piątek, 5 października 2012

Paryż na widelcu Stephen Clarke


Z góry przepraszam wszystkich, który się ta książka podobała, którzy byli nią zachwyceni, których zauroczyła, z moją siostrą na czele (Moja siostra prostuje, że nie była nią zachwycona, ale przyznaje, że się jej podobała). Nie lubię opisując książki używać przymiotników, które mogłyby spowodować, że urażeni poczują się nie pisarze, ale czytelnicy, którym lektura sprawiła przyjemność. Mnie niestety zawiodła i rozczarowała. Ale może nie byłam najwłaściwszym odbiorcą, może nie do mnie była ona skierowana. Właśnie nad tym, kto jest adresatem książki zastanawiałam się przez pierwsze sto stron; czy są to turyści (musieliby choć trochę władać francuskim i zupełnie nie interesować się sztuką), czy są to paryżanie (musieliby być delikatnie mówiąc lekko nierozgarnięci nie potrafiąc trafić z miejsca A do miejsca B i nie wiedząc jak zachować się w restauracji), a jeżeli ani jedni, ani drudzy to kto.

Książka jest zlepkiem informacji, historii, doświadczeń, anegdotek na wybranych przez autora dwanaście tematów. Wybór subiektywny, mnie nie do końca przypadający do gustu, ale to prawo autora pisania na temat tego, co uważa za interesujące.  Autor chce przedstawić Paryż w innym świetle, nie tym znanym z przewodników, folderów, kina, pocztówek, bo przecież ileż można pisać o Luwrze, wieży Eifella, czy alejach elizejskich. Dużo ciekawsze i pozbawione zadęcia jest dla przykładu pisanie o numeracji i nazewnictwie ulic, o tabliczkach informacyjnych, stacjach metra, sikaniu na ulicy, gołębich odchodach, snobizmie i egoizmie Paryżan, ich nieuprzejmości, o tym, że w metrze zaduch i śmierdzi i ze w ogóle ci Paryżanie są wkurzający.
Komu mają służyć i co do znajomości miasta mają wnieść informacje na temat przekroju społecznego podróżujących wszystkimi szesnastoma liniami metra.
…Linia ta jest zatłoczona gdyż korzystają z niej ludzie dojeżdżający do pracy podmiejskimi pociągami na dworzec Saint Lazare. Najstarsze składy zostały wyremontowane i teraz zamiast długiej rury od sufitu do podłogi wagonu w przejściach zamontowano sięgające pasażerom do pasa i przypominające kaktusy słupki z trzema uchwytami. Na suficie umieszczono niebieskie światełka odbijające się w chromowanym metalu…..(str. 104)

...Kolejna linia wymagająca renowacji. Choć tutejsze pociągi wyglądają jak nowe i lśnią metalicznym blaskiem, ich koła hałaśliwie jęczą i brzęczą, mknąc po torach… Linia jest bardzo kręta, meandruje po mieście niczym Sekwana… (str. 108)

...Stare pociągi zostały wyposażone w nowe siedzenia w orientalne wzory-wyjątkowo niewygodne, o ile ktoś w ogóle ma szansę na nich usiąść (str.111)

Bo powinniście wiedzieć, że zdaniem autora podróżowanie metrem to koszmar; ciasno, tłoczno, śmierdzi, ktoś ci wisi nad głową, ktoś cię dotyka, nigdy nie można usiąść. No, ale co zrobić, alternatywą są stojące w korkach autobusy.
Oczywiście nie mam takiego doświadczenia, jak autor książki, nie mieszkałam w Paryżu latami, ale podczas tych w sumie grubo ponad setkę przejazdów metrem i to w bardzo różnych porach dnia i chyba wszystkimi jego liniami marzyłam o jednym; dlaczego w Polsce jedynie Warszawa dostąpiła zaszczytu posiadania komunikacji podziemnej. Szybko i często, punktualnie, co do minuty, pod warunkiem, że się ktoś pod pociąg nie rzuci lub nie zastrajkują służby obsługujące metro. Nie bardzo więc rozumiem tę „nagonkę” na paryskie metro. Może nie mam dużych doświadczeń podróżniczych, ale kwestia zatłoczenia w godzinach szczytu jest tożsama w znanych mi metropoliach (warszawskiej, rzymskiej, marsylskiej).

No dobrze, ale zostawmy metro w spokoju. Otóż dalej radzi autor, jak pytać paryżanina o drogę i jak interpretować jego odpowiedź. Kiedy pytasz się jak dojechać do np. Champs – Elysees, to paryżanin udzieli ci bardzo pokrętnej odpowiedzi, z której nic nie zrozumiesz, więc powinieneś nadstawiać ucha, aby wychwycić stację początkową i końcową. I znowu zastanawiam się, dla kogo jest ta rada i jedynym uzasadnieniem wydaje mi się osoba niewidoma. Otóż mapa metra wisi co parę kroków w widocznym miejscu każdej linii metra, dodawana jest do karnetów przejazdowych gratis, rozdawana w każdym hotelu i punkcie informacji turystycznej, wisi w każdym wagoniku metra przy każdych drzwiach, duże tablice z mapą okolicy znajdują się co parę metrów i przy każdym wejściu do metra i chyba trzeba być Anglikiem w Paryżu, aby pytać się, jak dojechać do którejkolwiek ze stacji metra.

Zresztą wydaje się, że bez znajomości języka francuskiego nie macie w Paryżu czego szukać, nie będziecie bowiem mogli w ogonku do kasy w sklepie spożywczym poinformować ustawiających się za wami klientów o fakcie, iż jesteście ostatnią osobą, jaka zostanie przy tej kasie obsłużona, nie zamówicie niczego do jedzenia w restauracji i nie wynajmiecie hotelu.

Nie mogę tego potwierdzić; pięciokrotnie byłam w Paryżu nie znając języka francuskiego, posługując się minimalną i bardzo ubogą wersją języka angielskiego i w Paryżu (zupełnie inaczej było w Marsylii, gdzie słysząc angielski udawano głuchotę) prawie nigdy (poza jedną wizytą w restauracji) nie miałam kłopotów z porozumieniem się w podstawowych sprawach. Obawiam się natomiast, iż w Londynie nie miałabym szans na porozumienie z Anglikiem (ale to tylko moje obawy nie potwierdzone jak dotąd praktyką).

Inne ciekawe i bardzo przydatne informacje to np.; nie siadaj na ławeczkach pod drzewami, bo możesz zostać obesrany przez gołębia, uważaj, aby nie zostać obsikany przez paryżanina, który ma zwyczaj sikać na ulicy, nie chodź do Luwru, czy do Orsay, bo odstoisz pół dnia w kolejce po bilety, a w ścisku i tłoku wewnątrz i tak niewiele zobaczysz, ponieważ zwiedzających jest zbyt wielu, możesz w zamian wybrać się na zwiedzanie kanałów, aby przesiąknąć odorem miejskich odchodów.

I znowu sprostowanie; w Orsay`u bywam za każdym moim pobytem w Paryżu, w Luwrze byłam czterokrotnie i nigdy nie stałam w kolejce do wejścia dłużej niż kilka minut, ostatnio trwało to aż pół godziny, bowiem przyszłam chwilę przed otwarciem muzeum. Poza tłumami przed Moną Lisą do każdego obrazu prędzej czy później mogłam swobodnie dotrzeć.

Jest w tej książce parę ciekawych informacji, jednak nie mam pewności co do ich wiarygodności, odkąd trafiłam na takie nieścisłości, jak ta, że Katarzyna Medycejska podżegała do urządzenia masakry zwanej Nocą św. Bartłomieja (kiedy historycy już od dość dawna twierdzą, iż udział Katarzyny M. w Nocy Św. Bartłomieja był jedynie wyrazem biernej postawy, brakiem sprzeciwu, ale na pewno nie podżeganiem), czy też ta, że kamienni święci z Katedry Notre Dame potracili głowy w wyniku rewolucji (głowy potracili biblijni królowie Judy, a nie święci). To zaledwie dwa przykłady, może bez znaczenia dla większości odbiorców, ale jakoś podkopały moje zaufanie do informacji historycznych podawanych przez autorach.

Zaciekawiła mnie geneza powstania metra, dzieje jego budowy, historia cyklicznych powodzi. Rozdział dotyczący historii dość ciekawy, ale dziwnie wybiórczy; od neolitu, poprzez czasy rzymskie, rewolucję do przebudowy (nazwanej ruiną miasta) przez barona Hausmanna. Dziwny też wydaje mi się klucz, według którego autor rekomenduje paryskie hotele  czy paryskie knajpy. W rozdziale poświęconym jedzeniu kieruje nas na drinka do Maxima, a tymczasem nie wskazuje żadnego godnego polecenia miejsca dla średniozamożnego klienta.

Najbardziej rozczarował mnie rozdział poświęcony sztuce. Zdaniem autora nie należy odwiedzać będących na topie muzeów i galerii, a raczej pójść do mało znanych peryferyjnych muzeów; jak np. Muzeum Jeana Arpa (o którym pisze dość obszernie). Tylko, co zrobić, jeśli kogoś nie interesują ekspozycje tych mało znanych peryferyjnych muzeów.

No i jak pisałam do muzeów naprawdę można się dostać bez tak wielkich problemów, jak kilku godzinne oczekiwanie na wejście, czy przepychanie się w tłumie, trzeba mieć tylko kilka dni do dyspozycji i wybierać takie, w których odwiedzających bywa mniej (są np. popołudniowe wejścia i wieczorne zwiedzanie), a być w Paryżu i nie odwiedzić przynajmniej raz sztandarowych galerii to jakby się w Paryżu nie było. No, ale zawsze pozostaje alternatywa pójścia na jeden z kilku mostów nad Sekwaną obwieszony symbolami miłości; kłódkami z inicjałami zakochanych.

W końcu dochodzę do wniosku, że książka skierowana jest do tych, którzy Paryża nie znają, a którym przyjdzie tutaj zamieszkać; może anglików, którzy marzą o zamieszkaniu nad Sekwaną. Zamieszczone tu informacje na temat unikania pewnych tras metra, niestawiania rowerów na klatce schodowej, czy ostrożności przy wynajmie mieszkania mogą okazać się przydatne. Natomiast obawiam się, że rdzennych mieszkańców książka mogłaby znużyć jeszcze bardziej niż mnie, dorywczego zwiedzacza paryskich ulic, który doskonale zdaje sobie sprawę, że Paryż nie wymaga przyklękania przed nich na kolanach, że poza licznymi blaskami ma także swoje cienie i że nie trzeba doń wcale podchodzić czołobitnie.

Ja znalazłam w książce dwie przydatne informacje; pierwszą było przypomnienie o rzadko odwiedzanym muzeum Marmottan z najobszerniejszą kolekcją Moneta, które przyznaję i mnie, mimo kilko pobytów jakoś zupełnie umknęło z pamięci, drugą wiedza, jak rozpoznawać dobre restauracje (po języku menu- wyłącznie francuski, była jeszcze informacja o zatłoczeniu – ale to rzecz powszechnie znana, więc nie warta opisu).
Co jeszcze mi się nie podoba w tej książce to język; autor jest taki hura anglosaski, posługuje się językiem potocznym, nawet powiedziałabym nieco rynsztokowym; sikanie, sranie, jebanie, bzykanie – uzasadnione w języku literackim tutaj nieco razi, bo mam wrażenie, że jest takie troszkę pod publiczkę; tak aby książka była łatwo przyswajalna. Przypomina mi to troszkę sceny rozbierane w teatrze, trzeba, czy nie, ale jest szansa na przyciągnięcie większej widowni.
„Niebezpieczna mieszanka psich szczyn, szczurzych odchodów i sikających gdzie popadnie ludzi zaintrygowała mnie…”

Na końcu natrafiłam na cytat z Zoli „Brzuch Paryża” brzmiący „Słońce rozpaliło w warzywach ogień. [Florentyn] nie rozpoznawał już bladych barw świtu. Nabrzmiałe serca sałat płonęły, marchewki krwawiły czerwienią, a rzepy i kalarepy rozgorzały”, który autor komentuje „Zola pisał tak, jakby chciał uprawiać seks z warzywami”.

A swoją drogą ciekawa jestem, czy moje znajome paryżanki książkę czytały i czy im się podobała. Może to tylko do mnie ona nie przemówiła.

Autor znany jest (nie mnie) z serii książek z Merde w tytule (czyli "g" w tytule).


30 komentarzy:

  1. Oj, ja miałam zupełnie inne wrażenia :)
    Podobał mi się przewodnik, choć ani razu w Paryżu jeszcze nie byłam. Więc na pewno nie mogę
    sprostowć informacji podanych przez autora.

    Ale o ile pamiętam, to autor wcale nie zniechęcał do odwiedzania muzeów, a raczej radził jak uniknąć kolejek.Pisał, że w deszczoe dni muzea są oblegane (ale to chyba oczywiste)i że najwięcej jest ludzi (a tym samym i tłoczno) przed Mona Lisą (ale to też chyba oczywiste). Ale tym samym zachęcał do dowiedzania innych sal, gdzie ludzi jest mniej i innych mniejszych muzeów.

    Co do opisów linii metra - to mnie akurat ten rozdział też się podobał. Nie spotkałm się jeszcze z tym, aby ktoś opisał trasy i linie metra pod względem osób nim jeżdzących. Dla mnie to było ciekawe i momentami zabawne.

    Z pewnością owy przewodnik odbiega od standardowych i stereotypowych opisów Paryża (ale to też uważam za plus). Ale jak to z przedownikami bywa - można się obejść bez nich, a także przeżyć w Paryżu, nie czytajac żadnego ;)

    Pozdrawiam serdecznie ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. No właśnie sobie przypomniałam, że tobie się podobało. A więc adresatem książki nie są jak podejrzewałam wyłącznie osoby pragnące w Paryżu zamieszkać. Mnie właśnie te oczywistości denerwowały, jak pada to tłoczno w muzeach, jak bezpłatna w miesiącu niedziela to tłoczno, jak chcesz skorzystać z toalety w kawiarni wypada zamówić kawę lub drinka, nie siadaj przy nakrytym stole w restauracji, jak chcesz napić się kawy. To takie oczywiste zasady obowiązujące chyba wszędzie, a skoro książka chce być oryginalną, inną o tradycyjnych to oczekiwałam po niej czegoś innego.
    Moim osobistym zdaniem powinno się czytać- przewodniki, quasi przewodniki, literaturę o mieście, do którego się zmierza, wtedy to miasta odda nam tyle, ile i my jemu damy poprzez chociażby lekturę.
    Cieszę się, że Tobie książka się podobała, jak napisałam wyżej mojej siostrze także i myślę, że wielu osobom, bo czytałam parę pochlebnych recenzji. Widać mnie i autorowi razem nie po drodze. Inne oczekiwania, może zbyt górnolotne, choć lubię też ciekawostki, anegdotki, żarciki i frywolność, ale tu tego nie znalazłam :(
    Także pozdrawiam bardzo serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  3. A ja mialam ochote na ta ksiazke :(
    i co teraz :)
    anonimowa Edyta

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czytaj, może ci się spodoba. Przecież gusta mamy podobne, ale nietożsame. Nie mam tej książki, jak chcesz poszukam, czy w bibliotece nie ma audiobooka, bo słyszałam, że został wydany.

      Usuń
  4. Wolę przeczytać niepraktycznego Rutkowskiego:) Na paryskie metro też nie mogę narzekać. udało mi się wiele razy zająć miejsce siedzące. Gdy widzi się tłok, czeka się na następny skład, na pewno będzie luźniej.
    Chyba jeszcze pojawiła się książka "1000 lat wkurzania Francuzów" - tytuł podaję z pamięci.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O Rutkowskim z dużą sympatią pisała też Marta, która w Paryżu mieszkała kilka lat. Zapamiętałam sobie to nazwisko i na pewno przeczytam. Dobrze pamiętasz - 1000 lat wkurzania Francuzów - to kolejny "bestseler" autora.

      Usuń
  5. Stereotypy, błędy rzeczowe aż strach we wszystkich jego książkach. Nie wiem, co mu Paryż zrobił, ale musiało to być bolesne. Anglicy mają specyficzne zachowania, wydaje im się, że każdy powinien po angielsku mówić do nich, a Paryżanie uparcie odpowiadają po francusku, mimo że angielskiego uczą się od przedszkola. Anglicy przyjeżdżają do Paryża i siedzą w Guinnessie, albo Irish pubach, najczęściej głośni i pijani jak w Krakowie. Miasto interesuje raczej mało od strony nieturystycznej, dlatego nie zna restauracji poza Maximem, który od lat jest produktem turystycznym i Paryżanie tam raczej nie chadzają. O Haussmannie i przebudowie Paryża pisze tak, jak pisze, bo tak pisze większość, nie zważając na to, że wtedy właśnie powstał ten Paryż, który znamy, wcześniej było to miasto średniowieczne. I mogłabym tak długo, ale nie ma sensu się zajmować dłużej tą lekturą, jak sama to doskonale wypunktowałaś. Ta książka jest dla ludzi, którzy nie mają pojęcia o Paryżu albo znają go z szybkich wycieczek na trasie Luwr, Pola Elizejskie, Wieża Eiffla, no jeszcze oczywiście Pigalle, żeby było pieprzniej. To papka najgorszej jakości. Polecam dla kontrastu Paryż Zwiedzanie Metrem napisaną przez francuskiego aktora Laurenta Deutscha, tak się pisze o mieście, które się zna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Marto, bardzo ci dziękuję za wypowiedz tym cenniejszą, że wzbogaconą praktyką kilku lat pobytu w tym cudownym mieście. Dokładnie takie odniosłam wrażenie o znajomości miasta przez autora, jak piszesz; powierzchowne i pod publiczkę i żeby było pieprznie, zwłaszcza to pieprznie dobrze mu wyszło (niestety). I nie podobało mi się to pisanie o zrujnowaniu miasta przez Haussmanna. Dzięki za kolejną rekomendację - gromadzę sobie na razie tytuły, ale wierzę, że i po książki niedługo już sięgnę.

      Usuń
    2. Może to wygląda na zbyt emocjonalne podejście, ale kocham to miasto i zawsze tak reaguję, a oprócz tego bardzo, ale to bardzo nie lubię stereotypów, bo zamykają one człowieka na świat. Zawężają jego horyzonty i nie pozwalają mu spojrzeć na pewne sprawy własnymi oczami. Jest tyle świetnych oryginalnych książek, z którymi można zwiedzać Paryż, że naprawdę szkoda, żeby ludzie robili to z tym czymś. Jest Paryż po polsku, Paryż śladami pisarzy, Południk Paryża, trochę z wyższej półki to Mój Paryż Ziejki. Gdyby coś zawsze służę jakimś tytułem:) Chętnie przesłałabym ci i moją książkę, kiedy wyjdzie. Jeśli będziesz chciała daj znać:)

      Usuń
    3. Bardzo dobrze, że emocjonalnie. Piszę tego bloga przede wszystkim emocjami i bardzo sobie cenię uczuciowy stosunek u innych, często o wiele bardziej niż umiejętność pięknego i rzeczowego, ale beznamiętnego pisania. Też uważam, że miasto jest ... widzisz nawet słów mi zabrakło, żeby nie były zbyt pospolite i wyświechtane,jest tak fantastycznym miejscem na ziemi, że naprawdę szkoda byłoby poznawać je w tak ograniczony sposób. Ale się cieszę na całą półkę z książkami, które jeszcze troszkę przybliżą mnie do tego miejsca. A co do książki nie śmiałabym prosić, ale pewnie, że bym chciała :) Pomyliła mi się data premiery i już dziś chciałam obejrzeć w księgarni :)

      Usuń
    4. Jeszcze nawet ja nie widziałam, czekam z niecierpliwością aż wyjdzie z drukarni. Nerwy straszne, nie miałam pojęcia, że to taki stres.

      Usuń
    5. Wiem coś na ten temat, w rodzinie ktoś wydawał książkę, a my wszyscy w tym uczestniczyliśmy, po promocji powiedziałam sobie, że ja nigdy się na coś takiego nie zgodzę, ale ja mam wstręt do publicznych wystąpień - dlatego tak reaguję, a za Ciebie trzymam kciuki, będzie dobrze. Poza tym jesteś w niezłym i doświadczonym towarzystwie :)

      Usuń
  6. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    2. Napisałam ci maila. Jeśli wysłałaś mi maila z propozycją współpracy to pewnie nie odpowiedziałam, bo nie współpracuję z wydawnictwami :( o czym napisałam u góry po prawej stronie bloga. Ale jeśli prywatnie zechciałabyś pożyczyć mi jakieś książki podróżnicze to chętnie skorzystam, zresztą być może i ja mogłabym coś pożyczyć Tobie. Wciąż szykuję się do stworzenia zakładki Wymiana/oddam w dobre ręce, ale ... jakoś ciągle coś staje na przeszkodzie.

      Usuń
    3. To wielka szkoda:(( Strasznie szkoda, nie doczytałam, bo chyba nie chciałam tego widzieć!!!

      Usuń
    4. Nic się nie stało, ale dobrze, że sobie wyjaśniłyśmy :) Myślę, że pasjonatów jest wielu i chętnie skorzystają z twojej propozycji.

      Usuń
  7. Czytałam pierwszą książkę Clarke'a z "merde" w tytule i nie miałam tak negatywnych skojarzeń, niemniej jednak po wielu pozytywnych opiniach podkreślających zwłaszcza poczucie humoru autora, byłam nieco rozczarowana. :) Z tamtej książki zapamiętałam właściwie tylko jedną rzecz, otóż w dedykacji książki podziękował on francuskiemu państwu czy rządowi (nie pamiętam) za wprowadzenie 35-godzinnego tygodnia pracy, co pozwoliło mu wygospodarować czas na napisanie tamtej książki. :) Jak widać, ten czas zużył również na dogłębne poznanie paryskiego metra. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja niestety zostałam tą książką skutecznie zrażona i jakkolwiek z reguły daję pisarzowi drugą i trzecią szansę, ale tutaj... nie wydaje mi się to możliwe. A jeśli jak sama piszesz ta inna książka cię nieco rozczarowała, to .. w kolejce czeka tyle dobrych i takich, co do których mam przekonanie, że mnie zaciekawią. Metro widać leży w dziedzinie jego zainteresowań; coś co go tak wkurza, a chyba jednocześnie fascynuje, skoro poświęca mu tyle czasu. Pozdrawiam serdecznie

      Usuń
  8. Przyznam się, że mnie akurat też spodobałby się (chyba) rozdział o metrze! Sama bym chętnie taki popełniła, to pierwsze to oczywiście trzynastka, którą bardzo dobrze znam :) Co do reszty, Clark pisze tak, by książki się dobrze sprzedawały więc nie sądzę, że to Ty jesteś jego targetem. To taki nurt w literaturze anglosaskiej dla Anglików, którzy mają z Paryżem taką "love-hate relationship". Miałam podobne wrażenie, po lekturze "Anglika w Paryżu" Micheala Sadlera (pisałam o nim tu. gdyby Cię to zainteresowało: https://rozcinampomarancze.wordpress.com/2011/07/22/anglik-w-paryzu/
    Gładko połykasz i szybko zapominasz. A poza tym pokaż mi turystę, który, oprócz Ciebie, wie, że katedra N-D nie jest przystrojona królami francuskimi? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdaję sobie sprawę, że o metrze można napisać ciekawie, początek opisu był niezły, ale te opisy tras w stylu; tu jest tłoczno, a tą linią podróżują kolorowi, tu stoi rura, a tam mruga światełko mnie wkurzały, ale jak piszesz chyba nie jestem typową turystką. A co do opisu 13 to (chciałam napisać po francusku, ale nie umiem- Proszę bardzo - "Linia zgarnia pasażerów z rubieży 17 i zamożnych, ale jeszcze nie ekskluzywnych, południowych suburbiów i dowozi ich do zachodniej części centrum Paryża. Niektóre regiony są wyposażone w elektroniczne ekrany, na których wyświetlają się nazwy kolejnych stacji, a miły kobiecy głos informuje pasażerów, gdzie się obecnie znajdują. Jest tu dużo miejsca dla stojących-i dobrze, zważywszy na duży tłok między stacjami Montparnasse i Saint Lazare. Na północnym krańcu linia się rozdziela ....itd" - nie wydają mi się te informacje ani ciekawe, ani przydatne. Do recenzji zaraz zajrzę, bo tę książkę z kolei polecała mi inna paryżanka (choć była) marta. Katedra nawet wg paryżan przystrojona była królami francuskimi, którzy dlatego potracili głowy :)

      Usuń
    2. Z tą katedrą masz rację, większość osób tak myśli, bo kto zna króli Judy? A cytat faktycznie, mało fascynujący, szkoda, miałam chrapkę na coś więcej...

      Usuń
    3. Ja nie chciałam się tu wymądrzać, że takie rzeczy to każdy powinien znać, bo to nie o to chodzi. Jestem pewna, że nie dostrzegłam wielu innych pomyłek, przeinaczeń. Wiadomo, nie każdy jest historykiem, czy historykiem sztuki, ale jak się pisze i publikuje książkę powinno się (moim zdaniem dokładnie sprawdzić informacje). A co do opisu tras - podejrzewałam, że nie tego byś oczekiwała od książki, czy rura, której trzymają się stojący pasażerowie sięga do ziemi, czy do sufitu, czy drzwi otwierają się automatycznie, czy na wajchę oraz, czy podróżują nią kolorowi, czy średnio zamożni urzędnicy państwowi.

      Usuń
  9. Nie byłam zachwycona"Paryżem na widelcu'. Widziałam wiele sprzeczności. W Luwrze będąc w sezonie wcale nie stałam w wielkiej kolejce. A w metrze? często znajdowałam miejsce.
    Przed Mona Lizą zawsze są kolejki. Byłam raz, wg są piękniejsze obrazy. Mnie bardziej podoba się La Belle Ferronniere - da Vinci.
    Raził mnie język, wydawał mi się trochę wulgarny...
    Przykłady można by mnożyć i mnożyć...
    Serdecznie pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli mamy bardzo podobne odczucia i Ty dałaś się nabrać na reklamowy bełkot. Mnie przyciągnął, jak magnes Paryż w tytule, ciebie zapewne także. Poza tym, gdyby mi go siostra nie przyniosła pewnie nigdy bym nie sięgnęła. Teraz myślę, że dobrze, bo wiem, czego się na przyszłość po tego typu lekturze spodziewać. Co do Mony Lisy też nie należy do moich ulubienic, ale oczywiście podeszłam tę kopię obejrzeć z "bliska" No w miarę bliska, bo z odległości jakiegoś metra wchodząc pomiędzy dwie Japoneczki, a że one niewysokie, to mogłam bez przeszkód sobie obejrzeć Monę L. Język książki.. dla mnie też ... nie chciałam tego pisać, ale chyba jednak wulgarny jest dobrym określeniem. Pozdrawiam

      Usuń
  10. BZW zaslugi na niwie blogosfery? TY miala bys sie czuc gorsza od niego??? Droga Gosie, nie żartuj. Twoj bloog jest o wiele lepszy. niz jego i niz Joanki zwanej Kalio. Sprawiedliwosci nie ma w swiecie. BZw tylko z tego jest slawny, ze caly dzien siedzi na bloogu i pisze te swoje jednozdaniowe komcie, on nawet ziemniakow nie przyniesie do domu, kompletnie nic nie robi!!!! Tylko siedzi i komcie pisze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie bardzo rozumiem dlaczego ten komentarz znalazł się pod wpisem na temat książki Paryż na widelcu. Nie wspominam w nim, ani ZWl, ani kalio. Podejrzewał, że autor (autorka) chciał (a) zamieścić go pod dzisiejszym wpisem Hurtownia książek, w którym nawiązuję do wczorajszych komentarzy u ZWL (z uporem maniaka piszę ZWL, zamiast BZwL). Drogi komentatorze zaszło tu chyba jakieś nieporozumienie.

      Usuń
  11. Mnie kiedyś kolega przyniósł "Merde, czyli rok w Paryżu", czy jakoś tak - dokładnego brzmienia tytułu nie pamiętam, bo choć książka przeleżała u mnie ładnych parę miesięcy, to jej nie przeczytałam. Wzięłam kiedyś do ręki, przewertowałam i odłożyłam. Jakoś czułam, że nie jest napisana dla mnie ;-)

    OdpowiedzUsuń
  12. Do książki się nie odniosę, ale tak tylko chciałam dodać, że w Londynie dogadasz się po angielsku bez trudu, bo będzie Cię obsługiwał Litwin, Portugalczyk, Brazylijczyk, lub, co w sumie najbardziej prawdopodobne, Polak;) Żeby się natknąć na Anglika w miejscu, w którym obsługiwani są turyści (kasa biletowa, sklep, knajpa itp.), trzeba mieć trochę szczęścia;)

    OdpowiedzUsuń
  13. To mnie uspokoiłaś :) Londyn jest mi zupełnie nieznany, a marzy mi się, głównie z powodu oszałamiającej ilości teatrów muzycznych, ależ bym sobie mogła wybierać; codziennie inne przedstawienie (oczywiście w granicach konta debetowego :). Może w końcu w przyszłym roku pogadam z Litwinem, czy Brazylijczykiem moim łamanym angielskim

    OdpowiedzUsuń

Jestem bardzo rada z każdego komentarza, ale nie będę tolerować komentarzy agresywnych, wulgarnych, czy obrażających moich gości (innych komentatorów).