środa, 8 listopada 2017

Sąd ostateczny Memlinga – czyli kto komu „buchnął” obraz?

fragment obrazu Sąd Ostateczny Hansa Memlinga
O ile wiele osób słyszało o Damie z łasiczką Leonardo da Vinci znajdującej się w krakowskich zbiorach, o tyle Hans Memling wydaje się twórcą mało znanym i nierozpoznawalnym. Tymczasem jego Sąd Ostateczny uważany jest obok wspomnianej Damy z łasiczką za drugie najcenniejsze w polskich zbiorach dzieło dawnego malarstwa zachodnioeuropejskiego. 
Skąd Memling znalazł się w Polsce i dzięki jakim zrządzeniom losu nadal się tutaj znajduje.
Jest rok 1446 r. w londyńskiej filii Banku Medicich pracuje cieszący się zaufaniem mocodawców trzydziestoletni Angelo di Jacopo Tani. Cztery lata później, po przyjeździe do Brugii otrzymuje odpowiedzialne zadanie - realizację dużej pożyczki dla księcia Burgundii. Pięć lat później zostaje oficjalnym przedstawicielem Banku Medicich na Niderlandy. W tym czasie jego podwładny Tommaso Portinari w liście do brata żali się na brak zaufania ze strony Medyceuszy, którzy udzielają posłuchu wyłącznie Taniemu. (jak pisze on woli żyć skromnie, niż pędzić życie pod rozkazami nieprzychylnego mu Angela*). Łaska pańska na pstrym koniu jeździ i dziesięć lat później (jest rok 1465) to właśnie Portinari otrzymuje kierownictwo brugijskiej placówki. 
Tani jest rozgoryczony. Niedawno się ożenił z osiemnastoletnią panną Katarzyną Tangali, (sam ma lat pięćdziesiąt), nadszedł czas odcinania kuponów, tymczasem sprawuje podrzędne stanowisko pod kierownictwem byłego podwładnego. W akcie swoistej zemsty zamawia tryptyk przedstawiający scenę Sądu Ostatecznego. Będzie to jego oskarżenie pod adresem rywala, nie mogąc już liczyć na sprawiedliwość ziemską pociesza się nadzieją na sprawiedliwość pozaziemską, gdzie jego krzywdy zostaną wynagrodzone, a rywal osądzony. 
Jest kwiecień 1473 r. trwa wojna angielsko-hanzeatycka. Sprzymierzony związek miast (do którego należał także Gdańsk) hanzeatyckich, które popierały się na polu ekonomicznym utrudniał, w sposób nie zawsze pokojowy, pracę kupcom nienależącym do związku. Kiedy gdański kaper (usankcjonowany prawnie pirat) Paweł Benecke, kierujący karawelą Piotr z Gdańska, zauważa wielki galeon płynący pod neutralną flagą Burgundii kierujący się w stronę angielskiego brzegu atakuje go, wietrząc w tym świetny interes. Na pokładzie znajdują się należące w większości do Portinariego tkaniny, płótna, skóry, jedwabnie obicia przetykane złotem, kosztowności i ałun*. Znajduje się tam ponadto niezwykłej urody obraz, tryptyk (rozmiarów 242 na 180 i 242 na 90 (x 2) centymetrów) zamówiony przez Angelo di Jacopo Tani. Łupy zostają rozdzielone pomiędzy Pawła Benecke, jego załogę oraz trzech współwłaścicieli statku, natomiast obraz Sąd Ostateczny ofiarowany do kościoła Marii Panny w Gdańsku. Zawisł tam w kaplicy Świętego Jerzego na długie lata. 
Oczywiście zabór mienia nie pozostał bez echa. Interweniowali w sprawie zwrotu łupów władca Burgundii, przedstawiciel Portinariego, poseł księcia Burgundii, legat papieski, ba nawet papież Sykstus IV. Proszono, grożono, wyklinano i potępiano. A obraz, który zawisł w jednej z największych wówczas europejskich świątyń zyskiwał coraz większe uznanie gdańszczan. W przeciągu kolejnych stuleci tryptyk wzbudzał zainteresowanie koronowanych głów przejawiające się propozycjami nabycia, próbami wyłudzenia czy konfiskaty. Obrazem zainteresowany był Cesarz Rudolf II (proponujący odkupienie obrazu) oraz car Piotr Wielki (zlecający pozyskanie obrazu w drodze kontrybucji). Bezskutecznie.
No i nastał rok 1807. Po zajęciu Gdańska przez armię napoleońską wkracza na teren miasta baron Vivant Denon, dyrektor Muzeum Napoleona. Dziś jego nazwiskiem nazwano jedną z części Muzeum Luwru. Rutkowski w swych Paryskich ulicach niezbyt pochlebnie wyraża się o podróżniku, archeologu, egiptologu. No cóż, czynił on to, co czyniło wielu przed nim i wielu po nim, ograbiał z dzieł sztuki ziemie podbite, aby wzbogacić zbiory mocodawcy i unieśmiertelnić własne imię. 
Możemy mieć za złe Denonowi, iż Sąd Ostateczny został na jego polecenie odtransportowany do Paryża i tam umieszczony w salach Luwru. Tyle, że gdyby nie grabież dokonana prawie 350 lat wcześniej przez gdańskiego pirata obraz nie znalazłby się w kościele Marii Panny. Po upadku Napoleona w 1815 r. obraz trafia w ramach rewindykacji skonfiskowanych dzieł sztuki na wystawę do Berlina. Po długich negocjacjach i próbach przehandlowanie tryptyku min. za kopię Madonny Sykstyńskiej Rafaela oraz propozycję ufundowania nowego ołtarza Sąd Ostateczny powraca do Kościoła Mariackiego w Gdańsku. Wisi tam spokojnie przez ponad sto lat.
Ponownie zostaje zrabowany przez hitlerowskich najeźdźców w czasie II wojny światowej i ukryty w górach Rohn w Turyngii. Następnie przejęty przez Armię Radziecką w 1956 r. zostaje zwrócony Polsce. Widocznie radzieckie władze nie były tak zafascynowane obrazem, jak Piotr Wielki, dzięki czemu dziś stanowi on od ponad sześćdziesięciu lat największy skarb Muzeum Narodowego w Gdańsku, gdzie jest przechowywany od czasu powrotu do kraju. W kościele Mariackim znajduje się jego kopia. 
Co ciekawe przez lata nie było znane nazwisko jego twórcy. Dzieło przypisywano braciom Van Eyckom, Rogerowi Van Weydenowi, że nie wspomnę innych pomniejszych nazwisk padających przez lata w dyskusjach i sporach dotyczących autorstwa dzieła. 
Co ma w sobie Sąd Ostateczny, że wzbudził takie zainteresowanie. O tym, w kolejnym wpisie.
* cytaty z opracowania  Hans Memling Sąd Ostateczny Michał Walicki Auguria Oficyna Wydawnicza 1990 r. Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe Warszawa (otrzymanego na pamiątkę z poprzedniego miejsca pracy). 

18 komentarzy:

  1. Jak człowiek czasem poczyta koleje losu rozmaitych dzieł sztuki na przestrzeni wieków, to aż dziw bierze, że ludzkość posiada jeszcze jakieś :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda. Na szczęście jak na razie zostało "parę" dzieł dla potomnych.

      Usuń
  2. Uf, sporo tego jak na jeden obraz. Zafascynowała Cię jego historia tak jak mnie swego czasu Pojmanie Chrystusa Caravaggia.
    Dlaczego postanowiłaś wkleić tylko fragment obrazu, w całości jest bardziej interesujący.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten fragment to tylko zachęta do przeczytania kolejnego wpisu, który będzie poświęcony obrazowi, a nie jego historii. A ma on swoje specjalne miejsce w moim sercu, ale o tym w kolejnym wpisie.

      Usuń
  3. Jakieś dwa lata temu oglądałem ołtarz Memlinga - dusił się w salce MNG, które samo pamięta lepsze czasy, a w Bazylice wisi kopia od patrzenia, na którą aż bolą zęby.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czy dobrze rozumiem, że nie jesteś entuzjastą Memlingowej wizji Sądu Ostatecznego.

      Usuń
    2. Jestem entuzjastą Memlingowej wizji Sądu Ostatcznego do tego stopnia, że kupiłem (lata temu) książkę Białostockiego i Walickiego, nie mówiąc już o taksówce i bilecie do MNG. Nie jestem natomiast entuzjastą kopii Sądu Ostatecznego, która znajduje się w kościele WNMP w Gdańsku.

      Usuń
    3. A zatem czytaliśmy tę samą książkę. A wiesz, że na kopię w ogóle nie zwracam uwagi od czasu, kiedy oryginał znajduje się w MNG. Nie pamiętam kiedy, ale był taki okres w moim życiu, kiedy oryginał z Muzeum był niedostępny, wówczas chadzałam do Mariackiego, tyle, że to było tak dawno temu, a wtedy interesowały mnie bardziej inskrypcje na płytach nagrobnych w posadce.

      Usuń
    4. Z tego, co wiem, w kościele kopia wisi "od zawsze". Gołym okiem widać, że jest "taka sobie". Nie dziwię się MNG, że broni się rękami i nogami przed zwrotem oryginału, bo to chyba jedyny eksponat, który jest w stanie przyciągnąć do niego zwiedzających więc po jego oddaniu frekwencja, i tak nie najwyższa, poleciałaby na łeb, na szyję.

      Usuń
    5. Fakt, frekwencja nie powala. Pracowałam kiedyś w MNG więc pamiętam, że bywały dnie, kiedy przychodziło po parę sztuk i człowiek raczej zamęczyć się mógł z nic nierobienia, niż z nadmiaru pracy. A w zbiorach muzeum nie ma takich eksponatów, które przyciągałyby przeciętnego widza. Nawet czasowe wystawy nie powalają, ostatnia wystawa impresjonistów (zresztą dość skromna) miała miejsce lata temu. Szkoda, bo sam budynek jest imponujący. Więcej ciekawych wystaw odbywa się w filiach muzealnych.

      Usuń
    6. Nie dziwię się, na koniec wizyty zostawiłem sobie salę na parterze z wystawą ceramiki, na szczęście, bo wrażenie przygnębiające. Wiem, że zabrzmi to fatalnie ale odnosiło się tam wrażenie autentycznego prowincjonalizmu muzeum.
      Nie wiem jak wystawy czasowe - rok temu przypadkowo trafiłem w Oliwie na "Normandię namalowaną". Jeśli się widziało impresjonizm "całą gębą" to szkoda gadać. O niebo ciekawsza wydała mi się stała wystawa polskiego malarstwa współczesnego.

      Usuń
    7. Oglądałam malutkie muzea w Białymstoku i Opolu podczas tegorocznych wakacji i zaciekawiły mnie ich zbiory bardziej niż chciałabym odbyć kolejną wizytę do MNG, choć jak podkreślam mam sentyment do miejsca i nawet do zborów z uwagi na fakt, iż była to moja pierwsza robota, nie licząc OHP :). Wiem, że parę lat temu nawiązano współpracę z Rumuńskim Muzeum Sibiu, co wiele mówi o randze naszego muzeum. A pisząc o wystawie impresjonistów miałam na myśli wystawę z 2004 r. jedenastu impresjonistów z Milwaukee Art Museum, co z kolei było rekompensatą za wypożyczenie "naszego" Memlinga.
      Wystawę Normandia namalowana wspominam dobrze (zresztą komentowałeś mój wpis:) więc pamiętam Twoje nie najlepsze zdanie na temat tejże wystawy. Mnie się podobała, mimo, iż "prawdziwych" impresjonistów oglądałam w wielu miejscach w Europie, że na Orsay poprzestanę, boć to on jest mekką wielbicieli tego nurtu. Malarstwo współczesne - nie, dziękuję, jestem niekompatybilna.

      Usuń
  4. Historia obrazu jest bardzo ciekawa. Czekam z niecierpliwością na kolejny post:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też taką mi się wydaje, powiem więcej sama historia jest ciekawsza od obrazu- moim zdaniem, choć ja mam do niego sentymentalny stosunek.

      Usuń
  5. Wlaśnie jestem w Gdańsku, ale to podróż służbowa, nie będzie czasu, aby zobaczyć obraz. Szkoda, może chociaż kopię zobaczę?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak pisze Marlow- kopia jest słaba, ale sam Mariacki wart odwiedzenia, choć od jakiegoś czasu trzeba płacić za wstęp. Myślę jednak że warto.

      Usuń
    2. Niestety, nawet kopii nie zobaczyłem. Z oddali widziałem tylko wieżę kościoła.
      Pozdrawiam.

      Usuń
  6. Bardzo ciekawa historia, dla mnie do tej pory zupełnie nieznana.

    OdpowiedzUsuń

Jestem bardzo rada z każdego komentarza, ale nie będę tolerować komentarzy agresywnych, wulgarnych, czy obrażających moich gości (innych komentatorów).