czwartek, 17 września 2020

Nad Niemnem Eliza Orzeszkowa

Wydawnictwo Eventus 1997

Ostatni raz czytałam Nad Niemnem osiem lat temu. Nie sądziłam wówczas, że kiedykolwiek jeszcze do książki  powrócę. Naszła mnie nieprzeparta ochota sięgnięcia po raz kolejny po tę zmorę licealistów. Zaglądając do krótkiej recenzji sprzed lat zauważyłam, że i mnie nieco zmogły sławetne opisy przyrody. A teraz, może sprawił to upływ czasu, może zmieniły się moje upodobania, ale od pierwszej strony zanurzałam się w zieloność, kwiecistość, bujność roślinności, w świat natury, który rozciągał się przed mymi oczami, jakbym oglądała przepiękne obrazy. Obfitość roślinności o obcobrzmiących nazwach spowodowała, iż lekturze towarzyszyło zwiększone eksplorowanie  Internetu. Chciałam zobaczyć, jak wyglądają kamiona, smółka, marchewnik, rohula. Opisy są tak malarskie, że nie rozumiem dlaczego wcześniej wydawały się nużącymi.  Może po prostu jest ich nieco przydużo, a czytelnikowi wiecznie się śpieszy.

Drobiazgowość opisu nie dotyczyła wyłącznie natury, ale także postaci czy scenografii. Dzięki temu można zobaczyć, jak żyją bohaterowie, w jakim otoczeniu, jak ubrani, co podano do obiadu, jak wygląda dzień codzienny, a jak wesele w chłopskiej zagrodzie.

Kiedy czytałam naszła mnie refleksja - jak to jest dobrze napisane, jak dobrze się czyta. Pewnie, że język dziś wydaje się archaiczny, pełen słownictwa rodem z XIX wieku,  a dialogi Bohatyrowiczów tak poprzetykane przysłowiami, że odnosi się wrażenie, że bez tych cytatów niewiele mieliby do powiedzenia. 

To, co według założenia autorki miało być wydźwiękiem ideowym powieści brzmi dziś mało przekonywająco. Te niemal półtora wieku robi swoje. Owszem jest Nad Niemnem panoramą polskiego społeczeństwa dwadzieścia lat po powstaniu styczniowym, ale czy jest to panorama rzetelnie odmalowana, czy jedynie dostosowana do założonych celów. Tym, co mi tutaj zgrzyta najmocniej jest przedstawienie warstwy chłopskiej. Wieś Bohatyrowicze wygląda niczym sielankowa Arkadia, bo choć większość chłopów narzeka na biedę czy głód ziemi to zagrody są zadbane, chłopi czystko i schludnie ubrani, gości ze dworu przyjmuje się wystawnie. Rodziny sobie pomagają,  nikt nie czeka niczyjej śmierci. Jadwisia Domontówna troskliwie opiekuje się dziaduniem, Janek i Antolka szanują stryja Anzelma i chodzą na paluszkach, kiedy dopadnie go choroba i smętek, pani Starzyńska-matka Janka pomaga mu w żniwach. Jedna tylko rodzina klepie biedę większą niż inne, a uwidacznia się ona brakiem przyodziania odświętnej szaty do żniw. Wygląda to troszkę, jak cepelia, wyelegantowani chłopi ze śpiewem na ustach ruszają w pola. Gdzie znój, pot, zmęczenie? Akcja powieści toczy się w latach osiemdziesiątych XIX stulecia, mniej więcej wtedy kiedy toczy się akcja Chłopów Reymonta, a jaka różnica, zarówno w wyglądzie, jak i charakterach bohaterów. U Reymonta chłop chłopu wilkiem, ojciec trzyma się ziemi zębami, aby do dzieci nie iść na poniewierkę, dzieci rodzicom wydarłyby poduszkę spod głowy, bo bieda u nich aż piszczy, a u Orzeszkowej choć nie są chłopi wzorem sąsiedzkiej pomocy i zdarza się, że najbardziej krewki przedstawiciel rodziny (Fabian Bohatyrowicz) wykorzysta okazję, aby słabszego sąsiada oszukać, życie wioski wygląda niemal idyllicznie. I nie wydaje mi się, aby to Reymont przejaskrawił swoją opowieść.

Niektóre postaci wydają się nieco papierowe, żeby nie powiedzieć nudnawe. Ale czyż tacy nie bywamy.

Kiedy czyta się książkę po raz kolejny poza tym, co oczywiste i samo w oczy się pcha, zwraca się uwagę na coś nowego. Tym razem zwróciłam uwagę na relacje małżeńskie. Poza Janem i Cecylią - legendarnymi protoplastami rodu Bohatyrowiczów, których następcami mają być Janek Bohatyrowicz i Justyna Orzelska pozostałe związki są kompletnie niedobrane. Przypadek to, czy może osobiste doświadczenia nieudanego małżeństwa pisarki miały wpływ na takie a nie inne potraktowanie tematu. Partnerski związek sprzed wieków, w którym panna z wyższych sfer porzuca otoczenie i wiąże się z mężczyzną niższego stanu, aby razem z nim żyć i pracować bierze sobie za przykład Justyna, która sens życia widzi we wspólnej pracy ze swoim przyszłym mężem.

A pozostali?   

Benedykt zakochany w swej wiecznie chorującej Emilii, mając świadomość wzajemnego niedopasowania … nie rozumiemy się i zapewne nie zrozumiemy się już nigdy... będzie tkwił do końca przy żonie, bo tak nakazuje mu honor i przyzwoitość oraz tlące się resztki uczucia. Emilia będzie z nim tkwiła dla wygody, bo mimo wszystko ma zapewnioną opiekę, utrzymanie i żadnych obowiązków, może sobie dalej czytać, marzyć i dostawać globusa, choć, jak sama twierdzi… żyję w tym kącie, jak zakonnica, więdnę jak kwiat zasadzony na piaskach. Cóż stąd, ze nie doświadczam niedostatku? Moje potrzeby są większe, wyższe… O smaczny obiad nie dbam, ale pragnę dookoła widzieć choć trochę poezji, piękna, artyzmu… A gdzież je znaleźć mogę? Ja pragnę wrażeń …. moja natura nie może być stojącą wodą, ale potrzebuję błyskawic, które by nią wstrząsnęły.. (str.48)  Benedykt zaś trzymał się będzie ziemi rękoma, nie pozwoli jej sobie wyrwać, tyle, że już sam nie bardzo wie dlaczego, jedynie jeszcze w pamięci pozostało, jak jedyny jasny promyk nadziei.. to..tamto.. tego.

Pani Kirłowa gospodarna, dzielna kobieta, która całe gospodarstwo sama prowadzi, wychowuje dzieci, użera się ze sprawami urzędowymi, ale nie da złego słowa na męża powiedzieć, choć uczciwie przyznaje Różycowi, iż ten nie nadaje się do zarządzania majątkiem, bo nie ma do tego głowy. Kocha męża mocno, w domu z roku na rok przybywa dzieci, a  żona nie skarży się słowem na będącego gościem w domu małżonka. Dlaczego? Bo …. każdy człowiek ma swoje wady … nie są to nawet wady, tylko przyzwyczajenia… Pracować nie lubi, bez towarzystwa i rozrywek żyć nie może … tak go wychowano… Ojciec jego mając ten tylko folwarczek trzymał się wiecznie pańskich klamek, od komina do komina jeździł i syna z sobą woził. W szkołach trzy klasy tylko skończył i zaraz za skończonego obywatela uchodzić zaczął. Potem, kiedy ożenił się ze mną i moim posażkiem długi opłacił, ja sama starałam się wyręczać go we wszystkim i kłopoty od niego usuwać. … Tak już przywykł… ale z tymi przyzwyczajeniami jakżeby on tak wielkiej pracy podołać? (str.143)

Zygmunt Korczyński znudzony artysta bez talentu, powziąwszy decyzję o zakończeniu romansu z Justyną, która miała być jego muzą i natchnieniem, ulega namowom krewnych i poślubia piękną, młodą, utalentowaną i wykształconą pannę z posagiem. Panna ma jedną wadę, jest zbyt uległa i beznadziejnie w mężu zakochana, przez co szybko nudzi małżonka. Ale będą trwać w tym niedobranym związku, bo Zygmuntowi brak nie tylko talentu, brak też zdecydowania, aby wziąć odpowiedzialność za życie swoje i powierzonej mu dziewczyny.  

Można mieć za złe bohaterom, iż brak im odwagi aby swe życie odmienić, ale trzeba też wziąć pod uwagę środowisko, w jakim żyją. To nie jest czas wyemancypowanych kobiet (tu wielkie uznanie dla Justyny), to nie był też czas rozwodów.

Na tle tych niedopasowanych związków uczucie Justyny i Janka są jak powiew świeżości i zapowiedź zmian, dobry prognostyk na przyszłość.

19 komentarzy:

  1. A cóż za zbieg okoliczności! Właśnie wczoraj wyciągnęłam z półki "Nad Niemnem", ledwie zaczęłam, ale czytam - również po dłuuugiej przerwie, ze znacznie większym zainteresowaniem, niż przed laty. Te smółki, dzięcieliny, marchewniki :))) - ależ to jest fantastyczne! Czytałam ten opis z uśmiechem rozlanym błogo na twarzy :). Generalnie lubię klasykę i ubolewam, że dzisiaj już niemal nikt tak nie pisze. Dzisiaj jest pogoń za akcją, za sensacją, nikt nie przygląda się kwiatkom polnym i chrząszczom w trawie. A przecież tak miło jest zatrzymać się, przystanąć, zwolnić... Posłuchać jak szumią liście, jak ptaki śpiewają. Z wielką przyjemnością smakuję sobie nieśpiesznie te opisy przyrody. W opisy związków małżeńskich i partnerskich dopiero wchodzę :).

    OdpowiedzUsuń
  2. A to mnie ucieszyłaś tym wyborem lektury i tą zbieżnością wrażeń. Też tak sobie pomyślałam, jak to się dobrze czyta, tak niespiesznie. Jakie to ciekawe. Prostota języka i stylu. A takie to dziś niemodne, takie passe. Zarówno pisanie, jak i czytanie tego rodzaju literatury. Ale to też prawda, że z wiekiem ma się więcej czasu i nie ma potrzeby tak gnać przed siebie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Uwielbiam książkę i film. Marzę, żeby wydać podróże szlakiem Orzeszkowej, ale jeszcze mam za mało wyjazdów. Jak się skończy to szaleństwo, ponownie wyruszę śladami autorki "Nad Niemnem".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Film obejrzałam zaraz po skończeniu lektury. Jest w internecie na y-t. Od razu wyłapałam rozbieżności pomiędzy książką, a ekranizacją, nie jest ich wiele, ale kilka i owszem. Rzeczywiście film jest dobrze zrobiony, choć wydaje mi się, że filmowa bohaterka przemawia z nieco większym patosem, co brzmi trochę sztucznie. Ale czytając jeszcze przed obejrzeniem filmu miałam w pamięci odtwarzających postacie aktorów, choć nie zawsze odpowiadali oni fizycznemu opisowi postaci. Trzymam kciuki za kolejną podróż. A potem książkę

      Usuń
  4. Zamknięte biblioteki w czasie pandemii sprawiły, że po długim czasie (w maju) sięgnęłam po "Nad Niemnem". Teraz czytałam z dużą przyjemnością i nie cieszyłam się, że jakoś przebrnęłam. Inaczej też patrzyłam na przepiękne opisy natury nadniemeńskiej. Czytając słyszałam szum Niemna, widziałam barwę dojrzewających zbóż.
    Serdecznie Cię pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To chyba wiek ma pewne znaczenie, że im starsze czytelniczki tym bardziej doceniają piękno opisu. Tak, to co kiedyś przelatywało się wzrokiem, aby prędzej dobrnąć do fabuły teraz ciekawi równie mocno, jeśli czasami nie bardziej. Fabułę przecież znamy niemal na pamięć. Pozdrawiam również

      Usuń
  5. Jest to ksiazka, ktra zalicam do moich ulubionych lektur, czytanych wielokrotnie i do kotrej chetnie wracam i nawet latem fragmenty poczytalam, przenioslam sie na te pola nadniemenskie. Jezyk faktycznie traci myszka, ale to tez ma swoj urok. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  6. No proszę, czyli wcale nie jest nas dinozaurów czytelniczych- wielbicielek Nad Niemnem tak mało, jak myślałam. Na prawdę cieszy to mnie niezmiernie. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  7. Zwróć uwagę, że Bohatyrowicze to jednak nie są typowi chłopi, oni się szczycą szlachecką przeszłością i jednak wysoko niosą sztandar dawnej chwały. Chłopem jest Ładyś, przedstawiany jako nedzarz. To trochę inne środowisko niż u Reymonta, choć oczywiście to też kwestia różnych estetyk u obojga autorów. Bohatyrowicze nie zaznali pańszczyzny, w przeciwieństwie do chłopów od Reymonta, to też ich ukształtowało inaczej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, że Bohatyrowicze nie są typowym chłopstwem, sama nad tym się zastanawiałam, czy jednak nie nazywać ich zubożałą szlachtą, wszak pieczętowali się herbem, król Zygmunt August nadał im miano Bohatyrowiczów. W końcu jednak oni sami chłopami się zwali. Szukałam przed chwilą pewnej informacji w wikipedii i przeczytałam, że Jan i Cecylia mieli dwóch synów: Jerzego i Anzelma, ten pierwszy zginął w powstaniu styczniowym. No proszę od Zygmunta Augusta do powstania styczniowego tylko krok :)

      Usuń
    2. Ale choć jak napisałam, coś mi tam zgrzytało z tą sielanką, to nie znaczy, że nie czytało się tego z przyjemnością. Ja tam generalnie to lubię sielanki, a te piękne piękne stroje, to podchodzenie do pracy, jak do nabożeństwa, to ze śpiewem na ustach toż jest godne pozazdroszczenia, sama bym tak chciała, a nie zżymać się, iż urlop się kończy; zero radości, zero entuzjazmu...

      Usuń
    3. Rany, co też ci ludzie wypisują w internecie, a potem licealiści przepisują bezmyślnie :P Ja też lubię sielanki, te wzniosłe idee o pracy, która uszlachetnia. W ogóle podoba mi się ta wiara Orzeszkowej w pracę i postęp. Szkoda, że to się tak srednio sprawdziło.

      Usuń
    4. Ta wiara w pracę i postęp podobała mi się zawsze, ba, ja nawet do całkiem niedawna ją podzielałam. Dopiero tak na starość coś mi się coś porobiło. Wypalenie zawodowe to się nazywa czy jak... Pozytywizm był przeze mnie hołubiony na równi z romantyzmem. Moje dwie ukochane epoki, a maturę z romantyzmu pisałam tylko dlatego, że pozytywizmu nie było do wyboru.

      Usuń
    5. No ja złudzenia straciłem dość wcześnie, ale poczytać zawsze przyjemnie :)

      Usuń
    6. Patrzcie Państwo, ta dzisiejsza młodzież to szybciej dojrzewa. :)

      Usuń
  8. Opinie o nudziarstwie Orzeszkowej, przynajmniej w odniesieniu do "Nad Niemnem", uważam za mocno przesadzone. Nie wiem, kto je formułuje, zaryzykuję twierdzenie, że ci, którzy książki nigdy nie czytali.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może nie dali rady przeczytać i stąd takie opinie :)

      Usuń
  9. Inwentaryzacja na blogu wykazała, że czytałam "Nad Niemnem" dwukrotnie w tym tysiącleciu :) Czyli szkolna mordęga była istotnie jedynie wynikiem albo przymusu albo niedojrzałości.
    Jednak w to, że chłopi byli czysto i schludnie ubrani, choćby i szlacheckiego pochodzenia, nie uwierzę nigdy. Nie sposób zachować czystego przyodziewku karmiąc świnie, wyrzucając gnój i wykonując setkę innych codziennych czynności. To faktycznie takie romantyczne dość spojrzenie na życie na gospodarce.

    OdpowiedzUsuń
  10. Czyli wygląda na to, że poziom naszego zachwytu jest wprost proporcjonalny do ilości przybywających lat, im więcej, tym bardziej... choć z tego co pamiętam, a pamięć w moim wieku może i szwankuje nieco, ale żeby aż tak to nie... mnie podobało się także za młodu, z tym, że wówczas bez tych opisów przyrody. A teraz jak na nie patrzę, to wcale nie jest ich tak dużo. O karmieniu świń coś wiem, moja kuzynka wracając z obory wchodziła do wanny, aby wziąć kąpiel, bo nie tylko ubrania przechodziły nieprzyjemną wonią, ale także ciało. A dla nieprzyzwyczajonych nosów woń była ... trudna do wytrzymania. No, ale może w Bohatyrowiczach świnek nie było. :)

    OdpowiedzUsuń

Jestem bardzo rada z każdego komentarza, ale nie będę tolerować komentarzy agresywnych, wulgarnych, czy obrażających moich gości (innych komentatorów).