niedziela, 14 stycznia 2018

Miłe zakończenie roku, czyli koncert Małgorzaty Walewskiej i Gary Guthmana




Tegoroczne święta Bożego Narodzenia spędziłam w stolicy. Nie jest to zapewne najlepsze miejsce do spędzania świąt,  jednak z uwagi na preferencje osoby mi towarzyszącej, która nie może zbyt daleko podróżować zdecydowałam się na Warszawę. I wbrew obawom był to niezwykle miło i efektywnie, a zarazem w spokoju i bez pośpiechu spędzony czas. Można rzec świątecznie, w zadumie, radości i spokoju. Obawy dotyczyły osoby towarzyszącej, która po raz pierwszy spędzała święta poza domem, przyzwyczajona do tego, że aby poczuć świąteczny klimat należy się porządnie zmęczyć przygotowaniami (posprzątać, upiec, ugotować, zakupić, przygotować, usmażyć), a potem usiąść z bólem głowy i kręgosłupa, obłędem w oku z myślą, że zaraz trzeba będzie znieść, pozmywać, pochować, przyszykować na kolejny dzień kolejną porcję wiktuałów. I tak przez trzy dni.

O dziwo okazało się, iż mojemu gościowi spodobało się to, że nie trzeba się umęczyć, aby poczuć nastrój świąt, a hotelowy stół przybrany świeczkami i stroikiem wraz ze skromną wigilijną kolacją ma także swój urok.
Jednak tym, co wprawiło nas w dobry świąteczny nastrój był niesamowity koncert piosenek świątecznych (i nie tylko) w wykonaniu  Małgorzaty Walewskiej i Gary Guthmana z towarzyszeniem kwartetu jazzowego.
Połączenie polskich kolęd i najbardziej znanych zagranicznych utworów świątecznych w wersji klasyczno - operowej z nowymi aranżacjami jazzowymi to była niezapomniana uczta nie tylko dla melomanów. Czytelnikom tego bloga znane są moje fascynacje muzyką lżejszego kalibru (głównie musicalową). Muzykę operową podziwiam (podziwiałam?) ... jakby to powiedzieć tak troszkę z daleka. Jedna, dwie arie, bo co za dużo to niezdrowo. Koncert wybrałam z uwagi na mojego gościa. Jakież było moje zdziwienie, kiedy słuchając przepięknych wykonań mojej imienniczki zostałam zahipnotyzowana jej wykonaniami. Cóż za głos, co za dykcja, co za siła przekazu i emocje. To było piękne, a jednocześnie lekkie w odbiorze. To, co do tej pory utrudniało słuchanie śpiewu operowego (niemożność rozróżnienia słów) tutaj nie miało miejsca. Otóż słyszałam wyraźnie każde słowo, dzięki czemu nie traciłam energii w wsłuchiwanie się w treści a mogłam oddać się rozkoszowaniu piękna muzyki połączonej z cudownym wokalem. Uprzedzona, iż pani Małgorzata wykona jedynie kilka utworów nie oczekiwałam wiele. Tymczasem okazało się, iż nasza mezzosopranistka była w równym stopniu współtwórcą koncertu co pan Guthman. Nie liczyłam ile utworów wykonało każde z nich osobno, a ile wspólnie, ale odnoszę wrażenie, że udział obojga był wyrównany.
Jeśli idzie o Guthmana, od czasu obejrzenia filmu Ekscentrycy, czyli po słonecznej stronie ulicy, marzył mi się koncert muzyki jazzowej na żywo. I to marzenie spełnił amerykański muzyk,  który w pierwszej części koncertu wykonywał wraz z zespołem nowe aranżacje polskich kolęd i anglojęzycznych utworów świątecznych.
W drugiej części koncertu oboje artyści wystąpili wspólnie i okazało się, iż Guthman jest nie tylko utalentowanym muzykiem, dowcipnym konferansjerem (czarującym publiczność znajomością języka polskiego), ale i niezłym wokalistą. To połączenie klasyki i jazzu to był bardzo dobry pomysł, a sam koncert wprowadził widownię w świąteczny nastrój lepiej niż kilkanaście dni przygotowań świątecznych (czytaj sprzątania, gotowania i dekorowania). Koncert miał miejsce 22 grudnia w Teatrze 6 piętro, a poprzedziła go degustacja wina (odkryłam całkiem niezłe) oraz czekoladek.
Wzorując się na wielu moich koleżankach i kolegach podsumuję ubiegły rok pod kątem ilości przedstawień muzycznych. Był on niezwykle udany. Przede wszystkim uczestniczenie (kilkukrotne) w przedstawieniu Dzwonnika (w tym dwa razy z udziałem mojego ulubieńca pana Krucińskiego). Ponadto obejrzenie musicali; Doktor Żywago w Białymstoku (absolutne oczarowanie), pożegnanie z tytułem Mamma Mia w Warszawskiej Romie (bez fajerwerków, ale lepsze wrażenia niż obejrzane po raz pierwszy przedstawienie, może z uwagi na obsadę) oraz Piloci (także w Romie) - tu chyba miałam zbyt duże oczekiwania, bo ... mojemu współtowarzyszowi się podobała, mnie ... no cóż dobrze zaśpiewane, ale zabrakło mi czegoś co by wyróżniło ten musical spośród innych, zabrakło osobowości (choć Zosia Nowakowska w głównej roli - wyrazy uznania, liczyłam na coś więcej jeśli chodzi o Janka Traczyka). Uczestniczyłam też w cudownych koncertach; Michała Bajora, piosenek Wojciecha Młynarskiego w wykonaniu Piotra Machalicy, piosenek starszych panów w wykonaniu Magdy Umer, Grzegorza Małeckiego i Piotra Machalicy (pan Małecki jeśli chodzi o piosenkę aktorską- moje kolejne odkrycie, panią Magdę i Piotra znałam już wcześniej z jak najlepszej strony), Edyty Geppert (najcudowniejszy ze wszystkich tegorocznych koncertów, bo i mądry i dający do myślenia i zabawny i lekki - takie fantastyczne połączenie różnych gatunków). Natomiast, jeśli chodzi o teatr to w tym roku nie trafiłam na sztuki, o których chciałabym wspominać, no może poza Edukacją Rity (z Piotrem Fronczewskim i Kasią Ucherską) zabawna, acz dająca do myślenia komedyjka. Życzę sobie, aby kolejny rok był choćby tak obfitujący w udział w muzyczno-teatralnych przedsięwzięciach.

13 komentarzy:

  1. A ja myślę, że fajnie jest spędzać Święta w Warszawie ;-) A z przedświątecznym "błyskiem obłędu w oku" w tym roku świadomie się rozstałam - było bez presji i szału, za to spokojnie i... wspaniale. Koncertu Michała Bajora zazdroszczę. A "Edukację Rity" z Fronczewskim też widziałam, całkiem niedawno - bardzo ciekawy spektakl. Prawdopodobnie sądzę tak również ze względu na moją sympatię do tego aktora.
    Małgosiu, a propos naszej ostatniej wymiany myśli - czytam właśnie "Wyznania patrycjusza" Maraiego i, gdy natknęłam się na ten fragment, pomyślałam o Tobie: "Czasami spotykamy ludzi - rzadko dotyczy to kobiet, częściej mężczyzn, bo przecież każda podobająca się kobieta jest trochę "znajoma" i przypomina dawną, w swej niewierności niemal zapomnianą już Ewę - których nie możemy ominąć, łączy nas niepojęte powinowactwo, coś musimy omówić, osobiście i właśnie tylko my. Takie spotkania zdarzają się także w literaturze. Znajoma dusza w nieodparty sposób wzywa, woła drugą".

    OdpowiedzUsuń
  2. Oj nie chciałam nikogo urazić, może źle wyraziłam moje intencje. Może nie najbardziej wymarzone na wyjazdowe spędzanie świąt, a może nie najbardziej oczywiste. Osobiście lubię Warszawę z uwagi na wielość doznań, jakie oferuje, począwszy od ciekawych wystaw poprzez bogactwo repertuaru teatralno-koncertowego, wagę wydarzających się tu zdarzeń o charakterze różnorodnym (historycznym, politycznym, społecznym, obywatelskim). No proszę i zaraz zacznę się tłumaczyć, jak pani poseł L. - a chciałabym uniknąć skojarzeń tego typu. Bardzo mnie cieszy, że udało ci się uniknąć przedświątecznego szału przygotowań, czego nie mogę powiedzieć o wielu moich znajomych. Bajora uwielbiam i chadzam niemal na wszystkie jego koncerty. Panią Edytę też bardzo lubię, choć po raz pierwszy oglądałam ją na żywo. Co do Edukacji Rity nie jest to może wybitna sztuka, ale niegłupia i dobrze zagrana i może też z uwagi na dozgonną miłość do Piotrusia F. odebrałam ją jak odebrałam (choć gwoli sprawiedliwości w Kolacji dla głupca nie pomogła nawet rola PF). Dziękuję za ten cytat, kolejny argument za sięgnięcie po Maraia. To powinowactwo dusz jest tak budujące, że między innymi dlatego chce się pisać, nawet, jeśli czasami brak czasu, czasami źle się człowiek czuje, a czasami wydaje mu się, że to nie ma sensu.

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetny miałaś rok. Na koncert Michała Bajora czy Magdy Umer też bym się wybrała :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak miło spotkać kolejną wielbicielkę pana Michała. W gronie moich znajomych kiedy mówię, że wybieram się na jego koncert widzę zdziwienie w oczach- na takie smutasy. Moja ciotka mawia, iż Bajor jest zbyt ostateczny, a ona nie czuje się na siłach uczestniczyć w rzeczach ostatecznych. A jak dla mnie, to co piękne często bywa smutne- bo to idzie w parze, choć są wyjątki.

      Usuń
  4. Piękne zakończenie roku. Nawet nie wiem, którego koncertu najbardziej zazdrościć;) Takiej Wigilii też trochę zazdroszczę, ale póki są małe dzieci w domu (wnuki), to z gromadnego spotkania przy wigilijnym stole czerpiemy sporo radości:) Ale w przyszłości chciałabym kiedyś tak spędzić święta - może Wielkanoc?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Święta poza domem zaczęłam od Wielkanocy właśnie. Wigilia wydaje się takim bardziej rodzinnym, a może jedynie bardziej przez nas celebrowanym świętem. Ale chyba coś się zmienia w tym zakresie, kiedyś niemal tłumaczyłam się, ze spędzania świąt poza domem (była jeszcze jakiś czas temu we mnie taka potrzeba usprawiedliwiania). Przestałam, kiedy wiozący mnie na lotnisko sąsiad powiedział mi, o swojej córce (a miała wtedy lat naście) która też spędzała święta poza domem, była na wymianie młodzieżowej i nie pasował jej przylot na święta. Jedna niedogodność w Polsce- brak zaplecza gastronomiczno-kulturowego na święta. Sporo się zmienia, ale nadal I dnia świąt turysta jest skazany w 90 % na suchy prowiant (wszystko pozamykane)i na książkę (wystawy i teatry również). Ja spędzam święta na przemiennie, raz rodzinnie, raz wyjazdowo i myślę, że trzeba dojrzeć do zmian, a niektórzy zapewne nigdy nie dojrzeją, bo dla nich najpiękniejsze będzie rodzinne świętowanie.

      Usuń
  5. Ja tylko dodam, że Małgorzata Walewska jest moją ulubioną polską śpiewaczką, a taki sposób spędzania świąt bardzo mi się podoba, szczególnie wtedy kiedy za stołem wigilijnym nie zasiada więcej osób :)
    Pozdrawiam i życzę kolejnych dobrych wrażeń muzycznych w tym roku..., może znowu Białystok :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Z doświadczenia wiem, że ten sposób spędzania Świąt nie budzi już takiego zdziwienia, jak jeszcze parę lat temu. A Białystok - w kwietniu jadę na Upiora w Operze, którego sobie z przyjemnością odświeżę (się zrymowało), tyle, że wpadam jedynie na musical. Urlop chomikuję na wrześniowe wakacje.

    OdpowiedzUsuń
  7. Pani Walewska głos ma fantastyczny.....zazdroszczę koncertu. Sama też z przyjemnością bym tak spędziła czas przedświąteczny....ale dla mnie to marzenie ściętej głowy.
    Dobrze, że jest youtube ....dzięki niemu mogę posłuchać tych utworów, które lubię z muzyki klasycznej.....

    Pozdrawiam Gosiu...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Youtube to błogosławieństwo naszych czasów, dzięki niemu możemy poznać tak wiele rzeczy, na które nigdy byśmy nie trafili bez niego. Co muzyka na żywo, to na żywo, ale jak się nie ma co się lubi.. to wiadomo. Przepraszam za odpowiedz z opóźnieniem.

      Usuń
    2. Wiem, że jesteś zajęta Gosiu.

      Usuń
  8. Spędziłam Sylwestra podobnie. Nie z takimi gwiazdami, ale z taką muzyką. I mimo że nie jestem melomanką, podobało mi się.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I mnie się wydawało, iż ten rodzaj muzyki - choć lubię, to nie jest coś co by mnie porwało. Myliłam się. Być może z wiekiem człowiek zmienia nieco upodobania. Dojrzewa i potrafi docenić prawdziwe walory wokalno-artystyczne.

      Usuń

Jestem bardzo rada z każdego komentarza, ale nie będę tolerować komentarzy agresywnych, wulgarnych, czy obrażających moich gości (innych komentatorów).