poniedziałek, 12 marca 2012

Claude i Camille (Monet, jego muza i miłość) Stephanie Cowell

Claude i Camille Stephanie Cowell
Monet, jego muza i miłość
Wydawnictwo Bukowy Las
Rok wydania 2011
Ilość stron- 375
Z góry przepraszam wszystkich znawców pięknego języka francuskiego za odmianę nazwisk. Już samo ich napisanie sprawia mi spore trudności, a co dopiero mówić o odmianie.
Do książki podeszłam z dużą dozą niepewności. Po pierwsze; piękna okładka, ukochany malarz, ukochanej epoki, zachwyt czytelniczek i tytuł Claude i Camille sugerujący romansidło (nie lubię romansów, być może już z nich wyrosłam) - wszystko to sprawiło, że miałam spore obawy przed lekturą. Po drugie; moja osobista poprzeczka dla tego typu literatury po przeczytaniu kilku powieści quasi biograficznych Irwinga Stone została podniesiona dosyć wysoko. Pasja życia, bezmiar sławy, czy najukochańsza Udręka i ekstaza są dla mnie niedoścignionym wzorem literatury o artystach.
Claude Monet to jeden z najważniejszych obok Camilla Pissarro przedstawicieli szkoły impresjonistów, choć w przypadku tej grupy twórców trudno przyznawać któremukolwiek z artystów palmę pierwszeństwa, może poza Pissarro, którego uważa się za ojca impresjonizmu. Zarówno Moneta, jak i jego przyjaciół określano wspólnym mianem impresjonistów, ale każdy z nich był twórcą wyjątkowym, każdy, mimo pewnych cech wspólnych dla nich miał swoją malarską indywidualność. Przez długie lata to właśnie Monet był moim ulubionym impresjonistą, dlatego poza wyżej wspomnianymi obawami miałam także nadzieję na miłą przygodę z Claudem i jego malarstwem.
Zgodnie z tytułem głównym tematem książki jest związek malarza z długoletnią towarzyszką życia i matką jego dwóch synów Camille Doncieux. W chwili poznania Claude jest młodym, nikomu nieznanym, biednym jak mysz kościelna malarzem, zaś Camille dobrze sytuowaną panną z jeszcze lepszymi widokami na przyszłość (bogaty i stateczny narzeczony).
Okazuje się jednak, iż uczucie Camille do Claude jest na tyle silne, że dziewczyna decyduje się na porzucenia rodzinnego gniazda i świetlanych widoków na przyszłość i zamieszkuje w pracowni artysty, którą ten dzieli ze swoimi przyjaciółmi, zwłaszcza z Federikiem Bazilem. Życie u boku artysty okazuje się ciężką próbą dla dziewczyny z dobrego domu. Bieda, granicząca z nędzą, ucieczka przed wierzycielami, konfiskata mienia, ciągłe przeprowadzki i walka o przetrwanie staną się na długie lata codziennością Claude i Camille. Chciałoby się zapytać, co pozwala im przetrwać tę ciężką próbę?
W przypadku Claude odpowiedz wydaje się prosta. Ma on swoje obrazy; swoją drugą (obok Camille) miłość. Chociaż możne, nie drugą, a właśnie pierwszą. W życiu malarza niewiele miejsca zostaje na cokolwiek innego niż tworzenie sztuki. Malowanie jest dla niego spełnieniem marzeń, esencją życia, jego pasją. Ale, czy gdyby nie Camille powstało by tak wiele pięknych obrazów, których była inspiracją. Camille była muzą i modelką dla większości jego obrazów. Początek jego drogi zawodowej wiąże się z obrazami Kobieta w zielonej sukni oraz Kobiety w ogrodzie, gdzie do wszystkich postaci pozowała Camille.
W przypadku Camille wydaje się, iż tylko głębokie uczucie pozwoliło jej przetrwać lata próby, wyrzeczeń, upokorzenia, ubóstwa, zmęczenia, niedotrzymanych obietnic. Camille, jak pisze autorka miała także artystyczne usposobienie, lubiła książki, kochała teatr, marzyła o aktorstwie. Została kochanką i muzą jednego z największych malarzy impresjonistów. W trakcie trwania ich związku nie zdawali sobie sprawy z tego, jaką rolę odegra Monet w historii malarstwa. Nazwa impresjonizm, która dziś dla wielu jest synonimem piękna, zatrzymanej w czasie chwili, pochwałą świata barw i świateł wówczas była synonimem braku talentu.

Ta szkoła odrzuca dwie rzeczy; linię bez której nie można odtworzyć żadnej formy, zarówno ożywionej, jak i nieożywionej, oraz kolor, który nadaje formie pozory rzeczywistości. Bazgroły dziecka mają w sobie naiwność, szczerość, która wywołuje uśmiech, ale ekscesy malarzy tej szkoły wywołują jedynie wstręt i odrazę.
Krytyk Emil Cardon o malarstwie impresjonistów


Dopiero po latach Monet poczuł smak sukcesu, kiedy został poproszony o przyozdobienie obrazami budynku Oranżerii.
W książce możemy spotkać całą plejadę znakomitych XIX- wiecznych artystów, którzy w chwili naszego z nimi spotkania marzą jedynie o sprzedaży kilku obrazów, własnym kącie i możliwości malowania, której nie zakłóci żadna troska o zapłacenie zaległych rachunków.
W powieści pojawiają się pierwszy nauczyciel Moneta Eugene Boudin, najlepszy przyjaciel, z którym dzieli pracownię Frederic Bazille, a także Camille Pissarro, August Renoir, Edward Manet, Alfred Sisley, Coubert, Daubigny. Pojawiają się odniesienia do pisarzy epoki; Zoli, Hugo, Baudelaire, a także znanego marszanda Paula Duranda-Ruela czy Ernest Hoschede i jego żony Alicji. Mamy też odniesienia do wydarzeń historycznych; wojna francusko-pruska oraz Komuna Paryska.
Najbardziej podobały mi się odniesienia do malarstwa. Próba opisania emocji, jakie towarzyszą twórcy w akcie tworzenia, czy próba oddania ich życiowej filozofii, chociażby poprzez cytaty artystów i myślicieli epoki.

Gdzieś w treści pada takie sformułowanie, iż dopiero podczas wojennej zawieruchy ludzie są w stanie docenić, iż najważniejsza i najpiękniejsza zarówno w życiu, jak i w sztuce jest codzienność. Nie patos, nie walka, nie sztuczność, ale to, że można cieszyć się pięknem dnia codziennego, dostrzegać radości w rzeczach małych i pozornie nieistotnych.
Monet, jak i pozostali impresjoniści próbował w swych obrazach złapać chwilę, utrwalić jej ulotność i piękno. W tym dążeniu do odtworzenia widzianej rzeczywistości dążył do perfekcji wielokrotnie malując ten sam motyw, w różnych porach dnia, różnych porach roku, z różnej perspektywy.

Wszyscy mówią o mojej sztuce i udają, że ją rozumieją, gdy tymczasem nie trzeba jej rozumieć, wystarczy ją kochać. Monet

Obrazy impresjonistów są takie, że chciałoby się zagłębić w nich.

Czytając powieść, a zwłaszcza te rozdziały, w których siedemdziesięcioletni już artysta przygotowuje się do wystawienia Nenufarów przypominam sobie wrażenia, jakie wywołuje wizyta w Oranżerii, gdzie w dwóch owalnych salach wiszą olbrzymie płótna (każde ponad czterometrowej szerokości) pełne Nenufarów. Ja poczułam się troszkę, jak na karuzeli, oszołomiona nadmiarem szczęścia. Stojąc wewnątrz wystarczy obracać się wokół własnej osi, aby wszędzie widzieć przepiękne impresje; fragment codzienności z końca XIX i początku XX wieku, chwilkę zatrzymaną w czasie, jedyną i niepowtarzalną, widzianą oczami Moneta. Spełniło się więc w pewien sposób marzenie artysty, aby poczuć się jakby wewnątrz obrazu.

Lektura dobrze oddaje klimat towarzyszący tworzeniu; pracownia malarza, spotkania w kawiarni, pikniki w lasku Fontainebleau, spotkania w Argenteuil.

Okazało się, iż moje obawy się nie potwierdziły i choć książka nie wywołała ekstazy, to podobała mi się i mogę polecić ją nie tylko wielbicielom malarstwa impresjonistycznego.
Moja ocena 4,5/6

Obrazy; 1. okładka (internet), 2. Kobiety w ogrodzie (internet), 3. Fragment Nenufarów (własne), 4. Nenufary w Oranżerii (własne).

14 komentarzy:

  1. Nie jestem jakoś wyjątkowo zakochana w malarstwie, ale byłam ciekawa tej książki - spodobała mi się okładka, przełom wieków, no i nie czytałam chyba jeszcze żadnej książki o malarzu (chociaż ostatnio przyniosłam sobie z biblioteki "Malarza cieni"). Widzę, że książka całkiem niezła, więc jak będę miała okazję, to przeczytam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może to będzie początek pięknej przygody. Tego Ci życzę. A malarz cieni - brzmi interesująco

      Usuń
  2. Gosiu, "zaraziłaś mnie" tą książką. Wiesz jak bardzo kocham impresjonistów, a Moneta, szczególnie.
    Gosiu, przedstawiłaś bardzo ciekawą a właściwie piękną recenzję...
    Muszę "Claude i Camille" szybko poszukać...zżera mnie chęć czytania...
    Serdecznie pozdrawiam
    Sara-Maria

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak przeczytasz - napisz jeszcze raz - jak ci się podobało.

      Usuń
  3. Rzeczywiście impresjonizm może być synonimem piękna. Uczmy się od nich łapać ulotność chwili. Czy podziwianie "Nenufarów" zbliżone jest chociaż do naszej wrocławskiej rotundy z "Panoramą..."?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trudno powiedzieć, kiedy nie widziało się Panoramy. Myślę, że wrażenia są jednak zupełnie inne. Tu patriotyzm, bohaterstwo, w pewnym sensie patos (tak przynajmniej sobie wyobrażam), a tam ta właśnie jak piszesz ulotność chwili, piękno codzienności, zwyczajności. Piękno, którym każdy powinien mieć szansę się cieszyć. Zaczęłam pisać i pisać, ale zreflektowałam się, że sama zabrnęłam w patos, więc poprzestanę na tym, co wyżej. :)

      Usuń
    2. Nie, Gosiu, raczej bez patosu. Chodzi mi o odbiór obrazu, gdy nas otacza. W rotundzie była przed wejściem cisza, wygaszone światła... Nastrój akuratny. "Nenufarom" przyglądałam się kiedyś w albumie i temat oczywiście nieporównywalny, chodziło mi tylko o ekspozycję. Zazdroszczę Ci tego doznania, bo jak ktoś podziwia impresje, to musi być cudnie.

      Usuń
    3. Do Oranżerii wybrałam się indywidualnie i chyba inni zwiedzający także byli indywidualnymi turystami. To w pewnym sensie tłumaczy klimat towarzyszący oglądaniu. Było cicho i nastrojowo, choć w pełnym świetle. Nie wiem, czy tak jest zawsze, czy kiedy ogląda go duża grupa też panuje taki nastrój. W każdym razie miałam szczęście mogąc chwilami delektować się sama obrazami, ale nawet, w tych chwilach, kiedy towarzyszyli mi inni też było cicho i nastrojowo, jedynie błyski fleszy nieco rozpraszały atmosferę, ale kto potrafi się powstrzymać przez zrobieniem zdjęcia, jeśli nie ma zakazu. Tylko tak trudno objąć całość. Dopiero od niedawna mam aparat z funkcją zdjęć panoramicznych. A panoramę też bym chciała obejrzeć i Wrocław, o którym słyszałam wiele dobrego, a nigdy nie byłam, poza przejazdem w trakcie podróży.

      Usuń
  4. Nie dość, że malarstwo, to jeszcze i wzruszająca historia miłosna. Bardzo mi się podobała ta książka.

    OdpowiedzUsuń
  5. Lubię biografie artystów opisane przez pryzmat ich związków z kobietami (sama ostatnio jaram się do niemożliwości Puszkinem i Gonczarową). Okazuje się, że większość z tych wielkich miała przy sobie muzę, obecną gdzieś tam w pobliżu praktycznie przez cały czas. Fascynujące.
    Sam Monet jednak nie interesuje mnie na tyle, żebym miała tę książkę przeczytać. Wolę patrzeć na jego obrazy.

    Nigdy nie podobały mi się też książki Stone` a. ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No cóż, dobrze, że jesteśmy różni i podobają nam się różne książki. To daje nadzieje, że każdy znajdzie to, co jemu odpowiada najlepiej.
      Pozdrawiam i dziękuję za odwiedziny

      Usuń
  6. Dzisiaj początkowe odrzucenie impresjonistów przez krytykę wydaje się tak niezrozumiałe, nie ma przecież chyba żadnego innego prądu artystycznego w XIX wieku (a może i później, chyba - a zwłaszcza później;), który by w równy sposób trafiał do dzisiejszego odbiorcy. Może właśnie przez ten brak konieczności rozumienia czegokolwiek, straciliśmy całą erudycję konieczną do zrozumienia malarstwa pełnego symboli i historycznych czy mitologicznych referencji... Nie interesuje nas kopiowanie natury, ale raczej uchwycenie w niej czegoś więcej - chyba właśnie tej ulotności...
    Ech rozgadałam się, ale bardzo podobała mi się Twoja recenzja, chętnie bym przeczytała tę książkę.

    OdpowiedzUsuń
  7. Zapraszam na stronę dla fanów książki na fb :-)
    https://www.facebook.com/pages/Claude-i-Camille-Stephanie-Cowell/182140251888333

    OdpowiedzUsuń

Jestem bardzo rada z każdego komentarza, ale nie będę tolerować komentarzy agresywnych, wulgarnych, czy obrażających moich gości (innych komentatorów).