a tu proszę takie wyróżnienie. Miło jest spotkać osoby, z którymi ma się sobie coś do powiedzenia i z którymi dobrze się czuje. Przyznam, iż ja, jak zawsze przed spotkaniem z nieznanymi mi osobiście wcześniej osobami odczuwałam lekką tremę/ obawę (czy ona mnie nie rozczaruje, albo czy ja jej nie rozczaruję, nie należę do osób elokwentnych, łatwiej mi idzie pisanie, niż gadanie), a okazało się, że moje obawy były niepotrzebne, bowiem spotkanie potwierdziło, iż osoby, które mają sobie wiele do napisania, mają też wiele do powiedzenia. Nasze spotkanie można nazwać spotkaniem blogerek, bowiem i Magda prowadzi bloga a nawet kilka (tu o śląskich Piastach, a przez profil można wejść na pozostałe). Cieszymy się też, że Dorota mimo swych licznych zajętości znalazła dla nas czas.
Do zobaczenia Wrocławiu (może za rok)
Po krótkim (2,5 godzinnym spotkaniu we czwórkę) wybrałyśmy się z Bee (Dorotą) na spacer przez miasto na Ostrów Tumski, bo Ostrowia (pewnie znowu źle odmieniam- trudno) nigdy dosyć. 
Tu zaczęłyśmy swój pobyt i tu go zakończyłyśmy. 

sobota, 27 maja 2023

Majowy Wrocław

W japońskim ogródku
Z góry przepraszam za długość wpisu. Kiedy po raz pierwszy odwiedziłam Wrocław siedem lat temu nie sądziłam, że będę doń wracać tak często i chętnie. W połowie maja odwiedziłam go po raz czwarty. Tym razem wybrałam się z koleżanką, co ma swoje plusy (poza tak oczywistymi, jak wspólne świata oglądanie, czy towarzystwo przy posiłkach większa ilość zdjęć piszącej. Zdjęć tych nie publikuję, chronię prywatność, niemniej przyjemnie się je ogląda i pokazuje bliskim)



Ogrody Japoński i Botaniczny i przyległości Mamy różne gusta, jeden lubi poznawać miasta przyglądając się im z najwyższych punktów widokowych, inny lubi poznawać je poprzez puby, są tacy którzy lubiąc odwiedzać Zoo, inni aquaparki, a jeszcze inni kościoły, są i tacy, którzy biegają po galeriach.. handlowych. Ale miejscem które pogodzi wszystkich są parki i ogrody, a te we Wrocławiu są szczególnie piękne.

Ogródek japoński w Parku Szczytnickim jest może mały, ale za to bardzo klimatyczny. Jeden mały mostek, kilka pomostów, fontanna, parę kamiennych latarenek, parę rybek w stawie i kilka bonzai i cały ogrom roślinności we wszelkich kolorach i rodzajach. Miałyśmy szczęście odwiedzając go we wtorkowy poranek, kiedy nie ma jeszcze tłumów. Poza wycieczką młodzieży szkolnej oraz grupką japońskich turystów (czego Japończycy szukali w Ogródku Japońskim we Wrocławiu?) byłyśmy same. My i słońce. I to był niezwykle miły czas.
W ogródku japońskim

Będąc w Parku Szczytnickim nie da się przeoczyć Hali Stulecia. Ten modernistyczny budynek od pierwszego spotkania nie wzbudził mojej sympatii. Jednak fakt, że istnieje od początku ubiegłego wieku a powstał w stulecie zwycięstwa Prus nad Napoleonem w bitwie Narodów (pod Lipskiem) – budzi szacunek dla budowli. Szacunek, jaki darzymy historię i wiekowość (ludzi i rzeczy). W momencie powstania Hala była jedną z najbardziej nowoczesnych budowli na świecie. I choć osobiście nie przepadam za modernizmem (zwycięstwem funkcjonalności nad dekoracyjnością) to doceniam prostotę. W połączeniu z Pawilonem Czterech Kopuł Hala Stulecia tworzy spójną całość. Pawilon odwiedziłyśmy w poszukiwaniu miejsca, gdzie mogłybyśmy odpocząć i napić się kawy po wizycie w Ogródku i obejrzeniu wystawy, o której poniżej.

Nie spodziewałam się, iż wewnątrz wiekowej budowli znajdzie się tak ciekawa przestrzeń. Pawilon będący łącznikiem pomiędzy salami usytuowanymi pod czterema kopułami to ogromna przeszklona hala, cała na biało, białe ściany (no prawie białe), białe podłogi, białe krzesełka. Ten monochromatyzm przełamuje jedyny kolorowy element - sporej wielkości dmuchane gwiazdy, mnie skojarzyły się z palmami (stanowiące część wystawy Otto Piene. Gwiazdy). Może szkoda, że nie odwiedziłyśmy tej wystawy, ale dopiero co wyszłyśmy z innej.

Pawilon Czterech kopuł
To miejsce idealne na wypoczynek. Kawa i małe co nieco dopełniały przyjemności tego słonecznego, pięknego dnia.

W Ogrodzie Botanicznym na Ostrowie Tumskim pierwsza refleksja była taka, że aby obejrzeć całość należałby wykupić całoroczny karnet. Ogród ma powierzchnię ponad siedmiu hektarów. Moim ulubionym zakątkiem jest ta jego część, która leży najbliżej kolegiaty Św. Krzyża i Św. Bartłomieja. Rosną tam kwiaty sezonowe. Podczas poprzedniej wizyty trafiłam na festiwal dalii, tym razem zaczynały przekwitać tulipany. Nadal jeszcze cieszyły wzrok swą różnorodnością. Najbardziej spodobał mi się Vincent Van Gogh – barwy ciemno bordowej z postrzępionymi płatkami kwiatów. W tym roku zwróciłam też uwagę na tulipany o bardziej pełnych koronach (jak Copper Image). Żałowałam natomiast, że moje kochane piwonie były jeszcze w pączkach. 

Ogród botaniczny

Tulipany Vincent Van Gogh

 

Tulipany Copper Image

W ogrodzie botanicznym

W ogrodzie botanicznym

Wystawy

Impresjoniści multimedialnie. Tę wystawę odwiedziłyśmy będąc w Parku Szczytnickim. Są to tak modne ostatnio wyświetlane na ścianach i podłodze obrazy impresjonistów, które mają sprawiać wrażenie wejścia w obraz. Widz jest nimi otoczony ze wszech stron, zanurza się w świecie sztuki, staje się jego częścią. Oglądałam z dziesięć lat temu wystawę Van Gogh multimedialnie i wyszłam z niej ogromnie rozczarowana, bowiem nie poczułam się ani częścią dzieła sztuki, ani zanurzona w obrazie. Postanowiłam jednak dać szansę ponownie zakładając, iż być może tracę coś cennego, skoro opinie (w tym moich znajomch) są entuazjastyczne. Ekranem dla obrazów były ściany ogromnej hali i jej podłoga, przy czym nie na wszystkich pokazywano ten sam obraz, było ich kilka, więc najlepiej było oglądać leżąc na ziemi na specjalnych pufach. Wystawa dotyczyła kilku najbardziej znanych malarzy i ich najbardziej znanych obrazów (Monet, Degas, Renoire, Signac, Lautrec, Rousseau, Van Gogh, Pissarro). No cóż nie jest to obcowanie ze sztuką, jaką możemy oglądać w galeriach, ale nie o to w tym chyba chodzi. Jest to pomysł na rozpowszechnianie sztuki i jej przekazywanie w odmienny sposób. Myślę, że większość z oglądających nie znała ani nazwisk twórców ani ich dzieł (co może się wydać niepojętym, ale przecież nie każdy musi się znać na sztuce, nawet w tak podstawowym zakresie), miała ona zatem wartość poznawczą. Słyszałam zdania szczerego zachwytu; jakie to ładne, ale piękne, popatrz tylko na te kwiaty, drzewa. To było budujące, w pewnym momencie złapałam się na tym, że nie oglądam doskonale mi znanych dzieł, a reakcje oglądających. Finalnie przyznałam, że ta krótka (półgodzinna prezentacja) sprawiła i mnie przyjemność. Miło się leży w otoczeniu ładnych obrazów. Nawet jeśli to tylko doznania wirtualne.


Na wystawie mój ukochany migdałowiec Van Gogha

Miro i Dali w Muzeum Miejskim oraz malarze śląscy Choć ani Miro, ani Dali nie należą do szczególnie lubianych przeze mnie malarzy nie mogłam sobie odmówić odwiedzenia wystawy grafik pierwszego oraz ilustracji do książek drugiego. Grafiki Miro nie przypadły nam do gustu, ale ponieważ wzbudziły w nas pewne uczucia (nawet jeśli były to uczucia niepochlebne twórcy) cel tworzenia został osiągnięty. Ilustracje Dalego były ciekawe, zwłaszcza ilustracje do Boskiej Komedii i Don Kichota. Trudno było mi ustosunkować się do ilustracji do Gargantui i Panatgruela, bowiem jest to dzieło znane mi jedynie z tytułu. Wystawa Dalego miała miejsce w sali Ratusza co dodawało jej dodatkowego uroku. 


Idąc na wystawę Miro niejako przy okazji obejrzałyśmy niektóre zbiory Muzeum w Pałacu Królewskim. I te obrazy oglądane przy okazji okazały się naszym odkryciem. Najpierw niewielka, ale ciekawa wystawa pana Stanisława Kukli (z Sokołowskiem w roli głównej), potem pejzaże i fragmenty architektury namalowane przez śląskich malarzy (uroczy widok Uniwersytetu czy Rynku) i w końcu przecudnej urody Krajobraz leśny z wodnym młynem Roberta Śliwińskiego. W internecie znalazłam tylko kilka jego obrazów, a żaden tak uroczy jak ten znajdujący się w Pałacu.

Krajobraz leśny z wodnym młynem Robert Śliwiński


Dzielnica Czterech Wyzwań Nowa Giełda Pewnego poranka idąc na spacer przed śniadaniem trafiłam za Narodowym Centrum Muzyki na ciekawy budynek, który okazał się budynkiem Nowej Giełdy. Moją uwagę jeszcze tego samego dnia zwrócił znajdujący się przy placu Solnym budynek, który okazał się budynkiem Starej Giełdy.

Budynek Nowej Giełdy
W konkursie na budowę Nowego budynku Giełdy (1863 r.) wybrano projekt architekta Karla Ludecke, a właściwie dwa projekty tego pana. Jeden w stylu neogotyckim, drugi neorenesansowym i zażyczono sobie, aby połączyć oba w jednej budowli. Tym sposobem powstał budynek o nieco dziwnym, acz ciekawych stylu. Zwrócił moją uwagę, zastanawiałam się, czy mi się podoba, czy też nie i doszłam do wniosku, że jest interesujący. Nie wiem dlaczego przypominał mi florencką świątynię Orsanmichele, czyżby dlatego, że i tamten budynek służył do handlu, a może z powodu kształtu okien i rzeźb postaci. Tyle, że tam byli to święci, tutaj personifikacje rolnictwa, pasterstwa, handlu i żeglugi, które zdobią fronton fasady. Handel ma twarz architekta Karla Ludeckego. Na skrajach balustrady umieszczono personifikacje górnictwa i hutnictwa. W budynku koncertował Ignacy Paderewski, o czym przypomina tablica pamiątkowa. Na pobliskiej Promenadzie Staromiejskiej znajduje się popiersie tego wybitnego muzyka i męża stanu.

Stara Giełda Mieściła się w dawnej rezydencji rajcy Rehdigera, który w drugiej połowie szesnastego wieku w miejscu dwóch gotyckich kamienic nakazał wznieść budowlę w stylu włoskiego renesansu. W połowie wieku XVII przebudowany pałacyk został zakupiony przez gildię kupiecką. Na początku XIX wieku dokonano przebudowy pałacyku w stylu neorenesansowym i neoklasycystycznym, wg projektu Carla Ferdinanda Langhansa, który dodał portyk wejściowy, cztery kolumny korynckie podpierające ozdobny balkon i cztery orły w narożach dachu. W herbie budynku widnieje W oznaczające Wratysława założyciela miasta, lecz brakuje innych elementów miejskiego herbu, na znak sprzeciwu przeciw władzom miejskim, które wymuszały płacenie podatków.

Kryształowa Planeta

Kryształowa Planeta Podczas poprzedniego pobytu we Wrocławiu zachwycił mnie pomnik Angelusa Silesiusa na dziedzińcu Ossolineum, o którym wspominałam tutaj. Nie zwróciłam wówczas uwagi na nazwisko twórcy pomnika. Tym razem szukając informacji na temat autorki pomnika Kryształowa Planeta pani Ewy Rossano trafiłam na informację o jej autorstwie pomnika Anioła Ślązaka. Kryształowa Planeta to kobieta, której suknią jest kula ziemska. Kryształowa Planeta ma symbolizować jedność współczesnego świata mimo jego różnic. Nie na darmo stanęła w miejscu nazywanym bramą dzielnicy Czterech wyznań, gdzie znajdują się świątynie katolicka, ewangelicka, prawosławna i żydowska.

Wyznanie judaistyczne reprezentuje Synagoga pod białym bocianem, projekt Carla Ferdinanda Langhansa, tego samego architekta, który zaprojektował budynek Starej Giełdy, a także Opery Wrocławskiej. Ciekawostką jest fakt, iż Carl był synem Carla Gotharda Langhansa, architekta, który zaprojektował Bramę Brandenburską w Berlinie.


Narodowe Centrum Muzyki


W Narodowym Centrum Muzyki

Podczas poprzedniej wizyty w mieście odkryłam NCM będąc na koncercie, który niespecjalnie przypadł mi do gustu, natomiast budynek mnie zachwycił. Z zewnątrz nie wydaje się specjalnie ciekawy, ot taka prosta współczesna, minimalistyczna w formie bryła. Należy jednak wejść do środka, aby obejrzeć piękny, dostojny wygląd, w którym przeważa biało-czarny wystrój przypominający klawisze fortepianu. Ściany i balustrady pokryte są idealnie gładką materią, której odbijające światło nadaje połysk, co sprawia ciekawe wrażenia wizualne. W Centrum mieszczą się cztery sale koncertowe, a choć główna ma ponad 1800 miejsc nie sprawia wrażenia wielkiej hali, a raczej przytulnej salki koncertowej. W pobliżu Centrum znajduje się rzeźba krasnoludkowej orkiestry, jak dla mnie najciekawsza z krasnoludkowych rzeźb, choć wszystkie są urokliwe.

Krasnoludkowa orkiestra
Kulinarnie

Nie wiem, jak wy, ale ja lubię odkrywać nowe miejsca także poprzez kulinaria. Podobnie, jak podczas poprzedniego pobytu w Lublinie, tak i ty razem trafiłyśmy z Asią na bardzo smakowite potrawy. Zarówno ravioli w sosie truflowym w Jatkach.2.0, zupa krem ze szparagów we Lwiej Bramie, jak i kopytka w Konspirze były przepyszne. Konspira to zresztą ciekawa knajpa z nawiązaniami do czasów PRL-u i stoliczkiem z przytwierdzonymi doń łańcuchami łyżkami rodem z Misia. Niemniej najsmaczniej i najmilej wspominam śniadanie składające się z past fasolowej, z suszonych pomidorów i orzechów nerkowca w klubokawiarni Mleczarnia (siostrze krakowskiej Mleczarni na Kazimierzu). Tam też skonsumowałyśmy przepyszny serniczek z lawendą.

Śniadanko w Mleczarni

To znowu tylko mały wycinek z podróży do Wrocławia. Wspomnę tylko o wizycie w budynku Uniwersytetu. Udało mi się w końcu odwiedzić Leopoldinę (po zakończeniu prac konserwatorskich). Jest to niezwykle widowiskowa sala reprezentacyjna o wystroju barokowym. Przy okazji byłam w sali Oratorium (i tak barok kapał ze ścian) i na wieży matematycznej, aby popatrzeć na Wrocław z góry. Największe wrażenie zrobił na mnie fakt, iż w Oratorium koncertował mistrz Paganini. Zastanawiałyśmy się, czy słuchacze mogli się skoncentrować na muzyce mając wokół siebie tyle bodźców wzrokowych. I po raz kolejny złudna nadzieja, że jeszcze do opisu wrażeń wrocławskich powrócę. 


Spotkanie z Bee Tradycyjnie we Wrocławiu spotykamy się z Bee z bloga Tokio, Paryż,  Wrocław, czyli nektar żywota. To dzięki niej spacerowałyśmy Dzielnicą Czterech Wyznań i odkryłyśmy parę ciekawych wrocławskich kamieniczek. Bardzo ci za to z Asią dziękujemy i za miłe spotkanie kawiarniane także.

Włodkowica (z widokiem na Mural Aarona