sobota, 12 stycznia 2013

Deszczowa piosenka- z wielkiej chmury ....



Jeśli ktoś jeszcze nie zdążył zauważyć uwielbiam musicale, uwielbiam warszawski teatr muzyczny Roma, z którego dotąd nie wyszłam ani razu zawiedziona, przedstawienia oglądam po kilka razy, mimo iż wymagają one sfinansowania całej kosztownej wycieczki do stolicy i odbycia długiej, uciążliwej podróży. Uważam zespół teatru za fantastyczny, a jego dyrektora Wojciecha Kępczyńskiego za niezwykle utalentowanego człowieka, przed którym chylę głowę za dotychczasowe przedstawienia. Co do samego budynku teatru mam wiele zastrzeżeń, ale dopóty przedstawienia mnie urzekają nie dostrzegam niewygodnych krzesełek na widowni, braku wentylacji, żenujących kolejek do damskiej toalety, braku organizacji wyjścia z teatru (wystarczyłoby wyznaczenie sznurem kierunku kolejki do szatni i wyjścia, co uniemożliwiłoby odwiedzającym wzajemne tratowanie się i konieczność ubierania płaszcza na zewnątrz budynku-co przy kilkustopniowym mrozie nie jest przyjemne i zdrowe). Tego wszystkiego starałam się nie dostrzegać podczas wcześniejszych przedstawień.

O Deszczowej piosence czytałam do tej pory sporo entuzjastycznych recenzji na czele z takimi, iż Teatr Muzyczny Roma dzięki spektaklowi Deszczowa piosenka osiągnął europejski poziom. Przyznam, że bardzo mnie te opinie dziwiły, a nawet smuciły, bowiem dotychczas oglądane przeze mnie przedstawienia Koty, Upiór w Operze czy Les Miserables uważałam (i nadal uważam) za przedstawienia, które śmiało mogły konkurować z najlepszymi spektaklami muzycznymi w Europie. Dlaczego zatem recenzenci, czy krytycy dopiero dzisiaj zauważyli, że Teatr Muzyczny Roma ma klasę nie bardzo rozumiem. Tym bardziej, iż oglądając fragmenty przedstawienia nie dopatrzyłam się w nich niczego nadzwyczajnego, podczas, gdy wystarczyło parę akordów z któregokolwiek z wcześniej wymienionych przedstawień, a już serce waliło mi mocniej.

Może powodem jest brak sympatii do samego przedstawienia Deszczowa piosenka. Oglądany lata temu film muzyczny z Gene Kelly, podobał mi się co prawda, ale nie zdołał wzbudzić żywszych emocji. Dwa wpadające w ucho utwory; Good Morning oraz Singin' In The Rain to troszkę za mało, aby wzbudzić mój entuzjazm.  Starałam się dokonać obiektywnej oceny (choć każda ocena jest przecież subiektywną), pomijając fakt, iż nie przepadam za musicalem Deszczowa piosenka.

Akcja przedstawienia rozgrywa się w 1927 roku w Hollywood, gdy znajdujących się u szczytu sławy i powodzenia aktorów filmu niemego przystojnego amanta, bożyszcze pań - Dana Lokwooda (Dariusz Kordek) oraz piękną, acz głupiutką - Linę Lamot (Barbara Kurdej Szatan) zaskakuje pojawienie się filmu dźwiękowego. Panna Lamot okazuje się, poza ładną buzią i zgrabną figurką, nie posiadać innych zalet. Na swoje nieszczęście posiada wyjątkowo niemiły głos, który uniemożliwia jej dalszą karierę sceniczną. W rolę dublerki, użyczającej głosu gwiazdce ekranu wciela się Kathy Selden (Ewa Lachowicz). Przystojnego, uwodzicielskiego amanta wspiera przyjaciel Cosmo Brown (Jan Bzdawka).
Musical to dla mnie połączenie muzyki, śpiewu i tańca z minimalną ilością dialogów. Nie lubię musicali przegadanych. Może to zatem jest przyczyną, dla której musical nie przypadł mi do gustu. W  Deszczowej piosence więcej jest miejsca dla gry aktorskiej i scenicznych dialogów niż dla partii wokalnych. Aktorzy Romy dobrzy w partiach wokalnych i tanecznych słabiej wypadają w roli aktorów scenicznych (za wyjątkiem Ewy Lachowicz, która nie tylko pięknie śpiewa i tańczy, ale i wspaniale gra). Fantastycznie śpiewający Jan Bzdawka pięknie tańczy i stepuje, nieco gorzej radzi sobie z dialogami. Na obronę pana Kordka, który moim skromnym zdaniem kiepsko radzi sobie nie tylko z grą, ale i nie najlepiej ze śpiewaniem (poza wykonywanym wspólnie z Lachowicz i Bzdawką Good Morning. A może to jedynie moje osobiste uprzedzenie, bo nie pasuje mi ten aktor ani do Deszczowej piosenki, ani do Romy) należy odnieść, że nieźle tańczy i stepuje, choć nie tak dobrze, jak pozostali aktorzy. Natomiast rola Liny Lamot została przerysowana karykaturalnie. Jej postać jest groteskowa: skrzeczy, krzyczy i tupie, co jest dość irytujące, choć zapewne nie najłatwiejsze do zagrania. Ale jakże męczące w odbiorze. Przynajmniej dla mnie było męczące.
Przyznaję, po raz pierwszy nie miałam żadnych oczekiwań w stosunku do musicalu. Dwa obejrzane na fecebooku utwory mające zachęcić do zakupu biletu nie spowodowały, abym zapałała chęcią jego obejrzenia, a wręcz przeciwnie. Poczułam się rozczarowana, zwłaszcza, gdy skonfrontowałam je z tak entuzjastycznymi opiniami. Dlaczego więc poszłam? Z sentymentu dla Romy, z powodu tej irracjonalnej odrobiny nadziei, że jeśli nie zachwyci, to choć miło spędzę wieczór, no i wykorzystując okazję (służbowy wyjazd do stolicy).
Przedstawienie ratują świetne numery taneczne i popisy stepowania. Balet jest fantastyczny, robi to na czym zna się najlepiej i robi to bardzo dobrze. Atrakcją przedstawienia jest padający na scenę rzęsisty deszcz (pod koniec pierwszego aktu i nieco słabszy podczas finału). A widzowie pierwszych czterech rzędów za niemałe pieniądze mogą zostać dokumentne zmoczeni. Dostają co prawda po kawałku folii, która jednak nie zabezpiecza skutecznie przed dyngusem ze sceny. Można dosłownie wyjść z teatru z mokrą głową (co w sezonie grypowym nie jest zbyt przyjemne, a co raczej rozbawia widownię, niż gniewa. Nie wiem czemu, ale ochlapywani wodą piszczymy z zachwytu, włącznie z piszącą te słowa).
Pomysł był nienajgorszy, pewne rozwiązania (wplecenie niemego-współczesnego filmu, czy początków filmu dźwiękowego w wersji współczesnej) ciekawe, niestety całość mnie nie przekonuje.
Sam balet, popisy taneczne i dobry śpiew pary Lachowicz - Bzdawka to jak dla mnie trochę za mało, żeby się dobrze bawić, a już na pewno za mało, aby przedstawienie obejrzeć ponownie.
Niestety cały czas czułam się raczej jak krytyk, który ocenia, wytyka, który się nudzi, niż jak widz, który czerpie przyjemność z bycia tu i teraz. Przykro mi bardzo, ale było to pierwsze przedstawienie Romy, które mnie znudziło, na którym bawiłam się kiepsko. I po raz pierwszy miast skupić się na przedstawieniu skupiałam się na niewygodnym krzesełku. I naprawdę jest mi smutno, kiedy oceniając je tak wysoko deprecjonuje się niejako dotychczasowe, ogromne osiągnięcia zespołu.
A widownia? Chyba bawiła się nieźle i pewnie o to chodzi, tyle, że tym razem beze mnie.
A może to rzeczywiście wybór przedstawienia był pierwszym i zasadniczym błędem. Od samego początku nie byłam doń przekonana, a wręcz poczułam się zawiedziona usłyszawszy o pomyśle wystawienia przez Romę Deszczowej piosenki. Zbyt lekki, zbyt groteskowy, zbyt bulwarowy, zbyt amerykański.
Choć na swoje usprawiedliwienie dodam, że Chicago w gdyńskim teatrze muzycznym bardzo mi się podobało. Bardzo, bardzo.
Nie wiem, jak brzmi zamieszczony filmik, bo wpisu dokonuję znowu w podróży.

10 komentarzy:

  1. W teatrze Roma obejrzałam kilka spektakli, ale tylko na "Kotach" byłam dwa razy, czego nie żałuje, bo przedstawienie było świetne. Ostatnio jednak tam nie bywałam. Ciekawe, że wspominasz o entuzjastycznych recenzjach, gdyż ja zetknęłam się tylko z jedną niezbyt przychylną zaraz po premierze. Ale nie śledziłam tego zagadnienia, więc na pewno jest tak, jak mówisz. Przykro mi, że wycieczka do Warszawy nie była zbyt udana :( Może następnym razem będzie lepiej? Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na szczęcie moja wizyta w Warszawie odbywa się przy okazji podróży służbowej, a Deszczowa piosenka była jedną z kilku atrakcji, jakie sobie w stolicy zafundowałam, więc nie jest tak źle, jak mogłoby być, gdyby musical był celem podróży. Co do recenzji pewnie są jak zwykle zróznicowane. Nigdy nie da się zadowolić wszyskich, a jeśli podoba się innym to mnie cieszy, bo dobrze życzę Romie. Pozdrawiam także

      Usuń
  2. Oczywiście jestem na obrzeżach kultury, więc mam jedynie filmowe skojarzenia. Myślę, że tak całkiem szkoda czasu nie było, bo jednak były elementy bardzo dobre. Przynajmniej masz skalę porównawczą. Pozdrawiam znad filiżanki porannej kawki:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Napiszę tak, gdybym nie obejrzała, cały czas miałabym wrażenie, że coś tracę, a tak wiem, jak wygląda, wiem, o czym mowa, wiem, czego żałować, albo nie żałować. Zawsze warto obejrzeć, aby wyrobić sobie pogląd. A że było to przy okazji pobytu służbowego to nie mam powodu do narzekania, poza pewnym zawodem jaki odczułam; a czułam się najbardziej zawiedziona tym, że mi się nie spodobało. Wcześnie pijesz tę poranną niedzielną kawkę, choć ja także wstając codziennie o 5 rano w niedzielę zaczynam dzień około siódmej. Pogodnej niedzieli życzę.

    OdpowiedzUsuń
  4. Deszczową piosenkę nucę w taki dzień jak ten, od razu poprawia się mi nastrój.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja niestety nie potrafię jej zanucić :(

      Usuń
  5. Mam nadzieję że zdrowie Ci dopisało a inne atrakcje były istotnie atrakcyjne. Ja "Deszczową piosenkę" znam jedynie z filmu, który oczywiście rządzi się innymi prawami ale faktem jest, że to jeden z najlepszych filmów tego typu i chociaż dzisiaj trochę trąci myszką, to nadal ma swój wdzięk. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wróciłam nieco zdrowsza i co najważniejsze z większą chęcią do życia. Film rządzi się innymi prawami, ale choć bez ekstazy oglądałam go z przyjemnością. Promieniowała z niego radość i zarażał optymizmem. Tutaj tego nie poczułam. Ale wielu recenzentów pisało, że taki właśnie był ten musical w warszawskiej Romie. No więc ja tego nie dostrzegłam :( Ale życzę Teatrowi, aby się podobał jak największej ilości osób, bo chciałabym jeszcze kiedyś do Romy wrócić na coś co repertuarowo będzie mi bardziej odpowiadać.

      Usuń
  6. Mnie też się nie bardzo podobała Deszczowa. Nie mogę odżałować, że Roma nie gra już starych tytułów (TW, czy LM).
    Muzykalowa maniaczka

    OdpowiedzUsuń
  7. To nie jesteś sama. Ja także marzę o powrocie pewnych tytułów. Nędzników mogłabym oglądać jeszcze wiele razy. A oglądałam jedynie cztery razy, a z Tańca Wampirów jedynie kilka piosenek podczas Wszystko co najlepsze z Romy. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń

Jestem bardzo rada z każdego komentarza, ale nie będę tolerować komentarzy agresywnych, wulgarnych, czy obrażających moich gości (innych komentatorów).