Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą listy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą listy. Pokaż wszystkie posty

środa, 11 października 2023

Listy Wyspiańskiego do Rydla

Piękna ogrodniczka Rafaela
Listy wydało Wydawnictwo literackie Kraków  w 1979 r. Obejmują one okres od 21 lutego 1890 r. po 2 czerwca 1906 r.

Należy jednak zaznaczyć, iż listów powstałych po 1899 r. jest tylko kilka. Być może panowie widywali się częściej, a może to skutek wystawienia Wesela w Teatrze krakowskim, po którym to wydarzeniu, jak głosiła plotka stosunki przyjacielskie miały ochłodnąć. 
Niemal jedną czwartą całości stanowią listy wysyłane do Lucka z Paryża i miejscowości, do których podróżował podczas europejskiej wyprawy, reszta powstała w Krakowie, kiedy Lucek przebywał a to w Warszawie, a to we Lwowie, a to w Paryżu. Widać, że panów połączyła głęboka więź przyjaźni. Współpracowali ze sobą, wymieniali uwagi na temat swoich prac, niekiedy dość krytyczne, pisali o wrażeniach z podróży czy o życiu w Krakowie. O tym przynajmniej pisał Stanisław. Wydanie nie zawiera odpowiedzi Lucjana, jedynie z kontekstu można się czasami domyśleć, o czym pisał korespondent. Wyspiański poza dość drobiazgowym opisem oglądanych dzieł sztuki pisał o pracy twórczej, o stosunkach panujących w Krakowie, o oszukujących go zleceniodawcach, braku zrozumienia i o braku funduszy, a też o swych planach podróżniczych, których nie udało się zrealizować. Często też robił wyrzuty Luckowi, iż tak rzadko i tak niewiele pisuje. Nie ma w nich słowa na temat matki jego dzieci, Teodory - przyszłej żony, choć w tym okresie na świecie już byli Helenka i Mietek.
Greuze Dziewczynka z lalką

Czytając opis wrażeń z Paryża z 16 maja 1890 r. liczący ponad 30 stron doszłam do wniosku, jak niewiele widziałam, albo też, jak niewiele zauważyłam. A list odwołuje się jeszcze do notatek i rysunków.
Jednak to, na co zwróciłam uwagę ten pierwszy zachwyt – oszołomienie miastem, jak ze snu. Opis odpowiada i mojemu wyobrażeniu miasta z końca XIX wieku.
… ma się wrażenie, że jest się w samem centrum życia wesołego i handlarskiego że mię dolatują: gwar uliczny, hałas sprzedających i nawołujących różnymi głosami, turkot dorożek pędzących w różne strony, brzęk dzwonków tramwajowych - - wesołe piosenki paryżanek – z niższych pięter, turkot maszyny nieustający nade mną, (gdzie mieszka jakaś szwaczka a gdzie się wychodzi po spuszczanych schodach. Wieczorem jest tam więcej osób, ale jeszcze nie konstatowałem kto tam przychodzi) – a i moje vis a vis jest interesujące – jacyś studenci młodzi, przystojni, rano rysują – wieczorem jest ich czworo. Na tle zapuszczonych firanek obserwuję przez lornetę wcale przystojne dziewczęta, w białych koszulkach w ramionach moich ekierkowych bohaterów, są to bowiem architekci- -
Teniers Kuszenie Św. Antoniego
mam przed sobą katalog „salonu” z bardzo dobrymi rycinami fotograficznemi. - masę kwiatów które się tutaj tłumnie sprzedają i kupują- że mogę każdej chwili wyjść na miasto i nie bardzo się oddalając (bo mieszkam w środku miasta) – znaleźć się pod Notre Dame – nad Seqwaną - gapić się na ludzi, na piękne główki dziewczęce – stanąć pod jakimkolwiek słupem oblepionym czterdziestu afiszami teatralnemi i dowiadywać się że w Comedie francaise grają Oedypa króla (czy z XVIII wieku?- nie, oryginał Sofoklesa) – że w operze Hugenotów lub Fausta – w Odeonie Cida- Mignon w opera comique itd. - co najgłówniejsza, że pisząc do kogoś list mogę go
Ostade Szynk

zacząć od słów – np. Paryż dnia 16 go maja 1890 rp.- tego samego roku pańskiego którego upadałem pod ciężarem pracy pracując w pańskiej winnicy z której sok obecnie piję- bo piję sztukę- jak używasz tego wyrażenia, ale przychodzi mi to (zwłaszcza tutaj w Paryżu) równie łatwo jak np. napić się dobrej i świeżej wody na mieście z rezervoiru lub małej publicznej studzienki których tu wszędzie pełno – (a czego ty żadną miarą w Krakowie nie dokażesz). - przychodzi mi to równie łatwo bo wszystkie muzea i zbiory są wolne. - nic się nie płaci – a otwarte są dzień cały, tj. od 10 tej do 5 godziny – Proszę Cię, pomyśl sobie taki Louvre, gdzie jest z jakie 30 sal – jeśli nie więcej a każda pełna cudów piękna i sztuki, pomyśl sobie że te ściany, z których patrzą tak ciekawie główki dziewczęce Greuza, gdzie się kryje tyle śmieszności życia mieszczańskiego w obrazach Teniersa i Ostade – gdzie oprócz wspaniałych obrazów Ingres`a i Delaroche`a można godzinami stać przed La belle jardiniere Rafaela, lub portretem Infantki Marii Velasqueza – że te ściany są otworem dla ócz przeróżnej publiczności której nikt inny nie tamuje wejścia, że tu zobaczysz wszystkich, począwszy od tych z czerwonemi książeczkami w rękach – (bedeker) aż do nianiek z dziećmi, - poważnych znawców sztuki, w pelerynach
Delaroche Młoda męczennica

kratkowanych i cylindrach- (anglicy) aż do studentów łobuzujących się, i pomyśl- Jak ci ludzie nie mają się wcześnie kształcić, nie mają nabierać tej rzutkości myśli, nie mają sobie wyrabiać dowcipu – i gustu- i uczyć się prawie bezwiednie czcić piękno – jeśli ich szkolą taki Louvre – i masa innych galerii, - i jeśli tam każdemu przyjść wolno.(str.8-9)
Ilustracją wpisu są obrazy, jakie mógł oglądać w Louvre Wyspiański. Przy czym jak mogę domniemać część z tych obrazów zmieniała lokalizację. Dla przykładu portret Infantki Marii Teresy znajduje się obecnie w Wiedniu. Ja co prawda na inne obrazy zwróciłam uwagę, ale Luwr ma ich takie bogactwo, że każdy znajdzie coś dla siebie, a ci co nie znajdą zrobią sobie selfie pod Mona Lisą i też będą zadowoleni. 
Ignres Wielka odaliska

Valasquez  Portret Infantki Marii

A skutkiem tych i nie tylko tych studiów powstały takie między innymi dzieła: 


Chochoły

Widok na Wawel

Bóg Ojciec 

Polichromie u Franciszkanów

Macierzyństwo

To oczywiście tylko mały wycinek dokonań Wyspiańskiego- próbka zaledwie. Poza malarstwem i witrażami jest dramatopisarstwo, poezja, grafiki, scenografie, architektura. A żył zaledwie 38 lat. 

Kilka dni temu byłam świadkiem, jak dwaj uczniowie przygotowywali się do lekcji jadąc w tramwaju i czytając streszczenie Wesela. Zajęło im to jakieś dziesięć minut, co spuentowali- po co to takie bzdury pisać, o jakimś gostku co zgubił złoty róg i przez to inni stali jak zaklęci. Użyli nieco bardziej dosadnego słownictwa krytykując system oświaty. Pomyślałam sobie, iż może to nie była młodzież licealna, ale czy w innych szkołach przerabia się Wesele? Nie mam pojęcia. No cóż O mores o tempora

Chwilowo nastała większa częstotliwość pisania spowodowana przeziębieniem. Jak widać i to może mieć jakieś zalety.

sobota, 6 kwietnia 2019

List do Vincenta (Van Gogha)


Napisał Pan tak wiele listów do brata. Przeczytałam wszystkie, które zostały wydane. Przepraszam, bo to nie ja byłam ich adresatką. Wiem, że nie mam nic na swoje usprawiedliwienie, kierowała mną ciekawość poznania osoby, o której życiu czytałam sporo, a także osoby, która stworzyła wiele pogodnych i pięknych obrazów, choć życie miała niezwykle ciężkie. Pisze Pan prostym i niewyszukanym językiem o rzeczach ważnych i choć czasami Pańskie sądy wydawać się mogą naiwne niczym mądrości popularnego dziś autora bestsellerów to przyjmuję je z rozwagą, bo wiem, że pisane były szczerze i z głębi serca. 

    A napisał Pan;
Tam, gdzie są konwenanse, jest nieufność,
a z nieufności rodzą się najrozmaitsze intrygi.
Gdybyśmy byli trochę szczersi,
życie dla wszystkich stałoby się łatwiejsze.
(str. 227 Listów do brata Vincenta Van Gogha 
 Wydawnictwo Czytelnik 1998 rok)
Pozwoli Pan, że będę się zwracała do niego po imieniu. Na tyle, na
ile poznałam Cię Vincencie wolałbyś taki sposób komunikacji, bez konwenansów i zakłamania. Twoje listy zawierają ogromne bogactwo myśli i nie sposób się do nich odnieść w krótkiej formie. Pisałeś je do Brata, ale myślę, że też dla siebie. Zawsze samotny, nie mógłby się obejść bez tej korespondencji, która zastępowała mu rozmowę, w której zwierzał się ze wszystkich spraw, ze wszystkich myśli, z wszystkich uczuć- nie miał bowiem obok siebie nikogo, z kim mógłby się nimi podzielić (str.7) napisała w przedmowie do twej korespondencji tłumaczka.
A zatem korespondencja miała zastępować Ci stosunki międzyludzkie, bo była bezpieczniejszą formą kontaktu. Była zastępstwem i rekompensatą. Pisząc o sobie, utwierdzał się zarazem w swoim istnieniu, które nigdy nie było oparte na pewnych podstawach, a w miarę postępu choroby ulegało coraz większym zachwianiom (str. 7) napisała dalej tłumaczka.
To smutne, ale dzięki twoim listom, Vincent, jakiego nie znali Tobie współcześni zyskał szansę poznania przez potomnych. Czy byłoby to pociechą dla Ciebie, osoby, która jak podkreślasz - nie miała żadnej potrzeby pokazywania się, osoby, która nie lubiła tego, co dziś nazywamy celebrowanie własnej postaci, a przecież pisząc te listy nie mogłeś przewidzieć, że po latach zyskasz tak wielu czytelników/ odbiorców. Ty pisałeś do brata, przyjaciela i marszanda w jednym.
Podoba mi się twoja definicja sztuki Vincencie - Sztuka to natura plus człowiek. Natura, rzeczywistość, prawda, z której artysta wydobywa sens, istotę, charakter, która wyraża, oczyszcza, wyzwala, oświetla. (str.80). Czy można by to było ująć lepiej i prościej, moim zdaniem - nie.
Często wyrzucałeś sobie, iż byłeś nadmiernym obciążeniem dla Theo. Niekiedy zastanawiam się poważnie nad tym, czy nie jestem czasem ciężarem dla ciebie i dla rodziny, czy stałem się już naprawdę niezdatny do czegokolwiek i czy mam się uważać za człowieka niepotrzebnego i za intruza. A może byłoby lepiej, gdyby mnie w ogóle nie było już na tym świecie, skoro i tak muszę stale wszystkim ustępować z drogi. Gdy pomyślę, że tak jest w istocie, ogarnia mnie uczucie smutku i muszę walczyć z całych sił, żeby nie wpaść w melancholię. … Jeśliby tak było w istocie, to nie chciałbym już długo żyć na tym świecie (str. 85) 
Jakże mi przykro z tego powodu, że czułeś się niepotrzebnym bytem. Twoje obrazy dają radość tak wielu ludziom, że chcę wierzyć, iż z wyżyn swego jestestwa dostrzegasz to i jest ci choć trochę z tego powodu miło. Dawanie radości jest obdarzaniem drugiego człowieka czymś bezcennym. Ten wewnętrzny ogień, którym chciałeś ogrzać tak wiele istnień rozświetla dziś nasze twarze i dusze. I tylko szkoda, że nie mogłeś tego doświadczyć wtedy, kiedy nie znajdowałeś porozumienia wśród ludzi, a także (czasami/ często?) u brata. Gdybyś tylko mógł uważać mnie za coś innego niż za próżniaka najgorszego rodzaju, byłbym bardzo zobowiązany. (str. 93).
Z ogromną radością przeczytałam, że lubiłeś  czytać i czytałeś wiele. Cały czas zastanawiam się, skąd brałeś pieniądze na książki, skoro tak często nie miałaś na chleb czy płotno. Mam nadzieję, że udało Ci się odnaleźć w książkach, to czego nie odnalazłeś w ludziach – piękno, współodczuwanie świata, mądrość. Chciałbym, żeby wszyscy ludzie zdobyli tę umiejętność, którą ja zaczynam powoli zdobywać, umiejętność czytania książki bez wysiłku, w krótkim czasie, z zachowaniem na długo silnego wrażenia. (str.105).
Twoje słowa o sławie, o której nie marzyłeś …jestem przeświadczony o moim powodzeniu w przyszłości. Nie stanę się od razu jakąś wielką sławą, ale będę chyba takim przeciętnym, uczciwym malarzem. Jeżeli używam słowa „przeciętny”, to dlatego, że chcę by moje malarstwo było uznane za rzetelną i rozumną pracę, żeby miało jakąś rację bytu, żeby wreszcie mogło się gdzieś na coś przydać (str.111) brzmią teraz i proroczo i paradoksalnie. Różne są opinie na temat twego malarstwa, ale chyba tylko głupiec nazwie Van Gogha malarzem przeciętnym. A co do tego, że Twoja praca stanie się przydatna - jeśli interesowałoby cię zdanie amatorki, która się nie zna na sztuce, ale która bez niej nie wyobraża sobie życia to napiszę tylko, że poranek Bożego Narodzenia, który spędziłam wśród obrazów (w Muzeum twego imienia w Amsterdamie) należał do najcudowniejszych świątecznych poranków. Przywoływał w pamięci święta z lat dziecięcych, kiedy człowiek potrafi czerpać
radość z prostoty. Możliwość ogarnięcia wzrokiem tylu przepięknych odbić natury wywołała ekstazę wzruszenia i tego, coraz rzadszego z wiekiem przywołania faustowskiego okrzyku o trwaniu chwili. I choć najmilsze doznania towarzyszą osobistym kontaktom z twoimi obrazami (które mam szczęście podziwiać w różnych europejskich muzeach), to także oglądanie albumów, czy ich reprodukcji we wszelakiej postaci powoduje błogostan. A wiem, że takich osób głodnych Twojej Vincencie sztuki są tysiące, bo nie wszystkim wystarcza do życia egzystowanie i wspinanie się po szczebelkach tzw. kariery.
Piszesz …Jestem artystą … słowo to oznacza: zawsze szukać i nigdy nie móc osiągnąć doskonałości (str. 167) – myślę, że żyć także oznacza ciągle poszukiwać odpowiedzi na odwieczne pytania i nigdy ich nie znajdować. Ale może właśnie nie o to chodzi, żeby je znaleźć, a o to, aby je sobie zadawać. A co do doskonałości wybacz, że się z Tobą nie zgodzę. Ale jak wcześniej wspomniałam, ja jestem tylko amatorką, co kocha sztukę. Dla mnie Twoje prace są kompletne, harmonijne i nie wyobrażam sobie, aby mogły wyglądać inaczej, bo powstały z miłości do piękna natury i miłości do drugiego człowieka.
W pracy staram się, jak mogę najlepiej, .. rysunek, a myślę i malarstwo, mam we krwi i to się z czasem okaże (str. 179). To prawda, okazało się kilkanaście lat po twoim odejściu. I trudno pojąć, dlaczego pod koniec XIX wieku ludzie uważali je za złe i dziwaczne.
Wielu ludzi twierdzi, że mam nieprzyjemny charakter. Często bywam nieznośny, melancholijny i rozdrażniony; pożądam sympatii, tak jakbym był głodny i spragniony, a gdy mnie nią nie darzą, staję się obojętny na wszystko i impertynencki; przez co dolewam jeszcze oliwy do ognia. Nie lubię przebywać w towarzystwie, stosunki z ludźmi, rozmowy z nimi są dla mnie najczęściej i przykre i kłopotliwe (str. 198).
Rozumiem te stany aż nadto dobrze, czym może pochlebiam sobie, bowiem to cecha ludzi nadwrażliwych, tych, którzy żyją (chcą żyć) w przeświadczeniu, że ludzie są dobrzy, szczerzy i mądrzy, a kiedy ich wyobrażenia rozbijają się o brutalną rzeczywistość wpadają w irytację. Nie umiemy udawać, brakuje nam dyplomacji, boimy się braku akceptacji. 

To jeden z listów, jaki powstał po lekturze Listów do brata Vincenta Van Gogha. Chciałam do książki  wrócić ponownie, ponieważ odnajduję w niej poza olbrzymim smutkiem autora, także pokrewieństwo dusz odrzuconych nadwrażliwców, którzy tak bardzo chcieliby odnaleźć człowieka w człowieku. 
Zdjęcia obrazów, rysunków, szkiców i listów Vincenta z Muzeum Vincenta Van Gogha w Amsterdamie.
Kilkutygodniowa przerwa w pisaniu została wymuszona kłopotami z laptopem.

niedziela, 29 czerwca 2014

Listy do brata Vincent Van Gogh



Czytanie listów, dzienników, pamiętników jest jednym z najlepszym sposobów na poznanie człowieka, choć i ono nie daje pełnego obrazu całości. Bo  choć z jednej strony mamy taką wewnętrzną potrzebę bycia rozumianym, wypowiedzenia się tak do końca, odrzucenia wszelkich zasłon, chcemy odnaleźć w oczach i sercu drugiej osoby (innych osób) nić bezwzględnego porozumienia, to z drugiej strony chowamy się przed światem we własnym kokonie, który zapewnić ma nam poczucie bezpieczeństwa, pozostawiamy pewien margines prywatności. Lubimy swoją odrębność, ale też potrzebujemy poczucia wspólnoty myśli.
Vincent przez całe swoje dorosłe życie (krótkie, bo zaledwie 37 letnie) szukał potwierdzenia swego ja, swoich wyborów,  odrębności i zrozumienia w oczach najbliższej mu osoby, w oczach młodszego (zaradniejszego życiowo) brata Theo. Zdawał sobie sprawę z ogromnego długu, jaki miał wobec Theo i będąc mu głęboko wdzięczny, jednocześnie nie potrafił żyć inaczej, niż będąc na utrzymaniu brata.
Tym, co uderza w tej korespondencji jest niezwykle silna więź
pomiędzy braćmi. Theo jest dla Vincenta przyjacielem, powiernikiem, odbiciem jego osobowości, jest jednocześnie bratem, ojcem i przyjacielem, a także jego źródłem utrzymania. Ta więź jest niezwykle piękna, ale wydaje się ogromnie przytłaczająca, a nawet momentami niszcząca.
Mówisz mi; napisz znowu- no tak, oczywiście, ale wpierw musimy się umówić, jak pisać. Czy chcesz, żebym pisywał w stylu kupca, sucho i rzeczowo, odmierzając i ważąc każde słowo i właściwie nic nie mówiąc, czy też, żebym dalej pisywał do ciebie, tak, jak to w ostatnim czasie robiłem, o wszystkim po trosze, wypowiadając myśli, które mi przychodziły do głowy, bez obawy, że się zanadto rozpędzę, bez torturowania tych myśli, bez ich tłumienia. (Ten list z początku 1882 roku oddaje to co w korespondencji najistotniejsze. Vincent pisze bez obaw o wszystkim, co boli, ciąży, zastanawia, zachwyca. Pisze o poszukiwaniu swojej drogi życia, o wirze, uczuciach, malarstwie, kobietach, chorobach, finansach, lekarzach, zakładach dla obłąkanych, poznanych ludziach).
Braterskie relacje nie są łatwe; Vincent posuwa się często do szantażu;
Jeśli chcesz mnie zamordować – nadstawię ci karku. Ty wiesz, w jakich żyję warunkach, i wiesz, że od twojej pomocy, zależy moje być, albo nie być. … (pisze Vincent, kiedy brat nie pochwala jego związku z kobietą z ulicy. Wyłuszczywszy swoje argumenty, iż nie można porzucić słabej kobiety w potrzebie (zaopiekował się chorą, ciężarną Sien i jej dzieckiem):
Wierzę, a raczej zaczynam dostrzegać jakiś promień nadziei, że myśl „Theo przestanie mi pomagać, jeśli będę mu się przeciwstawiał”- jest może całkiem niepotrzebna. A jednak, Theo […] Gdybyś to zrobił, i tak nie przestałbym cię szanować i nie byłbym na ciebie zły. Powiedziałbym sobie wtedy: nie widział innego wyjścia, wszyscy robią to bezmyślnie, ale nie ze złości.
Kiedy pisze, iż nie może zostawić Sien bez pomocy; [...] cóż bym powiedział o kimś, kto mi najpierw pomagał, a potem zostawił na lodzie, czy nie pomyślałbym wtedy, że osoba która tak postępuje, lepiej by zrobiła, gdyby w ogóle się mną nie zajmowała? Nie doprowadzić do końca tego co się zaczęło, to wygląda na oszustwo – budzi to wątpliwość, czy Vincent ma na myśli wyłącznie jego  pomoc dla Sien, czy też pomoc Theo dla jego, jego kobiety i jej dziecka.
Innym razem  niepokój Vincenta budzą słowa brata o braku nadziei:
Za twój list wraz z „załącznikiem” bardzo ci dziękuję, nie mogę jednak opanować przykrego wrażenia, jakie zrobiło na mnie jedno zdanie „jeżeli chodzi o przyszłość, to nie mogę ci robić wielkich nadziei". […] Nie wiem dokładnie, co miałeś na myśli pisząc te słowa […] W każdym razie zadałeś mi znienacka cios prosto w piersi i bardzo chciałbym się dowiedzieć, o co ci chodzi, czy uważasz, że nie robię postępów, czy masz mi coś do zarzucenia?
I dalej domyślając się, iż może chodzić o ograniczenie zasiłków, jakie Theo wypłacał bratu pisze:
[…] moja praca jest o tyle uzależniona od twojej, że jeżeli zmniejszysz mi zasiłki, to nie będę mógł dalej pracować i wpadnę w depresję.
Czy wreszcie;
Czasami żałuję, że się wtedy w Borinage nie rozchorowałem i nie zdechłem zamiast brać się do malowania. Jestem ci tylko ciężarem i nic na to nie mogę poradzić.
Kiedy Vincent zaczyna malować  uważa brata nie tylko za
sponsora, prawdziwego marchanda, którego zadaniem jest stworzenie artyście warunków do pracy, ale za współtwórcę swoich obrazów i ich właściciela.
Na razie nie uważam, by moje obrazy były dość dobre, jeśli wziąć pod uwagę korzyści, jakie mam dzięki tobie. Ale jeśli kiedyś będą dobre, to dlatego- zapewniam cię- że stworzyłeś je tak samo, jak ja, że zrobiliśmy je we dwóch. (wrzesień 1988 rok)
Listy są zaskakujące, zadziwiające, inspirujące, a nawet irytujące, a jednocześnie niesłychanie smutne i przygnębiające.
Połączenie geniuszu z szaleństwem, pracowitości z bezczynnością, marzycielskich mrzonek o założeniu falansteru artystów z odrazą do handlowania dziełami sztuki, dziecięcej naiwności z życiem w nędzy, głodzie, pijaństwie, pełnym chorób, przedwczesnej starości. 
Za życia Van Gogha sprzedano zaledwie jeden jego obraz (Czerwona winnica), co nie wywołało żadnego oddźwięku w korespondencji z bratem, mimo, iż Vincent przez całe życie cierpiał na chroniczny brak pieniędzy.
Co zadziwiające Vincent przeciwny był sprzedaży obrazów. Malował z przeświadczeniem, iż jest to kapitał na przyszłość, rekompensata dla Theo za jego poświęcenie i trud utrzymywania brata. Jak sam pisał najchętniej nie rozstawałby się ze swoimi obrazami, a jedynie wymieniał je na inne, to samo zalecał Theo. Wielokrotnie wyraża swą odrazę do handlu dziełami sztuki.
Mogę cię zapewnić, jestem o tym całkowicie przekonany, że nawet gdybym stał się dobrym malarzem (bo na razie daleko mi do tego), to zawsze będę żył w biedzie, ale będę szczęśliwy, jeśli bez długów. Czasy, kiedy ceny idą coraz bardziej w górę, wystawiają nam czeki na przyszłość, która dla naszych potomnych wygląda bardzo ponuro. (z listu z Nuenen, gdzie przebywał w okresie grudzień 1883-listopad 1885).
Sława to rzecz bardzo piękna, ale dla artysty jest tym czym szpilka dla owadów…. Ja mam odrazę do sukcesu, obawiam się tego jutra, które nastąpi po sukcesie impresjonistów (Arles 1888)
Nie mogę nic na to poradzić, że moich obrazów nie podobna sprzedać. Nadejdzie jednak dzień, kiedy okaże się, że są one więcej warte niż kosztowały, że są czymś więcej niż ceną farb i mego nędznego życia […] To, że teraz nie sposób sprzedać moich obrazów, napawa mnie niepokojem ze względu na ciebie, ponieważ cierpisz z tego powodu, ale dla mnie byłoby to dość obojętne, gdybym wiedział, że nie masz kłopotów, których przyczyną jest moje malarstwo. Wystarczy mi wiedzieć, że człowiek który żyje 50 lat i wydaje dwa tysiące franków rocznie, wyda razem sto tysięcy franków i powinien zarobić również sto tysięcy. Namalować tysiąc obrazów po sto franków- oby!- nasze zadanie jest chwilami bardzo trudne. Arles 20.10.1888 rok (Na aukcji w Nowym Yorku Irysy
Van Gogha sprzedano za 53,9 mln dolarów).
Kiedy u schyłku życia Vincenta ukazuje się pierwszy przychylny artykuł o jego malarstwie pisze do brata;
Poproś p. Aurier, żeby nie pisał więcej artykułów o moim malarstwie, powiedz mu, że przede wszystkim myli się co do mnie, po drugie zaś, że zbyt czuję się przybity i zrozpaczony, żebym mógł znieść reklamę. Malowanie obrazów jest dla mnie rozrywką, ale kiedy się o nich mówi, bardziej mi przykro, niż p. Aurier może przypuszczać.
Vincent sporo miejsca poświęca w korespondencji do brata malarstwu i cenie, jaką ponosi człowiek, który oddaje się sztuce w świecie, w którym sztuka nie ma wartości  (i to nie w sensie materialnym). I choć często narzekał, iż malarstwo jest jego przekleństwem, że powinien je rzucić i zająć się czymś innym (bo cena jego uprawiania jest zbyt wysoka) to dzięki niemu żył, dzięki niemu i dzięki bratu. Kiedy zachorował malowanie było jedyną skuteczną terapią na przywracanie okresów równowagi. Malarstwo to dla mnie sposób, żeby dać sobie radę z życiem.
Często ubolewał nad brakiem modela (nie miał pieniędzy na jego opłacenie). A przecież tak chciał malować ludzi […] wolę malować oczy ludzkie, niż katedry, bo w oczach jest coś, czego nie ma w majestatycznych, imponujących katedrach; ludzka dusza. Nawet oczy nędznego włóczęgi czy dziewczyny ulicznej wydają mi się bardziej interesujące.
Listy są ogromną kopalnią wiedzy na temat malarza, są punktem wyjścia dla wielu badaczy, inspiracją dla studiów i analiz.
Sięgając po książkę ciekawa byłam zwłaszcza tego, co pisał o własnych obrazach. Nie znalazłam tego wiele. Widocznie wychodził z założenia, iż obrazy mówią same za siebie.
Najciekawszy opis, jaki znalazłam dotyczy Żniwiarza.
Praca idzie dość dobrze- walczę z obrazem rozpoczętym kilka dni
temu, przed moją niedyspozycją, jest to żniwiarz, Płotno całe żółte, okropnie grubo malowane, ale motyw piękny i prosty. Widzę w tym żniwiarzu - niewyraźna postać, która w okropnym żarze miota się, jak diabeł, żeby dać sobie radę ze swoim zadaniem- widzę w nim obraz śmierci, w tym sensie, że ludzkość jest zbożem, które się kosi. Jest to przeciwstawienie siewcy, którego malowałem przedtem. Ale w tej śmierci nie ma nic smutnego, wszystko dzieje się w pełnym świetle, w słońcu, które zatapia pejzaż w delikatnym złotym blasku. […] Uff! Żniwiarz jest gotów, myślę, że ten obraz weźmiesz do siebie- jest to obraz śmierci, o której mówi nam wielka księga natury, ale ja chciałem, żeby to było „niemal uśmiechnięte”. Płótno jest żółte, prócz linii fioletowych wzgórz, bladożółte. To zabawne, że ujrzałem to poprzez żelazne kraty mojej celi.
Szkoda jedynie, iż na ponad 600 listów do brata zachowało się jedynie około 40 listów Theo, szkoda również, iż Vincent rzadko datował swą korespondencję.
Powiązane  książki: Kobiety w życiu Van Gogha  Pasja życia, 
Zainteresowanym polecam zapoznanie się z fragmentami listów publikowanymi w Płaszczu Zabójcy.

Wszystkie zdjęcia (poza zdjęciem okładki) pochodzą z wizyty w Muzeum Van Gogha w Amsterdamie.