poniedziałek, 29 kwietnia 2013

O rozdźwięku między oczekiwaniami a rzeczywistością, czyli jak nie będę spieprzała np. z Paryża

Przypadkiem trafiłam na blog dziewczyny piszącej o podróżach, której nie podobało się w Paryżu, ponieważ rzeczywistość nie dorosła jej wyobrażeniom. Dlatego, jak napisała, znikąd nie spieprzała tak, jak stamtąd.
Akurat, jeśli o Paryż chodzi, to ja się bardzo cieszę, jeśli się komuś tam nie podoba. Nie miałabym nic przeciwko temu, aby większej ilości osób nie podobało się. Chętnie zaapeluję do potencjalnych turystów - nie podróżujcie do Paryża, Rzymu, Wenecji i innych moich ukochanych miejsc, nie podróżujcie tam, bo filmy i pocztówki kłamią. Nie chciałabym, aby moja wypowiedz została odczytana, jako krytyka wypowiedzi blogerki, to raczej ciąg dalszy moich przemyśleń na  temat podróżowania. Wydaje mi się zresztą mało prawdopodobne, aby wspomniana blogerka tu trafiła, a jeśli nawet mam nadzieję, że nie poczuje się urażona, bo tak jak ona ma prawo do spieprzania z Paryża, tak ja mam prawo do nie spieprzania zeń.

Autorce bloga nie podobało się, że Paryż nie był tym miastem, które znała z pocztówek i filmów. Miasto zostało ukształtowane przez skuteczny, silny i wszechobecny marketing, spotkała się tam z chamstwem, grubiaństwem i brakiem kultury. Autorka nie czuła się tam bezpieczna, nerwowo rozglądała za siebie, pełna obaw o to, że ktoś wsadzi jej nóż w plecy. Do tego ktoś zareagował nerwowo za zrobienie zdjęcia na ulicy, a policja nie wykazała żadnego zainteresowania zgłoszeniem. Ktoś inny zatarasował wejście do autobusu, a jeszcze inny krzywo patrzył na nią w metrze. Miasto tonęło w brudzie i smrodzie (nie było to najbardziej czyste i pachnące miasto świata), było tam pełno bezdomnych, tak, że potykało się o nich wszędzie, a wejścia do popularnych miejsc to lata świetlne stania. Bo wszystko w nadmiarze powszednieje, a zagęszczenie dzieł wielkich artystów na m2 jest wręcz przytłaczające. 

Mam nadzieję, że udało mi się paru potencjalnych turystów zniechęcić do odwiedzenia tego miasta.


Powiecie może, że gdzie indziej też jest brudno, są bezdomni, bywają ludzie nieżyczliwi, chamscy, agresywni, na wejścia do "popularnych miejsc"  czeka się godzinami w kolejkach. No tak, ale inne miejsca nie mają takiego PR, jak Paryż. Ten na filmach wygląda jak miasto z bajki, piękny, czysty i pachnący, romantyczny, ludzie się do siebie uśmiechają, są sympatyczni i życzliwi. Zastanawiam się, które to filmy zrobiły miastu taki PR. Czyżby np. Zakochany Paryż? Tyle, że ten wbrew tytułowi wcale miasta nie idealizuje. Nie pamiętam dokładnie wszystkich epizodów, ale przedstawia on różne obrazy miasta; niektóre mało przyjazne. A może O północy w Paryżu, które jest filmem o stereotypowym postrzeganiu miasta (ale nie tylko miasta), a także ostrzeżeniem przed uleganiu wyobrażeniom, co może doprowadzić do rozczarowań, a także o konieczności zachowania równowagi pomiędzy wyobraźnią a realnością.

Tylko myślę, że nie tu jest pies pogrzebany i że to wcale nie chodzi o konkretne miejsce. Każdy mógłby wymienić dowolne miasto, które nie zdało egzaminu w starciu z jego oczekiwaniami.
Podróżuję chyba niemało i z doświadczeń kilkudziesięciu lat mogę napisać, że jeśli gdzieś mi się nie podobało, to zawdzięczam to głównie sobie bądź kiepskiej organizacji wycieczki. Pewna mądra osoba powiedziała mi kiedyś, iż odwiedzane miejsce daje nam tyle z siebie, ile wcześniej my mu damy z siebie. Jeśli jadę w oczekiwaniu na cud, na zobaczenie pocztówkowego widoczku z natury, to ten cud zdarza się naprawdę niezmiernie rzadko. Jeśli nie przygotuję się do podróży, jeśli nie zapoznam z miejscem do którego jadę, jeśli nie poznam jego kultury i sztuki, jeśli nie sprecyzuję moich oczekiwań, co do miejsca odwiedzin, nie mogę spodziewać się, że trafię do raju na ziemi, gdzie wszyscy będą czekali na mnie z wyciągniętymi ramionami, kelnerzy będą się do mnie uśmiechać, a sprzątacze wymiotą całe miasto ze śmieci, niesympatyczni ludzie przemienią się w anioły, a bandyci trafią za kratki. To ja sama sprawiam, że dobrze się czuję w miejscu do którego podróżuję, bo wiem, czego odeń oczekuję. I nie są to czyste ulice, uśmiechnięci współpasażerowie, pachnące metro, choć nie miałabym nic przeciwko temu. Są to miejsca, którymi chadzali pisarze, malarze, literaccy bohaterowie, miejsca, których często już nie ma i trzeba uruchomić wyobraźnię, aby je dostrzec, są to świątynie, które od lat nęcą swymi strzelistymi wieżami sięgającymi gwiazd i pięknymi witrażami, są to malutkie kapliczki, są to obrazy moich malarzy, rzeźby, o których czytałam latami, gmachy teatrów i oper, w których odbywały się przedstawieniach, o których już tylko mogę pomarzyć, kawiarenki, w których niespiesznie wypijam kawę, ławeczki w parku, na których rozkoszuję się lekturą lub nic nie robieniem, spacery nad rzeką, bukiniści ze swoimi skarbami. Jeśli wiem, czego oczekuję to nie doznaję zawodu w stosunku do miasta, z tego powodu, że kelner uporczywie udaje, że mnie nie dostrzega, ktoś mnie popchnie w przejściu do metra, a ktoś inny oszuka wydając resztę. I wtedy udaje mi się zobaczyć różne twarze miasta, czasami piękną, czasami interesującą, acz pokrytą szramami, a czasu brzydką lub nawet ohydną. Ale zdarza się też, że widzę miasto, którego nie poznał i nie widział nikt poza mną; bo jest sumą moich wyobrażeń, moich wizji i realności; miasto piękniejsze niż to ze snów.
Oczywiście lata doświadczeń powodują, że umiem minimalizować szkody, wybór odpowiedniego terminu wyjazdu, zakup biletów przez internet, odwiedzanie muzeów w dni robocze i płatne (bezpłatne wstępy oznaczają dłuższe oczekiwanie na wejście, krótsze oglądanie, nerwy, zmęczenie, a na to mnie nie stać), wczesne zaczynanie dnia, wybór mniej zatłoczonych miejsc.  

Inna sprawą jest to, że nie każdy lubi spędzać urlop w mieście, bo np. woli wypoczynek na łonie natury, bez tłumów (albo z mniejszą ich ilością). Tyle, że wtedy po po jechać w zatłoczone i  brudne aglomeracje miejskie.

Może być i tak, że jakieś miejsce nie będzie nam odpowiadać, będziemy się w nim źle czuć, bo z jakichś powodów z miastem nie konweniujemy. Tak, jak nie lubimy, czy wręcz nie tolerujemy pewnych osób, tak możemy nie polubić miejsca i sami nie wiemy dlaczego tak się dzieje. Tyle, że wydaje mi się, że nie ma brzydkich miejsc, w każdym można znaleźć coś pięknego, trzeba tylko wiedzieć, czego się chce i umieć to dostrzec. Jak do tej pory nie zachwyciły mnie dwa kraje i wiem, że to była moja wina, bo pojechałam bez entuzjazmu, bez chęci i bez wiedzy i czekałam - a teraz przekonaj mnie kraju, że jesteś wart mojego czasu i moich odwiedzin. A może się mylę, może są miejsca, do których nie pasujemy, miejsca, które mimo, iż zrobimy wszystko, aby je polubić/obłaskawić nie odpłacają nam tą samą monetą. Czy macie takie miejsca? Oczywiście nie chodzi mi o miejsce pracy, bo to rzadko kiedy daje się lubić.
No i jest jeszcze rodzaj preferencji wypoczynku. Jeśli wiem, że na urlopie typu leżę i  smażę się na słoneczku cierpiałabym katusze to nie wybieram się na wyspy, plaże, spa i tego typu atrakcje. 
Zdjęcia 1. Paryż piękny -dach Opery Garnier, 2. Paryż brudny- rano sprzątany, aby po dniu utonąć w śmieciach, 3. Paryż artystyczny - Montmartre, 4. Paryż w naturze- Ogród Luksemburski


40 komentarzy:

  1. Myślałam, że Warszawę opisujesz;)
    Pracuj nad przekierowaniem hord turystów - najlepiej jak najdalej od Rzymu w sierpniu, bo wiadomo - upał nie do zniesienia, ceny astronomiczne, zdjęcia nie ma jak pstryknąć, bo ciągle ktoś się przemieszcza przed obiektywem...
    Najlepiej niech się smażą na plaży, to będą obiektami westchnień po powrocie do pracy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Próbuję odpowiedzieć na komentarz już od pół godziny i wciąż mam jakiś problem. Komputer poszedł do serwisu :(
      Może tym razem się uda. Otóż właśnie i Warszawa i każde duże miasto ze wszystkimi bolączkami wielkomiejskiej aglomeracji. A przecież i ta brzydka, ponura i szara Warszawa, z paskudną architekturą lat powojennych (MDM, socrealistyczne dekoracje, Pałac Kultury), betonowce - to tylko jedno oblicze miasta, a jest i drugie - Nowy Świa, Krakowskie Przedmieście, Powązki, Kościół Św. Krzyża i Św. Anny, Łazienki, Wilanów, a jest i trzecie kulturalne- ilość teatrów, galerii, wystaw, koncertów.... a pewnie są i inne - mnie nie znane, a ciekawe. Co do Rzymu - nie podróżujcie tam nie ma nic ciekawego, SYkstyna zatłoczona i kark cierpnie, naciapane na tym suficie, di Trevi takie wtłoczone pomiędzy budynkami, z zamku Anioła spierdz... kiedyś papieże, ale teraz nie ma tam nic do oglądania, Watykan bez polskiego papieża to nie to, a na ryneczku z wieżyczką też tłoczno.
      Udało mi się odstraszyć? To autentyczne wypowiedzi turystów, albo raczej mała ich część.

      Usuń
    2. Najpierw dwa słowa na temat Warszawy. Ponieważ jest to "moje" miasto, ale nie mieszkam w nim już 26 lat, więc oglądam je może trochę jako turystka, ale naprawdę, jeśli się chce, to można sporo w nim odkryć. Na przykład moje ostatnie odkrycia, do warszawska Praga, zabrałam na jej zwiedzanie przyjaciół, którzy nigdy na tę drugą stronę miasta się nie przenoszę i znalazłam niezwykłe ślady życia miasta. Kamienice jak przed wojną, zaułki, podwórka o niezwykłej urodzie, ślady przedwojennych sklepów, życia...spędziłam popołudnie jak w innym świecie. Kolejny dzień był wyprawą śladami warszawskiego getta, chciałam po prostu przejść miejscami w których stał mur i znalazłam w chodnikach wbudowane informacje. Wówczas wystarczy trochę wyobraźni i przenosimy się w świat okresu drugiej wojny światowej. Warszawa pełna jest takich perełek, chociażby robotnicza Wola, albo odkryte przez mnie ostatnio Powiśle...Naprawdę Warszawa może się okazać ciekawym miastem...

      Usuń
    3. Praga teraz to już zupełnie inna Praga, niż jeszcze z dziesięć lat temu, kiedy po zmroku lepiej się było tam nie zapuszczać, praga robi się teraz trendy- tak słyszałam, kawiarenki, galerie, wydarzenia kulturalne :) dlatego nie skreslam warszawy. Podrózuję głónie w wiadomym celu, ale staram się za każdym razem wypatrzyć coś nowego. Kiedy ostatnio wędrowałam szarymi i ponurymi ulicami, wściekła na jakąś demonstrację, która strasznie się wydzierała i wstrzymała ruch na całej trasie - nagle usłyszałam Niemena Sen o Warszawie i od razu zrobiło się kolorowo i ciepło i radośnie, że jestem tu i spaceruję sobie tymi uliczkami

      Usuń
  2. A ja dziś właśnie ogladalam zdjęcia z wycieczki do Paryża i zamków nad Loarą z 2007 roku:)) To rzeczywiście brudne i zatłoczone miasto, ale tam mieszkają miliony i w dodatku mieszanka nacji!Poza tym na pewno tam wrócę, bowiem mam podobne priorytety co do wypoczynku, jak Ty.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I tak trzeba myśleć i nigdy nie tracić nadziei :) Wielonarodowościowe miasto- o tym blogerka nie napisała, że dużo czarnych; często słyszę i takie "zarzuty i komentarze", w Paryżu nie ma już Paryżan, tylko sami kolorowi. Ale rasizm to temat na inna dyskusję.

      Usuń
  3. Kiedyś w reakcji na hasło "Paryż jest przereklamowany" napisałam na gorąco coś takiego:


    A gdyby tak nie być turystą, zwiedzającym w biegu maniakalnym fotografem, który chce się pochwalić, że "zaliczył" Paryż? A jeśli ktoś się zakochał w tym miejscu na ziemi, wybrał je sobie na miłość swojego życia i cokolwiek by potem widział, gdziekolwiek by nie pojechał, żadnego miejsca już później tak nie mógł pokochać?

    Bo ta miłość zrodziła się z marzeń i pierwszych podróży w wyobraźni, a potem palcem po mapie. Najpierw czytałam Remarque’a i marzyłam, że kiedyś zobaczę Łuk Tryumfalny.
    Większość turystów nigdy nie poznaje Paryża, nie ma pojęcia, co kryje to miasto. Piękne widoczki z pocztówek, które żyją w masowej wyobraźni, są jedynie opakowaniem, powierzchnią. W środku, w głębinach, w zakątkach, w uliczkach jest prawdziwe miasto, do którego trzeba dotrzeć. Niestety niewielu to robi. Zdjęcie pod wieżą Eiffla i z Mona Lisą w tle jest ważniejsze. A przecież ta wieża ma zaledwie nieco ponad sto lat, kościół w moim miasteczku jest starszy i ciekawszy. Dlaczego turyści nie szukają duszy tego miasta?
    Żyłam tam przez wiele lat i nigdzie nie czułam tak bardzo, że żyję. Często słyszałam: „Paryż jest przereklamowany!”. Wtedy zadawałam pytanie: „A co ty wiesz o Paryżu?”. Wiesz, gdzie była starożytna Lutecja? Gdzie żył Molier, gdzie jest ulubiona księgarnia Hemingway”a? A może wiesz, gdzie ścięto Marię Antoninę? No to musisz przynajmniej wiedzieć, gdzie jest tak ważny dla Polaków Hotel Lambert? Kościół polski, który pamięta Mickiewicza, Słowackiego, Chopina? No to może widziałeś dom Marie Skłodowskiej – Curie? Byłeś na jej grobie w Panteonie? Nie? A przecież to jedyna kobieta, w dodatku Polka, pochowana wśród największych osobistości, jakie miała Francja. Czy byłeś na cmentarzu Montmartre? Tam, gdzie jest grób Słowackiego, Damy Kameliowej, Lelewela i wielu Polaków z Wielkiej Emigracji? No to może chociaż zwiedziłeś Paryż śladami „Kodu da Vinci”? Bo jedno trzeba przyznać tej książce – jest w niej dużo wspaniałych paryskich miejsc. A Sorbona? Najstarszy paryski zegar z polskim akcentem? Nie zdradzę, co to jest, może kiedyś ktoś się pokusi sam. I mogłabym tak bez końca wymieniać miejsca, do których nikt nie chce dotrzeć.
    Bo ważne, by sobie zrobić zdjęcia pod wieżą Eiffla i Moulin Rouge. A i jeszcze pochwalić się wizytą na Placu Pigalle.

    Jako dziewczyna z małego miasteczka nie tęskniłam w nim za naturą, zielenią, czystym powietrzem i widoczkami przyrody. Nie po to się ze wyrywałam ze wsi, żeby na piękno natury patrzeć. Kiedy byłam dzieckiem objechałam Polskę wzdłuż i wszerz, bo gdzie indziej jechać nie można było. Więc marzyłam o tym świecie, który był niedostępny. Czytałam o nim w książkach. Widziałam Wokulskiego siedzącego w kawiarni de la Paix i podziwiającego Operę Garnier. Wtedy sobie przyrzekłam, że też tam siądę kiedyś przy kawie. I tak zrobiłam Chciałam wielkiego miasta, z jego hałasem i światłami, z jego anonimowością i wszystkimi pokusami. Z ulicami pachnącymi świeżo zaparzoną kawą. Z piknikami nad Sekwaną i na trawnikach pod słynną wieżą, gdzie pijąc wino patrzyliśmy na pstrykaczy zdjęć, którzy nie odrywali oka od aparatu. Jak w ten sposób można się czymkolwiek delektować?

    Nie ukrywam, że mam z tym miastem bardzo emocjonalne związki. Tam przeżyłam najszczęśliwsze chwile w moim życiu, tam rodziły się moje dzieci. Gdyby nie to, że jedno miejsce na ziemi kocham jeszcze bardziej, tylko w Paryżu chciałabym mieszkać. Ale ponieważ tak nie jest, wracam tam, gdy tylko mogę. Czasem jestem już w takim stanie tęsknoty, że wyjeżdżam z dnia na dzień. Wieczorem ładujemy się do samochodu, a rano wjeżdżam do mojego ukochanego miasta, gdzie już unosi się zapach porannej kawy. Wystarczy zatrzymać się, wysiąść i natychmiast ma się jakąś kafejkę pod nosem. A kelner z uśmiechem mówi do mnie „ Bonjour madame. Bienvenue a Paris”. Wtedy czuję, że piękniej być nie może.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Marto rozumiemy się bez słów- przynajmniej w tej kwestii. Często ludziom wydaje się, że szkoda czasu i zachodu na czytanie, przygotowywanie się, poznawanie, przecież pojadą i zobaczą. I patrzą i nic, bo jakież emocje wywoła wieża, czy młyn, jeśli nawet nie wie się nic na temat ich powstania, historii, Bo nawet ta przysłowiowa wieża i młyn mogą budzić ciekawość i zachwyt, jeśli wie się na ich temat coś więcej ponad ilość metrów pierwszej i to, że drugi obiekt słynie z frywolnych tancerek wywijających nóżkami. Ja nie znam miasta tak dobrze jak Ty, byłam tam wszystkiego trochę ponad miesiąc, a pochlebiam sobie, że znam wszystkie miejsca, o których wspomniałaś (nie byłam jedynie na cmentarzu Montparnasse), przewędrowałam Paryż różnymi ścieżkami (literacką, w tym ścieżką kodu da Vinci -lubię te paryskie i te rzymskie odniesienia w jego książkach) musicalową, malarską (śladem impresjonistów, a ta ścieżka jest niemal nieskończoną, więc będę nią szła jeszcze długo), śladem pisarzy (Hugo, Zola), śladem zieleni, zaglądałam do różnych świątyń (nie tylko NDdP. I sporo by można wymieniać, ale przecież nie o to tu chodzi, tak jak i nie o Paryż (że tak powiem personalnie) idzie. Chodzi właśnie o to, że im więcej my damy z siebie miastu, tym lepiej się ono nam odpłaci.
      A tęsknię za nim ogromnie, tak jak i za paroma innymi, tak jak i za tymi, któych jeszcze nie odwiedziłam, a mam już ich wizję snutą z oglądanych obrazów, przeczytanych książek, życiorysów ulubieńców, a nie wizję snutą z kolorowych widokówek, czy bedekerów. Takim miastem marzeniem, które jest przede mną jest Amsterdam

      Usuń
  4. I jeszcze dodam, że miasta też nie lubią niektórych ludzi i się przed nimi nigy nie otwierają. Zgadzam się z tobą, że im mniej takich turystów z przypadku, tym lepiej dla nas:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To chyba prawda, jeśli odwiedzają je ignoranci miasto odpłaca się tym samym-ignoruje.

      Usuń
    2. Ludziom się wydaje, że przyjeżdżają do Paryża i ma być jak we śnie, a to jest miasto żywe. Ludzie pracują, odprowadzają dzieci do szkoły, mają swoje problemy, to nie Disneyland, a mieszkańcy to nie eksponaty i nie pracownicy lunaparku na usługach zwiedzjących. Turysta jedzie tam, wydaje mu się, że fakt, że ona tam przyjeżdża jest czymś niezwykłym. Jest, ale tylko dla niego. Ciężko się mieszka w mieście muzeum, w mieście widokówce. Sama doświadczyłam, jak uciążliwe może być zaczepianie przez turystów z prośbą o zdjęcie, z pytaniem o drogę, gdy sama chciałam w tym czasie mieć święty spokój i pospacerować. Naprawdę zdarzało mi się przystawać, co parę metrów, aby nie wejść komuś w kadr. A że miasto ma swoje ciemne strony, to jasne jak słońce. Jak każde inne na świecie. Wystarczy sięgnąć do literatury, choćby Zoli i Hugo, żeby to zobaczyć. Paryż ma świetną reklamę turystyczną, ale i równie dobrze są opisane jego wady, więc jeśli ktoś się interesuje, znajdzie wszystkie informacje.

      Usuń
    3. Cudna ta wypowiedź, że miasta nie lubią niektórych ludzi. To tak jak byśmy przyszli do kogoś w gości i tylko stawiali wymagania, że łózko za małe, a kawa za zimna i meble nie takie...Może do miasta trzeba podejść ze zrozumieniem, skromnością i pokorą i wsłuchiwać się, poznawać, zanim wyda się jakiś sąd?

      Usuń
    4. Marto- twoje porównanie z Disneylandem przypomniało mi wycieczkę do Luksoru i egipskich piramid. Ludzie wychodząc narzekali, że nic ciekawego tam w śroku nie było, zupełnie jakby oczekiwali, że w środku odbędzie się jakiś happening, np. zobaczą kroczącą mumię ze płonącymi dla lepszego efektu oczyma. Moim zdaniem zawód jest najczęściej wynikiem nieprzytgotowania i niewiedzy i wygórowanych oczekiwań.

      Usuń
    5. holly- a znamy obydwie takie osoby, prawda? co to nie dogodzisz, ani kawką, ani prezentem, ani rozmową, ani niczym :( A z miastami, jak z ludzmi- od kiedy popełniłam błąd w ocenie pewnej osoby (który na szczęście miałam okazję naprawić) proszę o więcej czasu na poznanie kogoś, zanim wydam swoją ocenę.

      Usuń
  5. I tak go nie zobaczę oko, w oko więc rozczarowanie mnie ominie.
    Pozostanie więc w mojej pamięci taki jak na widokówkach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Życzę ci, aby pokazał ci piękniejszą twarz i o wiele bogatsze oblicze niż na widokówkach. Bo moim zdaniem poznajemy miejsce nie tylko w sposób namacalny dotykając go, ale i np. czytając o nim, a wiem, że lubisz czytać.

      Usuń
  6. Muszę przyznać, że po Twoim wpisie zaczęłam się zastanawiać, które z odwiedzonych miast mnie rozczarowało. Myślałam i myślałam i nic mi nie przychodziło na myśl. Chyba więc podobały mi się te miejsca, do których los mnie rzucił. Nawet te, które nie były specjalnie piękne, miały w sobie coś specyficznego, co utrwaliło mi się w pamięci. Chyba więc rzeczywiście ważne jest nastawienie podróżnika.
    Z takich oczarowań, zupełnie niespodziewanych, gdy się nie oczekuje zbyt wiele, a piękno i cudowny nastrój powoduje, że miejsce kojarzy nam się wspaniale już na zawsze, mogę wspomnieć Lizbonę. Mimo że byłam tam tylko raz, jestem niezmiennie urzeczona tym miastem, jego bezpretensjonalnością i mgiełką nostalgii. Dodatkowo zaskoczył mnie brak tłoku w sierpniu, co rózwnież było dla mnie wielkim atutem. Cudowne miasto o wielu obliczach. Polecam. Wiem miało być o negatywnym przykładzie, ale - jak już wspomniałam wyżej - żadne miejsce mi nie przychodzi na myśl.:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja o tych dwóch krajach, które mnie rozczarowały pisałam i nie chcę tu się powtarzać, bo zrozumiałam, że sama popełniłam błąd lecąc tam zupełnie nieprzygotowana, a w dodatku z nastawieniem na nie. Do tego doszła zła organizacja wycieczki przez Biuro podrózy. A już dzisiaj, kiedy dysponuję większą wiedzą na temat jednego z tych miejsc chciałabym w parę miejsc wrócić.
      Może dlatego sprzed odwiedzinami w Lizbonie chciałabym liznąć coś więcej na temat kraju i miasta; coś z literatury, muzyki, malarstwa, a może rzeźby, aby nie liczyć jedynie na pocztówkowe widoczki. Brak ludzi w sierpniu - nie wiem, jak w Portugalii, ale we Włoszech sierpień to ich czas wakacji i urlopów, bo wówczas jest najcieplej, wtedy wyjeżdzają poza miasto. To chyba dobra wiadomość dla Bogusi.
      Twój głos na temat Lizbony jest już kolejnym głosem za od zaprzyjaźnionej blogerki, więc może za rok. :)

      Usuń
  7. Ja mam takie miasto w którym się nie odnalazłam, mimo że ciągną tam tłumy turystów wydających z siebie ochy i achy nad jego urodą...to Mantua, w której mieszkałam przez trzy miesiące lecz mimo jej wspaniałych zabytków i tego, że każdą wolną chwilę poświęcałam na zwiedzanie, jakoś nie przypadła mi do serca i opuściłam ją z radością. Dlaczego? Sama nie wiem, mimo że nie raz się nad tym zastanawiałam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Elu- wydaje mi się, że to wyjątek potwierdzający regułę. Pewnie jest parę miejsc na ziemi, w których nie koniecznie dobrze się czujemy. Może i w opisywanym przypadku tak było, tyle, że dziewczyna uzasadniała to zupełnie innymi argumentami, które sugerowały coś przeciwnego niż to, o czym Ty piszesz. I obawiam się, że takie rozmijanie się wyobrażeń z rzeczywistością to nie przypadek jednostkowy, jak często słyszę narzekania właśnie na temat tłoku, brudu i drożyźny - jako opinię o mieście/miejscu.

      Usuń
  8. Zgadzam się, że nie ma brzydkich miejsc.
    Inaczej jako Warszawianka powinnam sobie strzelić w głowę, a tymczasem staram się pielęgnowac patriotyzm lokalny (a nawet bardzo lokalny , bo dzielnicowy:)).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Izo, pisałam w kilku komentarzach wyżej i pisała też holly - i w Warszawie można odnaleźć ciekawe i niepowtarzalne miejsca, pomijając to, że jest niewątpliwie stolicą kulturalną Polski, czego ogromnie wam - warszawiakom zazdroszczę.

      Usuń
  9. a ja uwielbiam Paryż, byłam tam dwa lata temu z wycieczką a w maju jadę prywatnie żeby "nawdychać" się paryskiego klimatu. Jak dla mnie to miasto ma to coś i już. A jak ktoś nie ma ochoty stać w kolejkach, oglądać bezdomnych i ewentualnych śmieci to odpowiednim miejscem na wyjazd będzie bezludna wyspa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten czynnik w postaci - ego czegoś nieokreślonego, co sprawia, że w danym miejscu czujemy się dobrze jest też ważny, aczkolwiek to czynnik od nas zupełnie niezależy i nie mamy nań wpływu, więc to coś może rózwnie dobrze sprawić, że będziemy się gdzieś czuć fatalnie. Majowej wycieczki zazdroszczę, ja dopiero na jesieni :)

      Usuń
  10. Ależ piękna dyskusja się wywiązała:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tylko coś za bardzo zgodni jesteśmy :( i ;)

      Usuń
  11. Od wczoraj myślę o Twojej notce. Zaczęłam się zastanawiać, czy problem nie leży raczej w osobie, która narzekała, oczywiście z całym szacunkiem dla niej i dla odrębności gustów.
    Pod jej zażalenia właściwie można by podstawić każde duże miasto oblegane przez turystów. Może to bardziej kwestia nieumiejętnego doboru formy wypoczynku do osobowości? Albo doboru towarzyszy podróży, bo z przytoczonych zarzutów wynika, że ciągle czuła się roztrzęsiona i zagrożona.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli wracamy do punktu wyjscia- "problem" leży w nas samych, albo nie wiemy, czego chcemy, co nam się podobaa, albo też jesteśmy zbyt leniwi, aby zadać sobie trochę trudu i dowiedzieć się czegoś o miejscu, do którego zmierzamy. Byłam kiedyś w pewnym miejscu z osobą której się nie podobało, a zapytana co by chciała zobaczyć powiedziała, że nie wie, bo przecież nie zna miasta, a podarowanego pół roku wcześniej przewodnika nie chciało jej się czytać. Są też przypadki jak napisała sukienkawkropki, że jakieś miejsce po prostu do nas nie trafia, choćbyśmy nie wiem, jak się starali, tyle, że to są przypadki jednostkowe.

      Usuń
    2. No właśnie. Jeśli kogoś denerwuje życie codzienne i ludzie wokół, to pewnie będą go denerwowali i ludzie spotykani na wakacjach, czy w podróży. Jeśli ktoś oczekuje, że podczas dwutygodniowego urlopu nagle przeniesie się w bajkową krainę mlekiem i miodem płynącą, to pewnie się rozczaruje. Tylko tyle i aż tyle. I może nie zawsze trzeba gruntownie przygotowywać się do podróży (choć nie zaszkodzi), ale zawsze trzeba otwierać się na innych i na świat.
      Na marginesie: nie przypominam sobie, żeby którykolwiek mój urlop był nieudany.

      Usuń
    3. Tak jak przygotowanie (to oddanie siebie, swojego czasu i zaangażowania) podobnie i ciekawość i otwarcie na świat zdecydowanie minimalizują ryzyko rozczarowań. Tak więc warto dla zapewnienia sobie pięknych wrażeń mieć jedno i drugie. A przygotowanie to przecież nie tylko czas poświęcony na poznanie kraju czy miejsca, do którego zmierzamy bezpośrednio przed wyjazdem, ale i suma doświadczeń i wiedzy nabywanych latami, które kumulują w zakamarkach pamięci pewne obrazy, wrażenia, wiedzę, z których możemy czerpać podczas wyprawy. Ja mogę powiedzieć, że przygotowuję się do wyjazdu latami:) Nieudany urlop zdarzył mi się parę razy, tyle, że za sprawą całkiem innych okoliczności niż "okoliczności przyrody" (choroba, towarzysze podróży, ...)

      Usuń
  12. Paryż można spostrzegać na różne sposoby. Każdy odbierze go inaczej. Byłem dwa razy, za pierwszym razem indywidualnie, z wędrówkami do późnej nocy. Jednego dnia przeszliśmy pieszo od wieży Eiffla po plac Bastylii. Trwało to kilka godzin, końcówka była grubo po północy. Po drodze zaliczyliśmy chyba wszystkie najważniejsze obiekty Paryża posiadające nocną iluminacje. Oczywiście były widoczne góry śmieci, bród i bałagan. Nad Sekwaną było mało bezpiecznie, ale wszystko wynagrodziły piękne widoki. Katedrę Notre Dame o północy będę pamiętać do końca życia. Drugi raz byłem z wycieczką. Wszystko poukładane, ale brakowało bliższego kontaktu z atmosferą miasta. Ale i za pierwszym razem i ostatnio odbieram Paryż jako miejsce wyjątkowe, warte pobytu i to jak najdłuższego. Dlatego, gdy będę miał okazję, znów tam pojadę.
    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  13. O wyższości zwiedzania indywidualnego nad zorganizowanym można by napisać pewnie niejedną książkę. Ale zgadzam się z Tobą, że jak się chce i jak się umie dostrzeże się urok miejsca niezależnie od okoliczności. Moje pierwsze spotkanie z Paryżem to była także trzy dniowa wycieczka z biura podróży w długi majowy weekend (było tłoczno- jak to w majowy weekend- od tamtej pory nigdy nie podróżuję w taki czas, było brudno- pilotka zafundowałą nam szokową terapię - rozpoczącie od przejścia brudnymi, brzydkimi i pełnymi śmieci ulicami, aby następnego dnia pokazać nam piękny Paryż), była i wizyta w Luwrze i Orsay i rejs po Sekwanie i wieczór w knajpce i tańczyłam kankana:) i mimo wszelskich niedogodności związanych z grupowym zwiedzaniem zakochałam się w tym mieście i wracam, wracam, wracam ostatnio corocznie. A każdy następny wypad jest piękniejszy od poprzedniego. A spaceru nocnym Paryżem zazdroszczę, a katedra o północy - bajka. Może w tym roku, kiedy będę miała towarzystwo też mi się uda obejrzeć ją w blasku gwiazd. Pobudziłeś wyobraźnię i marzenia. Dziękuję. I miłej majówki życzę, której efektem będzie zapewne kolejny piękny wpis okraszony jeszcze piękniejszymi zdjęciami

    OdpowiedzUsuń
  14. Tak, wiem, ze notka prawie sprzed roku...Wielu turystow szokuje, ze Paryz jest miastem zwyczajnym, ze oprocz pieknych budowli, romantycznych scenerii, to miasto po prostu zyje i to zyje w XXI wieku ze wszystkimi jego za i przeciw, z brudem i postepem, emigracja i turystyka. Te niespelnione oczekiwania maja juz nawet swoja naukowa nazwe: syndrom paryski. Pozdrawiam serdecznie. Monika

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo miło, że poświęciłaś czas, aby się wypowiedzieć w kwestii bardzo mi bliskiej. Syndrom paryski to jak najbardziej trafna diagnoza, na szczęście (moje nieszczęście) dotyka głównie Japończyków, ale jak wiadomo, od każdej reguły są wyjątki.

      Usuń
  15. Gdy jestem pierwszy raz w jakimś mieście, lubię usiąść na ławce na jakimś skwerku lub przy stoliku w "chodnikowej" kawiarence i po prostu posiedzieć, popatrzeć na okolicę, przechodzących ludzi, wyczuć atmosferę miasta. Oczywiście, może to być mylące, bo przecież nie wybieram miejsca zaniedbanego, wymagającego natychmiastowych zabiegów porządkowych. Ale zwykle wtedy już wiem, czy chcę dokładniej poznać to miasto.
    Na pewno błędem jest podróż do miasta, o którym się nic nie wie, a dużym - gdy jedzie się z negatywnym nastawieniem. Albo z postanowieniem zwiedzania wyłącznie galerii handlowych. Zdarzyło mi się spotkać taką rodzinę (z Polski) w Pergamonie - pan bardzo chciał pokazać rodzinie najciekawsze eksponaty, żona i córka okazywały mu ze wszystkich sił, jak je to nudzi i domagały się natychmiastowego skończenia z tymi "głupotami", bo chciały wreszcie biec na zakupy. Miałam pecha natknąć się na tę grupkę kilka razy...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rodacy na wakacjach to temat rzeka. Pisałam o tym między innymi we wpisie Rodacy na wakacjach oraz Podpatrzone, podsłuchane w podróży (oba można znaleźć w zakładce - rozmyślania). Wspominałam też wielokrotnie o powodzie, dla którego zrezygnowałam z wycieczek organizowanych przez biura podróży, gdzie poza tym, że nie można oglądać miejsc tak jak by się tego sobie życzyło, często spotyka się z ludźmi, którzy - trudno powiedzieć w jakim celu wybierają się na wycieczkę, bardzo rzadko w celach poznawczych. I na co im oglądać te ruiny, czy kolejne świątynie oraz muzea, nuuuda. Ja rozumiem osoby, które nie interesuje historia, literatura, sztuka, które po ciężkim okresie utrzymywania się na powierzchni, bądź pięcia po szczebelkach w firmie pragną odpocząć na gorącym piasku, popluskać w wodzie, potańczyć na dyskotece, czy ulec szaleństwu wakacyjnego romansu, tyle, że po to nie trzeba lecieć do Paryża, Barcelony czy Rzymu :) Teraz podróżuję samodzielnie i mocno się zastanowię, zanim przyznam się do znajomości rodzimego języka. :)

      Usuń
    2. Ale za to w opowiadaniach pourlopowych taki Paryż, Barcelona, czy Rzym brzmią znacznie lepiej niż na przykład Suwałki (z całym szacunkiem dla tej miejscowości i jej mieszkańców). Grupowe zwiedzanie pięknie wyśmiał Jerzy Gruza w "Wojnie domowej", na pewno pamiętasz ten odcinek. :-) Indywidualne podróże są może bardziej wymagające organizacyjnie, ale korzyść jest nieporównywalna. Można zwiedzać, co się chce i w swoim tempie, chodzić, dokąd się chce... A rodacy za granicą, to faktycznie temat rzeka. Idę poczytać polecone posty. :-)

      Usuń
    3. Jeśli masz na myśli odcinek z kuzynem z Anglii i Federowiczem w roli pilota wycieczki to oczywiście pamiętam, mam nawet kilka płytek z paroma odcinkami tego serialu; fantastyczny.

      Usuń
    4. Tak, ten odcinek przyszedł mi natychmiast do głowy. Pan Jacek, no i Bielicka jako pechowa, ale bardzo asertywna właścicielka mieszkania z domofonem. :-) Ja również mam te płytki, lubię włączyć od czasu do czasu dowolny odcinek. :-)

      Usuń
    5. Grała tam cała plejada świetnych aktorów. Nie chciałabym marudzić, ale nie rozumiem, czemu dziś nie robi się tak ciekawych seriali, te dzisiejsze sitcomy, czy tasiemce funta kłaków nie warte. Ale trzeba przyznać, że scenariusz odegrał tu dużą rolę. I też nie miałam pojęcia, że najpierw była książka :) uświadomił mi ZWL swoim wpisem

      Usuń

Jestem bardzo rada z każdego komentarza, ale nie będę tolerować komentarzy agresywnych, wulgarnych, czy obrażających moich gości (innych komentatorów).