 |
| Widok na Saint Vincent z tarasu domu wujostwa |
Moje włoskie lutowe wakacje rozpoczęłam w Dolinie Aosty. Po raz pierwszy od dawna (szesnastu lat) podczas wyjazdu zamieszkałam u rodziny. Rodzina mieszka w Saint Vincent malutkiej mieścinie położonej w Dolinie Aosty (wysokogórskim regionie obejmującym partie Alp włoskich, szwajcarskich i francuskich). Najbardziej znanym i najwyższym szczytem górskim jest położony 4810 m n.p.m. Mont Blanc. Dom wujostwa położony jest na zboczu górskim, a z jego tarasu rozpościera się przepiękny widok na szczyty górskie. Teraz było troszkę za zimno na jedzenie na świeżym powietrzu, ale kiedy jest parę stopni więcej jedzenie posiłków z takimi widokami to niezwykła przyjemność. Samo miasteczko Saint Vincent położone jest w dolinie i liczy jakieś cztery i pół tysiąca mieszkańców. Jak wspominałam w poprzednim poście niegdyś było najbardziej znane z kasyna. Dziś ta jaskinia hazardu podupada, zdaje się, że jest w stanie likwidacji. Zapewne martwi to mieszkańców, było to bowiem źródło dochodów, które pozwalało na dostatnie życie zatrudnionym w nim mieszkańcom. Podobno, każda rodzina miała przynajmniej jednego przedstawiciela zatrudnionego w kasynie. Pracował tam lata temu brat mojego włoskiego wujka. Pamiętam swoją rozczarowującą wizytę w kasynie, wizytę, którą poprzedzała jakaś biurokratyczna machina związana z okazywaniem paszportu i uzyskiwaniem zezwolenia. Dziś myślę, że owo zezwolenie prawdopodobnie dotyczyło wprowadzenia osób, które nie przysporzą kasynu pieniędzy, a jedynie pokręcą się po sali. I choć wizyta mnie rozczarowała, bo kasyno nie przystawało zupełnie do moich (wykreowanych na filmach) wyobrażeń to zapewne zrobiła wrażenie, bo do niedawna trzymałam bilet wstępu, a rzadko mi się to zdarzało i zdarza, abym kolekcjonowała tego typu pamiątki. Dziś patrząc na jego szklaną fasadę podziwiałam odbijające się w słońcu górskie szczyty.
 |
| Odnaleziony bilet wstępu do kasyna sprzed 31 lat |
Obok kasyna znajduje się chluba pięciogwiazdkowy hotel Billia pochodzący z początku XX wieku zbudowany w stylu Belle Epoque. Z ciekawości zajrzałam na cenę noclegu. No nawet za cenę samodzielności i pięknego basenu nie zdecydowałabym się na nocleg (którego cena oscyluje około dwóch tysięcy za noc).
 |
| Hotel Billa (nieco osłonięty przed wścibskimi spojrzeniami) |
Drugim po kasynie magnesem przyciągającym turystów (choć trzeba przyznać, że w miasteczku nie ma tłumów) są Termy. W drugiej połowie XVIII wieku niejaki pan Jean Baptist Perret odkrył tu żródła termalne. Wypływająca ze skały położonej na wysokości 680 m n.p.m. woda została uznana za mającą właściwości lecznicze, potwierdził to królewski medyk, co spowodowało wzrost zainteresowania wśród XVIII wiecznej arystokracji. Skład wód termalnych korzystnie wpływa na leczenie problemów oddechowych i trawiennych. W 1900 roku wybudowano kolejkę górską, która ułatwiała dostanie się z centrum miasteczka na wzgórze, na którym znajdowały się Termy. Dziś trwają prace nad przywróceniem działania kolejki. Przydałaby się, bowiem dom wujostwa znajduje się wysoko zboczu górskim, a zjazd do miasteczka bez samochodu jest mocno utrudniony. Przy czym, o ile zejść można, o tyle wspięcie się na nóżkach po górskim zboczu to droga nie dla seniora. Budynek kolejki górskiej wymaga dziś renowacji, choć i tak wygląda o wiele ciekawiej niż sam budynek mieszczący kompleks termalny, znajdujący się w malowniczym punkcie wzgórza, z którego jest wspaniały widok na całą dolinę. Nie miałam okazji skorzystać z wód termalnych, właściwie nie wiem dlaczego. Może z powodu wielości innych atrakcji, a może z braku problemów trawienno oddechowych. Sam budynek Term nie przedstawia się na tyle ciekawie, abym kiedykolwiek zrobiła mu zdjęcie. Natomiast już budynek kolejki (Funicolare) zasłużył sobie na uwiecznienie.
 |
| Budynek kolejki do Term (obecnie remontowanej) |
Sama miejscowość jest niewielka, trzy równoległe uliczki i kilka przekątnych. Najładniejsza jest główna uliczka biegnąca od Term i kościoła Św. Vincentego do granicy miasta z kolejną gminą Châtillon.
 |
| Kościół Św. Vincenta |
Zatrzymajmy się przy kościele sięgającym czasów średniowiecza. Kościół pod wezwaniem Św. Vincenta został zbudowany przez benedyktynów w XI wieku w stylu romańskim. Kościół prawdopodobnie wybudowano na pozostałościach rzymskiej wilii z II i III wieku. Mimo licznych przebudów w trakcie wieków i nakładania się stylów architektonicznych do dziś znajdują się tam romańskie pozostałości widoczne we fragmentach ścian, posadzki, w krypcie (niestety niedostępnej do zwiedzania w czasie mojego pobytu), obronnym charakterze budowli (małe okienka, masywna bryła, surowość formy). W absydzie znajdują się piętnastowieczne freski.
 |
| Wewnątrz kościoła Św. Vincenta |
 |
| Fragment zewnętrznego fresku na fasadzie kościoła |
Znajdująca się przy kościele wieża – dzwonnica w postaci prostopadłościanu ze stożkowatym wykończeniem oraz cylindryczna przybudówka (nie znam fachowej nazwy, może sukienka w kropki mi podpowie) są charakterystyczne dla znajdujących się w Dolinie Aosty świątyń.
Niezwykle mnie ta świątynia ujęła. Mała, skromna, wiekowa i klimatyczna. A muszę napisać, że choć często piszę o świątyniach, to nie każda odwiedzana mnie zachwyca. Są takie, do których wchodzę, pokręcę się i wychodzę bez emocji i których wystroju nie pamiętam za chwilę, bowiem są tak podobne jedna do drugiej, że zlewają się w pamięci. Przed kościołem Św. Wincentego znajduje się rzeźba Chrystus z dziećmi. Jak dla mnie jest w niej szczerość, prostota, pozbawiona jest tego religijnego napuszenia, jakie często znajduję w sztuce sakralnej.
 |
Chrystus z dziećmi przy kościele Św. Vincenta
|
Główna uliczka Via Emilie Chanoux prowadzi do placyku szumnie nazwanym Placem - Piazza Cavalieri di Vittorio Veneto. Znajduje się przy nim pomnik poległych w trakcie II wojny światowej a także fontanna. Przy tym placyku odbywają się wszystkie najważniejsze wydarzenia miejskie. Lata temu uczestniczyłam w koncercie muzycznym, który miał tu miejsce. Tu też koncentruje się życie towarzyskie. Idąc dokądkolwiek nie sposób ominąć tego placyku, a w niedzielę obowiązkowo wejść do Bar La Piazetta na filiżankę kawy, kieliszek trunku i małe co nieco (z reguły cannoli). Jak to w małym miasteczku wszyscy wszystkich znają, czego miałam okazję doświadczyć, kiedy weszłam po raz drugi do owego baru i zostałam przywitana jak dobra znajoma (witamy ponownie, miło cię widzieć i wskazano „mój stolik”). Pozostali goście byli witani po imieniu i krótką pogawędką. Będąc we Włoszech należy zapomnieć o pośpiechu, jeśli kelner ucina pogawędkę z innymi klientami baru wypada się tylko uśmiechać i cierpliwie czekać. Festina lente ma tu swoje codzienne zastosowanie.
 |
| Główna uliczka miasteczka z widocznym po lewej stronie barem La Piazzetta |
 |
| Przerwa w spacerze |
 |
| Główna uliczka |
Mijając placyk Rycerzy Vittorio Veneto dochodzi się do końca uliczki ze sklepikami i kafejkami i wchodzi na promenadę Vialle Piemonte z tarasem panoramicznym z widokiem na szczyty Alp. Po przeciwnej stronie drogi znajdują się wspominany wcześniej Hotel Billa i Kasyno.
 |
| Promenada miasteczka |
Życie w miasteczku toczy się niespiesznie. I choć każda wymiana zdań pomiędzy jego mieszkańcami bywa niezwykle impulsywna i żywiołowa nie zmienia to faktu, iż Saint Vincent wydaje się oazą spokoju.
 |
| Widok z tarasu przy promenadzie |
Choć mieszkałam w Saint Vincent nadmiar pomysłów moich i ciotki nie pozwolił nam na dłuższe przebywanie w miasteczku, bowiem traktowałyśmy je jako bazę wypadowo- noclegową do robienia bliższych i dalszych wypadów.