Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życzenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życzenia. Pokaż wszystkie posty

środa, 24 grudnia 2025

Radujmy się kto chce i może

Szopka Krakowska Walenty Malik 1923 r. 
Zdrowych, spokojnych i dobrych Świąt wszystkim czytelnikom i przypadkowym gościom życzę, 
aby spełniły się wasze życzenia
i żeby każdy świętował tak jak lubi i chce

Dziękuję jeszcze raz tutaj za wszystkie świąteczne kartki, których w tym roku wyjątkowo dużo dostałam. 

Nie oczekuję komentarzy i życzeń zwrotnych, bo tyle już ich od Was otrzymałam, że niechby się spełniła choć cząstka mała już byłabym szczęśliwa  :)



 

sobota, 30 marca 2024

Coś na kształt życzeń


Gdy dokoła mam przyjaciół grono
A na stole chleb i wina dzban
Widzę pytań sens, które we mnie płoną
I na najtrudniejsze z nich odpowiedź znam.
Dusza moja w Panu się weseli
Sławię apostolskie służby me
A w jesieni lat pilnie w Ewangelii
Spiszę je, bym nie wszystek umarł, nie!
Ten fragment utworu z musicalu Jezus Christ Super Star towarzyszący scenie ostatniej wierzy Chrystusa z uczniami. 
Miałam w tym roku ogromną przyjemność ujrzenia na własne oczy dzieła Leonarda da Vinci w Refektarzu Bazyliki Santa Maria delle Grazie w Mediolanie. Mogłam je zobaczyć, chwilę przed nim posiedzieć i nawet porobić zdjęcia. Ich jakość, jest jaka jest, ale też fresk pamiętajmy jest mocno nadszarpnięty zębem czasu. Nie mniej wygląda na żywo lepiej, niż się spodziewałam, czy raczej obawiałam. Prace konserwatorskie czynią co mogą, aby zachować dla potomności dzieło. 
Ostatniej Wieczerzy chciałabym poświęcić osobny wpis. Dziś ma ona posłużyć mi za ilustrację świątecznych życzeń. Nie Chrystus na krzyżu, nie Zmartwychwstały, a jeszcze żywy, bardziej ludzki niż boski,  w otoczeniu apostołów. 

Zdrowych, pogodnych i pełnych życzliwości dla bliższych i dalszych Świąt i poświątecznych dni


niedziela, 24 grudnia 2023

Życzenia świąteczno-noworoczne

 

Madonna z dzieciątkiem w lesie (Adoracja) Filippo Lippi (w Palazzo Medici)
Kolejny rok blogowania, kolejne życzenia. Zastanawiam się czego życzyć osobom, które są stałymi gośćmi i które tu zajrzą przypadkiem. Powtarzalność życzeń sprawia, iż stają się banalne, ale trudno silić się na oryginalność, gdy idzie o tak ważne sprawy dla każdego człowieka jak pokój, poczucie bezpieczeństwa, zdrowie, spełnienie. Zatem życzę właśnie tego i jeszcze ludzi życzliwych wokół nas i uśmiechu na twarzy. A sobie, aby kolejny rok był tak dobry, jak ten który mija.

sobota, 8 kwietnia 2023

Złożenie do grobu Rafael Santi (o zbrodniarzu na obrazie i złodzieju na tronie) z wielkanocnymi życzeniami


Złożenie do grobu to jeden z moich ulubionych obrazów o tematyce związanej z Wielkanocą. Patrząc nań trudno domyśleć się, jak zbrodniczą była historia która przyczyniła się do jego powstania.

Rafael Santi namalował Złożenie do grobu, jako obraz ołtarzowy do kaplicy rodowej na zamówienie Atalanty Baglioni. Ród Baglioni sprawował władzę w Perugii. Odsunięty od rządów syn Atalanty Grifonetto dokonał okrutnej rzezi na większości członków rodu. Uciekając przed zemstą cudownie ocalałych kuzynów próbował szukać schronienia u matki. Ta jednak wstrząśnięta bezmiarem jego zbrodni odmówiła mu pomocy. Przybyła dopiero wówczas, gdy śmiertelnie ranny konał. Przybyła wysłuchać jego ostatnich słów.

Wstrząśnięta zbrodniczym czynem, ale i zbolała po stracie syna matka złożyła u największego wówczas mistrza sztuki malarskiej Rafaela Santi zamówienie na obraz przedstawiający Złożenie do grobu. Tylko taki temat ukazujący rozpacz matki po śmierci syna mógł ukoić jej ból.


Jedną z postaci na obrazie jest Grifonetto. Został przedstawiony pośrodku obrazu, jako atletyczny młodzieniec w czerwonej koszuli z podwiniętymi rękawami, jak dźwiga ciało martwego Chrystusa. Na obrazie jest żywy i opłakuje Chrystusa, a jednocześnie w podtekście to on jest tym umarłym, którego opłakuje matka.


Trzy postacie przykuwają wzrok na obrazie. Grifonetto, martwy Chrystus z ciałem niczym wyrzeźbiona antyczna rzeźba i Matka Boska zemdlała, pełna bólu i rozpaczy. W domyśle to Atalanta, która straciła syna. Obraz jest przejmujący, pełen cierpienia, a jednocześnie jest w typowo Rafaelowskiej tonacji barw, niezwykle żywy i wyrazisty, choć przedstawia śmierć. Pocieszeniem dla cierpiących ma być wiara w zmartwychwstanie. Ale czy Grifonetto może na nie liczyć, czy wyraził skruchę w godzinie śmierci.

Tematyka obrazu jest dramatyczna, a jednocześnie jak mawia moja koleżanka, Rafael nawet obrazy o wymiarze ostatecznym maluje tak, że one nie są przygnębiające, a mają w sobie jakąś nadzieję i wydźwięk optymistyczny.

Obraz powstał w 1507 roku.

Detal (moją uwagę przykuło obuwie niosących)
Kiedy papież Paweł V z rodu Borghese przybył do Perugii sto lat później nakazał swoim ludziom wykradzenie z kaplicy rodowej Baglionich Złożenia do grobu. Spośród zbrodni popełnianych przez następców Św. Piotra ta nie była największą. Patrząc na płótno musiałam przyznać, iż nie trudno dziwić się pokusie posiadania rzeczy tak wielkiej urody przez człowieka (który sprawował nieograniczoną władzę na ziemi i miał wyrobiony smak artystyczny).


Złożenie do grobu trafiło do kolekcji papieskiego bratanka kardynała Scypiona Borghese. Dziś znajduje się w Galerii Borghese będącej jedną z najwspanialszych galerii sztuki w Rzymie. Znana jest głównie z licznej kolekcji rzeźb Gianlorenco Berniniego, którego kardynał był mecenasem. Dla świątyni San Francesco al Prato wykonana została kopia, której twórcami byli Cavaliere d`Arpino we współpracy z Giovanim Lanfranca. 
Jeśli nie temat, nie historia, nie bohaterowie sceny, to połączenie barw: błękit, żółcień, czerwień oraz odcienie zieleni i brązu już one same przykuwają wzrok. 

Zdrowych, pogodnych i spokojnych Świąt

wtorek, 22 grudnia 2020

Świąteczne wspomnienia - pomysł zapożyczony z pracy

Cztery lata temu panowie dają swój wkład w Wigilię
W związku z epidemią po raz pierwszy nie mogliśmy zorganizować Wigilii w pracy. Szef wymyślił (choć twierdzi, że zapożyczył pomysł, co nie zmienia faktu, że ten doskonale się sprawdził), aby każdy z nas w kolejnym przedświątecznym dniu dzielił się z pozostałymi życzeniami,  wspominkami, zdjęciami, przepisami, filmikami, czy co tam, komu przyjdzie do głowy.  Pomysłowość i inwencja koleżeństwa zadziwiała z każdym kolejnym życzeniem. Były ciekawe relacje z rodzinnych świąt, były rymowane życzenia dla każdego inne, zdjęcia własnoręcznie zrobionych prezentów, a nawet życzenia w power point. W ten sposób każdego dnia witała i do jutra będzie witać nas miła niespodzianka. Relacje budziły wspomnienia i pozwalały na mały oddech od codzienności i robiło się tak jakoś jaśniej i radośniej. Nie każdy ma odwagę dzielić się swoim intymnym światem, ale jak już się zdecyduje to okazuje się, że wiele nas łączy, o wiele więcej niż dotąd nam się wydawało. 

Wykorzystując pomysł podzielę się moimi wspominkami i refleksjami (którymi nie podzieliłam się z moimi koleżankami i kolegami). 

I znowu nie udało się zobaczyć Mikołaja

Moje najwcześniejsze wspomnienia świąteczne są zapewne podobne do wspomnień moich rówieśników. Przypadają na przełom lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. 

Zaczynało się od sprzątania mieszkania, można by powiedzieć od piwnic, aż po strych, gdyby nie fakt, że mieszkanie liczyło trzydzieści parę metrów. Mama sprzątała każdy zakamarek, każdą półeczkę i każdą szufladkę wykładała papierem, drewniane podłogi pastowała, a my z tatą froterowaliśmy je ślizgając się na miękkich szmatach, aby parkiet nabrał połysku, mama myła okna i przecierała je gazetami, firany i pościel prało się w blokowej pralni usytuowanej na strychu obok suszarni, w ogromnym kotle, pod którym palił się ogień, a gospodynie mieszały w tym kotle drewnianym kijem, tak jakby gotowały zupę. Potem te firany rozwieszało na drewnianych ramach mocując je na przypiętych do ram gwoździków. Wysuszoną pościel ściągało się ze sznura i trzeba było ją przełamywać na pół, taka była sztywna od krochmalu. Mama zabierała mnie ze sobą, aby od razu pościel powyciągać każda za przeciwległy rożek. Potem była obowiązkowa wizyta w maglu, gdzie było gorąco i parno i panował specyficzny zapach czystości. Ręczniki wyżymało się przez maglownicę będącą częścią wyposażenia pralki Frania. 

Kiedy już porządki zostały zrobione, mama zabierała się za przygotowanie pożywienia, w całym domu rozchodziły się zapachy pieczonych ciast; tradycyjnie piekło się makową struclę, do dziś żadna nie smakowała mi tak, jak ta mamina, sernik (także wyśmienity, najlepiej z czerwoną galaretką pod którą tworzył się barwny wilgotny nalot i fajnie zeskrobywało się go łyżeczką) no i piernik (ten jadłam, kiedy skończyły się pozostałe ciasta). 

Pomiędzy sprzątaniem i pieczeniem mama chodziła po zakupy, co zabierało o wiele więcej czasu niż dzisiaj, bowiem trzeba się było mocno nachodzić, aby dostać na przykład szynkę (która wówczas smakowała chyba inaczej niż dziś, bowiem jadało się ją kilka razy w trakcie roku, więc miała posmak świąt), baleron (z cudowną warstwą tłuszczyku), polędwicę. Potem któreś z rodziców przynosiło żywego karpia, który przez jakiś czas okupował wannę. Uwielbiałam się kąpać, więc nie mogłam się doczekać, kiedy intruz powędruje do kuchni.  Choć oczywiście lubiłam patrzeć na pływającą rybę, podkarmiałam ją chlebem i zatykałam uszy, kiedy tata szedł dokonać egzekucji. Jako dorosła osoba nigdy nie kupiłam żywego karpia. 

Ze świętami lat dzieciństwa wiążą się nieodłącznie pomarańcze, które rzucano wtedy do sklepów niemal wyłącznie z okazji świąt. Mieszkając w Gdańsku mieliśmy o tyle dobrze, że to od Gdyni, do której przypływały statki z owocami zaczynała się ich dalsze podróż. Pomarańcze były na tyle atrakcyjne, że dodawało się je do świątecznych podarunków. Pachniały obłędnie, dziś, albo straciłam węch (i powinnam zrobić sobie test), albo one wcale nie mają zapachu. Najpopularniejszy zestaw upominkowy to paczka (duży foliowy worek przewiązany kolorową wstążeczką) zawierająca czekoladę, ciasteczka, cukierki, pomarańcze lub mandarynki i orzechy włoskie w łupince. Do tego przewiązany wstążeczką w kolorowym papierze z choinką lub bałwankiem jakiś drobiazg i pełnia szczęścia. Można było usiąść pod choinką i podjadając słodycze i mandarynki delektować się misiem, lalką lub książką. Kiedyś dostałam długi czerwono - szary długopis. Ponieważ od dziecka lubiłam pisać (wynotowywałam w notesikach  różne informacje z książek, pisałam opowiadanka, prowadziłam dzienniki) długopis bardzo mnie ucieszył. Podobnie cieszyły mnie wszelkie notesiki, czy zeszyty, niezapisane strony były obietnicą przyszłych treści, aż oczy mi się świeciły na taki podarek. Do dziś, mimo, że rzadko korzystam z notesów innych niż komputerowe, niezapisane kartki to dla mnie piękny widok. Zapisane też (o ile nie są to przepisy ustaw lub rozporządzeń)

Choinkę stroiliśmy zawsze w wigilię rano, ja z tatą; najpierw tata oplątywał sznurem lampek (nigdy nie mieliśmy świeczek, chyba z obawy przez zapaleniem), potem ja wieszałam na niższych gałązkach bombki, w tym ulubione w kształcie sopli lodu, orzechy włoskie owinięte w sreberko od czekolady (te sreberka były zbierane przez cały rok) oraz we własnoręcznie klejone łańcuchy z kolorowego papieru, tata robił to samo tyle, że wyżej, a mama przychodziła, aby razem z nami porzucać kępki waty, które miały imitować śnieg, oraz dać ostatni szlif w postaci anielskiego włosa.  

Biały wykrochmalony obrus (żakardowy), świąteczny serwis i sztućce i

wigilijna wieczerza w hotelowym pokoju
wyczekiwanie pierwszej gwiazdki. Symboliczne, bowiem kolacja bywała u nas długo po pierwszej gwiazdce. Mama perfekcjonistka robiła niemal wszystko sama, więc siadaliśmy do wieczerzy około dziewiętnastej. Rodzicie odświętnie ubrani, tata zapalał świece i częstował opłatkiem składając życzenia, zawsze dziękował mamie za piękne przygotowanie świąt. Może gdyby choć trochę jej pomógł w tych przygotowaniach nie byłaby tak zmęczona. Ale wówczas tego nie zauważałam, a tata zawsze był moim ukochanym tatusiem. Po kolacji razem z tatą szliśmy poszukać Świętego Mikołaja. Mieszkając na ósmym piętrze, wsiadaliśmy do windy i zjeżdżaliśmy na parter. Wychodziliśmy przed blok i rozglądaliśmy się zawiedzeni, że chyba w tym roku nie przybył. Potem w mieszkaniu państwa D. słyszeliśmy radosne rozmowy i tata stwierdzał, że widocznie minęliśmy się. Skoro u państwa D. tak wesoło, to Mikołaj musiał już tam być. Kolejnego roku schodziliśmy schodami i jak się można domyślić, znowu Mikołaja nie spotykaliśmy. Zawsze z niedowierzaniem wracałam do domu, gdzie mama witała nas od progu z wymówką, po co wychodziliście, ON już TU był i zobaczcie co zostawił pod choinką.  Nie wiem, jak to możliwe, że dawałam się nabrać przez tyle lat. A może chciałam w to wierzyć. 

Kiedy moi siostrzeńcy byli mali to mnie przypadło w udziale zabieranie ich na przechadzkę w poszukiwaniu Świętego. Dziś mają prawie szesnaście lat i sami wychodzą chętnie z pokoju na poszukiwanie Mikołaja, a kiedy wracają niosą ze sobą paczki z prezentami dla pozostałych domowników, tłumacząc nam, że spotkali go po drodze.

Kolejnym obrzędem było rozpakowywanie prezentów. Mistrzem ceremonii był tata, który potrafił się cieszyć jak dziecko z każdego prezentu, czy był to sweter, czy książka (zamiłowanie do książek mam po tacie), czy przysłowiowe skarpetki (choć nie pamiętam, aby kiedyś je dostał). 

Świąteczny spacer

Co więcej tata cieszył się też z prezentów, które dostawali pozostali domownicy. A jego radość była zaraźliwa. I nawet, jeśli prezent nie był tym wymarzonym (choć wydaje mi się, że wówczas mieliśmy bardzo skromne marzenia) to byliśmy przekonani że nic lepszego nie mogło się nam trafić.

Po sprzątnięciu ze stołu i po wizycie Mikołaja, mama robiła kawę, kroiła ciasto i wówczas i ona mogła już odpocząć. Wtedy śpiewaliśmy kolędy i cieszyliśmy się swoim towarzystwem. W pierwszy dzień świąt szliśmy do kościoła na mszę, podczas której największą atrakcją było oglądanie Bożonarodzeniowej szopki. Te święta kiedy byliśmy z mamą, tatą, a potem i siostrą wspominam najmilej. 

Kiedy dorosłam święta nie miały już dla mnie takiego uroku, pisałam o tym kilkakrotnie na blogu (choćby tu) więc nie będę się powtarzać. Jednak za każdym razem żywię nadzieję, że w tym roku będzie jak w baśni, wszyscy zasiądą do stołu uśmiechnięci, nikt się z nikim nie pokłóci, nikt na nikogo nie będzie obrażony, gospodyni nie będzie padała ze zmęczenia, polityka u nas nie zagości, wirusy nie będą miały dostępu, czas będzie płynął wolno a my będziemy myśleć trwaj chwilo - jesteś piękna. 

Ostatnio usłyszałam takie życzenia (fragment piosenki), które bardzo mi się spodobały.

Życzmy sobie, abyśmy byli blisko, nawet kiedy jesteśmy daleko. Ja dodałabym, życzmy sobie, abyśmy będąc blisko nie byli od siebie oddaleni. 

Niestety zdjęcia z tamtych lat przechowały się jedynie w mej pamięci, więc wpis ozdobiony teraźniejszymi miłymi wspomnieniami (rodzinnej Wigilii oraz wigilijnego wypadu świątecznego).

sobota, 24 grudnia 2016

Wigilia w wymarzonym domku Ani (a nawet dwóch)

Początkowo Ania i Gilbert myśleli o tym, aby pojechać na Boże Narodzenie do Avonlea, ale po namyśle postanowili zostać w Czterech Wiatrach.
-Pierwsze Boże Narodzenie w naszym wspólnym życiu chciałabym spędzić w Czterech Wiatrach-zapowiedziała uroczyście Ania. 
W rezultacie Maryla, pani Małgorzata Linde i para bliźniąt zjechali na Boże Narodzenie do małego domku. Maryla miała taką minę, jak gdyby objechała cały glob. Nigdy przedtem nie oddalała się ponad sześćdziesiąt mil, a Wigilii nigdy nie spędzała poza Zielonym Wzgórzem. Pani Małgorzata przywiozła sporządzony własnoręcznie olbrzymi pudding. Nikt nie był w stanie jej przekonać, że absolwentka wyższej szkoły, należąca do młodszej generacji, mogłaby upiec należycie świąteczny pudding. Jednocześnie jednak pochwaliła domek Ani.
-Ania jest dobrą gospodynią- powiedziała do Maryli w gościnnym pokoju w wieczór ich przyjazdu. Wszędzie zaglądałam- i do komórki, i do spiżarki, i do szuflad. Po tym, jaki tam panuje porządek, wydaję moje zdanie o gospodyni. W spiżarce nie znalazłam suchych kromek chleba, a w komórce - nic takiego, co by się nadawało do wyrzucenia. To prawda, żeś ty ją nauczyła porządku, ale nie trzeba zapominać, że potem pojechała do szkoły. Poza tym na łóżku widzę moją kapę w tabaczkowe pasy, a przed kominkiem twój dywanik domowej roboty, to mi zupełnie przypomina dom. 
Pierwsze Boże Narodzenie w Wymarzonym Domku wypadło tak wspaniale i przyjemnie, jak tylko można było sobie życzyć. Wieczór był piękny i jasny. Pierwszy śnieg spadł w Wigilię i pokrył cudownym, białym kobiercem pola i wzgórza. Przystań jednak nie zamarzła i migotała w promieniach słońca.

Tym fragmentem z Wymarzonego Domku Ani L.M. Montgomery mam nadzieję udało mi się wpisać w świąteczny nastrój. Życzę wszystkich zaglądającym 

pogodnych, spokojnych i miłych świąt (może bez gości zaglądających do szuflad i komórek) i znalezienia pod choinką tego, czego ostatnio tak bardzo nam brakuje; czasu i poczucia bezpieczeństwa

A sama biegnę do wymarzonego domku innej Ani i jej bliźniaków, aby razem z nimi i jeszcze paroma osobami spędzić miłe chwile.

sobota, 26 marca 2016

Coś na kształt życzeń

Co roku mam ten sam problem i co roku posiłkuję się słowami mądrzejszych ode mnie. W tym roku szukałam wyjątkowo długo słów, które oddałyby to co czuję a jednocześnie miały w sobie poza mądrością także ducha pokory, aby poskromić w sobie złość, bunt, bezsilność i przerażenie. I tak trafiłam na wiersz księdza Twardowskiego, który chyba jeszcze nie jest na cenzurowanym.   

Którędy

Którędy do Ciebie
czy tylko przez oficjalną bramę
ze świętymi bez przerwy
w sztywnych kołnierzykach
niosącymi przymusowy papier z pieczątką
może od innej strony
na przełaj
trochę naokoło
od tyłu
poprzez ciekawą wszystkiego rozpacz
poprzez poczekalnie II i III klasy
z biletem w inną stronę
bez wiary tylko z dobrocią jak na gapę
przez ratunkowe przejście na wszelki wypadek
z zapasowym kluczem od samej Matki Boskiej
przez wszystkie małe furtki zielone otwierane z haczyka
przez drogę niewybraną
przez biedne pokraczne ścieżki
z każdego miejsca skąd wzywasz
nie umarłym nigdy sumieniem.

ks. Jan Twardowski

Spokojnych, Pogodnych, Radosnych 
Świąt Wielkanocnych
bez nerwów, kłótni, stresów, 
abyśmy na chwilę zapomnieli
o tym, co nas dzieli
abyśmy wybaczyli
tym co nas skrzywdzili,
abyśmy dojrzeli sens 
w bezsensie zdarzeń
abyśmy narodzili się na nowo
z wiarą, nadzieją i miłością,
abyśmy byli silni i zdrowi
jednym słowem
Alleluja

piątek, 1 stycznia 2016

Na dobry początek


Koniec jednego roku i początek drugiego to okres podsumowań i planów. Co do pierwszego ... no cóż, nie był to mój najlepszy rok. 
Wypracowane latami poczucie wewnętrznego spokoju zostało zachwiane, a dziecięca radość życia przytłumiona. Być może to pośpiech (tempo życia) i zachłanność spowodowały, iż zabrakło czasu na to, co najważniejsze. 
Mniej czasu poświęcałam aktywności blogowej, mniej na opisywanie tego, z czego czerpię energię do dalszego funkcjonowania.  Ukazało się o ponad połowę mniej wpisów niż w roku poprzednim, a zamieszczone wpisy i tak stanowiły jedną czwartą tych z pierwszego roku działania bloga. I sama nie wiem, czy to zmęczenie czy utrata chęci.
Ale, że we wszystkim można odnaleźć coś dobrego, to teraz może być tylko lepiej (wierzę w to, a wiara przecież przenosi góry).

Plany... tych nie robię od kilku lat, bowiem nigdy nie udało mi się ich zrealizować. No może poza jednym. Otóż Nowy Rok zaczynam od kilku lat noworocznym spacerem. Spacer królewskim traktem w mroźny, styczniowy poranek dodaje mi energii i pozytywnie nastraja na kolejny rok. Gdańszczanie o tej porze odsypiają sylwestrowe szaleństwa, jest cicho, spokojnie, niemal bezludnie. Ręce prawie przymarzły mi dziś do aparatu, ale buzia się uśmiechała na sam widok, tych świetnie znanych obrazków. Obrazków, które wydawały się dzisiaj bardziej moje, niż zwykle. 

Właściwie nie czynię postanowień, ale... może uda mi się zrobić wyjątek. Natrafiłam ostatnio na cytat z Gogola, który okazał się właściwy w danym momencie, co sprawiło, że chciałabym zawrzeć z nim bliższą znajomość. 
Ludzie ograniczeni, a przy tym fanatycy, stanowią plagę ludzkości. Biada państwu, w którym tacy ludzie mają władzę. Są nietolerancyjni i pozbawieni wszelkich skrupułów. Uważają, że cały świat kłamie, a tylko oni mówią prawdę.
Ponadto ponieważ w niedługim czasie planuję odwiedzić Kraków i sprawdzając repertuar teatrów zastanawiałam się, czy warto pójść na Historię filozofii po góralsku zajrzałam do cytatów ks. Józefa  Tischnera.
Re­ligia jest dla mądrych. A jak ktoś jest głupi i jak chce być głupi, nie po­winien do te­go używać re­ligii, nie po­winien re­ligią swo­jej głupo­ty zasłaniać. 
I nie mogłam się oprzeć, aby nie zacytować jeszcze jednego:
Są dwa pun­kty ot­warcia się na Bo­ga: jed­ni pot­rze­bują do te­go nieszczęścia, in­ni - prze­ciw­nie - sma­ku szczęścia. Pier­wsi szu­kają Pa­na Bo­ga, aby wy­rato­wał ich z op­resji, drudzy - aby Go sławić, wy­razić Mu wdzięczność za wspa­niałość is­tnienia. Wiel­ka teolo­gia wy­ras­ta z te­go dru­giego mo­tywu - jest teolo­gią wdzięczności. 

I tego wszystkim życzę, nie tylko na Nowy Rok, odnalezienia wspaniałości istnienia. 

niedziela, 21 grudnia 2014

Życzenia powtórzone

fragment szopki z Bazyliki Św. Piotra w Watykanie
Może życzenia należy powtarzać kilkakrotnie, aby miały moc sprawczą. Ponieważ moje wielkanocne życzenia nie uchroniły mnie od tego od czego uchronić mnie miały  raz jeszcze pokornie poproszę o ich spełnienie. 

Każdy Twój wyrok przyjmę twardy
Przed mocą Twoją się ukorzę
Ale chroń mnie, Panie, od pogardy
Przed nienawiścią strzeż mnie, Boże
  
Wszak Tyś jest niezmierzone dobro
Którego nie wyrażą słowa
Więc mnie od nienawiści obroń
I od pogardy mnie zachowaj
  
Co postanowisz, niech się ziści
Niechaj się wola Twoja stanie
Ale zbaw mnie od nienawiści
I ocal mnie od pogardy Panie...



Życzę wszystkim zaglądającym, aby w okresie nadchodzących Świąt Bożego Narodzenia spotykali tylko same życzliwe osoby.
Życzę spokojnych i pogodnych Świąt.

A ja idę dalej pakować walizkę i lecę w poszukiwaniu Mojej Krainy Łagodności.

sobota, 19 kwietnia 2014

Wielkanocne życzenia

Każdy Twój wyrok przyjmę twardy
Przed mocą Twoją się ukorzę
Ale chroń mnie, Panie, od pogardy
Przed nienawiścią strzeż mnie, Boże
 
Wszak Tyś jest niezmierzone dobro
Którego nie wyrażą słowa
Więc mnie od nienawiści obroń
I od pogardy mnie zachowaj
 
Co postanowisz, niech się ziści
Niechaj się wola Twoja stanie
Ale zbaw mnie od nienawiści
I ocal mnie od pogardy Panie...

Wspomogłam się dzisiaj słowami  utworu (źródło), który śpiewali panowie Kaczmarski, Gintrowski i Łapiński . Autor słów  Nataniel Tenenbaum
Tego (tylko tego, a może aż tego) życzę wszystkim z okazji Świąt Zmartwychwstania (i nie tylko)