środa, 10 sierpnia 2011

Różne wcielenia Upiora w operze


Zaniedbałam ostatnio strasznie jedno z moich ukochanych dzieci - musicale. Książki to nałóg, podróże to pasja, musicale to obłęd. 
Niedługo minie 25 lat od londyńskiej premiery. Muzykę skomponował muzyczny geniusz Andrew Lloyd Webber, twórca Kotów, Jesus Christ SuperStar oraz Evity. Libretto powstało na podstawie książki z Gastona Leroux (początek XX w.). Recenzja książki za jakiś czas, bowiem fabuła musicalu niewiele ma wspólnego z literackim pierwowzorem. Ku mojemu nieopisanemu żalowi nie uczestniczyłam w londyńskim przedstawieniu Phantom of the Opera, ale mam nadzieję, wszystko jeszcze przede mną. Dopisek- rzeczywiście udało mi się obejrzeć londyńskiego Upiora i ze smutkiem przyznaję, iż nie wywarł spodziewanego wrażenia, w przeciwieństwie do Les Mis, którym byłam zachwycona. (byłam dwukrotnie i chętnie zobaczyłabym ponownie)
W 2004 r. na bazie musicalu powstał film w reż. Joela Schumachera z młodziutką Emmy Rossum w roli Christine oraz Gerardem Butlerem w roli Eryka - Upiora. Akcja musicalu jak to często w tego typu przedstawieniach bywa nie jest zbyt skomplikowana, powiedziałabym nawet, że jest banalna.

Ładna, młodziutka i utalentowana dziewczyna staje się obiektem uczuć dwóch mężczyzn; dojrzałego Eryka (Upiora) oraz młodego wicehrabiego Raula. Eryk ma twarz pełną blizn, a na sumieniu niejedną zbrodnię. Raul jest młody, przystojny i bogaty. Wybór wydaje się oczywisty. A jednak... w Eryku jest coś, co sprawia, że mimo oszpeconej, zdeformowanej twarzy i mrocznej duszy jest on fascynujący i to nie tylko dla Christine. Żyje on w tajemniczym, mrocznym, ale i pociągającym świecie nocy, świecie zła. A zło często bywa o wiele bardziej interesujące niż beznadziejnie nudne dobro.
Upiór pomimo swojej zbrodniczej natury jest niesłychanie wrażliwym człowiekiem. Tylko człowiek wrażliwy zdolny jest do tworzenia rzeczy pięknych. A Eryk poza innymi talentami (niektóre z dziedziny magii) komponuje przepiękną muzykę. W tej walce o uczucie Christine kibicujemy i Raulowi, bo to taki wymarzony typ bohatera dziewczęcych snów (choć niestety w porównaniu z Upiorem dość nudny) i Erykowi, bo mamy nadzieję, że siła uczucia odmieniłaby jego ciemną stronę duszy. Jednak w musicalu ważniejsza od fabuły jest muzyka. 
A jest ona moim zdaniem rewelacyjna. Już pierwszy, bardzo energetyczny i żywiołowy utwór (Prolog), wprowadza nas w klimat spektaklu. Stanowi on jego leitmotiv. 
Nie będę opisywała wszystkich po kolei utworów, bo słowa są nieme i nie potrafią oddać piękna muzyki, która jest dla mnie sztuką wyższej rangi niż proza. Język prozy, nawet najbardziej literacki nie jest w stanie oddać tego, co ulotne, wzniosłe i piękne. Jedynie poezja potrafi wyrazić słowem delikatność i kruchość uczuć wyższych. 

Tytułowy Phantom of the Opera wraz z Music of the Night są dla mnie tak nierozerwalnie związane ze sobą, że nie powinny istnieć oddzielnie. Fantastyczny duet Christine i Eryka. Dziewczyna zostaje zaproszona do tajemniczego, nocnego świata Upiora. Oczarowana baśniowym, choć nieco mrocznym otoczeniem podziemia Opery Garnier; skalnymi grotami, wodami podziemnego jeziora, monumentalnymi posągami podtrzymującymi sklepienie, maszkaronami i światłami kandelabrów, ale przede wszystkim oczarowana głosem i piękną muzyką Eryka ulega fascynacji jego osobą. Kiedy Upiór uwodzi śpiewem Christine sama mam miękkie w kolanach nogi i czuję się uwiedziona, podobnie, kiedy na zakończenie sceny mówi swym seksownym głosem (Gerarda Butlera) Come, we must return, ... they mising you. Erotyzm aż iskrzy w powietrzu. Zresztą oboje śpiewają jak anioły, a ich śpiew sprawia, że trudno wysiedzieć na krześle, chciałoby się unieść w przestworza. 

Szalenie wzruszająca jest pieśń Wishing You Were Somehow Here. W filmie towarzyszy jej scena, podczas której bohaterka idzie przez zaśnieżone alejki cmentarza i śpiewa pieśń do swego zmarłego ojca (do niego, dla niego, aby się rozliczyć z bólem, tęsknotą). Idzie, śnieg sypie, ona pięknie śpiewa, a wokół nagrobki, posągi aniołów, dwa ogromne górujące nad całą nekropolią posągi zakonników i grobowiec ojca. Dla mnie to jedna z piękniejszych scen filmowej wersji mojego muzycznego opętania. Piosenka też jest bardzo piękna i wzruszająca. Mam wrażenie, że ta piosenka wyraża to wszystko, co siedzi też we mnie; ból, tęsknotę i żal za dwoma najbliższymi mi osobami, które są już po drugiej stronie. Strata, której doznajemy pozostaje w nas już do końca, niezależnie od tego, czy miała miejsce kilka, czy też kilkadziesiąt lat temu. I choć z czasem boli mniej, to jednak boli i wciąż pamiętamy. 
Pieśń ta jest przepięknie wykonywana przez wszystkie wokalistki, jakie miałam okazję słuchać w tym niełatwym wokalnie utworze.
No i zwalający z nóg The Point of No Return, czyli Stąd odwrotu nie ma już. Jest to utwór szalenie energetyczny, w rytmie passo double, nasycony erotyką. Głos Eryka dosłownie uwodzi Christine, która nie potrafi mu się oprzeć. I sami już nie wiemy, czy chcemy, aby mu uległa, czy raczej, aby dochowała wierności dobremu, szlachetnemu (nudnemu) Raulowi.

Nie potrafię zliczyć, w ilu wykonaniach słyszałam te pieśni. Podobały mi się we wszystkich wykonaniach. Każde było inne, ale każde ciekawe. Podobały mi się w filmowej wersji w reż. Joela Schumachera. Młodziutka Emmy (podczas kręcenia zdjęć próbnych niespełna szesnastoletnia) ma bardzo piękny głos. O jej wykonaniu pieśni na cmentarzu już pisałam. Ilekroć jestem na Powązkach lub na innym starym cmentarzu mam ją przed oczami, a ile razy oglądam film, czy jestem w Romie na widowni oczyma wyobraźni przenoszę się w fikcyjny świat musicalu i moim spacerom towarzyszy duch upiora i słyszę ich duet pośród płyt nagrobków. A chrapliwy, rokowy głos Butlera po prostu zniewala.
Oczywiście najbardziej niesamowite wrażenie robi Sarah Brightman jako Christine. To ona grała tę postać podczas pierwszych przedstawień Upiora w Londynie. Z oczywistych względów nie miałam okazji jej wtedy posłuchać. Teraz kiedy słucham na Yoytube jej wykonania sprzed ponad dwudziestu lat jestem pod wrażeniem. Natomiast jej wykonanie tytułowej pieśni w duecie z Chrisem Thompsonem w Wiedeńskiej Katedrze Św. Stefana podczas koncertu Symphony Live in Vienna jest niepowtarzalne.
Co do filmu podoba mi się także scenografia baśniowego, gotyckiego romansu. Oczywiście słyszałam też głosy mówiące, że film jest przesłodzony, kiczowaty. Może i mają rację, ci którzy tak twierdzą, ale mnie się taki właśnie podoba.
Jak napisałam najważniejsza jest muzyka.

W 2008 r. odbyła się premiera Upiora w Polsce w Warszawskim Teatrze Roma.
Przy okazji któregoś z służbowych wyjazdów do stolicy udało mi się zdobyć bilet i obejrzeć spektakl po raz pierwszy. Były to najbardziej niekomfortowe warunki odbioru i jedno z najbardziej ekscytujących przeżyć. Niewygodne siedzenie (miejsce na dostawce-brak oparcia pod plecami), torba podróżna pod krzesłem i wymięte odzienie po całym dniu siedzenia na szkoleniu. 
Przeciwwagą dla tego wszystkiego była cudowna muzyka, fantastyczne wykonanie, przepiękna scenografia i zachwyt młodzieży. Wokół mnie siedziało kilkoro młodych ludzi, pasjonatów musicali w ogóle, a tego w szczególności. Ich entuzjazm i radość były zaraźliwe. Po chwili i ja zapomniałam o zmęczeniu, niewygodnym krzesełku, bolących plecach, za chwilę byłam Upiorem, Christine i Raoulem jednocześnie. Kiedy słyszę tak cudowną muzykę to przenika ona mnie na wskroś, czuję ją każdym włóknem mojego ciała. To naprawdę jest ekstatyczne doznanie. Kiedy jestem w teatrze (czyt. TM Roma w Warszawie), to właściwie jestem w innym stanie świadomości. Jakby powiedziała moja koleżanka Madzia to jest kosmos, totalny odlot i jakbym była na haju.
Byłam na Upiorze cztery razy. Tylko cztery i bardzo żałuję, że spektakl zszedł już z afisza. Kiedy wysłuchałam po raz ostatni dwóch utworów z przedstawienia podczas spektaklu "Najlepsze z Romy" wciąż czułam tamte emocje, które towarzyszyły naszemu pierwszemu spotkaniu.
Bo to co kochamy się przecież nie starzeje, nie powszednieje i nie blaknie. Niektórzy mówią, że szkoda życia na powtórne czytanie książek, powtórne oglądanie przedstawień. Ja uważam, że jeśli książka nie jest warta tego, aby do niej powrócić, nie była ona warta tego aby ją przeczytać (inną kwestią jest to, że gdybyśmy chcieli wracać do wszystkich przeczytanych książek, zabrakłoby go nam na czytanie nowych). To samo dotyczy spektakli, czy wycieczek. Życie jest za krótkie na byle jakie doznania, na letnie przeżycia, na zaledwie ładne miejsca.
W Romie najczęściej słuchałam duetu Damian Aleksander i Paulina Janczak i uważam, że byli świetni. Choć wizualnie Damian nie bardzo pasuje do roli uwodzicielskiego Eryka to wokalnie jest jednym z najlepszych Eryków-upiorów. 

8 komentarzy:

  1. Jak Ty rozciągasz to życie? Książki, podróże, musicale... Ja nie daję rady, nie "zdanżam".:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dobre pytanie zadała Książkowiec? ;) Podziwiam, pozdrawiam gorąco :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Podróżuję podczas urlopu, do muzycznego jeżdżę na weekendy, ewentualnie przy okazji wyjazdów służbowych, a czytam, jak my wszyscy w drodze do i z pracy, wieczorami, weekendami. W domu nie ma dzieci- tej słodkiej,ale jakże absorbującej radości :)- może dzięki temu mam tego czasu troszkę więcej.

    OdpowiedzUsuń
  4. Witam, trafiłam na tego bloga przypadkiem i już widzę, że będę tu stałą czytelniczką. Znalazłam wręcz inspirację do życia :)
    Dziękuję.
    Wczoraj byłam na Upiorze w OiFP nadal jestem w transie i oby trwał jak najdłużej <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem ten stan doskonale i zapraszam do odwiedzin (w zakładce u góry strony znajdują się wpisy musicalowo-koncertowo-teatralne). A gdzie grają tak pięknie Phantom of the Opera?

      Usuń
  5. Tak, dziękuję już większość z nich prześledziłam :)
    Obecnie w Białymstoku w Operze i Filharmonii Podlaskiej. Wystawiany jest przez aktorów Teatru Roma ;]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano rzeczywiście, oglądałam niemal całą obsadę w Romie, ale jestem ciekawa mojego ulubieńca Łukasza Dziedzica, który w Romie nie występował w Upiorze. Bardzo bym się chciała wybrać do Białegostoku, niestety naprawdę bliżej mi do Paryża, czy Londynu (ok. 2-3 godzin lot) niż do Białegostoku (jakieś 9-10 godzin w pociągu). I nawet pendolino chyba nic nie zmieni, bo nie słyszałam o połączeniu północy ze wschodem, ale miło słyszeć, że przedstawienie udane. Jak możesz to korzystaj póki czas, aby potem nie żałować.

      Usuń
    2. No niestety dojazd do nas i od nas jest monotonny :(
      Ja na szczęście kocham pociągi i póki czas mi pozwala to podróżuje.
      Nie miałam okazji zobaczyć Łukasza, gdyż akurat w upiora wcielał się Damian z czego ja osobiście jestem bardzo zadowolona ;)
      Pozdrawiam i z pewnością będę korzystać :)

      Usuń

Jestem bardzo rada z każdego komentarza, ale nie będę tolerować komentarzy agresywnych, wulgarnych, czy obrażających moich gości (innych komentatorów).