środa, 19 lutego 2014

Z Muratowem w Wenecji

Podczas moich zeszłorocznych  wakacji 
towarzyszyły mi Obrazy Włoch (Wenecja i Florencja) Pawła Muratowa. 
Wenecja przywitała mnie piękną, słoneczną pogodą, na spotkanie której uśmiech pojawił się natychmiast na twarzy. W Wenecji czuję się jak beztroskie dziecko, które nic nie musi, nigdzie nie pędzi, któremu czas przepływa przez palce, a ono wcale się z tego powodu nie martwi. W innych miejscach mam ścisłe wytyczone trasy, zaplanowane miejsca, do których zmierzam, wystawy, które chcę obejrzeć, tutaj idę po prostu przed siebie, bo wiem, że każda droga którą wybiorę będzie ciekawa i wiem, że i tak prędzej czy później dotrę na Piazza San Marco, do tego pulsującego gwarem setek  turystów serca miasta, które tyleż olśniewa, co przytłacza. Od dnia, w którym po raz pierwszy weszłam na Plac i zobaczyłam ten przesmyk znajdujący się pomiędzy Pallazzo Ducale a Libreria Sansoviniana prowadzący na otwarte wody Canalle Grande widok ten jawi mi się w snach. Wenecjo, twój urok nie ma miary. 

Porzucam ciężką walizę w hotelu i idę przed siebie, idę przekraczać mosty, idę zdobywać brzegi, idę nacieszyć oczy kolorowymi szkiełkami z Murano. Muratow pisze; "Są dwie Wenecje. Jedna - która wciąż jeszcze obchodzi jakieś święto, wciąż jeszcze rozbrzmiewa ciągłym gwarem, trwa uśmiechnięta i leniwie wypoczywa na placu św. Marka, na Piazettcie i na wybrzeżu degli Schiavoni. Od tej Wenecji nieodłączne są gołębie, stały napływ cudzoziemców, stoliki przed kawiarnią Floriana, sklepy ze wspaniałymi wystawami ze szkła. (...) Zegar właśnie wskazuje południe. Czas iść razem z tłumem na plac i patrzeć, jak na Torre dell`Orologio spiżowe postaci ludzkie uderzają w dzwon. To jeden z obrzędów weneckiego próżnowania i ten, kto go dopełnił, może z czystym sumieniem cieszyć się, że jest wolny od wszelkich ziemskich trosk."
Od napisania tych słów minęło ponad sto lat i dwie wojny światowe, powstało i upadło kilka państw, a  Plac przed Bazyliką Świętego Marka oraz nabrzeże nadal należą do najbardziej obleganych miejsc Wenecji (obok Ponte Rialto). Z myślą o gołębiach zatrudniono sprzedawców pokarmu dla ptaków. Natomiast Cafe Florian i Cafe Quadri prześcigają się w uatrakcyjnieniu pobytu turystom serwując poza kartą także muzykę na żywo. Elegancko ubrani artyści wykonują znane szlagiery z repertuaru muzyki klasycznej i popularnej. Cafe Florian, w której gościli niegdyś Lord Byron, Marcel Proust czy Charles Dickens, dzisiaj udostępnia swe podwoje głównie nowobogackim turystom zza wschodniej granicy. 

"To życie ma swój urok. Ale nieodmiennie przynosi chwile smutku. Łatwo można się znużyć muzyką, widokiem wspaniałych witryn, ustawicznym gwarem cudzoziemskiego tłumu. Wenecja nieraz pozwala dotkliwie odczuć samotność, nie pociesza nas i nie napełnia blaskiem, jak Florencja czy Rzym. Zresztą Wenecja nie ogranicza się do Placu Świętego Marka i do Piazzetty. Wystarczy zapuścić się nieco głąb miasta i oddalić od San Marco, aby nasz nastrój całkowicie się zmienił. Wąskie uliczki wprawiają nas nagle w zdumienie swą powagą i milczeniem. Kroki rzadkiego przechodnia rozbrzmiewają tu jak gdyby gdzieś z daleka. Dźwięczą, a potem milkną, ich rytm pozostaje nam w uchu niby jakiś ślad, po którym wyobraźnia idzie w krainę wspomnień".  
I to jest ta druga Wenecja; nie tak tłumna, nie tak kolorowa, nie tak hałaśliwa, przytłaczająca nadmiarem (ludzi, hałasu, atrakcji, wrażeń). To Wenecja z odłupanym tynkiem na fasadach domu, z ułamanym fragmentem balustradki, czasami z porysowanymi kredą murami, czasami nawet bezludna.

Dlatego, kiedy zaspokoję już swoją tęsknotę za  widokami ze snów opuszczam gwarny Plac Świętego Marka i szukam wytchnienia w spokojnych, odludnych, cichych uliczkach. Nie trzymam się mapy, daję prowadzić się intuicji, pozwalam sobie się zgubić w plątaninie uliczek i mostków. Dziś jest to znaczne trudniejsze, niż wówczas, kiedy to Muratow wędrował zaułkami Wenecji. Trudno teraz znaleźć porę roku, w której Wenecja pogrąży się w ciszy i zamyśleniu. Podobno rdzenni wenecjanie jedynie pracują tutaj, bo żyć tu nie sposób. 
"To, co na Piazzetcie było tylko malowniczym szczegółem - czarna gondola, czarna chustka na ramionach wenecjanki - tu pojawia się w surowym, niemal uroczystym charakterze odwiecznego obrzędu.  A woda! Woda dziwnie przykuwa do siebie i pochłania wszystkie myśli, podobnie, jak tu pochłania wszystkie dźwięki, toteż najgłębsza cisza spływa nam na serce".
Dziś, o takie miejsca, jak na fotografii coraz trudniej, prawdopodobieństwo spotkania ich jest odwrotnie proporcjonalne do odległości od Placu Świętego Marka, im dalej, tym większa szansa. Ciekawy mostek, fantazyjne balustrady, mozaikowe dekoracje, zabłąkany posąg, a kiedy i tego zabraknie  pozostaje woda, w której miasto przegląda się, jak w lustrze oczekując potwierdzenia swej urody. 

"Na jakimś mostku przerzuconym nad wąskim kanałem, na przykład na Ponte del Paradiso, można oddać się marzeniom, zasłuchać się, na długo odejść spojrzeniem w zieloną głębię z lekka kołyszących się zwierciadlanych obrazów. W takich chwilach odsłania nam się inna Wenecja, której nie znają liczni bywalcy Floriana i której istnienia nie sposób odgadnąć, sądząc po lekkomyślnym i dziecinnie próżniaczym życiu na placu Świętego Marka.  (...) Dzisiejsza Wenecja jest tylko widmem dawnego życia, a ustawiczne święto na Placu Świętego Marka to tylko uczta na miejscu porzuconym przez gospodarzy".

Muratow szuka dawnej Wenecji w dziełach jej artystów. A te najciekawsze częściej zdobią ściany świątyń (jak tu opisane) niż prestiżowych galerii. I tak wędruje pisarz w poszukiwaniu obrazów Belliniego, Carpaccio, Tycjana, Veronesse, Tiepolo, Giorgione czy Tintoretto, a kiedy staje przed nimi zapomina o wszystkim, co do tej pory mu ciążyło, bo "dla nas ludzi Północy wody Laguny są w istocie wodami Lety.Gdy stoimy przed starymi obrazami zdobiącymi kościoły weneckie, gdy płyniemy gondolą lub gdy błądzimy po milczących uliczkach czy nawet wśród przypływów i odpływów gwarnej fali ludzkiej na Placu Świętego Marka, wszędzie tam pijemy łagodne wino zapomnienia. Wszystko, co zostało za nami, całe nasze dawne życie przestaje nam ciążyć".

I między innymi za to właśnie kocham Wenecję,  za te jej wody zapomnienia, które pozwalają zostawić za sobą ciężki bagaż dawnego życia, niczym zbyt ciężką walizkę w hotelu. I choć jak pisałam, najpiękniejszą książką o Wenecji, jaką do tej pory przeczytałam jest Znak wodny Brodskiego, to muszę przyznać, że i Muratow o Wenecji (i nie tylko o niej) pisze pięknie i interesująco (pisze głównie o najbardziej znanych jej mieszkańcach; o Gozzim, Goldonim, Casanovie, Tintoretto, Giorgione i ich dziełach). A może to sama Wenecja sprawia, że inaczej pisać się o niej nie da. 
We wpisie wykorzystałam zdjęcia z dwóch spotkań z Wenecją. 
Cytaty z książki Muratow Obrazy Włoch Wenecja, Wydawnictwo Zeszyty literackie rok 2012.
A jutro o tej porze będę prawdopodobnie fruwała gdzieś w przestworzach i będzie fruwała marynara na koncercie Garou. Wtedy i ja napiję się wód letejskich i na parę dni zapomnę o szarości dnia codziennego. 

15 komentarzy:

  1. Wenecja jest jedyna i niepowtarzalna w swoim rodzaju.
    Tylko tutaj w krótkim czasie można wiele zobaczyć i mieć wiele wrażeń...
    Plac Świętego Marka, Most Rialto są przepełnione... Wystarczy się od nich oddalić...
    Poznajemy inny świat. Taki jak lubię.
    Wiem, że koncert Garou to spełnienie Twoich kolejnych marzeń.
    Niech będzie udany i pełen wrażeń. A kiedy wypijesz łyk wody letejskiej na pewno zapomnisz o szarości dnia codziennego.
    Z całego serca życzę Ci.
    Pozdrawiam serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Za pierwszym razem poznawałam wyłącznie tę pierwszą Wenecję, jak się ma do dyspozycji tylko jeden dzień trudno zdecydować się na pominięcie miejsc - wizytówek miasta, dopiero podczas drugiej i kolejnych wycieczek, już nieco dłuższych rozszerzałam pole moich poszukiwań. I nadal lubię się snuć uliczkami, bez planu, bez przygotowania (no nie- w to chyba nikt nie uwierzy, no więc jest to taka troszeczkę zaplanowana improwizacja). Za życzenia dziękuję

      Usuń
  2. Muratowa nie czytałam, ale przytoczone przez Ciebie fragmenty sa urzekające...
    Życzę Ci jutro wysokich lotów, upojnego zapomnienia a potem łagodnego powrotu na Ziemię :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest tam zdecydowanie więcej ciekawych i urokliwych opisów, zachwytów, które postaram się w miarę miejsca blogowego (odpowiednik czasu antenowego :)) zamieszczać przy okazji kolejnych weneckich wspominków. Czy da się łagodnie powrócić na ziemię? mam, a może właśnie nie mam nadziei :) bo wrócić trzeba będzie, ale dlaczego? ale, jak mawiała Scarlet pomyślę o tym jutro, a właściwie w niedzielę, bowiem rzuciłam robotę na całe dwa dni :)

      Usuń
  3. Piękne kadry, bardzo spokojnie jak na Wenecję :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Niełatwo było znaleźć takie miejsca, nawet szukając zdjęć musialam długo wybierać, bo na większości prezentuje się owo weneckie święto próżnowania

    OdpowiedzUsuń
  5. Po takich wpisach jak ten nabieram nowej ochoty na naukę włoskiego :) Mam go obowiązkowego na studiach i nie ukrywam, że wiązałam z nim naprawdę wielkie nadzieje - ale niestety, na razie jeszcze się nie zaprzyjaźniliśmy. Może musiałabym pojechać do Włoch i poczuć ich magię, żeby się do niego przekonać ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie będę tu pisać, że uczyć języków zawsze warto- bo to truizm, napiszę tylko, że jeśli zazdroszczę czegoś ludziom to talentów, a do takowych zaliczam łatwość uczenia się języków obcych. Ja jestem w tej dziedzinie wyjątkowo tępa, a może leniwa. Moja znajomość języków angielskiego i włoskiego jest niezwykle mizerna. I oczywiście obiecuję sobie przed każdą podróżą, że się troszkę podszkolę, a kończy się jak zwykle. Jeśli mogę ci radzić (a szalenie tego nie lubię robić, bo wydaje mi się, że to postarza, nie chcę być taka ciocia - dobra rada, zwłaszcza, że sama tych rad w życie nie wcielam) to napiszę tylko, że żałuję, że nie uczyłam się języków, kiedy byłam młodsza i mimo wszystko łatwiej wchodziło do głowy, ale jak mówią, nigdy nie jest za późno. Niektórzy uczą się włoskiego na tekstach piosenek :). A wycieczka do Włoch zapewne mogłaby cię zdopingować.

      Usuń
  6. Z całej włoskiej podróży to właśnie tylko w Wenecji udało mi się znaleźć takie spokojne zaułki... To nic, że tynki od zaplecza odłupane, ale te mostki, kwiaty, ukryte kawiarenki... Coś pięknego:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Muszę ci przyznać, że i mnie podczas tegorocznych wakacji (które spędziłam w wielu miejscach) paradoksalnie Wenecja wydała się najmniej zatłoczona, pozostałe przytłaczały mnie tłumami (tłumy w październiku? a co oni wszyscy robią w październiku na wakacjach, do pracy, do roboty...). A przecież taka druga twarz miasta jest marzeniem każdego ciekawego świata człowieka.

      Usuń
  7. Muratow jest idealnym przewodnikiem po Włoszech! Liczę, że i ja kiedyś dotrę do Wenecji, choć wolałabym raczej w mniej uczęszczanej przez turystów porze. Tylko tam chyba takiej pory nie ma:( Moi rodzice byli teraz, w październiku, i nie mają ani jednego zdjęcia bez tłumu obcych turystów w tle.
    A owe jutro to już było (jestem strasznie blogowo zapóźniona!) - rozumiem, że cisza z Twojej strony spowodowana jest tylko tym, że do tej pory trwasz w ekstazie?:P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jutro odpowiem wszystkim, dziś jeszcze w Warszawie, po dwóch koncertach, z których ten który miał uskrzydlic nie uskrzydlil, a ten, który miał być dodatkiem spowodował kolejne uniesienia. -

      Usuń
    2. Ano właśnie - byłam w maju, lipcu, wrześniu, październiku i zawsze tłumy, choć tym razem w październiku też tłumy, ale mniejsze niż np w Londynie, Paryżu czy Rzymie. Mnie się marzy Wenecja zimą, ale zimą jest karnawał...więc.. Wróciłam

      Usuń
  8. Jeżeli chce się poznać wersję B-miasta, trzeba wpierw zmierzyć się z podstawą, czyli wersją A i dlatego nie neguję wartości wycieczek.
    Dobre i wyraziste cytaty.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też tak myślę, trochę dziwnym byłoby zaczynanie znajomości od zaułków i odludnych zakamarków, jeśli nie odwiedziłoby się miejsc, które wypada poznać będąc w danym miejscu.

      Usuń

Jestem bardzo rada z każdego komentarza, ale nie będę tolerować komentarzy agresywnych, wulgarnych, czy obrażających moich gości (innych komentatorów).