czwartek, 18 października 2012

Kochankowie róży wiatrów Stanisława Fleszerowa - Muskat


Wydawnictwo EDIPRESSE POLSKA, rok 2012, ilość stron 369

W ramach Trójki E-pik u Sardegny – autor naszego dzieciństwa sięgnęłam po II część Milionerów. Kiedy byłam nieco starszym dzieckiem powieści Fleszerowej – Muskat czytali wszyscy; mama i córka, koleżanka i sąsiadka. Czytanie ich było na Wybrzeżu bardzo rozpowszechnione (można by rzec, że panowała moda na Fleszerową). Autorka pisała o codziennym życiu ludzi morza i ich problemach, a czytelnik mógł się identyfikować z bohaterami powieści.

Tym razem bohaterami powieści są członkowie kilku rodzin, których bliscy wypływają w morze, w kilkumiesięczny rejs do Japonii. Akcja powieści toczy się dwutorowo; z jednej strony towarzyszymy załodze statku w ich codziennej pracy na morzu, z drugiej strony przeżywamy z czekającymi na brzegu kobietami i ich rodzinami. Małe troski, codzienne smutki i wielkie dramaty, które kobiety, a nierzadko i dzieci zmuszone są dźwigać same na swych barkach, aby ich mężczyźni (ojcowie) mogli zaspokoić tę odwieczną tęsknotę morskich podróży. Męska solidarność i braterstwo, jakie wywołuje wspólnota doświadczeń i walka z żywiołem. No i przede wszystkim to obezwładniające poczucie samotności, jakie towarzyszy tym co na morzu i tym co na lądzie. Kilkumiesięczna przymusowa rozłąka osładzana listami oraz rzadkimi rozmowami łączonymi przez Gdynia – radio.

W sposób lekki i dowcipny autorka pisze o sprawach ważnych i ważkich; o tęsknocie, samotności, zmaganiu się z zawiścią otoczenia, niezrozumieniu, o kupowaniu miłości prezentami, o świadomości utraty wspólnych chwil. Podobnie, jak część I - Milionerzy książka powstała w oparciu o słuchowisko radiowe, stąd sporo w niej dialogów, co przyspiesza lekturę.

Książki o morzu są książkami o ludziach z nimi związanych. Morze bez nich jest wielką, pustą wodą – wielkim pustym milczeniem. Nie jest ani walką, ani milczeniem, ani miłością. Staje się tym wszystkim dopiero przez namiętność i wolę człowieka. [….] Rozumieć morze, to znaczy rozumieć siebie w zetknięciu z nim, poznać swój upór, swoją zaciętość w dążeniu ku niemu, swoją słabość, gdy grozi rozstanie. Widziałem ludzi tak związanych z morzem, że wydawało się prawie niemożliwością, aby po ich śmierci morze istniało nadal. I zawsze sprawdzały się moje przypuszczenia. Morze broniło się przed śmiercią, wchłaniając ich w siebie, stapiając ich z sobą w jedno, nieprzemijające istnienie. Ponieważ ci, którzy naprawdę kochają morze, nie umierają na nim…. Przestają tylko istnieć osobno…

Książka nie należy może do wybitnych, trudno nazwać ją wielką literaturą, ale moim zdaniem autorka potrafi zrozumieć duszę morza, potrafi pisać o morzu (czyt. o ludziach z nim związanych) z uczuciem. 
Wszyscy tłoczą się przy burcie, każdy chce jak najdłużej widzieć swoich bliskich. Kobiety powiewają chusteczkami, ale gdy tylko statek się oddali, podnoszą je do oczu. Podnoszą je do oczu i stać tak będą, dopóki statek nie zacznie ginąc w oddali, a one same nie staną się małym punktem w lornetce. A potem wrócą do domu, zaczną udawać, że coś robią, a wszystko będzie im lecieć z rąk i znowu będą płakać do późnej nocy. Tak żegnają kobiety tych, których kochają, a których muszą oddać morzu. Nigdy żaden mężczyzna na lądzie nie wzbudzi takiej tęsknoty. Potem się zaczną noce bez nich i dni bez nich i czekanie na list, na telefon... One żyją tylko po to, żeby czekać.

Był to powrót bardzo miły i to nie tylko do autorki, był to też powrót do lat dzieciństwa i młodości, do własnych strachów i radości, do czasów oczekiwania na połączenie przez Gdynia-radio, do chwil oczekiwania na nabrzeżu na zawinięcie statku do portu oraz do pięknych listów w kopertach z czerwono-niebieskimi obwódkami, z egzotycznymi znaczkami i mnóstwem tajemniczych pieczątek, w których pewien kapitan opisywał córce inne światy. 
Obok stosik listów i widokówek, które osładzały nieco gorycz tęsknoty. 
Kochankowie róży wiatrów była to dla mnie podróż sentymentalna. A sentymenty trudno oceniać. Książeczkę mogę jednak z czystym sumieniem wam polecić. Czyta się szybko, momentami bawi, momentami wzrusza, można się pośmiać, zastanowić i zapłakać. I można znaleźć się w świecie, którego już nie ma.

Dzisiaj rodziny marynarzy mają do dyspozycji nieco inny wachlarz środków (od telefonów komórkowych poczynając na internecie kończąc).
Książka przeczytana w ramach;
 

8 komentarzy:

  1. Bardzo ładne wspomnienie.
    Nie kupowałam kolejnych tomów tej serii, ale cieszę się, że spotkałam na swojej czytelniczej ścieżce prozę S. Fleszarowej-Muskat. Teraz akurat czytam "Wczesną jesienią...", jestem dopiero na początku, jakoś nie wciąga niestety.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja także zaprzestałam już kupowania kolejnych tomów. Fleszerowa była pisarką bardzo nierówną; niektóre jej książki uważam za fantastyczne, inne za ciekawe, ale nic nadzwyczajnego, a jeszcze inne za takie sobie, na które szkoda mi czasu. Zostały mi jeszcze dwie zakupione w szle wspomnień, ale ich czytanie odkładam na później.

      Usuń
  2. Tej akurat książki nie czytałam, ale - choć tak pięknie piszesz o tym czego dotyczy - zastanawiam się na ile ten obraz jest wyidealizowany, a na ile odpowiada prawdzie.
    Ja nie pochodzę wprawdzie z marynarskiej rodziny, ale z racji zamieszkiwania na drugim krańcu wybrzeża, od dzieciństwa byłam nimi otoczona. O ile więc nie mam wątpliwości co do "męskich" przeżyć związanych z morzem (ahoj, przygodo i inne takie), o tyle ten świat z punktu widzenia kobiety (ale i dzieci) wygląda zupełnie inaczej. I nie mam na myśli tylko czekania; myślę raczej o życiu, które dzieli się na dwie całkiem różne od siebie części, z biegiem czasu coraz mniej do siebie przystające. Czy Fleszarowa napisała coś i o tym?

    A wątek sentymentalny cudowny. Zdradź tajemnicę - te widokówki na zdjęciu to naprawdę TE widokówki?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moim zdaniem książka, jeśli koloryzuje to tylko troszkę. Akurat wybrałam cytat dotyczący czekania, ale życie kobiet autorka przedstawiła nie tylko od strony czekania, ale także tej drugiej samodzielnego łapania się z nim za bary (podejmowanie trudnych decyzji związanych z wychowaniem dzieci i nie tylko, przemilczania problemów- bo ma przecież on ma „trudną i odpowiedzialną pracę” i tego powolnego oddalania się od siebie). Są też kobiety, którym się „nudzi” czekanie, no i jest życie z piętnem „marynarzowej”. Nie jest to może dogłębna analiza problemu rozłąki, bo zakończenie choć nie-idylliczne jest jednak optymistyczne. Może to miało być takie „ku pokrzepienia serc” dla tych co czekają. Jeśli nie dogłębna analiza, to jest zarysowanie tego życia w dwóch różnych światach, które jak piszesz często do siebie nie przystają i często ten podział kończy bądź fikcja bądź radykalne cięcie (trochę zaskakujące w przypadku rodziny Danielewiczów).
      A widokówki są z morskich rejsów mojego taty, podobnie jak listy.

      Usuń
  3. Z dawnych czasów pamiętam konkursy czytelnicze połączone z prowadzeniem dzienników lektur. Jednym z nich była tematyka morska i wybrane tytuły pani Fleszarowej również znalazły się na liście. W tamtych czasach morze wywoływało uczucia tęsknoty za przygodą i poznania świata. A że rodziny się rozdzielały - to już było poświęcenie. Przecież i teraz w związku z pracą za granicą niektóre rodziny też funkcjonują po marynarsku, gdy nie decydują się na emigrację.

    OdpowiedzUsuń
  4. To prawda- dzisiejsze wyjazdy "za chlebem" przypominają trochę tamte marynarskie oddalenia. Specyfika pracy w pływającym pudełku jest troszkę inna niż pracy tzw. "szczura lądowego", ale mechanizm rozłąki, pozostawienia jednej z stron z odpowiedzialnością za rodzinę jest bardzo podobny.

    OdpowiedzUsuń
  5. To rzeczywiście powieść przylegająca do doświadczeń. Piszesz o zawiści innych. Nie wiem, bo na drugim krańcu Polski mieszkałam, ale zazdrościłam "zaocznie" tego innego, niedostępnego świata - opowieści, znaczków, drobiazgów. I tego blasku, gdy mówiło się o Zachodzie, a tu bylejaka szarość. To było bezcenne w PRL-u. Stąd pewnie wzięła się moja miłość do książek podróżniczych, a miejsca poznawane kiedyś i odkrywane dziś w rzeczywistości tak przeogromnie mnie ekscytują, jak owoc zakazany. Pamiętam powrót z Indii wujka-górnika i wsłuchanie się w każde słowo. Sen o świecie:)

    OdpowiedzUsuń
  6. To zrozumiałe uczucie zazdrości, które kumuluje w sobie ciekawość świata (mam tak w stosunku do ludzi znających obce języki; ileż więcej mogą poznać, zrozumieć, poczytać) jest jednak czymś innym niż uczucie zawiści z powodu ... zagranicznych ciuchów i możliwości robienia zakupów w Peweksie. Chociaż może rzeczywiście te drobiazgi (bluzka, chustka, czy spódnica były malutkim śladem tego innego, kolorowego świata, nie tak byle- jakiego- szaro-burego. Zawiść miała wymiar bardziej materialny niż duchowy.

    OdpowiedzUsuń

Jestem bardzo rada z każdego komentarza, ale nie będę tolerować komentarzy agresywnych, wulgarnych, czy obrażających moich gości (innych komentatorów).