Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podsumowanie roku. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podsumowanie roku. Pokaż wszystkie posty

piątek, 26 grudnia 2025

Podsumowanie roku 2025

 


Od razu uprzedzam będzie nieprzyzwoicie długi wpis. Choć skracałam go już trzy razy nadal nie chce być krócej. 
Raistag - kopuła

Podróże
O tym, że lubię podróżować nie muszę pisać. Odkrywanie nowych miejsc sprawia mi niezmierną radość. Każda podróż łączy się ze zwiedzaniem galerii malarstwa, oglądaniem cudów architektury i spacerami po obszarach zielonych; parki, skwerki, nadmorskie promenady i ścieżki biegnące wzdłuż jezior i rzek. Każda podróż też to pretekst do poszerzenia wiedzy o miejscach, do których zmierzam, ludziach je zamieszkujących, poznawania kulinarnych smaków miast i miasteczek. Podróży dalszych było w tym roku niewiele, ale udało mi się odwiedzić dwa kraje (były to Niemcy i Włochy). W lutym odwiedziłam z Asią Berlin i Drezno. Oba miasta widziałam po raz pierwszy. Berlin – nie wzbudził we mnie natychmiastowej chęci powrotu, choć nie mogę powiedzieć, aby mi się nie podobał. Być może wypad był zbyt krótki, aby poznać miasto i się z nim zaprzyjaźnić. Poza galerią malarstwa największe wrażenie na mnie zrobiła wizyta na przeszklonej kopule Raistagu. Inaczej było w Dreźnie, które sprawiało wrażenie miejsca bardziej kameralnego i bardziej mi odpowiadającego jeśli idzie o architekturę.
Drezno dziedziniec Stalhofu

Podróż odbyłyśmy koleją, chcąc wypróbować inny od lotniczego sposób pokonywania większych odległości (zwłaszcza wskazany dla osób obawiających się podróży lotniczych). Aby uniknąć zbyt długiej podróży powrót z Drezna do Gdańska podzieliłyśmy na dwa etapy z przerwą na nocleg w Poznaniu. Kolejna wyprawa do Włoch miała miejsce na przełomie marca i kwietnia. Termin został wybrany tak, aby jeszcze nie było zbyt dużo turystów, a już zaczynało robić się wiosennie. A ponieważ głównym celem podróży było „zdobycie” Mont Blanc liczyłam na dobrą widoczność na górze i przyzwoitą temperaturę. Pierwszy etap podróży obejmował Mediolan, w którym po zeszłorocznej wizycie czułam niedosyt. Poza Ostatnią wieczerzą był tylko spacer wokół katedry, ale to wyglądało trochę jak na zorganizowanej wycieczce (zbyt krótko i pobieżnie, być pod katedrą i nie wejść do środka to dla mnie jakbym w ogóle tam nie była). Oczywiście Ostatnia Wieczerza już sama w sobie jest wystarczającym powodem, aby odwiedzić Mediolan, kto wie, czy nie najważniejszym, ale żeby wyrobić sobie zdanie o mieście dobrze byłoby poznać je nieco lepiej, choćby powierzchownie. No to poznałam troszeczkę podczas trzech dni pobytu. 
Pierro della Francesca w Pinakotece

I napiszę tak, jest tam wiele ciekawych miejsc do obejrzenia, ale miasto jako całość (podobnie jak Berlin) nie skradło mojego serca. Myślę, że wrócę, bo nie udało się obejrzeć Piety Michała Anioła w Zamku Sforzów (tegorocznego celu wizyty w M. poza Pinakoteką). Okazało się, że w dniach mojego pobytu w Mediolanie Pieta akurat była niedostępna do oglądania. Kolejnym etapem była Dolina Aosty, z punktem noclegowym u rodziny w Saint Vincent. I tu po raz kolejny delektowałam się urokami malutkiego miasteczka w Alpach z widokiem na Mont Blanc. Co więcej udało się nam wjechać na punkt widokowy i to przy wyśmienitej słonecznej pogodzie, pięknej z doskonałą widocznością. Ubrana na cebulkę (na szczycie miało być grubo poniżej zera) podczas zjazdu na pierwszy poziom rozbierałam się z kolejnych warstw odzieży, aby do samochodu wsiadać już ubraną wiosennie. 
Monte Bianco

 Przy okazji pobytu u wujostwa odwiedziłyśmy Aostę oraz Castello Issogne (pięknie ozdobiony freskami średniowieczny zamek). Ostatnia w tym roku dalsza podróż (a zarazem pierwsza w przyszłym roku) dopiero przede mną. I będą to znowu Włochy, gdzie poza doskonale mi znanymi Rzymem i Florencją odwiedzę po raz pierwszy Arezzo. Jak wielokrotnie wspominałam coraz bardziej podobają mi się mniejsze miejscowości, gdzie nie jest tak tłoczno, jak w dużych metropoliach. Te duże miasta będę odwiedzać nadal głównie z powodu niezwykle bogatych galerii malarskich, ale te małe są dla nich dobrą alternatywą na krótki wypoczynek. 
Podróży bliższych było nieco więcej i podczas kilku z nich miałam przemiłe towarzystwo. Rok zaczęłam od styczniowej wyprawy do Warszawy. Pojechałyśmy z Beatą, a naszym celem nie była Warszawa, jako taka, a raczej Konstancin i tamtejsza galeria z wystawą Mojżesza Kislinga. Villa La Fleur była w tym roku odwiedzona przeze mnie trzykrotnie 😊 co wywołuje ogromny uśmiech na twarzy, bo zawsze sprawiają mi te odwiedziny wielką radość. Obcowanie ze sztuką tego rodzaju to dla mnie przyjemność, miło jest oglądać rzeczy piękne. 
Boticelli MNW

Oczywiście będąc w Warszawie zawsze wykorzystuję okazję do odwiedzenia zarówno tamtejszych galerii jak i teatrów. W lutym byłam już sama w Krakowie, mieście, które muszę odwiedzić przynajmniej raz w roku. Oczywiście Kraków via Warszawa, aby skrócić długą podróż i zahaczyć w stolicy o teatr. W Krakowie było bardzo mroźno i tłoczno, bo to okres szkolnych ferii, o czym zapomniałam. Nie przeszkadzało to jednak w przyjemnym spędzeniu czasu o poranku na Wawelu, wieczorami w teatrze, a w ciągu dnia w Muzeum Witraży, na Kazimierzu czy Muzeum Wyspiańskiego. 

Najczęściej odwiedzanym przeze mnie miastem jest Warszawa, która zaczyna mnie męczyć swą wielkomiejskością, zatłoczoną komunikacją, korkami na drogach i brakiem miejsc w kawiarniach. Czy uwierzycie, że podczas ostatniej wizyty w środku tygodnia o godzinie 13 w dwóch kawiarniach nie znalazłam ani jednego wolnego stoliczka, na szczęście znalazłam go w trzeciej, której specjalnością był serniczek baskijski, co osłodziło mi wcześniejsze rozczarowanie.
Krakowski Kazimierz

Warszawa ma jednak zalety, po pierwsze jest najbliżej położonym od Gdańska miasta, które oferuje aż tyle atrakcji kulturalnych, jest miastem wypadowym do odwiedzin Konstancina-Jeziornej (z jego galerią sztuki) i często bywa etapem w dłuższej podróży. Trzeci już pobyt w Warszawie w maju był ponownie miejscem wypadowym dla odwiedzin Konstancina. Tym razem byłyśmy z Magdą, którą zachwycił musical Wicked w Romie i ponowna wizyta w Konstancinie. 
Gmach BUW z ogrodami na dachu Warszawa


Miałyśmy szczęście, bo spora część obrazów Kislinga była nadal prezentowana, a dodatkowo na zachętę do kolejnych odwiedzin sporo było dzieł Bolesława Biegasa. W moim przypadku zachęta zadziałała. Miałam już sobie zrobić przerwę w odwiedzaniu konstancińskiej galerii, ale słysząc o kolejnej wystawie nie umiałam się powstrzymać (byłam na niej w grudniu). Oczywiście, jak to my nie mogłyśmy sobie odmówić ponownej wizyty w Muzeum Narodowym. Magda obejrzała zbiory sztuki średniowiecznej, a ja poszłam oglądać zbiory europejskie (z Botticellim na czele) i przepiękne płytki z Limogenes, zajrzałam też do zbiorów malarzy młodopolskich. Magda towarzyszyła mi także w podróży do Wrocławia w czerwcu. Tam spotkałyśmy się z Bee i ardiolą. Było to przemiłe spotkanie czterech blogerek. Fajnie spotkać osoby, które mają podobne zainteresowania (poza pisaniem wszystkie lubimy kulturę i sztukę). Poza tym miałam możliwość pokazania Magdzie „mojego” Wrocławia. Byłam tu po raz kolejny i po raz kolejny pokazywałam go innym (teraz ja, jak kiedyś Bee- robiłam za przewodniczkę). Oczywiście Wrocław ma wiele atrakcji, ale zgadzam się z moją mamą chrzestną, że najbardziej odpowiada mi jego ciekawa architektura i to, że ma tak dużo miejsc zielonych (od pierwszych wizyt za każdym razem odwiedzam Ogród botaniczny i Park Szczytnicki z Ogródkiem Japońskim). Ponieważ byłam z Magdą, która sztukę malarską kocha jak ja mogłyśmy sobie pozwolić na kolejną wizytę w Muzeum Narodowym. 
Ostrów Tumski Wrocław

W czasie kiedy Magda zwiedzała Panoramę Racławicką (na której ja byłam już dwukrotnie) odwiedziłam Muzeum Arcykatedralne, aby obejrzeć oryginał Madonny pod jodłami Cranacha. Okazało się jednak, że Muzeum w tym czasie wystawiało kopię obrazu (z sobie znanych powodów). Moje rozczarowanie było spore. Lipiec i sierpień to okres wakacji od podróży - za ciepło i za tłoczno dla mnie, pozostawiam ten czas ludziom aktywnym zawodowo, dzieciom i młodzieży, a ja nadrabiam czytelnicze zaległości. Jeszcze pod koniec czerwca wybrałam się na jednodniową wycieczkę busem zatytułowaną szlakiem Lęborskich dworków. Niestety przed wycieczką nie otrzymałam informacji o programie (wycieczkę rezerwowali moi przyjaciele, którzy też nie znali jej celu). Był to jeden wielki niewypał, jak dla mnie siedem godzin w busiku z przerwami na jakieś w sumie dwie i pół godzinny łącznych przystanków po drodze, z których największą atrakcją był obiad w odrestaurowanym starym dworku, dziś przeznaczonym na miejsce rodzinnych ceremonii, czy zawodowe eventy. Z podróży przywiozłam dwie pamiątki- duży słoik miodu i kleszcza w łydce. We wrześniu wybrałam się na jednodniową wycieczkę do Pelplina i zwiedzałam tamtejszą katedrę oraz muzeum katedralne z Biblią Gutenberga; w katedrze nie było zbyt wielu zwiedzających, a w muzeum byłam całkiem sama. 
Katedra Pelplińska

Następne dwa wypady do Gniezna i do Poznania, a następnie Warszawy i Lublina odbyłam sama. Wycieczka do Lublina była nieplanowana wcześniej. Kiedy usłyszałam, że Beata wybiera się na wystawę malarstwa kobiecego na Zamku pozazdrościłam jej i nie mogłam pozwolić, aby mnie owa wystawa przeszła pod nosem, a kiedy jeszcze wyczytałam, że pan Englert reżyseruje Żar Maraia w Teatrze Polonia natychmiast zarezerwowałam bilety. 
Portret młodej kobiety z papierosem Zofia Stryjeńska wystawa Co babie do pędzla Lublin

Alicja Halicka autoportret 1910 (j.w)

W październiku wybrałyśmy się z Magdą do Grudziądza, gdzie odkrywałyśmy uroki ceglanej architektury i uliczki Kolorowej, która okazała się najczęściej fotografowanym fragmentem miasta (z uwagi i na kolorowe parasolki i na mnóstwo zieleni, a także różne elementy dekoracyjne w postaci dyni, instrumentów muzycznych, skrzatów, żab itp.). 
Ulica Kolorowa Grudziądz

W listopadzie ponownie byłam w Poznaniu – tym razem na corocznym (od kilku lat organizowanym przeglądzie utworów musicalowych wystawianych w ciągu roku w całej Polsce). W grudniu byłam na wspomnianej już wystawie Bolesława Biegasa w Konstancinie via Warszawa, o której to wystawie może uda mi się napisać coś w styczniu. 
Biegas Taniec wiatru 1927-1928 wystawa Villa La Fleur grudzień 2025

Muzycznie – rok temu czułam w tej dziedzinie spory niedosyt (trzy musicale i jedna opera. Nie pisałam nic o koncertach, chyba zapomniałam). W tym roku było zdecydowanie lepiej (sześć musicali; z czego trzy w rodzimym gdyńskim teatrze Baduszkowej i wszystkie trzy w reż. Kościelniaka, co zawsze mnie bardzo śmieszy, kiedy przypomnę sobie z jaką niechęcią wyrażałam się na temat Lalki tego reżysera. Lalki, którą tym razem obejrzałam po raz drugi (nadal nie zaliczę jej do musicali, które chciałabym oglądać wiąż i wciąż, ale obejrzałam bez wstrętu). Wiedźmin i Chłopi każde w zupełnie innym stylu, ale każde interesujące; Wiedźmin dla zwolenników nowych rozwiązań w teatrze z trzema bardzo ciekawymi utworami muzycznymi (szkoda, że tak niewiele) i świetnymi pomysłami scenograficznymi, kostiumowymi, choreografią i Chłopi dla wielbicieli bardziej tradycyjnego teatru musicalowego z fantastyczną Karoliną Trębacz w roli Jagny. Tą samą która dała czadu na przeglądzie musicalowym w Poznaniu, była tam największą gwiazdą. Kolejne musicale to wspomniany wyżej Wicked w warszawskiej Romie, Cabaret w Teatrze Muzycznym w Poznaniu (ten niestety nie wpasował się w moją estetykę, nie spodobała mi się ani kostiumografia, ani wykonanie i co zdarzyło mi się po raz pierwszy w życiu wyszłam w połowie przedstawienia) oraz bardzo ciekawie zrobiona Piplaja (rzecz o Stefanii Grodzieńskiej w warszawskiej Syrenie). O przeglądzie musicalowym wspominałam wyżej. Poza tym były koncerty Edyty Gepert, Piwnicy pod baranami, Alicji Majewskiej, musicalowy Brodway. A zatem muzycznie jest nieźle.
Piwnica pod baranami-koncert w Filharmonii Bałyckiej

Teatralnie
w porównaniu z rokiem poprzednim (pięć spektakli) nastąpił znaczny progres; udało mi się obejrzeć 13 spektakli. Pisałam o Żarze w Teatrze Polonia i niewątpliwie zaliczam go do jednej z najlepiej zagranych sztuk, jakie oglądałam w życiu. Nie mniej większość oglądanych spektakli była co najmniej dobra, wyróżnię jednak kilka Kopenhaga – kameralne spotkanie dwójki naukowców fizyków jądrowych, wcześniej przyjaciół, którzy podczas wojny musieli stanąć po dwóch stronach i podejmować niezwykle istotne decyzje bardzo obciążające psychicznie, a to co na pierwszy rzut oka wydawało się jedynie słuszną drogą,  po poznaniu argumentacji drugiej strony okazuje się wcale nie było tak czarno - białe. Spektakl zmuszający do myślenia, stawiający trudne pytania, na które żadna z odpowiedzi nie jest właściwa do końca. Bardzo mi się ta sztuka podobała, podobnie jak gra aktorska. Spektakl wystawiał Teatr Miejski w Gdyni. Po obejrzeniu trzech przedstawień tego teatru wyrobiłam sobie o nim dobrą opinię, teatru, który nie stosuje udziwnień, nie chce szokować, ale szuka ciekawych pomysłów i dobrze im to wychodzi  (oglądałam tam także Dziady oraz Jądro ciemności). Bardzo ciekawe przedstawienia oglądałam w krakowskim teatrze Stu; Biesy (grane od dziesięciu lat obchodziły swój jubileusz. Pamiętam, iż oglądałam je jeszcze w pierwszej obsadzie i wyszłam z teatru zachwycona) oraz Tartuffe czyli oszust (sztuka na której ubawiłam się setnie). Na obu krakowskich przedstawieniach zaskoczyła mnie przewaga młodych widzów. Około dziewięćdziesiąt procent widowni nie przekroczyło lat dwudziestu, a to naprawdę napawa optymizmem. Nie wszyscy młodzi ludzi zajmują się rolowaniem telefonów i spędzaniem czasu na lajkowaniu postów na fb czy hejtowaniu. O ile rozumiem obecność młodzieży na Tartuffe o tyle Biesy są sztuką trudną, wymagającą i długą (ponad trzy i pół godziny). 
Plakat z przedstawienia

Bardzo dobrze też bawiłam się na My way – monodram Krystyny Jandy (było i śmiesznie i smutnie, i refleksyjnie i nostalgicznie. No i kobieta lat 70 całe przedstawienie w pozycji stojącej na wysokich szpilkach na scenie. No jestem pod wrażeniem. Ogromnym popisem gry aktorskiej był również Kochany, mój najukochańszy (teksty Myśliwskiego) wykonanie Grażyna Barszczewska w Teatrze Polskim (przy skromnym udziale Andrzeja Seweryna). Pozostałe tytuły to Fredro jubileuszowy oraz Sonata jesienna w Narodowym w Warszawie, Faust, Brytanik i Memling czyli wizja końca świata w gdańskim teatrze Wybrzeże. Ostatnie przedstawienie jest bardzo malarskie, scenografia w wielu miejscach nawiązuje do znanych obrazów, sztuka nieco groteskowa, trochę jakby w stylu Monty Pytona (za którym nie przepadam, ale to przedstawienie mi się podobało. Nie będę nawet wydziwiać na goliznę (co często mi przeszkadza w dzisiejszym teatrze, no ale w ubraniu na Sądzie Ostatecznym to jakby nie uchodzi). 
Kisling Olga Duvivier 1942 Konstanin Villa La fleur

Malarsko było fantastycznie, cudownie i bosko podobnie, jak rok temu. Nie wyliczę tu wszystkich wystaw, w których uczestniczyłam (zaczynając od wystawy Kislinga w Konstancinie i kończąc na Biegasie w Konstancinie rok zamknął się klamrą, a pomiędzy były wystawy w Warszawie, Krakowie, Berlinie, Dreźnie, Mediolanie, Poznaniu, Lublinie, Wrocławiu, Gdańsku. O paru jeszcze wciąż mam nadzieję, że uda mi się choćby wspomnieć. 
Posiłek przed seansem filmowym

Towarzysko
– nadal aktywnie uczestniczę w spotkaniach naszego kółka kinomaniaczek, spotykam się z dziewczynami z byłej roboty (i tymi już szczęśliwymi i tymi, które jeszcze muszą trochę poczekać), ponadto z Magdą, Asią, Beatą, Gosią widujemy staramy się widywać przynajmniej raz w miesiącu i czasami ustalenie dogodnego terminu nastręcza sporo trudności, bowiem terminarze mamy dość mocno wypełnione. Wykłady - nadal uczestniczę w wykładach na temat sztuki (najczęściej właśnie Memlingowskich).
Seniorki albo starszaki na 6 spotkaniu 

Zdrowotnie – nic sobie w tym roku nie złamałam, poza połamanymi okularami podczas upadku, przy którym nabiłam guza a wokół oka wielką śliwę, która schodzi już trzeci tydzień. Rehabilitacja szczęki która miała zlikwidować klikanie w uszach wydrenowała kieszeń (jest to chyba jedna z droższych rehabilitacji) a efektu nie przyniosła. Ale życzyłam sobie, aby w tym roku nie unieruchomiła mnie żadna infekcja i życzenie moje się spełniło. W zasadzie nie chorowałam, choć z służbą zdrowia nie uniknęłam spotkań. Książkowo - obiecywałam sobie zapisywanie przynajmniej tytułów przeczytanych książek, na obietnicach się skończyło. Tak więc znowu nie mogę podeprzeć się bardziej szczegółowymi danymi, myślę, że przeczytałam mniej więcej podobną ilość książek, jak rok temu (około czterdziestu), ale doszły do tego audiobooki, których wysłuchałam pewnie drugie tyle. Cieszy mnie to, że udaje mi się skupić na słuchaniu, muszę co prawda zająć ręce jakimiś gierkami internetowymi ale dzięki temu poznaję dużo więcej interesującej literatury. Chyba największe audiobookowe odkrycie to był Faraon Prusa. Zawsze mi się wydawało, że to nudna książka, filmu nie oglądałam, bo nie lubię pana Zelnika (ten typ męski mi się nie podoba) i nie pomyślałam, aby się z powieścią zapoznać, a niesie tak uniwersalne treści dotyczące mechanizmów władania ludem – aktualne w starożytnym Egipcie, aktualne i dzisiaj i to, że najlepsze chęci i zapał bez wsparcia doświadczeniem i mądrością nic nie zdziałają. Choć jak patrzę na niektórych polityków to najgorsze zapędy mimo braku doświadczenia mogą wiele złego uczynić. 
A zatem podsumowując ten rok był on niezwykle udany pod każdym względem, jeśli idzie o kulturę i sztukę i nawet zdrowotnie całkiem niezły, oby tak dalej i oby nadal się chciało to wszystko robić. A Wam życzę, abyście realizowali swoje plany.

czwartek, 2 stycznia 2025

Przeżyjmy to jeszcze raz, czyli jak minął rok

Brugia widok z Mostku Bonifacego na kanały

Drugi już rok wolności spędziłam niemniej owocnie niż rok pierwszy, o czym nie zamierzam przekonywać nieprzekonanych, którzy uważają, że zakończenie czasu zawodowej kariery to smutny etap życia, w którym człowiek czuje się niepotrzebny i czas spędza na oglądaniu seriali i polowaniu na promocje w sklepach.
Nieprzekonani wiedzą swoje i kiedy na pytanie co porabiam rozpoczynam długą wyliczankę moich zajętości, po każdej kolejnej słyszę i co jeszcze i co jeszcze, a na końcu i tak pada stwierdzenie, że jednak nie ma to, jak praca. Pozostańmy zatem każdy przy swoim zdaniu i róbmy to co komu sprawia przyjemność.
A zatem czym zajmowałam się w 2024 r.

Muzeum Instrumentów Muzycznych (Bruksela)
Podróżowałam

Bez podróży nie wyobrażam sobie życia, bez poznawania nowych miejsc, wracania w stare, odkrywania cudów architektury, natury, sztuki i kultury. Poznawania siebie i własnych ograniczeń, chodzenie na kompromisy (jeśli się podróżuje z kimś) i nabywania doświadczeń. Radzenia sobie w różnych sytuacjach (w tym roku musiałam sobie poradzić z internetowym zakupem przez telefon biletów na pociąg do Brukseli, czego wcześniej nie praktykowałam. Ja wiem, że to żaden wyczyn, ale dla mnie nowe doświadczenie i pokonywanie własnych obaw).




Moje podróże dalsze objęły północne Włochy oraz Belgię. We Włoszech (luty) po raz pierwszy po bardzo długim czasie odwiedziłam rodzinę w St. Vincent (tam mieściła się moja baza wypadowa, skąd wyruszałyśmy do Aosty i w jej okolice, a także Mediolanu (żeby wreszcie po raz pierwszy w życiu obejrzeć Ostatnią Wieczerzę Leonardo) i Turynu, aby odwiedzić po raz kolejny Muzeum Egipskie (fantastyczne przeżycie). Następnie już sama pojechałam do Bolonii, Wenecji (z bonusem w postaci wysepki Torcello) i Werony. To były wspaniałe dwa tygodnie na włoskiej ziemi. Po raz pierwszy też odkryłam, że podobają mi się nie tylko duże metropolie z fantastycznymi galeriami sztuki (to wiem od dość dawna) ale też mniejsze i całkiem małe miasteczka ze starymi XIV wiecznymi (a czasem starszymi) świątynkami, pozostałościami z czasów cesarstwa rzymskiego w postaci mostów, bram, łuków, akweduktów, posągów.
Kolejna dalsza podróż miała miejsce w październiku i była to Belgia, którą odwiedziłam po raz pierwszy i chciałabym powiedzieć nie ostatni. Brugia mnie zauroczyła i przeszła najśmielsze oczekiwania a spotkanie z brugijską Madonną Michała Anioła było niezwykle wzruszające (spadła łezka, czy dwie, ale nikogo nie było obok, mogłam więc spokojnie sobie pochlipać). Spacery niemal pustymi bocznymi uliczkami przeniosły mnie w malarską scenerię niczym z XVII wiecznych obrazów Holendrów. Bruksela – nieco zmęczyła nadmiarem ludzi i hałasu. Może źle trafiłam, a może to zderzenie małej, spokojnej (no miałam to szczęście, a pewnie nie zawsze tak bywa) Brugii z wielkomiejską, europejską stolicą spowodowało takie a nie inne odczucia.
We wrocławskim ogródku japońskim

Podróże bliższe rozpoczęła wycieczka do Łodzi (marzec) z moją przyjaciółką Magdą.
Może Łódź nas nie zachwyciła, ale parę miejsc było godnych uwagi i teraz po czasie wspominam z nostalgią. Przed podróżą przeczytałam ponownie Ziemię obiecaną Reymonta, więc byłam wprowadzona w klimat XIX wiecznej Łodzi Fabrycznej, której śladów można się dopatrzeć choćby w architekturze, która szczęśliwie przetrwała czas wojny (jak choćby liczne pałace łódzkich fabrykantów, dziś często pełniące funkcje galerii sztuki).
Nie zdążyłam dobrze wrócić z Łodzi, a już wsiadałam w pociąg do Białegostoku aby obejrzeć i wysłuchać mój ukochany musical Jesus Christ Superstar. I choć odbiegał może nieco od moich oczekiwań, to jednak wspaniała muzyka i całkiem dobre wykonanie utworów było nagrodą za trudy podróży (nie do końca zdrowej podróżniczki).
Po spokojnym kwietniu, w którym dochodziłam do siebie po chorobie (niby zwykła infekcja, która zaczęła się we Włoszech w lutym, a trwała cały marzec) w maju pojechałyśmy z Magdą do Warszawy. Tym razem byłam przewodnikiem mojej przyjaciółki. Naszym głównym celem była wizyta w Konstancinie w Villi La Fleur oraz wizyta w Muzeum Narodowym (Magda była po raz pierwszy i doznała syndromu Stendhala. Ja nie zliczę, ile razy byłam, ale zawsze z przyjemnością wybieram sobie jakiś fragment zbiorów do oglądania, nigdy nie pomijając ulubionego skrzydła na pierwszym piętrze z dziełami polskich młodopolan, zahaczając też zawsze do skrzydła po przeciwnej stronie budynku aby spojrzeć na Widok portu o poranku Verneta). Jak Warszawa to nie obejdzie się bez wizyty w którymś z teatrów a także spaceru po Łazienkach, które odwiedzam prawie za każdym pobytem w stolicy. Wróciłyśmy z postanowieniem powrotu za rok, bo Magda nie zdążyła obejrzeć całości zbiorów muzealnych, no i koniecznie chcemy wrócić do Konstancina.
Widok portu o poranku Vernet

Tydzień po powrocie z Warszawy wybrałam się do Poznania, aby pokazać mojej matce chrzestnej Wrocław. Wiesia starsza ode mnie o ponad dwadzieścia lat jest bardzo pogodnego usposobienia i jest niezwykle mobilną osobą. Jak śmieją się jej córki nie usiedzi dnia w domu, bo wciąż gdzieś lata, a to na spotkania z koleżankami, a to na koncert w osiedlowym domu kultury, a to do teatru muzycznego, a to po prostu pochodzić po sklepach. Wrocław bardzo się Wiesi spodobał, zwłaszcza jego architektura i duża ilość zieleni. To prawda ogrody i parki we Wrocławiu są przepiękne. A to mi uświadamia, że choć pierwsza wizyta we Wrocławiu tego nie zapowiadała, byłam tam już kilka razy, a ponadto Wrocław pokazałam czterem osobom, a z kolejną jestem umówiona na jego zwiedzanie.
Potem nastąpił czerwiec i złamałam sobie nogę. Złamałam ją na tydzień przed wyjazdem do sanatorium w Ustce.
Tygodniowy pobyt nad morzem podlegał sporym ograniczeniom spowodowanym koniecznością noszenia ortezy, a mimo to po wizycie u ortopedy okazało się, że noga nie była dość oszczędzana (robiłam dziennie ok 8 tysięcy kroków i o ile normalnie czasami mam problem z wychodzeniem tylu kroków, o tyle w Ustce wydawało mi się, że niemal nigdzie nie szłam o kroki się mnożyły) i trzeba było bucik nosić dłużej niż pierwotnie zakładano.
Z powodu owej ortezy musiałam zrezygnować z kolejnego już zarezerwowanego wyjazdu (Koszalin, Szczecin i Stargard).
W oczekiwaniu na zrośnięcie kości większość wakacji spędziłam przymusowo w domu – teraz już oszczędzając nogę jak tylko mogłam. Spanie w takim bucie narciarskim to żadna przyjemność. 
We wrześniu nie mogłam wysiedzieć w domu w oczekiwaniu na październikowy wypad do Belgii i razem z Magdą wybrałyśmy się na trzy dni do Elbląga. Miasto bardzo się nam spodobało, jak zauważyłam już wcześniej coraz bardziej podobają mi się małe spokojne miejscowości, gdzie ludzie nie ocierają się o siebie, gdzie nie trzeba się przepychać i gdzie nikt nie wchodzi ci w kadr.
W listopadzie zapragnęłam zobaczyć Pana Englerta w Królu Learze, więc ponownie wybrałam się do Warszawy. Przy okazji była wystawa Chełmońskiego w Muzeum Narodowym. A niemal zaraz po powrocie był wyjazd do Poznania na koncert muzyki musicalowej (Czas na teatr trzecia edycja) Po zeszłorocznym koncercie wiedziałam, że nie mogę opuścić kolejnej  i mam tylko nadzieję, że stanie się on już tradycją poznańskiej sceny musicalowej, w przeciwieństwie do Festiwalu duetów operetkowych i musicalowych, który po dwóch (może trzech) edycjach zniknął.
A potem był grudzień poświęcony ochronie zdrowia (rehabilitacja i kolejna infekcja)

Słodkości u Bliklego
Muzycznie
O musicalu Jesus Christ Super Star już wspominałam wyżej. W zeszłym roku miałam okazję obejrzeć dwukrotnie Mistrza i Małgorzatę; raz w Teatrze Muzycznym w Gdyni, ponownie w Teatrze Buffo. Oba spektakle reżyserował pan Józefowicz i były zrobione podobnie, choć nieco różniły się scenografią, choreografią, no i oczywiście aktorami. Trudno powiedzieć, który mi się bardziej podobał, były sceny lepiej zrobione w teatrze warszawskim, a były też takie, które bardziej podobały mi się w Gdyni. Ale skoro moja siostra po obejrzeniu spektaklu stwierdziła, że zainteresowała ją fabuła i sięgnie po książkę to uważam, że to ogromny plus spektaklu, nawet, jeśli muzycznie nie spełnił jej oczekiwań. W Gdyńskim Teatrze obejrzałam też Quo vadis w reżyserii pana Kościelniaka. Choć nasze pierwsze spotkanie - moje z twórczością pana Kościelniaka nie było udane, zrozumiałam, że spektakle przez niego robione nie mogą być nudne, mogą się podobać, albo nie, ale są zawsze z pomysłem, nowatorskie. Wcześniej oczarował mnie Kombinat w teatrze poznańskim w jego reżyserii.  Quo Vadis jest zrobione w konwencji kabaretu z początków zeszłego wieku. Skojarzenia z filmem Cabaret jak najbardziej uzasadnione. 
Był też festiwal musicalowy w Poznaniu, o którym wspomniałam już wcześniej. No i była też opera. Tym razem wybrałam się na Carmen. Nie jestem fanką opery, no ale Carmen to klasyka, więc warto obejrzeć. Spodziewałam się bardziej energetycznego wykonania, a to było w porządku, ale bez fajerwerków. 
Z trzech spektakli muzycznych musiałam zrezygnować z powodu chorób. Jak tak patrzę na to podsumowanie to widzę, że jest tu pole do poprawy w nowym roku. Muzyka to przecież coś co mnie uskrzydla, a nie było tego zbyt wiele.
Malarsko
Tu jest zdecydowanie lepiej; każda podróż to przynajmniej dwie, jak nie więcej wystaw. Było ich tak wiele, że nie będę zanudzać wymienianiem wszystkich. Największe wrażenie to oczywiście Ostatnia Wieczerza w Mediolanie (przeżycie ogromne. Tak wielkie, iż postanowiłam jej niedługo powtórzyć. Tym razem spojrzeć na parę szczegółów, o których czytałam w książce Ostatnia wieczerza). Równie silne przeżycia towarzyszyły mi podczas spotkania z Brugijską Madonną, czy kolejnej wizyty w Wilii La Fleur w Konstancinie.
Wiejska ulica Nicolae Grigorescu (Pałac Opatów-wystawa czasowa)

Natomiast zupełnie niespodziewanie spodobała mi się wystawa malarstwa rumuńskiego realisty-impresjonisty Nicolae Grigorescu w Pałacu Opatów w Oliwie. Poszłam na nią dla towarzystwa nie mając żadnych oczekiwań. A okazało się, że pan malował także w stylu impresjonistycznym, który bardzo mi odpowiada. Zauroczyły mnie jego pejzaże i dziewczęta na obrazach w przeciwieństwie do zwierząt na pastwiskach (które są poza kręgiem moich zainteresowań). Odwiedziłam też ciekawą wystawę Chełmońskiego w Muzeum Narodowym w Warszawie, choć muszę przyznać, że nie potrafiłam się nimi zachwycać tak, jakbym się zachwycała nie czytając wcześniej artykułu na temat Chełmońskiego i jego paskudnego postępowania względem rodziny. Temat oddzielania człowieka od jego dzieła zawsze budzi dyskusje, czy powinniśmy je oddzielać, czy traktować, jako całość. Ostatnio doszłam do wniosku, że jeśli ktoś kogo tak bardzo podziwiam, jako artystę okazuje się złym człowiekiem – trudno jest mi wyprzeć się swego zachwytu, natomiast, jeśli dowiaduję się czegoś złego na temat artysty, co do którego nie mam stosunku emocjonalnego – wówczas inaczej zaczynam patrzeć na jego twórczość, jako piękną, ale z pewną niewidoczną skazą. Chełmoński nigdy nie należał do tych przeze mnie hołubionych – może dlatego oglądałam jego obrazy z mniejszym podziwem, choć przyznaję, że niektóre są bardzo ładne. 

Chełmoński a tytuł wcale nie zima, jakby się mogło wydawać, a Sójka

W Brukselskim Muzeum Sztuki zwróciłam uwagę na karmiące Madonny, którym pierś wyrasta niemal spod szyi. A może tylko mnie się tak wydaje.

Madonny z dzieciątkiem Van der Waydena i Memlinga. 
A rok zaczęłam od odwiedzin wystawy obrazów Olgi Boznańskiej w Gdańskim Ratuszu.

Teatralnie
Poza muzycznymi odwiedziłam też parę teatrów zeszłego roku. Największe wrażenie zrobiła na mnie Piękna Zośka w Teatrze Wybrzeże. Sztuka ciężka, bo i historia Zofii Paluch muzy młodopolskich artystów (malowali ją Kossak, Wodziński, Stachiewicz, choć najbardziej znane są obrazy Stachiewicza) była tragiczna. Ale zagrana tak fantastycznie, że oglądałam niemal na wdechu nie roniąc ani słowa. To było prawdziwe katharsis uczestniczenie w tym spektaklu, ale też bardzo wyczerpujące psychicznie (bo rzecz jest o przemocy i zbrodni straszliwej) i fizycznie (bo trwa niemal cztery godziny) przeżycie. Bardzo dobrze też odebrałam spektakl Matka Joanna od aniołów w Teatrze Narodowym w Warszawie. Przyznam, że jak przeczytałam, iż główną rolę gra Małgorzata Kożuchowska nie oczekiwałam od spektaklu zbyt wiele, a tymczasem w mojej ocenie aktorka zagrała swą najlepszą rolę. Była przekonywująca, naturalna, tam gdzie trzeba emocjonalna, a w innych miejscach chłodna. Również wypędzający z niej diabła aktor (zapomniałam nazwiska) był fantastyczny. Cała obsada spisała się świetnie, a i pomysł na inscenizację (choreografię, kostiumy, scenografię) przedni. Ten spektakl również oglądałyśmy (z Magdą) na wdechu. Na przeciwległym biegunie znalazła się kryminalna komedia Lilly w teatrze Och (Warszawa) z panią Jandą. Doceniałam zawsze jej role dramatyczne (podziwiałam w Marii Callas, Białej Bluzce, czy Ucho, gardło nóż, ale nie wiedziałam, że jest tak świetną w rolach komediowych. A ja jestem trudnym odbiorcą komedii teatralnych. Rozbawić mnie to ciężka sztuka, wszelkie komedie typu goło i wesoło z zamianą ról, czy pokazywaniem czterech liter raczej mnie nudzą niż bawią. A tutaj wyszłam z podwyższonym poziomem endorfin.
Król Lear z panem Englertem w roli tytułowej nie tyle mnie rozczarował, co nie spełnił moich oczekiwań. Przyznaję miałam swoją wizję, w którą wizja reżyserska się nie wpasowała. Wszystko (no prawie wszystko) było i świetnie zagrane i przemyślane, ale Lear będący człowiekiem bezsilnym, z demencją, nieporadnym to nie było to czego oczekiwałam. Widziałam pana Englerta w Garderobianym i to był majstersztyk, tutaj mistrz oddał pola innym, sam będąc trochę w cieniu. Jest to jakiś pomysł, pewnie całkiem dobry, ale ja nie byłam doń przekonana. A co mi przeszkadzało? muzyka i śpiew Kordelii (wrzaskliwy, wdzierający się w mózg, natrętny, nieprzyjemny - zapewne taki miał właśnie być, co nie zmienia faktu, iż ciężko mi było wysiedzieć na tych bodajże trzech utworach).
Był jeszcze i Dom otwarty w Teatrze Polskim w Warszawie – niezły, aczkolwiek porównanie z filmem (pierwszy odcinek serialu Z biegiem lat, z biegiem dni) z plejadą krakowskich gwiazd stawiało spektakl na przegranej pozycji, dodatkowo na scenie palono papierosy, o czym nie było mowy na stronie teatru, a co mnie osobiście bardzo przeszkadzało w odbiorze powodując duszności. Teatralnie podobnie, jak muzycznie jest pole do nadrobienia zaległości, choć przyznam, iż śledząc repertuar gdańskiego teatru nie miałam ochoty na obejrzenie żadnej z granych tam sztuk. Te, które obejrzeć chciałam zdążyłam obejrzeć wcześniej. 
Spotkanie koła seniora w Wejherowie
Towarzysko
Tu bilans jest zdecydowanie dodatni. Co najmniej dwa razy w tygodniu mam spotkania z którąś z przyjaciółek, albo też z kilkoma naraz. Spacery, wystawy, czasami koncerty, czy teatry, albo po prostu knajpka i rozmowy. Moje grono zaprzyjaźnionych kinomaniaczek odwiedza ze mną Gdyńskie Centrum Filmowe, gdzie chodzimy na filmy dokumentalne o sztuce. A zainicjowane przeze mnie koło seniora (na razie składające się z trzech członkiń) dwa razy do roku organizuje sobie wycieczki po okolicy.

spotkanie wielbicielek kina w ulubionej kawiarence U Kate

Książkowo
Nie jest źle ale mogłoby by lepiej. Nie zapisuję przeczytanych książek, a że pamięć coraz słabsza (choć staram się ją ćwiczyć, choćby nauką języka) to po czasie nie pamiętam, którą książkę czytałam jeszcze w tym roku, a którą rok wcześniej. Ale i tu postanowiłam zapisywać sobie choćby tytuły, skoro z opisem wrażeń idzie mi średnio (a nawet dość słabo, na 32 zeszłoroczne wpisy tylko dziesięć dotyczyło przeczytanych książek, z czego bodajże trzy to były kryminały Donny Leon). Książek przeczytałam przynajmniej 4 razy więcej, ale jak zapiszę, będę miała pewność.

Zdrowotnie

Zeszły rok nieco mnie doświadczył, bo problemy zdrowotne miałam w zasadzie 4 razy, ale zawsze ciągnęły się tygodniami. Zatem, jeśli miałabym sobie czegoś życzyć w tym roku to mniej infekcji, które się ciągną tygodniami, a przez które muszę odwoływać spotkania, czy wyjścia na wykłady lub do teatru.

Aha wykłady - to też część moich zajętości. Jakkolwiek nie było ich tak dużo jak rok temu to kilka udało mi się „zaliczyć” (cóż za brzydkie słowo, w kilku udało mi się uczestniczyć). Zaledwie kilka bowiem tematy proponowane przez organizatorów bądź też terminy spotkań nie zawsze mi odpowiadały.
Myślę, że to podsumowanie bardziej jest potrzebne mnie, niż czytelnikom. Mogę spojrzeć na to, co chciałabym zmienić, poprawić, a gdzie poluzować. Patrząc jednak na statystyki wejść tematy typu podsumowania cieszą się zwykle sporo większą popularnością niż wpisy o książkach, czy obrazach.

Takie powierzchowne podsumowanie  rozrosło się do rozmiarów całkiem sporych.

Życzę wszystkim realizacji noworocznych zamierzeń i planów i uważam, że mimo wszystko warto je mieć, można je korygować, ale jest jakiś pomysł, i nie trzeba potem zastanawiać się co jeszcze można zrobić poza obejrzeniem telewizji. 

piątek, 29 grudnia 2023

Podsumowanie roku 2023

Wenecja luty

Tegoroczne podliczenie zysków i strat wypada zdecydowanie na korzyść tych pierwszych. Rok, na który czekałam tak długo nie zawiódł moich oczekiwań. Jeśli miałabym sobie czegoś życzyć na kolejny to chciałabym, aby nie był gorszy od tego, który mija.

Kończąc zawodową karierę planowałam dużo podróżować oraz korzystać z rozlicznych możliwości kulturalno - poznawczych. I to się udało zrealizować.

Moje oczekiwania podróżnicze spełniło kilkanaście podróży. O tych nieco dalszych do Wenecji, Paryża, Amsterdamu czy Wiednia wspominałam na blogu. O Wiedniu nawet kilkakrotnie. Oczywiście, jak to zwykle bywa pomysłów na wpisy jest dużo więcej, ale trzeba dokonać wyboru (czy bardziej zależy mi na carpe diem, czy na opisywaniu tego, co się wydarzyło). Jak na razie nadal szukam złotego środka, starając się zapewnić równowagę pomiędzy życiem a jego relacjonowaniem. Wrażenie z podróży krajowych sygnalizowałam (Lublin, Wrocław, Kazimierz Dolny, Warszawa (ta kilkakrotnie). Na pozostałe wrażenia z Krakowa, Poznania, Rogalina, Kórnika, Bydgoszczy, Inowrocławia, Malborka, Konstancina zabrakło czasu. Każda z tych wypraw to dziesiątki wrażeń; wystawy, teatry, koncerty, parki, ogrody, knajpki, spacery bez celu i te w konkretne miejsca. No i spotkania z ludźmi; rodzina, przyjaciele, znajomi. Po raz pierwszy od dawna zdecydowałam się na podróżowanie w towarzystwie (ciekawe doświadczenie, nie lepsze, nie gorsze, po prostu inne). Marzy mi się podróż nieograniczona czasem; wsiadam w pociąg/samolot i jadę przez Polskę, albo lecę przez Europę. Może kiedyś się przydarzy. Dziś na więcej niż dwa tygodnie nie mogę sobie pozwolić (mając pewne rodzinne zobowiązania i bardzo mobilną i ciekawą świata rodzinkę).
Paryż luty

Nie mam prawa narzekać, zarówno stan zdrowia, chęci jak i zasoby pozwalają mi spełniać swoje podróżnicze i nie tylko pasje. Dzięki temu poznaję miejsca dalekie i bliskie,  ludzi, ich zwyczaje, klimat, a także a może przede wszystkim siebie. Postawiona w sytuacjach niecodziennych zmierzam się z własnymi ograniczeniami, choć nie są to niebezpieczne wyprawy w głąb dżungli czy na pustynię to i tak stawiają często przed wyzwaniami. Bardzo się cieszę, że kilkanaście lat temu przezwyciężając strach i obawy zdecydowałam się na pierwszą samodzielną podróż (wówczas do Rzymu). Dziś Rzym jest nieomal moim drugim domem, bywam w nim dość często, choć nie tak często, jakbym chciała.

Oczekiwania kulturalne to udział w kilku koncertach. Najwspanialszym dla mnie przeżyciem był koncert chóru Gregorian w Teatrze Muzycznym w Gdyni. Wspominałam już kiedyś na blogu o tym zespole. Bardzo odpowiada mi ich rodzaj śpiewu. Chórowi towarzyszy Amelia Brightman (siostra mojej ulubienicy Sarah – pierwszej odtwórczyni roli Christine Dae w Upiorze w Operze - dla niewtajemniczonych - jeden z moich ukochanych musicali). Amelia ma głos niemal tak samo ciekawy jak Sarah. Z Gregorianami występuje też Narcis Ianau – rumuński piosenkarz klasyczny o bardzo wysokim tonie głosu, niemal kobiecym. Bardzo lubię jego wykonanie
Caruso. Uczestniczyłam też w fantastycznych koncertach z udziałem artystów teatru muzycznego w Gdyni (pierwszy miał miejsce w kościele Św. Jana w Gdańsku i było to świętojańskie granie – utwory Jonasza Kofty, drugi w teatrze miejskim w Gdyni, gdzie śpiewano utwory Jacka Kaczmarskiego dotyczące malarstwa. Miałam przyjemność wysłuchania podobnego koncertu w Teatrze Ateneum w Warszawie. Trudno orzec, który był bardziej interesujący). A żeby nie było, że kogoś nie stać na chodzenie na koncerty - wstęp na oba wyżej wymienione był symboliczny. Byłam również na występie pani Doroty Lulki (aktorki teatru miejskiego w Gdyni) śpiewającej piosenki Edit Piaf w osiedlowym domu kultury (wstęp gratis). Kolejnym koncertem, który wysłuchałam z przyjemnością był występ Janusza Radka dla uczczenia wybuchu II wojny światowej. W tym przypadku rozumiem, że śpiew pana Janusza nie wszystkim odpowiada, jest on niezwykle ekspresyjny a sposób interpretacji starych utworów może szokować słuchaczy przyzwyczajonych do klasycznych wykonań. Mnie się podobało, choć wolę artystę słuchać, niż oglądać :).


Cezanne
I omal bym zapomniała o koncertach Piwnicy pod baranami; pierwszy w teatrze Słowackiego z okazji kolejnej rocznicy powstania Piwnicy, drugi w gdańskiej filharmonii zatytułowany Krakowskie klimaty a poświęcony ludziom związanym z kabaretem. No i jeszcze gala musicalowa w Poznaniu, gdzie przedstawiano utwory z tegorocznych przedstawień tego gatunku z całej Polski. Dzięki temu odkryłam musical Blaszany Bębenek. Utwór z tego musicalu (Gdańsk, co nie powinno dziwić) zachwycił mnie na tyle, że zamówiłam od razu płytę z Wrocławskiego teatru Capitol, w który musical wystawiano.

Myśliciel Rodina

Obejrzanymi w tym roku wystawami mogłabym obdzielić całkiem spore grono znajomych. Będąc na wycieczce nie potrafię powstrzymać się od odwiedzenia przynajmniej paru galerii sztuki, bo przecież taka okazja może więcej się nie przytrafić, a wspomnień jest potem na lata. Sprawia mi to nie lada przyjemność, jakbym coś zyskała. Obejrzenie obrazu jest dla mnie tym, czym dla kinomana obejrzenie dobrego filmu. A jaka to radość, kiedy dokonam odkrycia nowego malarza, widzę obraz po raz pierwszy w życiu, zapamiętuję nazwisko artysty, szukam o nim informacji, innych obrazów. Taki malarz już na zawsze zostaje moim dobrym znajomym, a spotkanie kolejnego jego obrazu jest niczym przeczytanie ciekawej książki. A zatem będąc w Paryżu wstąpiłam do Oranżerii, aby napatrzeć się na Nenufary Moneta, które nazywam Nenufarami z metra, bowiem ich szerokość przekracza kilka metrów. Tam też mogłam oglądać obrazy innych impresjonistów, ale też obrazy malarzy z początku XX wieku.
Tytus w stroju mnicha Rembrandta
Ponieważ od ostatniego pobytu w Muzeum Marmottan (Moneta) minęło kilka lat odwiedziłam je ponownie. Moim tegorocznym odkryciem w Paryżu był Cezanne, na którego do tej pory nie zwracałam uwagi, wręcz pomijałam go przyglądając się Monetowi, Manetowi, Degasowi, Pissarro, Signacowi, Renoirowi, Lautrecowi. Cezanne`a obchodziłam szerokim łukiem i nie zmieniła tego nawet opinia mojego guru (historyka sztuki występującego w ulubionej audycji ulubionej stacji radiowej). Olśnienie pojawiło się nagle - dlaczego wcześniej nie zwracałam nań uwagi nie potrafię tego wytłumaczyć. Może dlatego, iż trafiałam głównie na kwiaty i owoce, które wydawały mi się mdłe, wręcz nudne. Wiem, piszę herezje, ale tak właśnie było. Aż tu nagle fragmenty pejzażu - drzewo, krzak, kawałek lasu i ta feeria kolorów, cudowności takie, że wzroku oderwać nie mogłam. I wszystkie zakupione kartki w muzealnym sklepiku były kartkami z reprodukcjami Cezanne`a.

Po raz pierwszy udało mi się odwiedzić Muzeum Rodina i na własne oczy obejrzeć Myśliciela czy Pocałunek, a także wiele dzieł zarówno Auguste`a jak i Camille. A w bonusie dostałam kilkanaście obrazów impresjonistów, których się tam w ogóle nie spodziewałam. Piękne są takie niespodzianki.
Irysy Van Gogha


Do Amsterdamu poleciałam na wystawę Vermeera, na którą to wystawę nie dostałam biletu (wspominałam już o tym). No, ale skoro byłam w mieście  nie mogłam nie wstąpić do Rijksmuseum, choćby tylko dla Rembrandta. Nie jest to mój ulubiony malarz, ale powoli się doń przekonuję. A Straż nocna nieodmiennie robi wrażenie, teraz ogrodzona szklaną klatką jeszcze większe. Podczas tej wizyty zwróciłam uwagę na portret syna Tytusa w stroju mnicha.  Choć nie jestem wielbicielką malarstwa portretowego ten ma coś w sobie, co sprawia, że poczułam się zaintrygowana (smutek, tajemnicę, melancholię, ignorowanie widza).
Nie mogłabym zrezygnować z wizyty w Muzeum Van Gogha, odkąd przeczytałam pierwszą jego biografię pióra Irwinga Stone`a (a potem pięć innych, co mi przypomina, iż na półce stoi kolejne tomiszcze biograficzne) kolekcjonuję wszystkie obrazy Vincenta, jakie uda mi się gdziekolwiek zobaczyć, a niewątpliwie w Amsterdamie jest ich najwięcej.

Powrót z polowania Bruegla

W Wiedniu udało mi się obejrzeć zbiory aż czterech galerii; Muzeum Historii Sztuki, Muzeum Leopoldów, Albertiny i Belwederu. Każde z nich jest warte obejrzenia, każde zawiera ogromne bogactwo zbiorów i mimo iż Wiedeń kojarzy się głównie z Klimtem (który i mnie zauroczył) to syndromu Sthendala doznałam ponownie w Muzeum Historii Sztuki. Najpierw spokojnie przechodziłam od obrazu do obrazu kontemplując je, aby po trzech godzinach wpaść w popłoch, że nie obejrzałam nawet połowy dzieł i przyspieszając tempo niemal biegać od sali do sali niepocieszona, iż umyka mi coś istotnego, możliwość niespiesznego oglądania. Ja byłam jedna, a obrazów, rzeźb, gobelinów było tak wiele, że to aż niesprawiedliwe. O tym muzeum i tych zbiorach na pewno jeszcze napiszę. Beato, jeśli to czytasz to nie mogę wskazać jednego obrazu, który zrobił na mnie największe wrażenie, bo było ich zbyt wiele.
Wnętrze kobieta w niebieskiej sukni Anne Ancher
I mimo iż rodzime galerie sztuki są nieco uboższe w zbiory i u nas jest co oglądać. Ilekroć jestem w Warszawie zaglądam do Muzeum Narodowego lub na wystawy na Zamku, podobnie w Krakowie, nie umiem sobie odmówić pobytu w Galerii Narodowej. Podczas tegorocznej wizyty w mieście udałam się do nowo utworzonego (specjalnie dla ekspozycji dzieł Stanisława) Muzeum Wyspiańskiego. Muszę przyznać, że po obejrzeniu kilka lat temu wystawy prac mistrza w Muzeum Narodowym w Krakowie, obejrzeniu poświęconej mu salki w Muzeum Narodowym w Warszawie, czy kilkakrotnym odwiedzeniu zbiorów Kamienicy Szołayskich, gdzie eksponowano sporo obrazów i eksponatów z nim związanych byłam rozczarowana mizerią zbiorów tego Muzeum (Wyspiańskiego). Być może powodem jest niedawne otwarcie gmachu, początek działalności, nie udostępnienie całości zbiorów z uwagi na brak gotowości pomieszczeń. Nie zmienia to faktu, iż byłam zawiedziona. Mam nadzieję, że kolejna wizyta zatrze kiepskie pierwsze wrażenia. Za najlepszą krajową wystawę, jaką odwiedziłam uważam Przebudzeni, od antyku do renesansu. Dla mnie ciekawym odkryciem była wystawa Beksińskiego w Muzeum Katedralnym w Warszawie (o czym pisałam tu), ciekawa, bo przełamująca moją estetykę, pewien obszar, na którym czułam się bezpiecznie uległ poszerzeniu. Ponadto udało mi się obejrzeć wystawę Przesilenie malarstwo północy (to coś w mojej estetyce), no i pierwszy w tym roku syndrom Sthendala przeżyłam w Muzeum Ecole de Paris (Villa la Fleur) w Konstancinie. To tylko niektóre z wystaw, jakie udało mi się obejrzeć w tym roku, wymienienie wszystkich zajęłoby pewnie z połowę wpisu.
Canaletto Ruiny kościoła Kreuzkirche w Dreźnie

Mogłabym jeszcze wymieniać spektakle teatralne, musicale i wykłady, w których uczestniczyłam, ale wpis i tak już się rozrósł do zbyt dużych rozmiarów. Dla narzekających na brak finansów informacja, iż wiele wykładów odbywa się za darmo, wystarczy dobrze poszukać w Internecie.

Wspomnę też, że przełamałam się i poszłam na kilka przedstawień operowych (i co uznaję za sukces obejrzałam je do końca i był to mile spędzony czas. Może bez ekscytacji, ale i bez znudzenia). Po raz pierwszy też dałam namówić się na udział w musicalu o charakterze rapowym i muszę przyznać - było to interesujące przeżycie i może nawet wybiorę się kiedyś ponownie. Musical 1989 jest zrobiony z pomysłem, historia jest przedstawiona od strony jej uczestników - ludzi, którzy mają swe wady, bez mitologizowania, bez patosu a jednocześnie oddaje hołd uczestnikom wydarzeń. Ma też szansę z uwagi na rodzaj muzyki przemówić do młodszego pokolenia, dla którego rok 1989 to czas poznawany z podręczników historii.
Wydarzenie, które pozwoliło mnie (i chyba innym też uwierzyć), że coś się może zmienić (marsz miliona serc)
Dwa najważniejsze wydarzenia tego roku jak klamra go spinające to zakończenie pracy zawodowej (początek roku) i zmiana rządów (koniec roku). Staram się nie poruszać kwestii polityki i mam nadzieję, że będę miała teraz komfort nie zajmowania się nią (choć oczywiście jestem realistką i na zbyt wiele nie liczę). To co się stało 15 października przyjęłam z ogromną ulgą i wzruszeniem i cieszę się, że miałam swój malutki w tym udział. Kilka wyjazdów do stolicy (na własny koszt) w celu zamanifestowania swego sprzeciwu wobec tego, że ktoś mi mówił, iż skoro myślę i czuję inaczej to nie mam prawa do miana obywatela tego kraju nazywając wszelkimi możliwymi epitetami. Robiłam to chociaż nie lubię publicznych zgromadzeń, tłumów, krzyków, pisków, tamburynów, bębenków, piszczałek, gwizdków itp. Ale uważałam, że tak trzeba, to była jedyna dostępna mi forma wyrażenia sprzeciwu i przełamania lęku. Mam świadomość, że nie wszystkich cieszy to co się stało, rozumiem ich smutek i rozpacz, bo towarzyszyły mi one przez osiem lat.

I mała statystyka - dzisiejszy wpis jest 33 wpisem w tym roku, a więc wracam do czasów sprzed roku 2016.

piątek, 3 stycznia 2020

Statystyka największe oszustwo świata

Warszawa bezludna- sobotni poranek
W zeszłym roku zamieściłam 23 wpisy, co w odniesieniu do poprzedniego (obejmującego zaledwie 10 wpisów) jest znaczącym postępem. Oczywiście nijak się to ma do początków działalności bloga, kiedy zdarzało mi się dokonywać dwóch wpisów dziennie (nie na darmo pierwszy mój blog nosił miano Z dziennika grafomanki w średnim wieku). 
Nie mniej moje założenie powrotu do pisania nabiera realnych kształtów, choć oczywiście pozostawia wiele do życzenia. Postanowiłam wzorem Piotra (ZWL) sprawdzić, które z wpisów zgodnie z licznikiem wejść odnotowały największe i najniższe zainteresowanie, które był najchętniej komentowane oraz parę innych nikomu i do niczego nieprzydatnych liczb. 
Największym zainteresowaniem czytelników cieszył się wpis
j/w.
Zbrodnia Sylwestra Bonnard Anatola France. Zapewne część czytelników spodziewała się odkrycia nowego autora kryminałów nie podejrzewając nawet, iż Anatol France to pisarz sprzed niemal dwóch stuleci. Drugi w kolejności wpis dotyczył kulturalnego misz-maszu, czy wpisu obejmującego refleksje z trzech przedstawień. Nie podejrzewam, aby zainteresowanie wzbudził spektakl Callas w reż. Jandy w teatrze Och. Głowę dam sobie uciąć, że nie był to także bydgoski Tribute to musical (dziedzina, w której gustuje niewielu czytelników. Pani Ewo jest Pani jak dla mnie chlubnym wyjątkiem). A zatem ciekawość wzbudził Wiedźmin w reż. Wojciecha Kościelnika. Dopiero dalsza informacja, iż ten spektakl to także musical zapewne ostudziła zainteresowanie części odwiedzających. Jak to się można pomylić sugerując się nagłówkiem. Miejsce na podium zamyka wpis zatytułowany List do Van Gogha. Tutaj zapewne łowcy sensacji spodziewali się odkrycia nieznanego listu od brata, albo choćby od któregoś z kolegów po fachu. Najmniejszym zainteresowaniem natomiast cieszył się (a raczej nie cieszył) wpis Miłość jest warta starania. Rozmowy z mistrzami o niezwykle ważnej dla mnie serii wywiadów przeprowadzonych przez Justynę Dąbrowską z artystami i naukowcami na tematy dotyczące istoty życia. 
Ilość wpisów najwyższa na początku roku (zapał, noworoczne postanowienia) spadała w trakcie jego trwania. 
j/w c.d
Najczęściej komentowanym wpisem był poświęcony biografii Iłłakowiczówny. 
W 2019 roku częściej wracałam do wcześniej czytanych książek, niż odkrywałam nowe. Moje czytelnicze odkrycie pokrywa się z największą ilością odsłon i jest to Anatol France ze swoją Zbrodnią, a raczej zbrodnią Sylwestra Bonnard. Niezdecydowanych zachęcam do sięgnięcia po tę miniaturkę powieści, jest niezwykle esencjonalna i taka baśniowa. Kontynuowałam czytanie moich ukochanych biografii. Więcej miejsca na blogu zajęły refleksje dotyczące wydarzeń kulturalnych niż przeczytanych książek. Mniej jest wrażeń typowo
j/w cd.
podróżniczych z powodu mniejszej ilości wyjazdów (jestem na etapie kupowania nowego mieszkania. Po sprzedaży starego chwilowo jestem bezdomna. Może ktoś chciałby przygarnąć do siebie:)) zajmuję niewiele miejsca i pożeram dużo książek, a często mnie nie ma bo latam na różne koncerty, wystawy, teatry itp.). 
Ze starych wpisów największą popularnością cieszyły się wpisy Narodziny Wenus Botticellego oraz Włochy południowe w pigułce (niezmiennie od kilku lat). Jedynym już wyzwaniem, w którym uczestniczę regularnie (choć nie regularnie zamieszczam wpisy) jest stosikowe losowanie u Anny. Z rzadka zdarza mi się coś skrobnąć na temat klasyki, literatury francuskiej, czy Zoli.
Zdjęcia z krótkiego poświątecznego wypadu do stolicy i sobotniego spaceru. Nawet ja, ranny ptaszek, rzadko mam okazję oglądać tak puste ulice stolicy. 
Wypad uzupełnił moją listę wydarzeń kulturalnych o niesamowity spektakl z Natalią Sikorą w roli Piaf (ciary na skórze od pierwszego utworu) oraz o niekontrolowane wybuchy śmiechu na sztuce Trzeba zabić starszą panią, w której panowie Piela, Żak i Borowski dzielnie towarzyszyli pani Kraftównie. 
Dziękuję wszystkim odwiedzającym stale, czasowo, sporadycznie i życzę dobrego nowego roku.