Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hurtownia książek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hurtownia książek. Pokaż wszystkie posty

sobota, 29 listopada 2014

Hurtowo o książkach (Sven Hassel, Desmond Seward, Barbara Wachowicz i Zbigniew Uniłowski)

Zlikwidować Paryż Sven Hassel
Nie wiem skąd wpadłam na pomysł zakupu tej książki. Myślę, że tytuł zadziałał jak magnes. Ach ten Paryż – miły sercu w każdej odsłonie. Od wszelkich romansopodobnych skutecznie odstraszają różowo-lukrowe okładki, natomiast w tym przypadku zwiodła mnie stonowana czarno biała szata. Ponadto kołatały się gdzieś w głowie echa telewizyjnego programu o generale von Choltitz i jego roli w nie … zburzeniu (ocaleniu?) Paryża. Sven Hassel, duński żołnierz armii niemieckiej zesłany do jednostki karnej Wermachtu opisał własne przeżycia udziału w walkach na froncie zachodnim. Książka nie jest zła, tyle, że wtórna. To, co było świeże i nowe u Remarque`a w Na zachodzie bez zmian tutaj wydaje się zaledwie powieleniem pomysłu niemieckiego pisarza i nie zmienia tego kilkakrotne powołanie się na książkę. Ciekawe są natomiast rozpoczynające każdy rozdział wstawki będący fabularnym przedstawieniem autentycznych wojennych epizodów. Uważam, że książka byłaby o wiele ciekawsza, gdyby autor poszedł w kierunku rozwinięcia tych epizodów. Atutem książki jest znajomość wojennych realiów i obrazowy sposób ich opisania oraz ciekawa galeria typów spod ciemnej gwiazdy. Nie znalazłam jednak w książce nic odkrywczego.  
Caravaggio Awanturnik i geniusz Desmond Seward 
W biografii o malarskim geniuszu najciekawszy okazał się obraz życia i stosunków społecznych barokowej Italii (Rzym, Mediolan, Neapol) oraz oblicze Malty i Zakonu Maltańskiego ze schyłkowego okresu życia Michelangelo da Caravaggio. O samym malarzu dowiadujemy się niewiele więcej niż można przeczytać w encyklopedycznej notce w wikipedii. Burzliwe życie wielkiego geniusza, jego trudny porywczy, kłótliwy charakter opisuje autor w sposób suchy, bezbarwny i mało ciekawy. Wielka to szkoda, bo życie malarza to gotowy scenariusz filmowy. Autor zadał sobie wiele trudu, aby dotrzeć do źródeł, które wydają się niezbyt bogate. Są to głównie świadectw współczesnych malarzowi włoskich biografów. Seward przedstawia wiele informacji na temat malarza, wiąże jego zachowania z charakterem epoki, próbuje go nawet usprawiedliwiać okolicznościami, widać, iż lubi swojego bohatera, choć nie jest wobec niego bezkrytyczny. Jednak sama biografia, jest napisana w sposób dość nużący. Tę niewielką objętościowo książeczkę (179 stron) czytało mi się ciężko i długo. Książkę przeczytałam w ramach stosikowego losowania u Anny. 
W ojczyźnie serce me zostało Barbara Wachowicz 
Książka stanowi udokumentowanie wystawy fotograficzno - literackiej zorganizowanej przez panią Barbarę Wachowicz w kilku miastach Polski w latach 1988-1990. Jest to zbiór zdjęć wykonanych podczas podróży odbytych szlakiem Mickiewicza, Słowackiego, Orzeszkowej, Reymonta, Żeromskiego i Wańkowicza okraszony fragmentami utworów naszych wielkich a także ich korespondencji i tego, co na ich temat pisali przyjaciele oraz badacze ich twórczości. Czarno - białe zdjęcia wykonane nieprofesjonalnym aparatem fotograficznym mają moc sprawczą przenoszenia w czasie. Patrząc na te niepodrasowane dzisiejszą obróbką zdjęcia można uwierzyć, że pejzaże, na które patrzymy są tymi samymi, które oglądali sto i dwieście lat temu nasi poeci i pisarze. Można by powiedzieć, że nic prostszego jak zamieszczenie wierszyka przy fotografii dworku, w którym gościł jego twórca. Ale to nie tak. Pani Wachowicz jest pasjonatką i ma dar wyboru tych najwłaściwszych wersów dla zilustrowania nastoju ducha, jaki towarzyszył podczas podróży. Z autorką mam tak, że kiedy zaczynam jej słuchać, czy czytać obawiam się przesady i patosu, a kiedy kończę dochodzę do wniosku, iż wszystko zostało pięknie wyważone. Podziw dla ukochanych pisarzy jest wyrazem szczerego zachwytu i nawet jeśli jest w nim nieco egzaltacji to mnie ona nie razi. I nie wiem, co bardziej mnie wzruszyło zdjęcia miejsc znanych, do których wyrywa się serce, zdjęcia miejsc, do których chciałabym, a nigdy nie dotrę, czy piękne strofy, które przypomniały mi, że kiedy i z poezją było mi po drodze (w tym ukochane strofy z Mickiewicza). Książka jest czymś więcej niż katalogiem z wystawy, bowiem zawiera jej pełną dokumentację, a jej wydanie uważam za bardzo dobry pomysł. Mając książkę w ręku miałam wciąż przed oczami blog Moje podróże literackie Agnieszki, która pięknie kontynuuje i rozwija pomysł pani Barbary. 
Wspólny pokój Zbigniew Uniłowski
Najlepszą pozycję zostawiłam sobie na deser. Wspólny pokój przedstawia życie kilku drugorzędnych przedstawicieli środowiska literackiego okresu dwudziestolecia międzywojennego w Warszawie. Od czasu do czasu padają znane nazwiska, choć występują one raczej rzadko. Powieść miała być (i w swoim czasie była) zjadliwym pamfletem na środowisko literatów okresu dwudziestolecia, lecz dziś największy jej walor upatruję w warstwie dokumentalnej. To znakomity obraz pewnego wycinka środowiska podany nieco archaicznym dla nas, ale ciekawym językiem tamtego okresu. Język nadaje klimat powieści i jest jej dodatkowym atutem. 
Opis życia pięciu mężczyzn i trzech kobiet, (panie stanowią jedynie epizodyczne, choć barwne tło wspólnego mieszkania), przedstawiony został w sposób niezwykle naturalistyczny. Fizjologia, brak intymności, znieczulenie, brudno, szaro i beznadziejne jest we wspólnym pokoju. Połączeni nędzą, brakiem perspektyw, zniechęceniem, snuciem wizji swego przyszłego losu często wdają się w kłótnie i awantury spowodowane koniecznością przebywania razem i brakiem intymności. Za dnia toczą zacięte dyskusje na temat kondycji literatury (z pojawiającym się często kompleksem niższości literatury polskiej wobec literatury europejskiej) oraz porządku społecznego (usprawiedliwiającego sposób zachowania bohaterów), nocami uskuteczniają wędrówki po lokalach za pożyczone lub wyłudzone pieniądze. Poniżej cytat jednego z bohaterów - Lucjana, będącego alter ego pisarza.
Nie chciałbym być czytanym przez samych rodaków, którzy by mówili, że mam serce płonące miłością do ojczyzny, że pragnę jak najlepiej i tak dalej. Serce Tomasza Manna też bije dla Niemiec, co mu nie przeszkadza być czytanym przez całą Europę. Te grzecznościowe nagrody Nobla dla Sienkiewicza i Reymonta niczego nie dowodzą, Diabli biorą, kiedy się weźmie do ręki współczesną książkę miernego nawet pisarza Niemiec czy Francji; od razu się czuje tę rasę, poziom, kulturę i te rzeczy tłumaczy się u nas, czyta się je, oni nie potrzebują robić tak jak my, żeby nasz Pen Club musiał płacić za wydanie w obcym języku jakiegoś Kadena czy cholera już wie kogo. Czy zastanawiałeś się, że poza paroma poetami i jednym Prusem nie mamy właściwie literatury?.. My nie zdajemy sobie sprawy, że artysta jest przede wszystkim dla świata, a potem dla narodu.
Książka przypomina mi w klimacie Zaklęte rewiry (znane jak dotąd wyłącznie w formie ekranizacji), choć książka Uniłowskiego powstała wcześniej. Polecam gorąco i nie zrażajcie się, jeśli nie wciągnie was od samego początku, jak to było w moim przypadku.

Dzisiejszy wpis dość długi, ale mam świadomość tego, że w hurtowni szuka się przede wszystkim tego, co przeczytało się, lub chciałoby się przeczytać samemu.

czwartek, 11 kwietnia 2013

Hurtownia książek-cz. 5 (Samozwaniec, Rożek, Korczak, Marai, Manfield)


Wykorzystując przymusowy pobyt w domu (z powodu silnej reakcji alergicznej na winogrona z Biedronki) postanowiłam choć w maleńkim stopniu zmniejszyć ilość blogowych zaległości recenzyjnych. Ilekroć piszę o swojej pisaninie „recenzje” uśmiecham się sama do siebie, grafomaństwo- ot- co, a nie żadne recenzje. Policzyłam i wyszło mi jedenaście zaległych lektur. Jedyne wyjście to kolejna hurtownia książek. Coraz ciężej pisze mi się o książkach przeczytanych kilka miesięcy temu. A zaległości sięgają już grudnia. Ach, gdzie te piękne czasy, kiedy ilość książek opisanych równała się ilości książek przeczytanych. Niestety nie mam zwyczaju robienia notatek, karteczki przyklejam z rzadka, więc pozostaje ledwie ślad w pamięci. A i ten z czasem blednie coraz bardziej.
Zalotnica niebieska Magdalena Samozwaniec. 
Znającym twórczość Magdaleny Samozwaniec (siostry Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, córki Wojciecha Kossaka, wnuczki Juliusza Kossaka, kuzynki Zofii Kossak-Szczuckiej, autorki między innymi parodii Trędowatej Na ustach grzechu) nie potrzebuję do lektury zachęcać. Tych, którzy czytali Marię i Magdalenę muszę ostrzec, iż część historyjek i anegdotek opisana w MiM została w Zalotnicy niebieskiej powtórzona. I trudno się dziwić, wszak osoby w nich występujące są tożsame. To kolejna książka wspomnieniowa, w której siostra siostrze składa wyraz miłości i podziwu w sposób niemal bezkrytyczny. Może to trochę irytować, choć z drugiej strony to może uczucie zazdrości nam doskwiera, bo dobrze mieć taką siostrę - przyjaciela. Zalotnica niebieska to książka o silnych więzach rodzinnych (przyjaźni z siostrą, kumplostwie z ojcem), o czasach dwudziestolecia międzywojennego, o wielkich tej epoki, wśród których toczyło się życie Kossaków. Dla osób wielbiących klimat epoki i poczucie humoru pani Magdaleny, dla kochających poezję Marii ta książka to prawdziwa gratka i myślę, że nie będzie im wcale przeszkadzać powtarzalność. Osobiście, choć dużym sentymentem darzę książkę Maria i Magdalena nigdy nie byłam szczególną admiratorką ani dwudziestolecia międzywojennego, ani córek Kossaka. Co więcej po lekturze MiM nieco znielubiłam Lilkę (za jej egoizm i poczucie wyższości wobec osób mniej uzdolnionych, za próżność, powierzchowność), a w postawach obu sióstr pewien bezkrytycyzm wobec tatki. Paradoksalnie większe zrozumienie dla Lilki znalazłam w Zalotnicy niebieskiej, a to z powodu zamieszczonych tu wierszy. Paradoks polega na tym, iż w odbiorze poezji jestem kaleką i mimo kilkudziesięciu prób zmiany tego stanu rzeczy - jestem na poezję po prostu głucha. Jedyny rodzaj poezji, która do mnie przemawia to poezja śpiewana. Czytając książkę ze zdziwieniem stwierdziłam, że kilka z wierszy Pawlikowskiej słyszałam już wcześniej w postaci śpiewanej i bardzo mi się one podobały. Co więcej poznałam i polubiłam kilka kolejnych, co poczytuję sobie za duży krok na przód w przezwyciężaniu własnych ograniczeń. Myślę, że dzięki poezji, a także dzięki fragmentom korespondencji udało mi się nieco lepiej zrozumieć poetkę, a mój odbiór postaci stał się cieplejszy i życzliwszy. 
Nietypowy przewodnik po Krakowie Michał Rożek
Od pewnego czasu nie wyjadę nigdzie dopóki nie „poznam literacko” miasta, do którego zmierzam. Kiedy inni kupują foldery, bedekery, przewodniki pełne kolorowych zdjęć na kredowym papierze, ja czytam raczej literaturę, słucham muzyki, poznaję architekturę kraju, do którego zmierzam oraz zbieram informacje na temat zbiorów muzealnych. Ciężko mnie zadowolić „zwykłym” przewodnikiem zawierającym typowe turystyczne informacje, choć i takie przeglądam. Nietypowy przewodnik nie zawiera ani jednej kolorowej fotografii, ani jednego zdjęcia sztandarowych zabytków grodu nad Wisłą, a jest jak do tej pory najciekawszą pozycją o Krakowie, jaką czytałam. Nietypowy przewodnik po Krakowie to bogaty zbiór informacji z różnych dziedzin życia; zbiór faktów, i anegdotek. Autor prowadząc nas uliczkami i zaułkami królewskiego grodu z pasją opowiada o swoim ukochanym mieście. Całości dopełniają fragmenty wierszy oraz czarno-białe rysunki krakowskich detali; fragment gzymsu, posąg, kolumna, dorożka. Detal, który od razu przywodzi na myśl opisywany obiekt. Przed każdym spacerem znajduje się odręcznie narysowana mapka fragmentu miasta. Książkę można czytać od początku do końca chronologiczne, można też czytać rozdziałami, w zależności od potrzeb. Towarzyszyła mi podczas wszystkich spacerów po mieście. Jedyny minus to brak bibliografii.Książka przeczytana w ramach wyzwania z półki 2013
Król Maciuś Pierwszy Janusz Korczak 

Po audiobooka sięgnęłam pod wpływem lektury biografii Korczaka pióra Joanny Olczak-Ronikier. Na fali przewijających się refleksji, czy powinno się wracać do lektur dzieciństwa, czy też raczej pozostać przy pierwszym wrażeniu nieskażonym wiedzą i doświadczeniem nie mogę zabrać głosu, bowiem Króla Maciusia, jako dziecko nie czytałam. Jak przez mgłę kojarzę filmowe ekranizacje. Jak na Korczaka przystało bajka dla dzieci nie pozbawiona jest sporej porcji dydaktyzmu. W fikcyjnej krainie po śmierci króla jego następcą zostaje mały chłopiec Maciuś. Początkowo uzależniony od dorosłych pełni on funkcje reprezentacyjne, jednak z czasem ogarnięty dziecięcym marzeniem zdobycia sławy wyrusza wraz z przyjacielem na wojnę. Tam przechodzi trudną szkołę życia, nabiera doświadczenia i pokory. Po powrocie przejmuje ster rządów, wprowadza reformy, przyznaje dzieciom prawa dorosłych, jednak z czasem ulega podszeptom złych doradców i zaprzepaszcza wszystko, co osiągnął wcześniej. Za doprowadzenie kraju do upadku zostaje skazany na pobyt na bezludnej wyspie. Ta początkowo przygodowo-awanturnicza opowieść niesie smutne przesłanie i gorzką pigułkę o życiu dorosłych, którzy sobie i dzieciom zgotowali okrutny los. Jakoś trudno mi czytać Maciusia wyzwoliwszy się od wiedzy na temat drogi życiowej jego autora. Korczak zawsze traktował dzieci bardzo poważnie i po partnersku, dlatego przekazuje im wiedzę trudną na temat odpowiedzialności ludzi sprawujących rządy. Porusza w niej kwestie uczciwości, fachowości, lojalności, samodzielności, tolerancji. Podkreśla, jak ważne jest, aby dorośli nie zapominali o tym, że sami także byli kiedyś dziećmi. Mnie się książeczka podobała, choć nie jestem do końca przekonana, czy dzieci potrafią odczytać jej przesłanie. Polityka zawsze jawiła mi się i nadal tak mi się jawi, jako coś brudnego, wstrętnego, przytłaczającego, coś od czego chcę się trzymać z daleka i od czego chciałabym trzymać z daleka dzieci. Chyba jestem anarchistką. 
Dziedzictwo Estery Sandor Marai
Pierwsze spotkanie z prozą Maraia było udane i dobrze rokujące na przyszłość. Z odniesieniami do jego prozy spotykałam się zarówno w literaturze, jak i na zaprzyjaźnionych blogach, dlatego byłam jej niezmiernie ciekawa. Na pierwszy ogień sięgnęłam po krótką formę. Książeczka liczy nieco ponad sto stron. Jest to książka z gatunku tych, które zostają gdzieś w człowieku jeszcze długo po przeczytaniu, powodują literackiego kaca, bo nie zostają na powierzchni a włażą pod skórę. Książka mnie zaintrygowała. Myślę, że Marai zostanie moim dobrym znajomym, jak wcześniej np. Szabo, takim, którego można nie widywać latami, ale jak się pojawi zawsze znajdzie się z nim nić porozumienia. Po kilkudziesięciu latach milczenia do domu Estery przyjeżdża Lajos, jej jedyna miłość, oszust, fałszerz, nicpoń, kłamca, wampir emocjonalny, diabeł wcielony. Nie ma w rodzinie osoby, której by nie oszukał, a jednak wszyscy ponownie ulegają jego urokowi i każdy na nowo podejmuję jego grę. Krótka książeczka budzi spore emocje, dlaczego, jak to możliwe, czy jest jakiś powód, usprawiedliwienie, przyczyna. Autor nie udziela odpowiedzi, nie wiemy, dlaczego rodzina, dlaczego Estera po raz kolejny grają w grę, w której Lajos rozdaje karty. Lajos irytujący, wkurzający, niereformowalny, Lajos, który krzywdzi i oszukuje wmawiając ofierze, że to dla jej dobra. Estera opowiada całą historię z dystansem, nieco ironicznie, humorystycznie, choć jest to humor gorzki. Ona, podobnie, jak czytelnik próbuje zrozumieć swoje wybory. Tyle, że ich nie sposób zrozumieć. Podobał mi się klimat opowieści, tajemniczość, zaprzeczenie tezie, że wszystko da się wytłumaczyć. 
Garden party Katherine Mansfield 

Garden party to zbiór opowiadań, jakie Kaherine Mansfield wydała w 1922 r. Kilkakrotnie już podkreślałam, iż nie przepadam za krótką formą, jest taka ulotna i rzadko zostaje w pamięci na dłużej. Dziś po czterech miesiącach od lektury w pamięci pozostały jedynie; liryczno-poetycki klimat opowiadań, kilka szczegółowych opisów miejsc, parę postaci, znajdujących się w zwyczajnych sytuacjach i przeświadczenie, że nic tu nie dzieje się przypadkiem i zwyczajnie. Pamiętam tytułowe opowiadanie. W domu Laury trwają przygotowania do przyjęcia. Robotnicy przestawiają meble, dziewczęta szykują kwiaty, kucharki przygotowują jedzenie. W pewnej chwili okazuje się, iż w sąsiedztwie zmarł człowiek. Propozycja Laury, aby odwołać przyjęcie nie spotyka się ze zrozumieniem rodziny. Przyjęcie się odbywa, a po jego zakończeniu Laura zostaje wysłana do domu sąsiadów z poczęstunkiem. To zderzenie dwóch światów, bogactwa i biedy, obłudy i uczciwości, pozorów i szczerości, życia i śmierci, dwóch życiowych filozofii robi wrażenie. I wahania Laury - będące jakąś iskierką nadziei i niedopowiedzenie, czy to zdarzenie coś w jej życiu zmieni, czy też wszystko pozostanie po staremu. 
Uff, ależ odwaliłam kawał dobrej, nikomu niepotrzebnej roboty, zupełnie, jakbym była w pracy, a nie na zwolnieniu.

niedziela, 15 lipca 2012

Hurtownia książek-cz.2 (Wielki Gatsby, Dzieje Tristana i Izoldy, Widnokrąg) oraz rozwiązanie konkursu rocznicowego

Dokonując kolejnego remanentu na stronie Przeczytane 2012 rok postanowiłam „rozprawić” się z kilkoma zaległościami czytelniczymi. Pierwsza czeka na recenzję od kwietnia i jest to powieść Francisa Scotta Fitgeralda. Szczerze mówiąc sięgnęłam po nią jedynie dlatego, że spodobała mi się postać pisarza wykreowana w sympatycznym filmie W. Allena „O północy w Paryżu”. Skoro główny bohater był tak zafascynowany autorem Wielkiego Gatsbiego ciekawa byłam tej powieści.
Przeczytałam gdzieś, iż Murakami miał powiedzieć, że każdy powinien raz w życiu przeczytać Wielkiego Gatsbiego oraz, że można ją otworzyć na przypadkowej stronie, a na 100% będzie ona ciekawa. No cóż z gustami się nie dyskutuje.
Krótka historyjka, którą raczej nazwałabym nowelką (sto parę stron) niż powieścią. Akcja toczy się na początku ubiegłego wieku w Ameryce (tuż po pierwszej wojnie światowej) i przedstawia na tle czasów rozwoju gospodarczego, bogacenia się klasy posiadaczy kapitału i upadku moralnego klas wyższych losy tajemniczego potentata pana Gatsbego. Trudno odmówić autorowi wnikliwości obserwacji życia towarzyskiego znudzonego pokolenia bogatych amerykanów (ukazuje ich wady, powierzchowność i dwulicowość), czy słuszności prezentowanych poglądów (pieniądze szczęścia nie dają, a fatum często sprawia, iż cierpią ci najmniej winni), ale, jak dla mnie to trochę za mało, aby stworzyć interesującą książkę. Wszystko jest tu, jak dla mnie, pobieżne i nawet jeśli nie nudzi, to nie zapada w pamięć na dłużej. Zabrakło mi głębszego rysu psychologicznego bohaterów, zabrakło tego czegoś, co by sprawiło, że lektura wciąga, ciekawi i elektryzuje, zapada w pamięć.
Książkę zaliczam do wyzwania z półki
Dzieje Tristana i Izoldy. Po spisaną przez Josepha Bediera starą celtycką legendę (której pierwsze pisemne wersje sięgają okresu średniowiecza) sięgnęłam pod wpływem opowieści Kuncewiczowej „Tristan 1946”. Tristan, siostrzeniec króla Kornwalii Marka, uwalnia kraj od irlandzkiego potwora Marhołta. Zraniony zatrutym mieczem do zdrowia powraca, dzięki opiece Izoldy Jasnowłosej. Wróciwszy do kraju, aby zapobiec plotkom wrogich mu stronnictw oczerniających go przed królem Markiem o niecne knowania postanawia dla wykazania czystości intencji przywieźć królowi żonę, którą okaże się być Izolda. Na statku przez pomyłkę oboje wypijają miłosny eliksir, który sprawia, iż od tej pory ich losy związane są ze sobą na życie i śmierć. Wielokrotnie próbują żyć bez siebie, ale okazuje się to niemożliwe. Dzieje Tristana i Izoldy to dzieje wielkiej miłości i namiętności, której mi troszkę w książce zabrakło. Czytając nieodmiennie przychodził mi na myśl utwór Romeo i Julia Szekspira, a z takim dziełem Joseph Bedier nie może współzawodniczyć. Zresztą nie sądzę, aby to było jego zamiarem. Dzieje Tristana i Izoldy są zgrabnie napisaną wersją starej legendy. Polecam w szczególności wielbicielom tego rodzaju gatunku. Myślę, że zaciekawić może także czytelników powieści Kuncewiczowej.
No i na koniec najsmaczniejszy kąsek Widnokrąg Wiesława Myśliwskiego. Z recenzjami książek Myśliwskiego spotykałam się na blogach niejednokrotnie i w przeważającej mierze były to recenzje entuzjastyczne. Takie recenzje mogą nieść za sobą duże oczekiwania potencjalnych czytelników, co może niebezpiecznie zaostrzyć wygłodniały apetyt książkowego mola. Na szczęście w przypadku Widnokręgu mój apetyt został zaspokojony a ponad sześciuset stronicowa książka pochłonięta w dość szybkim czasie. Książka nie wywołała we mnie burzy emocji, ale należy ona do rodzaju tych, których czytanie na pewno nie jest stratą czasu. Jest to ciepła i mądra opowieść o dzieciństwie, rodzinie, małej ojczyźnie, pierwszych doświadczeniach, poznawaniu świata, o rozszerzaniu się widnokręgu. Widnokrąg, który z wiekiem coraz bardziej się oddala. Proste i piękne opisy tego, co narrator wyniósł z domu. Bagaż doświadczeń, który wpływa na jego postrzeganie świata. Wzrusza mnie czułość, z jaką narrator opowiada o swoich najbliższych. Chyba większość z nas, przechowuje w zakamarkach pamięci takie obrazy przeszłości, które pod wpływem upływu czasu tracą ostrość, dzięki czemu dostrzegamy w nich, to co najważniejsze. Takie fragmenty wspomnień, które wiążą nas z przeszłością i z naszymi bliskimi i nawet, kiedy po latach oddalimy się od siebie zawsze będzie istniał taki obraz, do którego będzie można się odwołać. Czytając Widnokrąg myśli płyną w czas dziecięcych zabaw, pierwszych wzruszeń, młodzieńczej naiwności, do smaków, zapachów i barw krainy przeszłości, która jeśli nawet nie była beztroską i radosną, taką po latach się jawi. Myśliwski podkreśla tu rolę pozornie błahych zdarzeń, które wywołują wspomnienia; od zdjęcia narratora w marynarskim ubranku, poprzez ukochanego psa, aż po taniec, którego uczyły go frywolne sąsiadki. Widnokrąg człowieka poszerza się wraz z wiekiem i doświadczeniami, natomiast wspomnienia trzymają w przeszłości, co powoduje wewnętrzną sprzeczność i nieporozumienia. To przypomina mi zdanie powtarzane przez moją polonistkę; człowiek nie może żyć, ani przeszłością, ani teraźniejszością, ani przyszłością, on musi żyć tak, aby każdy z tych czasów był równoważny. Moja ocena 5/6

Rozwiązanie konkursu rocznicowego
Do konkursu przystąpiło osiem uczestniczek prowadzących blogi książkowe, które podzieliły się z nami swoimi innymi zainteresowaniami:
1. Iza (nauka języków, podróże po Europie Wschodniej, sprawy publiczne -tzw. polityka, blog opinii,
2. Anek7 (rodzinne wyjazdy i wspólne spędzanie czasu z najbliższymi),
3. Silwercross (film-kino niezależne, uprawa działki, podróże - gł. góry, Geocatching, dzięki Silwercross usłyszałam tę nazwę i dowiedziałam się co to jest),
4. Zadurzona w książkach (wycieczki rowerowe i długie spacery, zdjęcia, spotkania z przyjaciółkami, słuchanie muzyki),
5. rajzarogiem (bieganie, oglądanie seriali i filmów, wycieczka w góry i wędrówki),
6 Karolina (kulinarne eksperymenty,puzzle, podróże i odwiedzanie ogrodów zoologicznych),
7. Książkozaur (gotowanie, śpiewanie, tańczenie, a także wszystko co tańca dotyczy,muzyka filmowa i klasyczna, robótki ręczne, marzenie o działce)
8. Scarlett (miłość do zwierząt i opieka nad nimi -koty, złote lata Holywoodu- lata 30/40, uwielbienie piękna - w postaci urody kobiecej, ale też sztuki -architektura, rzeźba)

Zwyciężczynię wyłoniłam w drodze losowania. Dziękuję wszystkim którzy zechcieli podzielić się swoimi pasjami a także marzeniami, dzięki czemu stali się nam jeszcze bliżsi.
I żeby nie przedłużać wylosowałam numerek 6, czyli książka powędruje do Karoliny
A książką jest

Karolinę poproszę o przypomnienie mi adresu na maila guciamal@wp.pl



wtorek, 29 maja 2012

Hurtownia książek (1) Cukiernia .., Szczęśliwy Traf, Katarzyna Medycejska


Iza wybacz, ale wiele razy uprzedzałam, iż wykorzystam twój pomysł, a w końcu doń dojrzałam. Trochę z powodu bujania myślami gdzie indziej, trochę z powodu niemocy „twórczej” (koń by się uśmiał, a to ze mnie twórca-grafoman), a bardziej z powodu stresujących zaległości recenzyjnych postanowiłam wykorzystać pomysł Izy i jednym wpisem „załatwić trzy książki”
Cukiernia pod Amorem Hryciowie (audibook), czyli jak się nie powinno się zaczynać lektury od końca
Ilość stron- 504
Ilekroć widziałam recenzję tej książki coś we mnie budziło wewnętrzny opór. Parę miesięcy temu Cukierni było wszędzie pełno; od półek księgarskich po różne portale internetowe. Troszkę przyznam irytowało mnie to. Lukrowa okładka powodowała, że niemal czułam, zgrzytanie cukru pomiędzy zębami. Nie chciałam czytać, bo obawiałam się, że mi się nie spodoba. Skoro prawie wszyscy pieją peany na cześć Cukierni i skoro bije rekordy popularności w rankingach sprzedaży to pewnie nie dla mnie. Przypadkiem weszłam w posiadanie audiobooka – części III sagi. Zaczęłam lekturę niejako od końca. I pewnie to był błąd. Zapewne właśnie z tego powodu nie zostałam porwana w wir opowieści, nie wsiąknęłam w klimat cukierni na Gutowskim rynku (choć opis przygotowywania jesiennych rożków powodował szybszą pracę ślinianek), nie dałam się uwieść fabule. Owszem, książki słuchało się dobrze, z dużą przyjemnością i nie bez zainteresowania. Muszę przyznać, iż jest ona dobrze napisana, a moje obawy tyczące się przesłodzonej/ckliwej opowieści były całkowicie nieuzasadnione. Podobała mi się dwutorowa narracja, to przemieszanie przeszłości (historii) z teraźniejszością, wielowątkowość, polubiłam Celinę Hryc z jej „chłopską” filozofią przetrwania i mimo ciężkiego losu dużym optymizmem. Kilka wątków zainteresowało na tyle, że słuchałam długo w nocy. Ale z drugiej strony czuję pewien niedosyt po lekturze książki. Nie umiem go dookreślić, czegoś mi brakowało (może „głębi”) a czegoś było w nadmiarze (momentami akcja była przegadana) Czy sięgnę po wcześniejsze tomy? – czas pokaże. Pewnie sprawa wyglądałaby inaczej, gdybym czytała, jak należy, po kolei.
Moja ocena 4/6
Szczęśliwy traf Louise Shaffer (audiobook)
Ilość stron - 336
Szczęśliwy traf to saga o losach kilku pokoleń kobiet w pewnej amerykańsko-włoskiej rodzinie. Na audiobooka trafiłam przez przypadek w bibliotece, ponieważ pomyliłam go z inną książką i to był mój szczęśliwy traf. Książka opowiada o trudnych relacjach w układzie matki-córki oraz o poszukiwaniu własnej drogi życiowej. Główna bohaterka po śmierci matki podejmuje próbę wyjaśnienia, dlaczego matka nie utrzymywała kontaktu z babką, słynną piosenkarką musicalową. No, tak – przyznam się, że związek z musicalami choć nie najistotniejszy to dla mnie dodatkowy atut książki (wtajemniczeni wiedzą, że kocham musicale i jestem w stanie dla nich pokonać tych „parę”…. kilometrów). W trakcie poszukiwań, jak to zwykle bywa bohaterka odkrywa różne rodzinne sekrety, poznaje swoich bliskich, zaczyna rozumieć ich i motywy, jakie nimi kierowały, a to pozwala jej na odnalezienie siebie.
Muszę przyznać, iż książka zaskoczyła mnie pozytywnie. Niby nic odkrywczego, niby utarty schemat konfliktu pokoleń, niby zwykłe dążenie do znalezienia swego miejsca w życiu, a jednak całkiem dobra pozycja z dobrze zarysowanymi, ciekawymi postaciami kobiecymi. Czyta się wartko. Nie jest to może lektura obowiązkowa, ale naprawdę warto się zapoznać. W przypadku audiobooka- dodatkowym plusem jest interpretacja Magdaleny Wójcik.
Moja ocena 4,5/6 (czyli 4+/6)
Katarzyna Medycejska (Złowroga królowa Francji) Jean – Francois Solnon
Wydawnictwo Świat książki. Rok wydania 2003. Ilość stron 433
Po Wyznaniach Katarzyny Medycejskiej CW. Gortnera sięgnęłam po biografię Katarzyny. Jest to kolejna pozycja, w której autor podejmuje próbę przedstawienia królowej we właściwym świetle. Solnon opierając się na bogatej bibliografii tworzy wizerunek Katarzyny - królowej, kobiety, matki, człowieka. Tworzy go starając się zachować bezstronność, nie przesadzając z wybielaniem Katarzyny, ale też nie tuszując tego, co być może sama zainteresowana chciałaby zatuszować. Katarzyna Medycejska to jedna z bardziej kontrowersyjnych postaci w dziejach królestwa Francji, oskarżana przez jej współczesnych o niemal każdą zbrodnię, jaka miała miejsce w czasie jej rządów. Oskarżano ją o nadmierne parcie na władzę, o złe wychowanie i złe traktowanie dzieci, o likwidowanie politycznych przeciwników metodami niedyplomatycznymi (trucizna i sztylet), o praktykowanie czarnej magii, o sprzyjanie hugenotom, pozorną żarliwość religijną, no i oczywiście o wymordowanie tysięcy ludzi (głównie hugenotów) podczas Nocy Św. Bartłomieja. Dzisiaj kiedy większość historyków uwalnia królową od tej najcięższej zbrodni (rzeź hugenotów) i wielu pomniejszych okazuje się, że Francja więcej jej zawdzięcza, niż kiedyś była w stanie przyznać. Co do książki to jej lektura tak mniej więcej przez połowę biografii może się wydawać nużąca, czego przyczyn należałoby upatrywać w tle historycznym, jakie było udziałem Katarzyny. Jest to ciągłe lawirowanie pomiędzy katolikami, a Hugenotami, Kondeuszami, Gwizjuszami a Burbonami, ciągła walka o zachowanie pokoju, walka, jaką podejmuje regentka, królowa matka, doradczyni Franciszka II, Karola IX, Henryka III. Lawirowanie pomiędzy różnymi stronnictwami, koteriami, podejmowanie negocjacji, podpisywanie edyktów pokojowych po to, aby za chwilę rozpocząć całą tę dyplomatyczną robotę od początku. Czytając biografię królowej można odnieść wrażenie, że to syzyfowa praca, a jednak gdyby jej nadludzkie wysiłki związane z utrzymaniem jedności państwa historia mogłaby się potoczyć zupełnie inaczej. Autor przytacza wiele powiedzeń samej Katarzyny oraz wypowiedzi o Katarzynie.
Balzac o Katarzynie mawiał, iż uratowała koronę francuską, ocaliła autorytet królewski w okolicznościach, w których niejeden władca musiałby ulec. Będąc zmuszona stawić czoło buntownikom i ambicjom, choćby takim, jak te Gwizjuszy i Burbunów, a także ludziom takim, jak dwaj kardynałowie de Lorraine, dwaj Pokiereszowani, dwaj książęta de Conde, królowa Joanna d`Alber, Henryk IV, konetabl de Montmorency, Kalwin, Coligny, Teodor Beza, musiała ona rozwinąć w sobie najbardziej niezwykłe zalety, najcenniejsze talenty męża stanu, cały czas będąc pod ogniem kpin ze strony kalwińskiej prasy.
Moja ocena – 4/6