poniedziałek, 6 stycznia 2014

Amstardam na święta- część I



Dlaczego właśnie Amsterdam? Nie mogę nawet powiedzieć, abym marzyła o tym miejscu od lat. Pojawił się, jako cel podróży znienacka; jakieś przypadkowo obejrzane zdjęcie, czyjaś wzmianka, lektura kolejnych książek o Van Goghu i zjawiła się myśl, a może by ..., a w sumie, dlaczego nie? Zwłaszcza, kiedy w ciągu jednego roku udało sie odwiedzić wszystkie te miejsca, które jawią się w snach, które przyzywają wciąż i wciąż, których nigdy dosyć. Kiedy myślę Amsterdam - luźne skojarzenia podpowiadają port, woda, mosty, kanały, Van Gogh, Vermeer, Brel. Kto wie, czy Brel to nie jest moje pierwsze skojarzenie związane z miastem, bo to ten utwór słyszany lata temu wywołuje nieokreślone tęsknoty związane z wolnością, podróżą, przestrzenią. Tęsknoty zupełnie nie kobiece, tęsknoty, których namiastką zaspokojenia u mężczyzn jest posiadanie motoru, żaglówki, czy choćby samochodu. Tak przynajmniej pisał Waldemar Łysiak w wysoko cenionej przeze mnie książce MW (dla którego najwłaściwszą nazwą wydaje mi się Muzeum Wyobraźni). Port to miejsce, z którego się wyrusza i miejsce, do którego się wraca. Mam szczególny sentyment do miast portowych, to takie okienko na świat (Brodski w Dyptyku petersburskim nazywa je „oknem duszy”). Szczerze mówiąc nie wyobrażam sobie mieszkania, w mieście, które nie leży nad morzem, mogę całymi miesiącami nie go nie widzieć, ale muszę wiedzieć, ze ono jest gdzieś blisko, na wyciągniecie ręki. Morze pozwala mi oddychać pełną piersią. Mam wrażenie, że w innym miejscu z braku powietrza mogłabym się udusić. Czy ma to związek ze znakiem zodiaku, czy są to osobnicze właściwości- nie mam pojęcia.
Ale to właśnie z tego powodu, bliskości morza, każde miasto portowe ma u mnie duży kredyt zaufania, jeszcze zanim je poznam. Takie miasto nie może ograniczać, daje powiew świeżości i swobody.
Kolejny powód to niezliczona ilość mostów i kanałów, jakież to daje pole wyobraźni. Pisałam niedawno o mostach, które łączą. W Amsterdamie odniosłam wrażenie, że mosty łączą jego mieszkańców, a nie dzielą.
Z powodu swej zabudowy i położenia Amsterdam przypomina z jednej strony Wenecję, z drugie strony moje rodzinne miasto, a dzięki temu budzi przyjemne skojarzenia. No i te muzea, gdzie można zatopić się w świecie niezliczonej ilości obrazów, a co za tym idzie życiorysów ich twórców i opowiedzianych historii.
A gdzieś tam w tle brzmi charyzmatyczny głos Brela, który wyśpiewuje o porcie, o którym marzą marynarze; bo port to przystań, a bardziej prozaicznie to wódka, kobiety i śpiew. To z kolei przypomina pewien niezapomniany wieczór piosenek Brela w warszawskim teatrze kilkanaście lat temu. Niezapomniany z kilku powodów. Po pierwsze - formy przedstawienia, w którym widownia mieściła sie na scenie, przy kawiarnianych stoliczkach, z kieliszkiem wina, a aktorzy występowali na widowni. Po drugie - uroczystego charakteru, bo choć repertuar Brela to piosenki tawern i podejrzanych spelunek, to widownia usadzona na scenie poczuwała sie do godnego zaprezentowania, wiec toalety pan były nieadekwatnie do wyśpiewywanych treści wytworne, zwłaszcza siedząca przy naszym stoliku pani (jak się okazało z telewizji) w długiej taftowej sukni nadawała szyku tej mającej uchodzić za portową knajpę widowni. Po trzecie - piosenek znakomicie interpretowanych przez aktorów stołecznego teatru.

A co ma z tym wspólnego Amsterdam? Nie wiem, czy wtedy wysłuchałam tego utworu, ale wiem, ze już na zawsze tamten wieczór, Brel i Amsterdam to dla mnie jedno.
Amsterdam przypomina mi Gdańsk i to nie tylko z powodu położenia nad wodą, ale z powodu podobnej hanzeatyckiej zabudowy, co pozwalało poczuć się, jak u siebie (wyjeżdżać tak daleko, po to, aby poczuć się jak w domu? paradoks?, czy kobieca logika wykazująca całkowity brak logiki?).
Urokliwe, kolorowe i różnorodne kamieniczki odbijające się w wodach niezliczonych kanałów nadają swoisty klimat temu miastu. Może dlatego, a może też z innej przyczyny, ale odniosłam wrażenie, że ludzie tu mieszkający są radośni i pogodni. To jedyne miejsce, w którym słyszałam tylu śpiewających ludzi (nie zarobkujących w ten sposób, a śpiewających z jakiejś wewnętrznej potrzeby). Zapewne spory udział w wysokim poziomie zadowolenia mieszkającej tu ludności ma atmosfera tolerancji i swobody. 

To miasto łączy w sobie zalety metropolii z urokami kameralności. Nie wiem, czy potrafię to dokładnie wytłumaczyć, jest to bowiem połączenie zalet rozwoju cywilizacji (świetnie rozwinięta sieć komunikacji, dostęp do nowinek informatycznych, festiwal światła, dzięki któremu nawet krótkie szare zimowe dni stają się pogodne i nastrajają optymizmem) z zachowaniem tradycji (pozbawione nowoczesnej zabudowy historyczne centrum, czy choćby świąteczny jarmark). Nie wiem, czy miałam szczęście, czy Amsterdam nie jest tak turystycznie oblegany, jak inne europejskie metropolie, ale mimo sporej liczby turystów, poza ulicą Damrak, na której odbywał się świąteczny jarmark nie było tłoku.
Amsterdam, podobnie, jak Londyn zdobył moje serce z powodu łatwości w poruszaniu się, powszechna znajomość języka angielskiego pozwalała nawet tak słabo posługującej się tym językiem, jak ja, osobie na bezproblemowe przemieszczanie.
Mój pobyt w mieście był pobytem świątecznym, nie nastawionym na intensywne zwiedzanie, a raczej na odpoczynek, refleksję i relaks. Snułam się więc uliczkami, podziwiałam ciekawe kamieniczki, obserwowałam ludzi, kosztowałam jadła i napitków, jednym słowem starałam się poznać klimat miasta i jego mieszkańców.
 
A przy tym nie byłabym sobą, gdybym nie odwiedziła dwóch muzeów, których zbiory niemal już śniły mi się po nocach; Rijksmuseum oraz Muzeum Van Gogha. Pierwsze z powodu Vermeera, drugie – nie trzeba chyba pisać dlaczego.
Nie chciałabym pisać dzisiaj o konkretnych miejscach, budowlach, dziełach, a jedynie spróbować przekazać kilka obrazków, które dziś składają się na moje widzenie miasta.
Obrazek pierwszy nie tylko mnie skojarzył się z obrazami Bruegla (vide poprzedni wpis). Zimowy pejzaż z łyżwami - tak można nazwać widok, jaki znajduje się przed wejściem do majestatycznego neogotyckiego gmachu z czerwonej cegły mieszczącego w 260 salach dzieła malarzy, drukarzy, stolarzy i innych rzemieślników (piękne meble, porcelana, zbroje, biżuteria to tylko niektóre eksponaty Rijksmuseum). Znakiem rozpoznawczym tego miejsca są ponad metrowej wysokości kolorowe litery I am sterdam (identyfikacja mieszkańców z ich miastem), przy których tak chętnie fotografują się turyści.
Położona nieopodal ślizgawka mieni się różnokolorowymi ubraniami łyżwiarzy i pomarańczowym odblaskiem ubranek ochronnych dzieci. W tle rozbrzmiewają dźwięki muzyki, w pobliskiej jadłodajni popijają rozgrzewające napoje i posilają się ciepłym jadłem obserwatorzy, para podgrzewanych potraw miesza się z parą rozgrzanych łyżwiarzy, świąteczne dekoracje nadają specjalny klimat, a wszystkiemu towarzyszy wesoły gwar i rozradowane buzie zarówno uczestników, jak i stojących z boku, którzy prędzej czy później do zabawy dołączą. Ci, którzy na podjęcie decyzji o powrocie w świat dzieciństwa potrzebują trochę więcej czasu udają się albo do jednego z kilku znajdujących się w pobliżu muzeów, albo na gorącą czekoladę do pobliskiej kawiarenki, albo do sklepu z muzealnymi pamiątkami (ach te Van Goghi, te Vermeery, te Avercampy w dziesiątkach postaci; reprodukcje, kalendarze, filiżaneczki, zakładki do książek, notesiki, podkładki, długopisy, chusteczki, parasolki… długo by wymieniać. Czy ktoś jest w stanie oprzeć się zakupu choćby kilku karteczek? To chyba pytanie retoryczne). Pokrzepiam się wizytą w Rijksmuseum, po której przyznaję rację Herbertowi, iż polsko brzmiące tłumaczenie nazwy holenderskiego malarstwa „martwa natura” jest nieadekwatne do treści tych obrazów. Można powiedzieć o nich wszystko, tylko nie to, że są martwe, one żyją; świeżość owoców, pieczywa, mięsiwa i ryb, łupinki orzechów i ciągnące się serpentyny obierek cytryn, przewrócone pucharki na wino zdają się zaświadczać, że uczestnicy uczty dopiero co wstali od stołu, a my z chęcią skosztowalibyśmy tych serów i winnych gron, których dojrzałość i świeżość nie budzą żadnych wątpliwości. A zatem pokrzepiona wizytą w galerii i gorącą czekoladą w pobliskiej kawiarence (ogrzewanej płonącymi polanami) zaczynam swój wigilijny poranek. 
A ponieważ wpis mi się rozrasta do niebotycznych rozmiarów, muszę podzielić go na części.

28 komentarzy:

  1. A wiesz, że dopiero teraz pomyślałam o tej piosence Brela? Mi chyba bardziej kołacze się po głowie Brassens, dużo mniej nostalgiczny, jak to on:)
    Na ile znam Holendrów i ich zwyczaje, to wydaje mi się, że nie zamykają się w święta w domach, jak my, tylko wykorzystują wolny czas bardziej w sportowy sposób. A muzea, o których piszesz - były otwarte w święta?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, tej piosenki nie znałam, a jeśli nawet kiedyś słyszałam, to na pewno nie znałam słów, ciekawy tekst, nostalgii może mniej, ale obaj doskonale łapią ducha miasta. O Holendrach jeszcze napiszę, ale moje obserwacje potwierdzają twoje słowa; nie wygląda na to, aby szorowali mieszkania przez tydzień lub dwa przed świętami, albo, aby święta spędzali pod telewizorem przy martwej (ożywionej) naturze. Jedno z muzeów zwiedzałam w Wigilię, drugie w Boże Narodzenie, a Dom Anny Frak w Drugie Święto. Niektóre muzea są zamknięte 25, niektóre 26 grudnia, ale w tej chwili nie pamiętam, które kiedy, w każdym razie, nawet jeśli zamknięte jest kilka jednego dnia, to jest cała masa innych tego dnia otwartych.

      Usuń
  2. Zakończyłaś jak w dobrym serialu informacją, iż ciąg dalszy nastąpi - a ja szykowałam się do jeszcze obszerniejszej lektury:)
    Smakowanie miasta to spacer, czekolada, kawa... i wizyty w muzeach. Nie poganiam do pisania, ale czekam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pisałam i pisałam i pisałam i kiedy dotarłam do siódmej strony przypomniałam sobie o postanowieniu noworocznym (jednym z niewielu) na temat lapidarności wpisów i postanowiłam dokonać cięcia. Mnie się takie smakowanie miasta bardzo spodobało i właściwie odkryłam je dzięki świętom, do tej pory mimo, iż zwiedzałam niespiesznie, to moja zachłanność sprawiała większą intensywność zwiedzania. Jak wiele mądrości jest w powiedzeniu, iż podróże nas kształcą. :)

      Usuń
  3. Chłonę każde Twoje słowo, każde zdanie...Przenoszę się w tamte miejsca...Lubię Amsterdam, lubię Holendrów ... Nie będę pisała o ich wyjątkowej tolerancji.
    Hmm, to snucie się po uliczkach,smakowanie jedzenia, zatrzymywanie się nad kanałami, podziwianie wysmukłych kamienic też mam w genach...
    Czekam na kolejną relację.
    Pozdrawiam bardzo serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wydaje mi się, że ta wyjątkowa tolerancyjność (która może w pewnych dziedzinach jest dla nas nie do przyjęcia) sprzyja temu, że sprawiają wrażenie szczęśliwych ludzi, a to pozwala nam, obcym dobrze się tutaj poczuć. I nawet ten twardy język nie razi uszu, kiedy widzi się uśmiechnięte i życzliwe twarze. Może też nastrój świąt się jeszcze na to nałożył, w każdym razie czułam się tam nadzwyczaj dobrze. I jakoś tak lekko.

      Usuń
  4. Pomysł z "I am sterdam" przedni, zabawny, a jednocześnie pokazuje, jak silnie mieszkańcy związani są ze stolicą.
    Znajomość angielskiego u Holendrów rzeczywiście budzi szacunek - przez kilka lat współpracowaliśmy ze szkołą z Rotterdamu i przy każdym spotkaniu byłam pod wrażeniem.
    Przedstawiona przez Ciebie martwa natura absolutnie nie jest martwa! I nie chodzi tylko o urokliwego psiaka z dziwną fryzurą. :) Angielski termin "still life" zdecydowanie bardziej do mnie przemawia.
    Proszę, nie każ nam długo czekać na kontynuację tego pięknego wpisu o Twoim pobycie w Amsterdamie.

    OdpowiedzUsuń
  5. Też uważam za świetne wykorzystanie nazwy miasta dla wyrażenia związku jego mieszkańców z miejscem. Podziwiam znajomość języków obcych u każdego i ubolewam nad własnym kalectwem językowym. Właśnie zapomniałam tego określenia, still life- jest bardzo trafne. Z uwagi na Ciebie zaczęłam w pewnym momencie fotografować fragmenty obrazów z psiakami (fotografie nie wyszły najlepiej - wciąż te kłopoty ze sprzętem, ale dzięki temu zwróciłam uwagę, na jak wielu obrazach znajdują się sympatyczne czworonogi. A dzisiaj skończyłam słuchać Nieznośną lekkość bytu, gdzie pewną, dość znaczącą rolę odgrywa pewien psiak nazwany Kareninem od tytułu ulubionej powieści jego pani. Jeśli nie czytałaś to nie napiszę nic więcej poza tym, że z jego powodu strasznie się spłakałam. Postaram się kolejny wpis zamieścić jeszcze w tym tygodniu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet nie wiesz, jak ucieszyła mnie wzmianka o wątkach kynologicznych w malarstwie holenderskim, utrwalonych na zdjęciach. Jest mi ogromnie miło, że kojarzyły Ci się z moim psim bzikiem.
      "Nieznośną lekkość bytu" czytałam i Karenina jak najbardziej pamiętam, mnie też wzruszył, choć powieść jako całość trochę rozminęła się z moimi oczekiwaniami.
      A propos Łysiaka, nie pamiętam, czy czytałaś jego "Malarstwo białego człowieka"? W dawnych czasach pani bibliotekarka pożyczała mi kolejne tomy po znajomości do domu, bo chyba oficjalnie były w księgozbiorze podręcznym. :) Łysiak to postać specyficzna, lubi bulwersować, o czym świadczy choćby tytuł tego cyklu, ale jego wiedza na temat dawnych mistrzów wydała mi się imponująca.

      Usuń
  6. Nieznośna lekkość bytu - dziś skończyłam słucham - też nie do końca trafiła w moje oczekiwania, aczkolwiek nie mogę powiedzieć, aby to była zła książka, czy też zawiodła. Podobały mi się wątki dotyczące sytuacji politycznej, uwikłań człowieka, pewne nawet filozoficzne rozważania (choć te nieco mniej), a najmniej wątek miłosny i dosadność opisów spraw fizjologicznych (nie bardzo potrafię odczytać ich związek- tzn. związek takiej dosadności, aby nie powiedzieć momentami wulgarności w opisie). Ale sporo mądrych myśli można zeń wyłuskać. Malarstwo białego człowieka - trzy pierwsze tomy stoją na półce, od czasu do czasu do nich zaglądam, traktując bardziej encyklopedycznie, niż książkowo. Też jestem pod wrażeniem jego erudycji i umiejętności przekazu w sprawach dotyczących sztuki. Co do innych pozycji znam niewiele i to czytałam dość dawno temu. Parę cytatów z ostatniej pozycji pana Waldemara ostudziło chęć sięgnięcia po książkę, wydaje się ona zbyt blisko polityki (a tej nie trawię). A tytuł MBC rzeczywiście nie najszczęśliwszy i myślę, że parę osób zniechęcił do lektury ze szkodą dla obu stron.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A kto czyta i jak dobrze?:)
      Miałam b. podobne wrażenie z NLB: polityka - tak, miłość - nie. Ale powtórzyć by ją sobie wypadało. Pytanie -b kiedy?;(

      Usuń
    2. Czyta Marek Barbasiewicz, nagranie z 1992 r. Mnie odpowiadał jego sposób narracji.

      Usuń
    3. Pozostaje mi to tylko sobie wyobrazić.;) Lubię go, ma niezły głos.

      Usuń
  7. Ależ dawno temu byłam w Amsterdamie. Niewiele już pamiętam, ale Twój wpis rozbudził chęć podróżowania. Może za jakiś czas. :) Cieszę się bardzo, że ten świąteczny wyjazd okazał się tak udany. Z tekstu bije radość i relaks, a o to chyba chodziło. Czekam na kolejne wrażenia. :)
    P.S. Dziękuje za śliczną kartkę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie pamiętasz, bo zapewne nie prowadziłaś wtedy bloga :) i stąd niepamięć. Świąteczny wyjazd rozbudził apetyt na kolejne wyjazdy świąteczne. Takie spokojne i refleksyjne święta to nie pamiętam, kiedy miałam, chyba w czasach dzieciństwa. O ileż ci ludzie są zdrowsi, kiedy mogą święta przeżywać, a nie czekać, aż się skończą, jak ponad połowa moich znajomych, szczęśliwa z końca świąt i końca nerwowej atmosfery. Kartek wysłałam pięć, jak widzę idę różną ilość czasu, do ciebie dotarła jako druga.

      Usuń
  8. A ja od lat marzę o podróży do Amsterdamu, takiej długiej podróży, a nie kilkudniowej... Piękny jest Twój wpis i wcale nie za długi :)
    Znasz może jakieś powieści z akcją w Amsterdamie? Chętnie poczytałabym jakąś książkę, której bohaterowie spacerują ulicami Amsterdamu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie Amsterdam kojarzy się głównie z Van Goghiem i Vermeerem, chociaż pierwszy przebywał tu krótko, a drugi chyba wcale, ale obaj byli Holendrami, dzieła Van Gogha zajmują całe muzeum, a cztery obrazy Vermeera są w Rijskmuseum. Dlatego w klimat miasta trochę wprowadziły mnie biografia Van Gogha (Pasja życia) oraz quasi biografie będące zbiorą cytatów z listów malarza i opisem jego dzieł - Kobiety Van Gogha i Fajka Van Gogha. Nie wiem, czy w książkach tych padają nazwy konkretnych uliczek czy miejsc związanych z pobytem malarza w Amsterdamie, ale mimo, iż nie był tu szczęśliwy i prędko wyjechał, to w końcu wrócił poprzez swoje dzieła. Odwrotnie niż w Arles. Poza tym czytałam bardzo ciekawą książkę To ja byłem Vermeerem o najsłynniejszym fałszerzu obrazów Vermeera, którego fałszywki przez lata zdobiły ściany największych muzeów z tabliczkami informującymi o namalowaniu ich przez Vermeera, a co do niektórych nadal trwa spór o autorstwo. W tej książce akcja częściowo dzieje się w Amsterdamie, z tego co pamiętam jest podana nazwa ulicy przy której mieszkał zdolny fałszerz. Książkę bardzo polecam, jeśli interesuje cię temat sztuki, ale także tego, czy ocena dzieła związana jest z nazwiskiem jego twórcy, na ile zmienia się nam osąd obrazu, kiedy wiemy, że namalował go ten Vermeer (Van Gogh, Monet,.....), a kiedy wiemy, że jest to jedynie kopia, doskonała, a jednak kopia. Na stoliczki nocnym leży kolejna książeczka pt. Samotnik z ulicy Rosengracht (dotyczy o Rembrandta, tylko nie mam pojęcia, czy to fikcja zupełna, czy powieść quasi biograficzna). No i chyba najbardziej a propos Holandii i Amsterdamu (choć mocna powiązana ze sztuką holenderską) Martwa natura z wędzidłem Herberta oraz Mistrz z Delf (fragmentami). Więcej literatury powiązanej w jakikolwiek sposób z miastem nie pamiętam. Nie jestem pewna, czy dokładnie taki rodzaj powiązań miałaś na myśli (moje zainteresowania dotyczą głównie sztuki i takich właśnie związków szukałam).

      Usuń
    2. Tak, właśnie o taką literaturę mi chodziło. Bardzo dziękuję za wyczerpującą odpowiedź! :-)
      Wpisuję na swoją listę "Martwą naturę z wędzidłem". Jeśli chodzi o biografie Rembrandta, dobra jest "Rembrandt, książę malarzy". Biografię tę napisał David de Jong. Czytałam ją dawno temu i pamiętam już jak przez mgłę, tyle tylko, że mi się podobała.
      Znalazłam też informację, że w Amsterdamie toczy się część akcji powieści Irvinga pt. "Jednoroczna wdowa" Irvinga, więc myślę, że w tym roku uda mi się przeczytać tę książkę.

      Usuń
    3. A ja notuję biografię Rembrandta, mam bowiem niejasne podejrzenia, że książka którą posiadam będzie za mało biograficzna, a za bardzo wydumana, jak na razie podejrzenia niczym nieuzasadnione. A o Jednorocznej wdowie nie słyszałam, Irwinga mam jedynie na półce Hotel New Hampshire - jeszcze nie ruszony.

      Usuń
  9. Hej, zainteresowały mnie zamieszczone tutaj informacje. Amsterdam to wyjątkowe miejsce także dla mnie. Z przyjemnością dodam Twój blog do mojej listy najlepszych blogów dotyczących turystyki http://blogiturystyczne.blogspot.com/. Dzięki temu więcej osób będzie mogło do niego dotrzeć.

    OdpowiedzUsuń
  10. Aj, czyżby mój komentarz trafił do spamu! A ja się starałam ;) Jeśli dasz radę go wyłowić, to możesz usunąć linka, za którym z pewnością mnie pokarało ;) A może blogspot po prostu pożywił się moim komentarzem? Powtórzę tylko najważniejsze: bardzo lubię Twoje obrazki i impresje podróżnicze. Czekam na dalszy ciąg.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety nie trafił w spamy i w ogóle do mnie nie dotarł. Czasami mnie też się zdarza napisać komuś komentarz a ja ginie gdzieś w cyberprzestrzeni, ale jestem wtedy zła, bo piszę, piszę, piszę, czas i energia idą bokiem... Rozumiem, że linkiem chciałaś mnie odesłać do jakichś amsterdamskich skojarzeń (jeśli z Y-t- to mogłabym odszukać po nazwisku:). Cieszę się, że lubisz moje podróżnicze wpisy, w zasadzie po to powstał ten blog, po to i dla muzycznych wrażeń opisywania, a książki przypałętały się tak przy okazji i troszkę żałuję, a troszkę nie. Bo z jednej strony pisanie o książkach jest czasochłonne, zwłaszcza jeśli się pisze n-tą opinię, w tym czasu można by poczytać:), a z drugiej strony to taki zapis pamięci dla siebie. Niemal każda lektura prędzej, czy później, o ile nie jest to czytana po wielokroć Ania z Z.W czy coś, co nam równie mocno podpasuje, zaciera się w pamięci i pozostaje zaledwie jakiś ogólny klimat i wrażenia, a tak jest szansa na to, że zostanie coś więcej.

      Usuń
  11. No proszę, gdyby nie Ty, do teraz uważałabym, że Amsterdam to miasto zdecydowanie nie w moim guście. Jakoś nigdy nie ciągnęło mnie do Holandii, może dlatego, że kojarzy mi się bardziej z pracą (w końcu to teraz bardzo popularne państwo na emigrację) niż ze zwiedzaniem muzeów... ale Twój wpis zdecydowanie zmienił mój punkt widzenia! Portowe miasta zdecydowane mają swój urok, no i kto by nie chciał zobaczyć na żywo obrazów Vermeera i Van Gogha!
    A piosenki Brela o Amsterdamie akurat nie znam - koniecznie muszę to nadrobić!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przyznam ci się, że przez długie lata też mi się wydawało, że Amsterdam to miasto nie dla mnie. Moje zainteresowanie pojawiło się kilka lat temu, a ugruntowało kilka miesięcy temu (na co niemały wpływ miały lektury biografii Van Gogha). A muzeów jest tam cała masa, odniosłam wrażenie (zapewne spowodowane tym, że samo centrum starego miasta jest dość skupione), że tych muzeów jest tam więcej niż gdziekolwiek indziej. Oczywiście nie wszystkie znajdowały się w kręgu moich zainteresowań, ale myślę, że każdy znalazłby coś dla siebie. Np. takie muzeum diamentów (choć nie przepadam za biżuterią) to korciło, nie mówiąc o muzeum tulipanów, które niestety było zamknięte drugiego dnia świąt.

      Usuń
  12. Wspaniały świąteczny wyjazd. Piękny spacer po mieście i równie niezwykłe muzea. Takie święta będziesz długo wspominać.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wyjazd przerósł moje najśmielsze oczekiwania, podobało mi się wszystko, a mimo, iż mam słabość do miast portowych to nie spodziewałam się, że będę aż tak zadowolona z tyj świątecznej wycieczki.

      Usuń
  13. Mnie też Amsterdam kojarzy się przede wszystkim z piosenką Brela. W czasach szkoły wiedziałam o nim znacznie więcej niż dzisiaj.
    Znakomity post. Świetnie oprowadziłaś po mieście, którego pewno nigdy nie zobaczę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To miło, że mamy podobne skojarzenia. A co do zwiedzania, jak mówią nigdy nie mów nigdy, a poza tym można też podróżować w wyobraźni, takie podróże odbywam w dalsze zakątki świata, których z różnych powodów nie odwiedzę.

      Usuń

Jestem bardzo rada z każdego komentarza, ale nie będę tolerować komentarzy agresywnych, wulgarnych, czy obrażających moich gości (innych komentatorów).