niedziela, 3 sierpnia 2014

Ania, czyli zbawienne skutki powrotu do dzieciństwa


Wpisy na temat Ani pojawiają się z dość dużą częstotliwością w blogosferze. Ostatni raz czytałam Anię jakieś dwadzieścia lat temu, choć były czasy, kiedy cały cykl książek o rudowłosej, piegowatej mieszkance Zielonego Wzgórza czytałam rok rocznie. Potem, uważałam, że wyrosłam już z książek tego typu, a po trochę obawiałam się wizji ponownego spotkania. Myślałam, że jestem na tyle dojrzałą, rozsądną, doświadczoną przez życie kobietą, iż czytanie o przygodach naiwnego dziewczątka może mnie rozczarować, a nawet znudzić. A tego nie chciałam, wszak  Ania z Zielonego Wzgórza i Mały książę to książki, które mnie ukształtowały. A jednak wpis u momarty sprawił, że pomyślałam, a właściwie - czemu nie, zmierzę się z przeszłością i ocenię, na ile odeszłam od Zielonego Wzgórza i naiwnej wiary w istnienie pokrewnych dusz.
Nie miałam pojęcia, iż od Ani nie można odejść, bo Ania tkwi gdzieś we mnie. Tkwi z jej naiwnie dziecięcą wiarą w przyjaźń, dobro, piękno i z jej bogatą imaginacją. I po latach odbieram ją niemal tak samo, jak wówczas, kiedy ze wzruszeniem czytałam ją po raz pierwszy.  I w tych samych momentach się wzruszam, a nawet częściej dziś, niż dawniej pocą się oczy. 
I tak samo, jak dawniej oburza mnie system adopcji, zgodnie z którym dziecko wybierano jak towar składając zamówienie, w którym określało się wiek, płeć i stan zdrowia.
... Mateusz i ja dawno myśleliśmy, o tym by wziąć do siebie jakiegoś chłopca, postanowiliśmy zrobić to teraz. Mateusz jest już niemłody- wiesz, że skończył już sześćdziesiąt lat- i nie tak rześki, jak dawniej. Od czasu do czasu serce go niepokoi. A wszakże rozumiesz, jak trudno dzisiaj znaleźć obcą pomoc. Nie ma tu innych pracowników prócz tych głupich wyrostków francuskich. Ciężko ich utrzymać, bo zaledwie się nieco poduczy i przyzwyczai wymykają się do fabryk lub wyjeżdżają do Stanów Zjednoczonych. Początkowo Mateusz myślał o jakimś chłopcu z Anglii. Ale ja nie mogłam się na to zgodzić. Być może, iż to bardzo odpowiedni nabytek, nie przeczę – rzekłam - ale nie chcę znać uliczników Londynu… Dlatego Maryla zwróciła się do pani Spencer, która wybierała się do Domu Sierot z prośbą ... aby się nam wystarała o ładnego, zdrowego dziesięcio lub jedenastoletniego chłopczyka. Uważamy, że to wiek najodpowiedniejszy- chłopiec jest dość duży do załatwiania drobnych sprawunków, a dość młody, by nim pokierować wedle naszej myśli. Znajdzie u nas ciepły rodzinny kąt i odpowiednią opiekę.
Jakże prosty, a zarazem ryzykowny system, w którym wystarczyło przez posłańca złożyć zamówienie, aby otrzymać opiekę nad dzieckiem.
Tak samo, jak dawniej dostrzegam humor i celność w opisie zachowań pewnych typów ludzkich;
… Z tak widoczną przyjemnością rozpamiętywała każde podwyższenie temperatury i najmniejszy ból, że Maryla doszła do wniosku, że nawet influenca może dać pewne zadowolenie. … Wyszukuję oczywiście wszelkich wzmianek na temat czytania. Pani Barry obawia się o stan zdrowia Diany, która czyta bardzo dużo, za dużo,  gdy ona wolałaby, aby córka więcej czasu przebywała na świeżym powietrzu. Ania, kiedy zatopi się w interesującej lekturze, gotowa jest zapomnieć o Bożym świecie i zamiast historii czyta Ben Hura. Każda nowa powieść jest wielką dla niej pokusą, której czytanie stanowi zagrożenie dla jej szkolnych obowiązków.
Przypomina mi to przygotowywanie się do egzaminów podczas sesji, któremu towarzyszyło czytanie całego cyklu o Ani. Przeplatałam godzinę nauki, pół godzinną przerwą na czytanie Ani, z tym, że często te pół godziny niebezpiecznie przedłużało się do godziny. Podobnie jednak jak Ania z tego powodu nie zawaliłam żadnego egzaminu.
Twierdzenie Ani na temat przyjemności, jaką daje oczekiwanie na coś miłego (... wszak oczekiwanie czegoś daje nam już połowę przyjemności. Może się zdarzyć, że się tego nie otrzyma wcale, ale nikt nie może zabronić nam cieszyć się z oczekiwania….) stało się jedną z moich dewiz, a ma ona zastosowanie np. w odniesieniu do urlopu, kiedy to radość z planowanego wyjazdu przedłużam sobie na czas oczekiwania.
Do dziś przenika mnie „dreszcz rozkoszy” na sam dźwięk pewnych słów; alabaster, atłas, ametyst (ametysty to duszyczki dobrych fiołków). I choć nie mam daru nadawania rzeczom romantycznych nazw to wydaje mi się, że potrafię odczuć romantyczność chwili i dostrzec jej piękno.
I choć dziś znacznie trudniej niż dawniej, zdarza mi się jeszcze czasami odgrodzić się od rzeczywistości i odpłynąć w inny świat, niż ten który mnie otacza, zupełnie jak Ania, która… z twarzyczką wspartą na dłoniach, z oczami zapatrzonymi w błękitne fale Jeziora Lśniących Wód, które widać przez zachodnie okno… zatonęła w świecie marzeń, ślepa i głucha na wszystko, co nie było obrazem jej imaginacji.
I tak, jak za pierwszym razem ślinka mi leci, kiedy czytam o przygotowaniach do przyjęcia gości w Avonlea.
Najpierw kurczęta w galarecie i ozór na zimno, dwa rodzaje galaretek czerwona i żółta, bita śmietanka, ciasto z cytryną i wiśniami, trzy rodzaje drobnych ciasteczek, placek z owocami, owe sławne konfitury z żółtych śliwek, które Maryla przechowuje tylko dla gości, tort mojej roboty i biszkopciki… Ponadto świeżutki chleb i czerstwy też, specjalnie dla pastora, gdyby przypadkiem nie był zupełnie zdrów na żołądek.
Wiele tu celnych uwag, pięknych opisów i wzruszających historyjek. Niektóre zapewne mogą razić swą naiwnością czy dydaktyzmem. Moim zdaniem jednak wszystko jest tu wyważone i na miejscu. Co więcej śmiem twierdzić, że jak ktoś pokochał Anię za młodu, to pozostanie jej wierny na zawsze. Ania, jako dziecko potrafi nieco drażnić swą gadatliwością, ale jak skonstatowała Maryla nie było w niej (tej gadatliwości) nic pospolitego, jej opowiadania były niezwykle ciekawe, choć często meandrowały z głównego nurtu na pobocza. Bohaterka może niektórych czytelników zrazić nadmierną egzaltacją, mnie te jej nad światem zachwyty nie tylko nie rażą, ale oczarowują. Ania potrafi nazwać to, co ja odczuwam.
I znajduję tu, jako jedną z wielu prawd, tę, która także mocno do mnie przemawia, iż najsmutniejszym jest nie to, że marzenia nie zawsze się spełniają, a to, że są ludzie, którzy nie posiadają marzeń.
Jak powiedziała o Ani ciotka Józefina Ania posiada tyle barw, co tęcza, a każda z nich jest piękna. I tak jest z tą książką, nie widzę jej cieni, a dostrzegam całą gamę kolorów.

Przywiązana do mojego wydania cyklu (Wydawnictwo Nasza Księgarnia z tłumaczeniem Rozalii Bernsteinowej i ilustracjami Bogdana Zieleniec) nie zakupiłam nowego wydania, bo i dla kogo, skoro w domu nie ma dzieci, ale ponieważ książki od licznych czytań zaczynają się rozpadać być może i ja zdecyduję się na zakup nowej serii. O nowo wydanej Ani i nowym tłumaczeniu Beręsewicza pisze montgomery
Powrót do Ani był świetnym pomysłem, jest to idealna lektura nie tylko na wakacje, ale na cały rok.


24 komentarze:

  1. Faktycznie to wspaniała lektura na lato...lekka i bardzo przyjemna...Chęcią do niej wrócę...Pozdrawiam Monika:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet na dzisiejszy upalny dzień :) choć generalnie to raczej pogoda na siedzenie w wodzie. Co przypomina mi o wyższości wanny nad prysznicem, w wannie można czytać, pod prysznicem nie bardzo :(

      Usuń
  2. Czytam i uśmiecham się. I nie mogę przestać.
    Dziękuję :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Śmiech to zdrowie, a i uśmiech myślę potrafi czynić cuda. A przy Ani nie sposób się nie uśmiechać.

      Usuń
  3. Ania jest jedyna w swoim rodzaju. :) Ja również uwielbiam ten cykl. Mimo sentymentu do starego wydania Naszej Księgarni kupiłam jednak pierwszy tom w nowym tłumaczeniu, tylko jeszcze nie przeczytałam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ania ma wiele wielbicielek i zapewne kilku wielbicieli :) Muszę wrócić do wpisu u montgomery, która porównywała oba tłumaczenia.

      Usuń
  4. W sumie nie mogłam spodziewać się innego wpisu na temat Ani:) No, może niekoniecznie z tym zdjęciem - nigdy nie uwierzę w to, że Gilbert Blythe naprawdę wyglądał tak jak w tym filmie!:)
    Kiedy pisałam swój post, miałam w głowie mnóstwo rzeczy, o których powinnam napisać. Nie napisałam o 95% z nich, Tobie jednak udało się to znacznie lepiej ode mnie!

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja również inaczej wyobrażałam sobie Gilberta, natomiast Ania moim zdaniem została wybrana idealnie. Ja zawsze mam niedosyt przy każdym wpisie, wydaje mi się, że nie napisałam wszystkiego co chciałam, albo wszystkiego co powinnam była napisać, że wybrałam nie te fragmenty, co trzeba, że inne byłyby lepsze. :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Tak książka ma niezwykły urok... Aż się wzruszyłam...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja już się nie mogę doczekać dalszego ciągu, bo choć znam przecież niemal na pamięć i wiem, co będzie w kolejnym zdaniu to czytam,jakbym czytała po raz pierwszy:)

      Usuń
  7. Oj, chyba nie można nie lubić Ani (nie Andzi;). Wczytywałam się w ten cykl. Pierwsza część Ani to była chyba jedyna lektura szkolna, która przyniosła mi aż taka frajdę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wiesz, że za moich czasów Ania nie była chyba lekturą, nie wiem, jak trafiłam na jej ślad, ale pamiętam, jak zazdrościłam kuzynce, która posiadała całą serię, podczas gdy ja polowałam w bibliotece na każdą kolejną cześć. Niektóre (końcowe tomy) przeczytałam będąc już prawie ukształtowaną :) o ile, w ogóle nią jestem.

      Usuń
  8. Z biegiem swoich lat jestem zdania, że naiwności jednak już się nie pozbędę. Acz przez lata oczywiście z tych samych względów co Ty, nie czytałam książek. Powróciłam do nich, gdy spodziewałam się Marysi. przeczytałam całą serię i ...efekt z tego taki, że Marysia ma pewne Anine cechy :) Może dlatego Ania jest tak mi bliska. Słownictwo i wyszukany język czaruje czytelnika.

    Dziękuję :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Naiwność zapewne w wielu sytuacjach życiowych przeszkadza, ale i ona ma swoje zalety, dzięki niej łatwiej oglądać świat przez różowe okulary, nawet jeśli wiemy, że to widok wyidealizowany i nie do końca prawdziwy. Imię Ania wybrałam sobie na bierzmowaniu, co prawda jest to imię tylko z nazwy, bo nikt dziś nie używa, nie tylko trzeciego, ale i rzadko używa się drugie. Ale to moje własne, przeze mnie wybrane. Choć własnemu też nie mogę nic zarzucić, a zwłaszcza nieromantyczności:) Moja literacko ukochana Małgorzata to ta z Bułhakowa.

      Usuń
  9. Tez sie Ania zachwycalam i tez chodzilam z glowa w chmurach (chodze do tej pory), wyobrazalam sobie pokoik na facjatce i zielone wzgorze i suknie z tafty, chociaz do tej pory nie bardzo wiem jak tafta wyglada:) Piekne wspomnienia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam jedną suknię z tafty, sylwestrową. Założyłam tylko raz, ale szkoda mi ją oddać, tak pięknie mieni się i szeleści przy chodzeniu. Aż mi się buzia rozradowała na wspomnienie :) Ach co to był za bal z przełomu wieków, na którym tak szeleściłam :)

      Usuń
  10. Och Gosiu, przypomniałaś mi trochę odległe czasy... Z wypiekami na twarzy zaczytywałam się Ania z Zielonego wzgórza. Pamiętam, że jakoś nie darzyłam sympatią Gilberta Blythe... Może za kolor jego włosów? Jeszcze mam te stare, pożółkłe książki. Musze je przeczytać.
    Pozdrawiam serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Proszę bardzo, mnie przypomniała momarta i tak szerzy się łańcuszek przypominajek

      Usuń
    2. I to jest chyba najfajniejsze w blogowaniu: jedni drugim przypominamy sobie i polecamy różne książki:) A dziś właśnie skończyłam "Anię z Szumiących Topoli" i wcale nie zamierzam na tym poprzestać! Mam nadzieję, że i Ty, i Łucja-Maria pójdziecie tą samą ścieżką, bo bardzo ona przyjemna:)

      Usuń
    3. Właśnie odpisałam Ani (poniżej), że jeszcze w tym tygodniu zabieram Anię na wycieczkę:) Zamierzam przeczytać cały cykl (przypomnieć sobie- to chyba nie najwłaściwsze sformułowanie, bo w zasadzie znam niemal na pamięć, ale czytanie daje mi ogromną radość).

      Usuń
  11. Ja czytałam ją jeszcze dawniej, gdyż pewno koło 50 lat temu, a później nabyłam sobie te podstawowe trzy dwutomowe egzemplarze i nie rozstaję się z nimi. Chyba w ubiegłym roku przeczytałam "Anię ze Złotego Brzegu", której do tej pory nie znałam i znów zasmakowałam tej cudownej atmosfery domu pełnego ciepła i miłości.
    Na tej lekturze można wychowywać młode pokolenie i dzisiaj, bo wartości, które przekazuje się nie zmieniają.
    A Ania przecież i dzisiaj, w dobie internetu, gier komputerowych i centrów handlowych może być osobą do naśladowania.
    Bo ciepło rodzinne, miłość i przyjaźń i dzisiaj są pożądane, może nawet bardziej niż wtedy, gdy Mateusz zabrał ją do domu mimo iż nie była "zapotrzebowanym" chłopcem.

    Mało mam czasu na czytanie, a do czytania mnóstwo innych książek, ale może jeszcze kiedyś wrócę na Wyspę Księcia Edwarda.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak tylko skończę książkę z wyzwania (losowanie u Anny) i biblioteczną, zabieram się za kolejną część Ani, a że wybieram się na weekend w małą podróż to zabiorę ze sobą Anię, bo to idealna towarzyszka:) Myślę, że gdyby dzisiejsze dzieci chciały przeczytać Anię odnalazłyby w niej wszystko to co mówisz, pod warunkiem, że byłyby pokrewnymi duszami. Ania jest chyba dziś lekturą, a to może niezbyt dobrze jej wróżyć. Ja, jak często podkreślałam, od dziecka kochałam lektury i książki w ogóle, ale wiemy, że sporo osób na sam dźwięk słowa lektura dostawało wysypki. Te wartości, które promuje Ania są tak uniwersalne, że fajnie by było, gdyby znalazła i dziś naśladowców. Ale chyba nie jest tak źle, dziś byłam na amatorskim przedstawienia Snu nocy letniej Szekspira, które przygotowała młodzież szkolna po siedmiu dniach prób i nauki, a przygotowała je po angielsku. Jestem pełna podziwu dla tej młodzieży, której się chciało w czasie wakacji uczyć i pracować nad rolą, zamiast iść poleżeć na plaży czy pójść na dyskotekę.

      Usuń
    2. Dlatego nie można uogólniać. Czasem potrzebny jest "zapalony" dorosły, który przyciąga jak magnes i potrafi z młodzieżą cuda robić. A w nich są ogromne pokłady i emocji i chęci poznawania nowego tylko trzeba potrafić to uruchomić. Jeszcze nie wszystka spędza czas w pubach lub przy komputerze.
      A co lektur to się z Tobą zgadzam, chociaż ja lubiłam je czytać. Moje dzieci już je inaczej traktowały.

      Usuń
    3. To też możemy się cieszyć, że są tacy zapaleńcy wśród dorosłych, którzy wskazują drogę, a jeśli młodzi nią podążą to tylko się cieszyć. Myślę, że wiele jest takich młodych osób, pełnych pasji i zapału, jeszcze nie zepsutych życiem, tylko, że zawsze widzi się przede wszystkim tych, którzy idą na łatwiznę, którzy chcą żyć wygodnie i bez wysiłku. Moi siostrzeńcy na razie czytają, choć bez większego entuazjazmu :(

      Usuń

Jestem bardzo rada z każdego komentarza, ale nie będę tolerować komentarzy agresywnych, wulgarnych, czy obrażających moich gości (innych komentatorów).