środa, 13 listopada 2013

Wrażenia z Londynu część 3 - kilka spostrzeżeń oraz Les Miserables w Queens Theatre


Moja wisienka na torcie, creme de la creme mojego londyńskiego pobytu, cel wyjazdu i kolejne ziszczone marzenie. Pierwszy impuls, pierwsza myśl uczestnictwa złapała mnie kilka lat temu, kiedy uczestnicząc w jubileuszowym przedstawieniu Upiora w Operze w warszawskiej Romie, usłyszałam komentarz jednej z uczestniczek przedstawienia stwierdzający z poczuciem wyższości, iż warszawskie przedstawienie nie umywa się do innych, chociażby tego w Londynie (cytuję jesteśmy całe lata świetlne za teatrami na West Endzie). Jako bezkrytyczna (wówczas) bywalczyni warszawskiej Romy w duchu wyraziłam stanowczy sprzeciw przeciwko deprecjonowaniu "narodowej sceny musicalowej", ale prawdę mówiąc nie byłam kompetentną osobą, aby się w przedmiotowej kwestii wypowiadać. Pomyślałam wówczas - a gdyby tak się kiedyś wybrać do Londynu. Pomyślałam i myśl zdusiłam w zarodku, no bo jak to tak. Do Londynu brzmiało w moich uszach niemal jak Na malucha (w znanej scenie z Kingsajz). Do tego siedliska terroryzmu, do miasta, gdzie, o zgrozo ludzie mówią w jakimś dziwnym i nieznanym mi języku (no bo angielski to ja trochę znam, ale obawiałam się, że nie jest to ten sam angielski, którym posługują się Brytyjczycy). Przecież ja sobie nie poradzę w Londynie.
I kiedy nadszedł dzień okrągłych urodzin, w którym miałam wymyślić sobie prezent - padło na Londyn. Pierwszą czynnością związaną z przygotowaniem wakacji (październikowych wakacji) było zakupienie w miesiącu lutym biletu na przedstawienie Les Mis (o moim stosunku do musicalu i paru relacjach pisałam tu i tu i tu a także o filmie tu i o książce tu), napiszę tu tylko dla zbłąkanych gości, że musicale to moja pasja, życie, są dla mnie, jak tlen, bez nich istnienie byłoby pozbawione smaku i barwy, a Les Mis to mój najukochańszy musical wszech czasów.
Ale zanim dojdę do samej wizyty w teatrze słów parę tytułem rozwiania moich (a może nie tylko moich) obaw dotyczących pobytu w Londynie. Jest to piękne miasto i nie wątpię, iż może zachwycić. W moim sercu królują jednak niepodzielnie inne i z nimi Londyn nie mógł stanąć w konkury. Nie zdradziłam ukochanych miast, ale mały romansik - czemu nie. Muszę  jednak przyznać, iż Londyn ujął mnie tym, że jest to miejsce bardzo przyjazne dla turysty (przynajmniej w moim odczuciu). Jest świetnie oznakowany (podobnie jak Rzym, czy Paryż, ale o wiele lepiej od nich sprawdza się tu czynnik ludzki. Dla przykładu w Paryżu trzy godziny szukałam kasy biletowej z człowiekiem lub automatu sprzedającego bilety z formą płatności gotówkowej, bowiem oczyma wyobraźni widziałam pożartą przez maszynę kartę płatniczą. Jest to problem dla cudzoziemca, jest to też problem dla osób starszych, a zawodowe zboczenie nasuwa mi myśl o nierównym traktowaniu podmiotów - dyskryminacji nieznających języka i nie korzystających z kart płatniczych osób. Znowuż w Rzymie dość często psują się bramki wpuszczające do metra, a brak obsługi, a raczej ich niedostępność powoduje, że chcesz, czy nie chcesz musisz radzić sobie sam, a to przeskakując przez bramkę, o ile nie są to wysokie szklane drzwiczki, a to wchodząc na plecach osoby cię poprzedzającej, a to wykorzystując wejście dla niepełnosprawnych), spotkałam tu całą rzeszę osób, które zajmują się pomocą zagubionemu turyście tudzież tubylcowi; począwszy od obsługi metra, stacji kolejowych, lotniska a skończywszy na personelu galerii czy obsłudze jadłodajni a nawet policjantach udzielających wskazówek dotarcia do celu. No i kolejne pozytywne zaskoczenie - Londyńczycy (a może jedynie zatrudnieni tu cudzoziemcy) mówią bardzo ładnie po angielsku. Mimo mojej mizerii językowej zrozumiałam niemal wszystko, a czego nie zrozumiałam to wydedukowałam z całokształtu okoliczności. Dzięki Padmo, bo to ty pierwsza uspokoiłaś mnie w kwestii językowej (że prędzej spotkam w Londynie Hindusa, Polaka, czy Turka niż Brytyjczyka).
Teatry na West Endzie
Byłam jedynie w dwóch (Queens oraz Her Majesty) i w obu zauważyłam coś, co niezmiernie mnie zadziwiło. Prawie nikt nie oddawał okryć do szatni. Zapytany o powód pan szatniarz stwierdził, iż zapewne powodem jest zbyt mała szatnia (pomieszczenie dwa na trzy metry). Reszta gości trzyma płaszcze, kurtki, bluzy i swetry na kolanach. Wychowana w epoce przedlodowcowej staram się, (o ile nie idę door to door z pociągu czy samolotu do teatru) ubierać się nieco inaczej niż na co dzień. Nie noszę wieczorowych toalet, ale też nie chadzam tam w dżinsach, czy (o zgrozo) dresach. Tymczasem publika obu teatrów składała się niemal wyłącznie z ludzi, którzy wpadli tu, jakby przez przypadek, idąc z pracy bądź zakupów do domu (co oczywiście nie jest prawdą, bowiem, na dwa dni przed spektaklem, kiedy odbierałam mój pół roku wcześniej wykupiony bilet nie było już ani jednego miejsca na przedstawienie. A trzeba dodać, iż Les Mis grane jest w Londynie nieprzerwanie codziennie od dwudziestu ośmiu lat po dwa spektakle dziennie. Jak to się ma do stołecznej Romy, w której zdjęto przedstawienie z afisza po niecałych dwóch latach grania z powodu małego zainteresowania - nie podejmę się próby udzielenia odpowiedzi). Ale wracając do publiki, salę zajęły osoby ubrane nie tylko mało elegancko, ale nawet dość niechlujnie rozłożywszy na kolanach odkrycia a u nóg siatki z zakupami.
W spodniach od garnituru, wyjściowej bluzce, w butach na obcasie i z make -upem czułam się trochę, jakby nie na miejscu.
Tymczasem
Przedstawienie powitała burza oklasków, nie jakieś marne klap-klap, nie nędzne brawka, ale kaskada połączona z budzącą się energią oczekiwania na wyjątkowe i jedyne w swoim rodzaju widowisko. Taka sama burza oklasków towarzyszyła każdemu świetnemu wykonaniu, a było ich sporo, więc publiczność się nie oszczędzała. Kiedy w antrakcie rozbłysły światła zobaczyłam dookoła mnie już nie panów w rozciągniętych swetrach i bluzach polarowych, już nie zmęczone kobiety w niedopasowanej garderobie z siatkami pełnymi zakupów, a ludzi o śmiejących się oczach, osoby uradowane tym, że miały szczęście znaleźć się tu i teraz, że uczestniczą w czymś pięknym, radosnym, czują uniesienie, że podobnie, jak mnie chce im się tańczyć i śpiewać i nie wyobrażają sobie, że ten stan nie będzie trwał wiecznie, zobaczyłam całą salę pokrewnych dusz. Po zakończonym spektaklu publiczność zerwała się z miejsca (ołów w odwłokach nikomu nie ciążył) i nagrodziła artystów kolejną partią braw a potem wszyscy odśpiewaliśmy Happy Birthday jednemu z wykonawców.
Nie umiem ocenić, które z oglądanych przeze mnie spektakli było najlepsze, w kwestii Les Mis nie jestem obiektywna. Nie mogę powiedzieć, aby londyńska interpretacja, czy wykonanie różniły się znacznie od warszawskiej, (nie było ani gorsze, ani lepsze), ale jedno mogę stwierdzić na pewno, takiej harmonii świetnego wykonania z euforycznym odbiorem publiczności, takiego zjednoczenia ludzi połączonych więzią umiłowania piękna sztuki nie przeżyłam już dawno. Przydarzyło się ono na pierwszym przedstawieniu Upiora w Operze, o czym pisałam tu (pisząc o najbardziej niekomfortowych warunkach odbioru i najbardziej ekscytujących przeżyciach). Zaczynam się zastanawiać, czy radość z odbioru nie jest u mnie odwrotnie proporcjonalna do warunków odbioru.
Scenografia spektaklu przypominała mi trochę obrazy Caravaggia z ich punktowym oświetleniem, ascetyczna i skromna, cała scena pogrążona w ciemnościach, mroku, momentami oparach mgły, jedynie twarze wykonawców oświetlał dyskretny snop światła. Kostiumy tradycyjnie, jak w innych przedstawieniach raczej nędzne niż dekoracyjne. Spektakl zaspokoił moje oczekiwania wokalne i muzyczne. Orkiestra cudowna, sceny zbiorowe i zbiorowe wykonania utworów fantastyczne. Gdybym miała wybrać tylko jednego wykonawcę z całego przedstawienia byłby to Daniel Koek, występujący w roli Jean Valjeana. Ale ja nie jestem chyba obiektywna, ocenę wystawiłam już po wysłuchaniu Look down (pierwszego utworu), w chwili, kiedy pomyślałam - ja tu na pewno wrócę. No i nie muszę wspominać, że mój starannie wykonany make-up spłynął ze łzami podczas wykonania Bring Him Home.
I gdybym miała powiedzieć, co sprawiło mi największą radość podczas moich trzy tygodniowych wakacji (podczas których odwiedziłam poza Londynem, także Paryż, Wenecję, Florencję i Rzym) to byłoby to przedstawienie Les Mis.

39 komentarzy:

  1. Wspaniałe jest to, że spełniłaś swoje marzenie! Bardzo się cieszę, że londyńskie przedstawienie dostarczyło gamy wzruszeń i na pewno tam jeszcze wrócisz :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja także się cieszę. A powrót będzie okazją do kolejnych odkryć ciekawych miejsc.

      Usuń
    2. Zapomniałam dodać, że cieszę się również, że Londyn okazał się tak przyjazny. Nie miałam wątpliwości, że tak będzie :)

      Usuń
    3. Ja też się cieszę, bo naprawdę obawy były spore, a moje wątpliwości językowe ogromne, tymczasem poza tym, co napisałam trafiałam na życzliwych ludzi, którzy spieszyli z pomocą. Teraz będę mogła wracać i wracać.

      Usuń
  2. Wspaniała relacja, tyle wrażeń!
    Witaj pourlopowo!
    pozdrawiam jesiennie, ciepło i herbatkowo!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. I też jesiennie, barwnie, z promykami słońca i zdrowo pozdrawiam

      Usuń
  3. Mi wprawdzie słoń nadepnął na ucho, ale relacja bardzo mi się podoba.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem, czy uwierzysz, ale mnie również. Więc co do oceny poziomu wykonania nie jestem miarodajna. Co wcale mi nie przeszkadza zachwycać się pewnymi musicalami czy też wykonawcami :)

      Usuń
  4. Zaskoczyłaś mnie opisem strojów publiczności teatrów. W pierwszej chwili oburzyłam się: jak to, codzienne ubrania, siatki z zakupami?! Ale po chwili pomyślałam, że to może wcale nie taki zły pomysł. Kiedy istnieje możliwość, by od razu po pracy i po zrobieniu zakupów wpaść do teatru, ludzi przychodzi o wiele więcej niż wtedy, gdy na spektakl trzeba się długo i starannie szykować. I w końcu co jest ważniejsze, strojenie się czy miłość do sztuki? Pamiętam taką nieprzyjemną sytuację z okresu szkoły średniej. Bardzo pragnęłam iść na koncert, uskładałam na bilet, ale w końcu zrezygnowałam, bo nie miałam odpowiedniej bluzki. I przez wiele tygodni żałowałam, że nie byłam na tym koncercie. Gdybym mieszkała w Londynie, nie przeżywałabym takiego żalu...
    Wspaniały tekst :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja także początkowo byłam zszokowana, nadal nie powiem, aby mi się to podobało, ale .. jeśli nie może być i odświętnie i żywiołowa reakcja to wybieram to drugie. Nie pomyślałam o ubiorze pod kątem zasobu kieszeni widowni, nie wydaje mi się, aby to był czynnik decydujący. Sama widziałam w centrum handlowym (jedno odwiedziłam bardziej z ciekawości niż potrzeby, czy zainteresowań) stroje, które prezentowały się całkiem ciekawie i wizytowo, a ceny były w okolicy 10-15 funtów, dla orientacji cena biletu kształtuje się od 25 do 70 funtów. Poza tym nie chodzi przecież o to, aby strój był kosztowny, ale schludny i odpowiedni; rozciągnięte swetry i bluzy dresowe nie wydają mi się najwłaściwszym strojem, ale jak napisałam wyżej. I strasznie mi przykro, że nie poszłaś na koncert, bo mimo wszystko takie czynniki nie powinny decydować (najwyżej ktoś by się zdziwił, choć kiedyś u nas mogło to wyglądać nieco inaczej, dzisiaj niemal co druga osoba przychodzi do teatru w jeansach, ale rozumiem, że mogła tu zaważyć presja środowiskowa). Mam nadzieję, że dziś nie powstrzymałby cię brak ("odpowiedniego") stroju przed udziałem w wydarzeniu kulturalnym.

      Usuń
    2. Nie, dzisiaj na brak strojów nie narzekam :) Ładnych bluzek mi nie brakuje. Brakuje mi natomiast czasu i nieraz chęci. A i wydarzeń kulturalnych organizują o wiele mniej niż kilkanaście lat temu.
      Anglicy w ogóle dziwnie się ubierają. Do moich sąsiadów przyjechali na wakacje goście z Anglii z jedenastoletnim synem. Chłopiec ubrany był w różową koszulkę, dżinsy i różowe trampki. Dzieciaki spod bloku zaczęły się śmiać z jego wyglądu, rodzice zabrali więc chłopca do domu i przebrali w inną koszulkę - też różową. Oni po prostu nie rozumieli, że u nas różowości zarezerwowane są dla dziewczynek. Co kraj, to obyczaj :)

      Usuń
    3. Czas - to rzeczywiście towar deficytowy, zwłaszcza, jak ma się rodzinę i małe dzieci. Moje miasto czasami niewiele ma do zaoferowania, a są też takie okresy, że oferuje tak dużo, że tylko się łap człowieku za kieszeń. Co do ubioru jakoś nie zwróciłam na to uwagę w Londynie (poza wizytą w teatrze), natomiast w Rzymie (może na skutek zmęczenia upałami) większą uwagę przykładałam do obserwacji ludzi i nie mogłam wyjść ze zdziwienia jak można ubierać się tak dziwacznie i bez gustu (wręcz karykaturalnie).

      Usuń
  5. Czytając czułam, jakbym tam była z Tobą, słuchała i widziała to piękne widowisko, cieszyła się i biła brawo tak mocno jak ty i cała sala. Piękna relacja! Co do stroju widowni - jak widać czasy i obyczaje się zmieniają (albo co kraj to obyczaj, choć i u nas też już bywa w tej kwestii bardziej codziennie), ale miłość i fascynacja dobrą sztuką zawsze pozostaje ta sama.
    Jak fajnie, że umiesz realizować swoje marzenia, nie pozostawiając ich w zakresie tylko pobożnych życzeń. :) Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano właśnie, dziś (jak napisałam wyżej) wydaje mi się, że co drugi bywalec nie tylko teatru czy sali koncertowej, ale i opery czy filharmonii nie przykłada żadnej wagi do stroju. A nawet odwrotnie, osoby które ubiorą się wizytowo wzbudzają powszechne zainteresowanie i bywa są wytykane palcami (ty popatrz, a ta skąd się urwała?)- dlatego osobiście staram się zachować umiar, aby nie przesadzić. Ale co by nie mówić fascynacja sztuką jest i tak najważniejsza. A co do mnie, staram się realizować te swoje marzenia, bo jeśli nie teraz to kiedy, jeśli nie teraz, gdy i wiek i zdrowie i wysokość linii kredytowej pozwala na to :)

      Usuń
  6. O takim, żywiołowym podejściu do teatralnych przedstawień czytałem w "Bezgrzesznych latach" Makuszyńskiego, czyli u nas też bywało, acz kilkadziesiąt lat wstecz :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W takim razie - już się rozpędziłam i chciałam prosić o powrót do przeszłości- ale nie, jednak dziękuję, wizja dwóch światowych konfliktów skutecznie odstrasza. Może więc wystarczy polecieć do Londynu. A może ja miałam wyjątkowe szczęście, że trafiłam na taką, a nie inną publiczność, bo w końcu nie należy generalizować po uczestnictwie w jednym przedstawieniu. W każdym razie doceniam to szczęście, które było moim udziałem. A Bezgrzeszne lata notuję w pamięci, bo lubię takie klimaty.

      Usuń
  7. Małgosiu, warto marzyć i wierzyć, że marzenia spełnią się...
    Tak sugestywnie piszesz, że miałam wrażenie uczestniczenia razem z Tobą w przedstawieniu Les Mis.
    Jak zwykle wspaniała relacja...Czekam na kolejne.
    Serdecznie pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To miło, że mogłam sprawić radość. A marzyć warto i realizować marzenia także, czasami długo się czekać, ale zdecydowanie warto było, choć wychodzę z założenie, żeby nie odkładać ich realizacji na zbyt długo. Pozdrawiam

      Usuń
  8. Kobieto Szczęśliwa, jak Ty to wspaniale nam zrelacjonowałaś:) Cieszę się, że spełniłaś jedno ze swoich marzeń. Wiele lat temu gdy byłam jeszcze uczennicą, nauczycielka zawsze przypominała, że do teatru ubieramy się odświętnie. I do tego się stosowaliśmy. Teraz młodzież idzie tak ubrana jak londyńczycy - ze szkoły w codziennym ubraniu. Teatr nie jest może już świątynią sztuki, lecz zwykłym domem sztuki. Cóż, "nie szata zdobi człowieka".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trafiłaś w sedno, jestem szczęśliwą kobietą i doceniam to, że mam możliwość realizacji swoich marzeń (przynajmniej niektórych). Co do ubioru - to prawda, że nie szata zdobi człowieka i prawda też, że w naszych czasach zasady savoir vivre już chyba nie obowiązują wcale (poza dyplomacją i arystokracją). A szkoda, bo jeśli codzienność niczym nie różni się od dnia świątecznego to jest to smutna rzeczywistość.

      Usuń
  9. Wszystko wskazuje na to, że rzeczywiście marzenia są po to, żeby je spełniać. :)
    Miałam przyjemność być w londyńskim teatrze tylko raz, ale stroje widzów były bardziej zbliżone do naszych, w każdym razie takiej ubraniowej nonszalancji nie pamiętam, z tym, że to było parę lat temu, więc obyczaje mogły się zmienić.
    Gratuluję świetnego tekstu!

    OdpowiedzUsuń
  10. Ja też nie wykluczam, że trafiłam na wyjątkowo nonszalancką publiczność (pod względem ubioru), bo po dwóch wizytach trudno generalizować, będę śledziła zjawisko podczas kolejnych (będą na pewno) wizyt. A upływ czasu niestety mógł dokonać niekorzystnych zmian, choć nie musiał. Na ostatni zdanie zapłoniłam się niczym piwonia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I zapomniałam zapytać, czy teatr, w którym byłaś też nie dysponował normalną szatnią, a ludzie trzymali okrycia wierzchnie na kolanach?

      Usuń
    2. Niestety, szatnię zupełnie przegapiłam, bo to był sierpień, więc okazała się całkiem niepotrzebna. Sztuka nie wywołała u publiczności aż tak dużych emocji, choć była udana, "Saint Joan" G,B. Shawa.
      Zastanawiam się, czy widzowie, których widziałaś, to byli rodowici Anglicy.:) Byłam kiedyś we Włoszech na operze i to zachowanie publiczności, które barwnie opisałaś, wydało mi się właśnie dziwne znajome. :)
      Pod wpływem Twojej wspaniałej opowieści o Les Mis coraz bardziej korci mnie powrót do lektury "Nędzników", którą kiedyś pochopnie przerwałam bodajże po I tomie, naprawdę nie pamiętam dlaczego. "Katedrę NMP" pochłonęłam z wielkimi emocjami, a tu coś nie zagrało. :(

      Usuń
    3. Tego się obawiałam (że byłaś latem i nie mogłaś zaobserwować, gdzie ludzie zostawiać mogą okrycia). Czy widzowie byli Anglikami - nie wiem, ci siedzący wokół mnie rozmawiali po angielsku -może dla zmyłki :) We Włoszech nie byłam ani w teatrze, ani na operze, ale mogę sobie wyobrazić i zachowanie i stroje. Po raz pierwszy w tym roku zaobserwowałam pstrokaciznę i kompletny brak gustu wśród chodzących ulicami Rzymu, tak totalny bałagan w stroju, że nie mogłam oderwać wzroku za zadziwienia, jak można połączyć ze sobą rzeczy kompletnie nieprzystawalne do siebie. Kiedy opowiadałam to mamie, ta zadała mi identyczne pytanie, czy to byli Włosi? Otóż dziś nie można tego potwierdzić z całą pewnością. Może w Londynie w teatrze siedzieli Włosi, a w Rzymie po ulicach spacerowały Niemki, Brytyjki lub ...-ki (bo ten kompletny brak gusty dotyczył wyłącznie pań). Co do powrotu do Nędzników- podejrzewam, że mogły zniechęcić cię dygresje, szczegółowe opisy, coś co w Katedrze prawie (poza jednym z rozdziałów i to dodanym w kolejnej edycji przez autora) nie występowało. No i niestety nie mogę zagwarantować, iż udzielą Ci się moje emocje. Niedawno skończyłam lekturę książki, którą entuzjastycznie przyjęło wielu blogerów, o której opowiadała mi z pasją koleżanka blogerka w Paryżu, do której prawa do sfilmowania wyceniono na horrendalne kwoty, której tematem są poszukiwania zaginionego obrazu, a ja do połowy czytałam poziewując, potem było nieco lepiej, ale ogólnie poczułam się rozczarowana lekturą i zdziwiona, co nie zagrało. Tak więc należy zachować umiarkowanie co do oczekiwań względem lektury.

      Usuń
    4. Jeśli kiedyś zdarzy mi się wyprawa do londyńskiego teatru, a mam nadzieję, że tak, będę prowadzić obserwacje i porównamy wrażenia.
      Nie sądzę, żeby to była jednak zbiorowa mistyfikacja, to na pewno byli Anglicy. :)
      Jeśli kiedyś będziesz mogła wybrać się we Włoszech do opery, zrób to koniecznie. Byłam na spektaklu w Bolonii i zachowanie publiczności można by porównać do szału kibiców w czasie meczu, ale w tym najpozytywniejszym znaczeniu. Entuzjazm w najczystszej postaci, oklaski, okrzyki, świadomość, że Ci ludzie przeżywają i doceniają oglądany spektakl.
      Zaskoczyło mnie bezguście rzymianek i rzymian, zawsze podziwiałam Włochów za styl i elegancję. Stolica na pewno oblegana jest przez turystów, więc może to faktycznie oni wprowadzają nieciekawe akcenty.
      Wiem, że ostrożność jest wskazana, ale mam nadzieję, że kiedyś rozwikłam tajemnicę "Nędzników". :)

      Usuń
    5. To jesteśmy umówione na obserwacje, ty w Londynie, ja we włoskiej Operze. Przyznam, że myślałam o nieco innym zachowaniu, niż opisane przez ciebie, ale to opisane rzeczywiście do nich pasuje, żywiołowa reakcja i chyba nawet szczera - to ich znak rozpoznawczy. Ostrożność w oczekiwaniach - tak- sama to sobie powtarzam, a potem chwila zapomnienia i rozczarowanie.

      Usuń
    6. Umowa stoi. :) Zaznaczam, że to była Bolonia nie w sezonie turystycznym, więc przypuszczam, że miałam do czynienia wyłącznie z tubylcami. :)

      Usuń
    7. Notuję, Bolonia, poza sezonem :)

      Usuń
  11. Ależ piękne wrażenia i dokładny opis! Musze przyznać, że jestem w tyle w czytaniu Twoich wpisów, ale tak będzie do grudnia - teraz nie ogarniam. Gdzieś mignęła mi Florencja, a tu już kolejny wpis z Londynu, i to jaki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sama tak miałam jakiś czas temu, zbyt mało czasu, zbyt dużo zajęć, jakieś zniechęcenie, dołek i blogosfera leżała odłogiem, potem starałam się wracać do archiwalnych wpisów, ale wszystkiego ogarnąć się nie dało. No ale może wcale nie trzeba wszystkiego ogarniać. Życie jest sztuką wyboru. Pozdrawiam serdecznie i życzę więcej tego, czego brakuje i ogarnięcia się :)

      Usuń
  12. Ja widziałam kinową wersję, ale już czytałam, że spektakl w którym miałaś szczęście uczestniczyć jest o wiele lepszy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma porównania, o niebo lepsza, ale i tak obejrzałam filmową wersję już czterokrotnie :)

      Usuń
    2. Mnie się też podobała. Trochę tylko Russel Crowe mnie irytował, gdyż nie tak sobie wyobrażałam tego inspektora.

      Usuń
    3. Mnie rozczarował wokalnie i do roli pasował mi średnio, natomiast trzeba przyznać, że jest na czym oko zawiesić.

      Usuń
  13. guciamal - a ja jadę w styczniu na "Ryszarda II" !!!!!!! Udało się - zobaczyłam, że Barbican rzucił bilety i na łeb na szyję kupiłam nie zastanawiając się. Teraz planuję wyprawę łapiąc się trochę za głowę - co też ja najlepszego narobiłam, ale... Cieszę się po prostu opętańczo:) Mam miejsce w trzecim rzędzie, więc bajkowe wręcz. Rety, ależ jestem szczęśliwa:) Pozdrówka ślę z wielkim uśmiechem na twarzy - nieschodzącym z niej od chwili, w której bilet stał się moją własnością (na razie wirtualną, ale do czasu)!

    OdpowiedzUsuń
  14. A ja cieszę się z Tobą, bo jestem w stanie wyobrazić sobie tę opętańczą radość. Ja lecę na koncert Garou i Bruna do Warszawy i już podskakuję z radości i cieszę się i jeszcze do mnie nie dociera. I też mam b.dobre miejsca. Hurra niech żyje podążanie śladem marzeń :)))

    OdpowiedzUsuń

Jestem bardzo rada z każdego komentarza, ale nie będę tolerować komentarzy agresywnych, wulgarnych, czy obrażających moich gości (innych komentatorów).