niedziela, 17 lipca 2016

Smakowanie Krakowa inaczej, czyli wycieczka z dziećmi

Kraków to po Warszawie miejsce, do którego wracam najczęściej. Tyle, że odwiedziny Warszawy często mają charakter zawodowy lub obywatelski. A odwiedziny Krakowa to ładowanie akumulatorów. Tym razem zaprosiłam na wycieczkę do tego najpiękniejszego, moim zdaniem, miasta w Polsce siostrzeńców. Zwiedzanie z dziećmi to, jak każdy rodzic wie, zupełnie inna bajka, choć z bajką niewiele miewa wspólnego. Z góry było wiadomym, iż odpuścić należy sobie; muzea, świątynie, wystawy. Czy zatem jest sens ciągnąć dzieci przez całą Polskę. Chyba tak. Już sama podróż Pendolino, mimo, że nie pierwsza w ich życiu wzbudziła emocje.

W ciągu pierwszego dnia udało nam się zobaczyć prawie wszystko, o czym dzieci słyszały w szkole. Najpierw był Barbakan; tu najciekawszą okazała się otaczająca go fosa, a chęć zbiegnięcia do niej była powstrzymywana, jedynie z obawy narażenia się na gniew ciotki. 
Następnie Brama Floriańska (tę minęliśmy bez emocji), nie wzbudziły jej nawet niezwykle kolorowe obrazy na murach wokół Bramy. O wiele większe zainteresowanie wywołał szyld Pub Restauracja Pod złotą pipą, co do którego orzeczono, iż zapewne przyczynia się do zwiększenia dzietności. No proszę – taki prosty sposób zamiast wydawania milionów. 
Obowiązkowym punktem odwiedzin okazał się kościół Mariacki. Tu wyrażono życzenie obejrzenia Ołtarza (bo Pani w szkole mówiła, że największy, czy najładniejszy w Europie - chwała Pani) oraz zdziwienie, iż za każdą czynność należy osobno zapłacić; wejście do części dla turystów, możliwość fotografowania, wejście na wieżę. Chłopcy pytali, czy za oddychanie w Krakowie też trzeba płacić i zrezygnowali z wieży. Fakt, iż dostali naklejki umożliwiające fotografowanie sprawił, iż poczuli się ważni i z przejęciem robili zdjęcia Ołtarza Wita Stwosza.
Wydarzeniem była wizyta na Wawelu i to nie z powodu odwiedzin w Katedrze; żadne gadanie ciotki o tym, jak ważne to miejsce dla historii Polski, że koronacje, chrzty, śluby i pogrzeby królewskie, że Wawel to polski Rzym nie wywarły najmniejszego wrażenia. Najbardziej atrakcyjną okazała się wizyta na wieży Dzwonów, skąd można podziwiać panoramę miasta (byliśmy w Centrum Dzwonów, gdzie był taki duży dzwon, którego nie można było uruchomić i kilka małych, którymi dzwoniliśmy - opowiadali z przejęciem rodzicom). Tym dużym Dzwonem był oczywiście Dzwon Zygmunta. Z ciekawością obejrzeli grobowce w Krypcie Królewskiej. Może uda mi się zarazić ich pasją odwiedzania nekropolii. Wchodząc na wawelski dziedziniec stwierdzili, iż widzieli go na jakimś filmie, co okazało się dodatkowym atutem wycieczki. Chłopcy odnaleźli wejście do Smoczej Groty, czym byli niezwykle podekscytowani, bowiem ciotce przez tyle pobytów na Wawelu nie udało się tego dokonać (prawdę powiedziawszy nie bardzo go szukała).
Gwoździem programu okazała się  możliwość zbiegnięcia z Wawelskiego wzgórza. Nie wiem, czy nie czuli się wówczas, jak średniowieczni rycerze po zdobyciu warownego grodu. W każdym razie na ich twarzach malowała się radość.
Kolejnego dnia wybraliśmy się na wycieczkę do Kopalni Soli w Wieliczce. Tutaj najciekawszym  okazało się zlizywanie soli ze ścian korytarzowych (ponoć całkiem bezpieczne pod względem higieny) oraz powrót na powierzchnię autentyczną górniczą windą (taką metalową klatką w zupełnej ciemności i ścisku, któremu to wyjazdowi towarzyszyły głośne piski zwiedzających). Po wyjściu stwierdzili, iż fajna też była też ta duża kaplica (Kaplica Świętej Kingi cała z soli z wieloma rzeźbami, w tym wspaniałą repliką Ostatniej Wieczerzy Leonarda da Vinci zachwyca chyba wszystkich odwiedzających Kopalnię). Szliśmy trasą turystyczną, która trwała około dwóch godzin i wydaje mi się, że wybieranie dłuższej trasy z dziećmi mija się z celem, gdyż wychodząc stwierdzili, że wycieczka była fajna, ale męcząca. Słówko fajny królowało we wszystkich odmianach.
Kolejnym, ciekawym punktem wycieczki był Ogród Doświadczeń Lema. Jest to taki odpowiednik warszawskiego Centrum Nauki Kopernik, tyle, że na świeżym powietrzu. Może nieco mniej atrakcyjny, ale na pewno wart odwiedzenia. Dobrze też przygotować sobie parę złotych więcej na dokupienie dodatkowo płatnych atrakcji. Dzieci były zachwycone toczącą się kulą, w której jak chomiki wspinały się na górę (coś w rodzaju zorbingu). No i koniecznie należy zabrać ze sobą coś do picia, gdyż po wszystkich szaleństwach w rodzaju trampolin i toczących się kul pragnienie się nasila. Na miejscu jest sklepik, ale usytuowany w pobliżu wejścia, więc nie zawsze chce się wracać. No i ceny, jak wiadomo w każdym takim miejscu są dużo wyższe.
Dobrym sposobem spędzania wolnego czasu były także spacery Plantami. Jest tam sporo zieleni, dużo ławeczek, dzieci mogą się wybiegać, a ciocia pospacerować lub pomaszerować. 


Clou wycieczki okazały się lody, bo ... takich smaków i tylu rodzajów lodów to nigdzie nie ma. Osobiście bym polemizowała, ale każdy może mieć swoje odczucia, a tym razem to zdanie dzieci było najważniejsze. To dla nich była ta wycieczka i to one miały być zadowolone. Fajnie (powtórzę za dziećmi) jest mieć takie kulinarne skojarzenia związane z danym miejscem. Mnie Kraków jak dotąd kojarzył się z pysznymi plackami ziemniaczanymi w Barze Grodzkim. (niestety ostatnio nie były tak smaczne).
Reasumując polecam Kraków także na wycieczkę z dziećmi, bo myślę, że i one odnajdą tam coś dla siebie. Jedynym minusem pobytu były tłumy odwiedzających, ale i my byliśmy częścią tych tłumów.
Jest fajnie

37 komentarzy:

  1. Pani w szkole chyba liczyła powierzchnię ołtarza, bo najwyższy gotycki ołtarz znajduje się w Levocy.
    PS. To że w Krakowie kasują za wszystko nie powinno Cię dziwić, w końcu wiadomo że drut aluminiowy powstał dlatego, że krakus i poznaniak pokłócili się o dziesięciogroszówkę :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To rozdrabnianie przenosi się na inne dziedziny, nie tylko turystykę. Chcąc ostatnio nabyć łóżko, ze zdumieniem dowiedziałem się, że muszę do niego dokupić stelaż pod materac i zagłówek :P

      Usuń
    2. Czyli nabyłeś skrzynię?, a z nóżkami, czy bez? :)

      Usuń
    3. Komplet. Płacąc jak za zboże. I już trzeci raz słysząc, że termin dostawy się opóźni :(

      Usuń
    4. Oj, nie ma to jak fachowcy, dlatego na samą myśl o remoncie, większym zakupie już jestem nerwowa:)

      Usuń
  2. Fajna :) z Ciebie ciocia! Też bym chętnie pojechała na taką wycieczkę :)
    A jako mama potwierdzę to, co napisałaś - dzieci najlepiej bawią się wtedy, gdy nie narzuca im się swojego sposobu zwiedzania :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie bardzo wiem, co Pani w szkole powiedziała, grunt, że w ogóle dzięki temu, że coś mówiła, chłopcy chcieli ten Ołtarz obejrzeć. A że kasują za wszystko i to nie tylko w Krakowie, mnie już nie dziwi, dzieci i owszem. Ale historyjka powstania drutu aluminiowego przednia. Nawiasem mówiąc mam poznańskie korzenie - mój tata urodził się w stolicy Pyrlandii.

    OdpowiedzUsuń
  4. Do mania czytania - też miałam taką ciocię :), więc doceniam i mam nadzieję, że i chłopcy docenią, a może przekażą dalej pałeczkę rozbudzania miłości do podróżowania. A mając zarówno rodziców, jak i ciotkę zamiłowanych we włóczeniu się po różnych zakątkach jest spora szansa. A co do wyboru atrakcji turystycznych i nie tylko - staram się tylko ukierunkowywać, a nie narzucać, jak widzę, że coś nie pasuje to odpuszczam.

    OdpowiedzUsuń
  5. hehe komentarze chłopców obłędne. Sam opis wyprawy zresztą też :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Mając w pamięci wypad do Krakowa z młodszą siostrą i ciąganie jej po muzeach, które sama chciałam zobaczyć, dzisiaj raczej zabrałabym ją do fajnej knajpy albo Parku Wodnego. Niestety mamy zupełnie inne zainteresowania.;(
    Chłopcy na pewno kiedyś docenią ten wyjazd, a i w głowach też coś zostanie - Park Doświadczeń trudno chyba zapomnieć. Wydaje mi się, że grunt to nie zniechęcić, do pewnych rzeczy trzeba dojrzeć. Na szczęście Kraków oferuje nie tylko historyczne miejsca.
    A propos kuchni - próbowałaś pierogów na Sławkowskiej?:) Dla mnie to stały punkt programu, zwłaszcza kresowe z kaszą i drobno posiekaną wątróbką. Do słynnych zapiekanek na Kazimierzu wciąż nie dotarłam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Święta prawda- trza dojrzeć, widzę po sobie, kiedy pomyślę, jak koleżanka ciągała mnie po kościołach, kiedy byłam w wieku studenckim i jak bardzo się na nią zżymałam, że ile to można po kościołach łazić, siadałam naburmuszona w ławce i mruczałam pod nosem- czego ona szuka w tych kościołach:), a dziś uwielbiam odwiedzać różne świątynie. Może nie wszystkie, ale odwiedzam ich całkiem sporo, a do niektórych wracam po kilkanaście razy. Dlatego też mam nadzieję, że moi siostrzeńcy może jeszcze kiedyś zapałają miłością do czytania, które teraz to tak aby, aby.
      Pierogi na Sławkowskiej? mijałam to miejsce ileś razy, ale nigdy nie byłam. Nic straconego, będę znowu we wrześniu, a potem w grudniu, więc na pewno spróbuję. Co do zapiekanek to raczej nie jadam, ale pierogów skosztuję.

      Usuń
    2. Jeśli trafią na super książki, zapałają.;) Koleżanka opowiadała mi, jak jej syn (l. 10) zarażał w klasie czytaniem kolegów i byłam mile zaskoczona. Okazuje się, że "chwyciły" m.in. powieści bazujące na historii Polski.
      Miejsce na Sławkowskiej jest małe i przeważnie tłoczne, ale warto zaryzykować. Niestety zapiekana buła z pieczarkami i żółtym serem to do dzisiaj moja słabość.;)

      Usuń
    3. Na to właśnie liczę, że się jeszcze kiedyś odmieni, choć z czytaniem to wydawało mi się, że bakcyla łapie się stosunkowo wcześnie, jedynie gusta potrafią kształtować się z wiekiem nieco inaczej niż na początku tej przygody.

      Usuń
  7. Urocza relacja i zdjęcia (czujna z Ciebie fotografka:). Fajnie dać się czasami poprowadzić dzieciom, odkrywać nowe miejsca i inne perspektywy. Jako ciotka poddaję się tak czasami Niuni i wchodzimy (po nic) do kwiaciarni, fryzjerów spotykając się zazwyczaj z bardzo przyjaznym przyjęciem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tym zdjęciami to jest tak, że jak poprzednio chciałam robić zdjęcia to się odwracali i nie chcieli patrzeć w obiektyw, a teraz, jak chciałam uchwycić ich z tyłu zakładając, że wrzucę coś na bloga to jak tylko słyszeli dźwięk wysuwania obiektywu już się do mnie szczerzyli :) Ciotki mają dobrze, mogą sobie dziecko wypożyczyć, czerpiąc z tego przyjemności, nie obarczone obowiązkami:)

      Usuń
    2. Podpisuję się obiema rękami pod ostatnim zdaniem. Ciotki spijają śmietankę :)

      Usuń
  8. Bardzo ciekawe doświadczenie. Sam miałbym wielki problem, co takim młodzieńcom pokazać w Krakowie. Na pewno trzeba zadbać, by takie miejsca nie nużyły dzieci długością jak i treścią. Muzea chyba bym odbuścił, no może poza Wieliczką. Fajne by było np muzeum zabawek, może szopki krakowskie lub podziemia na rynku. No i lot balonem, ale to dość droga zabawa. Wizyta u smoka to był dobry pomysł, może jeszcze Kopiec Kościuszki.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak o Szopkach myślałam, ale to nie ten czas (chyba, bo zwątpiłam, ale wydaje mi się, że w Krzysztoforach są od grudnia do stycznia- moje niedopatrzenie). Myślałam o Muzeum Inżynierii Miejskiej, ale nie chciałam też aby tego zwiedzania było za dużo). A co do Kopca Kościuszki- miałam w planie, ale były jakieś ograniczenia w ruchu, tramwaje jeździły dość rzadko, więc poszliśmy na Kazimierz, bo chciały zobaczyć na własne oczy nazwę jednej z ulic. Nie muszę chyba pisać jakiej. Dzieci miewają specyficzne upodobania. Pozdrawiam

      Usuń
  9. Te tłumy, o których piszesz wypędziły nas ostatnio z kumplem z Rynku, a potem siłą rozpędu, z miasta. Mieliśmy plan, żeby po całym dniu rowerowania zjeść coś na Starym Mieście, ale hałas był ogłuszający, a my po 90 km w ostrym wietrze mieliśmy dość hałasu właśnie. Dlatego opóźniony obiad, a w zasadzie obiadokolację, zjedliśmy w Ojcowie, późnym wieczorem. Do Krakowa wybiorę się z chłopakami w któryś jesienny weekend. Chętnie też odwiedziłbym poza sezonem Pragę, która mnie zachwyciła sobą i zabiła nieprzebraną masą turystów z całego świata :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdecydowanie rozsądny plan, gdybym mogła wybrałabym inny czas odwiedzin, ale ograniczona jestem szkołą chłopców. Sama raczej nie zdecydowałabym się na odwiedzanie Krakowa latem. Choć trzeba jeszcze rozróżnić latem w dzień powszedni, a latem w weekend- wtedy masakra. Praga też mi się marzy, byłam raz z wycieczką, ale jak to z wycieczką, za szybko, za krótko, za mało.

      Usuń
    2. A ja mam ochotę na jakiś rowerowy rajdzik po wschodniej Polsce. Bez tłumów, bez hałasu i ścisku. A pooglądać z pewnością też jest co :D

      Usuń
    3. Bez tłumów, hałasu i ścisku- też chcę. I może być bez rowerów, wolę per pedes. :)

      Usuń
  10. W czasach studenckich przechodziłam obok krakowskich skarbów bez większego zainteresowania. Ważniejsze były knajpki, życie towarzyskie. Dziś smakuję sobie już Kraków po swojemu, odkrywając to, co za czasów młodości było mniej interesujące.

    Gdy byłam dzieckiem rodzice zabierali mnie na Wawel, pokazywali Sukiennice i bazylikę Mariacką. Choć nie byłam specjalnie zainteresowana pamiętam do dziś te wyprawy, z sentymentem powracając do dawnych lat...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już chciałam się żachnąć - kiedy przypomniałam sobie, jak sama w czasach studenckich najbardziej zainteresowana byłam życiem wieczorno-nocnym Krakowa, a jedną z większych atrakcji poza szukaniem noclegu, było picie winka z aluminiowego kubka w towarzystwie poznanych dopiero co studentów z Poznania:) Dziś też dostrzegam tam tyle ciekawych rzeczy, miejsc, no i tej klimat, jakiś taki swojski, a podniosły jednocześnie, kawiarniany, a taki nasz-polski (z rozmysłem a nie z braku szacunku pisane małą literą). Mój pierwszy pobyt w Krakowie miał miejsce za czasów studenckich, a potem to ja pokazywałam go mamie, a teraz dzieciakom :)

      Usuń
  11. Sama może mniej skorzystałaś na zwiedzaniu tym razem, ale frajda zrobiona chłopcom Ci to całkowicie wynagrodziła. Może zaszczepisz im bakcyla zwiedzania.

    Ja też byłam, w czerwcu, w Krakowie, tyle, że mężem, który nie lubi zwiedzać a został do tego przymuszony. Ale nie zwiedzaliśmy wnętrz z wyjątkiem katedry,na Wawelu uczestnicząc w niej w porannej mszy i dziedzińca zamkowego.
    Zrobiłam sporo zdjęć tylko do posta nie mogę się zmobilizować.
    Kraków to miasto z fantastycznym klimatem i co mi się w nim jeszcze podoba w porównaniu z Rzymem to to, że nie jest taki monumentalny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No taką mam nadzieję. Ale mam w tym wsparcie siostry i szwagra, którzy też lubią podróżować, tak więc dzieci trochę nie mają wyjścia, po prostu muszą polubić ... i autentycznie lubią podróżować. Nawet nie marudzą na zwiedzanie, ale wychodzimy z założenia, aby nie zrażać nadmiarem, czy zbyt męczącymi wycieczkami. Współczuję, bo wiem jak trudno czerpać radość z wycieczki, kiedy druga osoba czuje się przymuszona do czegoś, czego nie lubi. Dlatego wolę podróżować sama, niż z osobą, która chcąc zrobić mi przyjemność - potrafi mi tę przyjemność zepsuć.
      No właśnie Kraków nie jest monumentalny, ta wielkość pasuje Rzymowi, a Kraków jest taki nasz, taki skromny, a wielki.

      Usuń
  12. Planowałam pojechać z chłopakami do Krakowa w czasie tegorocznych ferii zimowych, niestety Młodszy się rozchorował. Plany miałam z grubsza podobne do Twoich (poza Ogrodem Doświadczeń, który zimą jest nieczynny), ale przyjdzie nam poczekać z ich realizacją. Największym problemem jest jednak dla mnie smog (zimą chyba bardziej odczuwalny niż latem). Niby przez kilka dni człowiek od niego nie umrze, ale jakoś tak się waha, czy na pewno trzeba ciągnąć weń dzieci...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Musu nie ma, aby ciągnąć, w końcu tyle jest pięknych miejsc i w kraju i poza nim, ale ja kocham to miasto, nawet ze smogiem. Polecam Kraków ale z dziećmi raczej poza sezonem. Sama mogę sobie robić spacery przed świtem, czy poza ścisłym must see, ale dzieci nie będę zniechęcać moimi fanaberiami.

      Usuń
  13. Potrzebne są takie wypady z dziećmi. Tyle że najczęściej niewiele z tego pamiętają, nawet jesli mają już naście lat. Mimo to warto pokazywać ważne miejsca, kiedyś do nich dojrzeją.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, że nie wiele się pamięta. Wspominałam chyba nawet u Ciebie, iż z mojej podróży do Petersburga (wtedy Leningradu), którą odbyłam w wieku pięciu lat pamiętam bardzo niewiele; ogromne hałdy śniegu- wręcz tunele wyryte w śniegu, mrożone koktajle lodowe, monumentalne eksponaty w muzeum wojska (?), ale to są miłe wspomnienia z patriotycznym elementem, kiedy mała Gosia pogoniła dwa razy większe od niej Niemki i Rosjanki, które jej przeszkadzały w zabawie, na co jej (moja) mama patrzyła z przerażeniem. :) Do takiego miejsca czuje się potem sentyment przez całe życie, a jak zdarzy się wrócić człowiek usiłuje odnaleźć coś z tamtych dni i tamtej małej osóbki.

      Usuń
  14. Powiem odkrywczo: zupełnie inaczej widzi się miasto samemu, inaczej w towarzystwie - zwłaszcza dzieci :-) Relacja jak zwykle świetna i jak zawsze zaczynam żałować, że nie mam w ręku biletu do Krakowa!
    PS Gdzie można dostać te dobre lody...?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdaniem dzieci na Grodzkiej - tam to wypatrzyli parę lodziarni, w których serwowano ponoć nieznane w Gdańsku smaki. Myślę jednak, że to urok wakacji sprawił, że to czego nie dostrzega się na co dzień widzi się na wycieczce. W takcie roku szkolnego ilość różnorakich zajęć szkolnych i pozaszkolnych nie daje zbyt dużo czasu na spacerowanie po mieście w poszukiwaniu nowych smaków. Ale może się mylę, bo sama starając się jeść jak najmniej słodyczy nie patrzę na inne lody niż cytrynowe i wcale nie dostrzegam, że jest coś ponadto. Długa odpowiedz- ma być rekompensatą za opóźnienie w odpowiedzi. :) A już za niedługo przekonam się ponownie, jak to się samemu ogląda Kraków :) urlopie przybywaj, odliczanie trwa...

      Usuń
    2. Ach, jest coś nadto, jest! Moje odkrycie niedawne: prawdziwe włoskie lody pistacjowe, z prawdziwą pastą z pistacji, odkryte przypadkiem w... Biedronce (tak, tak!), made in Italy. Z tej samej serii są również cytrynowe, też niezłe.
      Przy okazji wizyty w Krakowie, na pewno poszukam lodziarni na Grodzkiej. Dzieci to prawdziwi znawcy lodów, skoro twierdzą, że tam są najlepsze, to z pewnością tak jest :-)

      Usuń
    3. Licząc kalorie i katując się marszobiegami lody pistacjowe nie dostąpią raczej w najbliższym czasie przedstawienia guciamal, ale cytrynowe i owszem- na te miewam od czasu do czasu dyspensę. :) Dzięki za wskazówkę. A przy okazji i ja na tej Grodzkie spróbuję tychże cytrynowych.

      Usuń
  15. Małgosiu,
    bardzo dziękuję za komentarze. Za ich sprawą odzyskałam adres blogowy.
    I znowu mogę czytać Twoje świetne posty.
    Będąc w wieku Twoich siostrzeńców, mnie niebyt interesowały miejsca, które oni zobaczyli. Przypominam sobie, że zawsze lubiłam podróże.
    Być może masz wrodzone umiejętności żeby chłopców w tym wieku zainteresować Krakowem.
    Podobnie jak Ty uwielbiam lody cytrynowe, pistacjowe i mango.
    Serdecznie pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń

Jestem bardzo rada z każdego komentarza, ale nie będę tolerować komentarzy agresywnych, wulgarnych, czy obrażających moich gości (innych komentatorów).