czwartek, 10 września 2020

Urlop na Santorini albo gdziekolwiek dusza zapragnie, czy pamięci nie zawiedż mnie


Patio w Miejscowości Oia (Santorini)
Pierwszy urlop (od nie pamiętam ilu lat), który spędzam w domu. Powinnam się martwić i o ile tęsknota za podróżowaniem, poznawaniem nowych i powrotem do starych miejsc towarzyszy mi od paru miesięcy (ostatni wyjazd miał miejsce w lutym), o tyle perspektywa spędzenia go w nowym mieszkanku wcale nie wydaje się niemiłą. Jest tyle zajęć, którym można się poświęcić, że obawiam się, iż nie zrealizuję nawet połowy z nich. Wczoraj w miejscu, w którym gromadzą się panie, aby poprawić sobie samopoczucie (ja) i urodę (pozostałe), usłyszałam od jednej z nich narzekanie, na szybko zapadający zmierzch. Ciemno jest już o piątej i co tu robić. .... (przerywnik) Nic tylko iść spać. Już chciałam zaprotestować, że jak to, że przecież można by …. kiedy uświadomiłam sobie, że nie jestem dla tych pań odpowiednim partnerem do dyskusji. Mieć wreszcie nieograniczoną ilość czasu na czytanie, spacery, porządkowanie notatek, zdjęć, oglądanie filmów, koncertów - to kusząca perspektywa zapewne nie dla wszystkich, a może jedynie dla mnie. Oddając się wczoraj cały dzień czytaniu dziś udałam się w podróż na Santorini. Kiedy ogranicza nas wszystko (zakazy, obawy czy brak środków) nie może ograniczać nas wyobraźnia (czy jej brak). Byłam tam trzynaście lat temu, a pamiętam, jakby to było wczoraj. Wśród celów moich podróży nastawionych na poznawanie historii, kultury czy sztuki danego kraju rzadko zdarza się miejsce, do którego dążę wyłącznie dla doznań estetycznych. Santorini nie łączy się ani z nazwiskiem władcy, pisarza czy malarza, przynajmniej mnie nic na ten temat nie wiadomo, a jednak jego baśniowy wygląd i legenda łącząca go z zaginioną Atlantydą są w stanie skusić najbardziej wybrednego podróżnika. Dobrze jest choć raz znaleźć się na wyspie mogącej służyć za scenografię Baśni z Tysiąca i Jednej Nocy i poczuć się na powrót dzieckiem.
Oia
Najpierw była pobudka w środku nocy, potem dwugodzinna podróż autokarem z Chanii do Heraklionu i w końcu zamustrowanie na olbrzymim pasażerskim statku tuż przed wschodem słońca.

Kiedy pomarańczowa kula wynurzała się znad czarnego zarysu gór majaczących na horyzoncie wydało mi się, że jestem świadkiem jakiegoś misterium. Misterium które każdego dnia i w każdym miejscu na ziemi wciąż się powtarza, tyle, że rzadko bywam jego uczestnikiem. Ta świetlista łuna, która zamienia noc w dzień przypomina górną część monstrancji, złote promienie wystrzeliwują w niebo, aby za chwilę stała się jasność. Czytam teraz Nad Niemnem Orzeszkowej tak znienawidzone przez młodzież licealną za rozwlekłe ich zdaniem i niepotrzebne opisy przyrody i zazdroszczę pisarce talentu, który z banalnej scenki potrafi uczynić przepiękny obraz.
Statek wypływa z portu, powoli brzeg staje się coraz mniejszy i mniejszy, aby za chwilę zniknąć za horyzontem. Potem już tylko pięć godzin rejsu wielkim wycieczkowcem o wysokości kilkupiętrowego wieżowca. Jak prawdziwa córa wilka morskiego nie doznaję podczas rejsu katuszy, które pacyfikują sporą część pasażerów. Przemierzam wszystkie pokłady na różnych poziomach, w poszukiwaniu najładniejszych widoków. Oczywiście najładniejszy roztacza się z najwyższego pokładu. Łapię widoki pod powieki (pomna rady udzielonej dawno temu przez Tatę), robię to częściej niż zdjęcia. Aparaty miały wówczas mniejszą pojemność i zanim zrobiło się zdjęcie trzeba było dobrze się zastanowić, czy właśnie to co widzimy będzie najlepszym wyborem. Przede mną, za mną i wokół jedynie woda, jak okiem sięgnąć nic nie zaburza linii horyzontu, na której łączą się ciemnogranatowe wody morza Egejskiego z przezroczysto błękitnym nieboskłonem. Wiatr we włosach, prute dziobem statku fale, poczucie nieskrępowanej wolności – sama przyjemność.
Już się tam w dali ukazuje Archipelag Cyklad
Dopływając do wyspy (do portu Fira) oczom jawi się najpierw naga skała – wysokie klify, na których wierzchołkach widać małe białe domki. Płynąc przez kalderę (wielkie zagłębienie w szczytowej części wulkanu, którego wybuch i następujące po nim tsunami zgodnie z legendą miały zatopić mityczną Atlantydę) czułam się nieswojo, mimo, iż wybuch ten miał miejsce w 1600 r. p.n.e. Wulkan jest uśpiony, ale nadal czynny.
Już Fira (stolica wyspy) robi duże wrażenie, białe wrośnięte w skałę domki z niebieskimi dachami świątyń zachwycają, ale dopiero Oia rzuca na kolana. Baśniowy widok znany z widokówek jest na wyciągnięcie ręki, biała, pastelowa, niska zabudowa (nie wyżej niż do drugiego piętra) z charakterystycznymi beczkowatymi (cylindrycznymi) dachami, niebieskimi kopułami mini świątyń i niebieskimi wykończeniami elementów zabudowy (drzwi, ściany, framugi, futryny, czy choćby krzesła na przydomowym patio.
Oia
Niska zabudowa i cylindryczny dach mają dawać chłód. Wąskie wyłożone marmurem uliczki nie mają nazw. Nie jeżdżą po nich samochody. Ponieważ Santorini to wyspa żyjąca z turystyki pełno tu małych sklepików z pamiątkami i oczywiście knajpek i restauracji. Gdy się spojrzy w dół widać lazurowe oczka wodne mini basenów i mnóstwo różowych kwiatów zdobiących mini tarasy i patia domków. A jeśli spojrzeć jeszcze niżej można dostrzec powulkaniczny pył, który do dziś pokrywa niewielkie plaże. Na wysoko położone miasteczko można się dostać na piechotę niezliczoną ilością kamiennych schodków, albo na osiołku. W miejscowości Fira znajduje się kolejka linowa.
Oia

Pobyt na wyspie trwał krócej niż rejs statkiem, o wiele za krótko. Te kilka godzin pobytu spędziłam na wędrówkach po uliczkach, krętych, wijących się, wąskich, często zatłoczonych do niemożliwości, w których ludzie, aby się wyminąć musieli wchodzić w maleńkie zaułki,  a momentami pustych, co natychmiast próbowałam wykorzystać na zrobienie zdjęcia. Jeszcze dziś widzę te śnieżno białe kamienne domostwa, odbijające promienie słońca, niebieskie detale, dzwony świątyń, ruch, gwar, oraz pływające nad uśpionym wulkanem małe stateczkiem i wielki wycieczkowiec, na który wracaliśmy motorówkami. 
Oia

Ostatnią godzinę pobytu wykorzystałam na skromny posiłek i lampkę wina. Dźwięki muzyki, stoliczek z widokiem na zatokę, zapach świeżo przyrządzonych frutti di mare i kieliszek białego wina dopełniły uczucia szczęścia. I jednego tylko żałowałam, że nie było mi dane oglądać zachodu słońca na Santorini. Jest ponoć przepiękny i niezapomniany. A zatem jest powód, aby jeszcze tu wrócić.
Oia

W pierwszym wpisie dokonanym niemal na świeżo po powrocie napisałam Tam jest tak pięknie, że aż za pięknie. Dłuższe przebywanie mogłoby być ze szkodą dla zdrowia. Jak potem wrócić do normalnego, szarego życia na lądzie. Na szczęście byliśmy tam zaledwie cztery godziny, więc tak naprawdę nie wiemy, czy byliśmy na wyspie Santorini, czy była to fatamorgana, a może to nam się przyśniło. Nadal tego nie wiem. Dobrze, że pozostały zdjęcia. Nieostre, czasem kiepskiej jakości, z wchodzącymi w kadr turystami, nieudane, ale pozwalają uwierzyć, że to jednak nie był sen. 
Oia

12 komentarzy:

  1. Kaldera Santorini moje niespełnione marzenie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze, jak są jeszcze niespełnione marzenia, smutno by było bez nich.

      Usuń
  2. Piękne wspomnienia z niesamowitej wyspy. Widoki obłędne, jedno z tych miejsc gdzie chciałoby się być. Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Penie na dłuższą metę pobyt mógłby okazać się m=nużący, ale wybrać się jeszcze na dzień, dwa lub trzy- czemu nie.

      Usuń
  3. Santorini piękna wyspa.
    Pozdrawiam:)*

    OdpowiedzUsuń
  4. Nudzą się tylko nudni ludzie. Ja jestem szczęśliwa, kiedy mam wreszcie czas wolny, kiedy nigdzie nie muszę iść, niczego załatwiać, z nikim się spotykać. Mogę wtedy czytać, malować, rysować, uczyć się nowych technik plastycznych, spacerować, pielęgnować kwiaty w ogrodzie, przyglądać się światu, moim kotom, ptakom, owadom, oglądać filmy. Tuż przed przejściem na emeryturę zwolniłam tempo pracy, często robię sobie wolne. Szczęśliwy czas, bo nareszcie mogę robić to co lubię.
    Nie jestem typem podróżnika, to co mnie ciekawiło to już widziałam, więc teraz bardziej by mnie ucieszyła przeprowadzka do nowego domu :).
    Santorini wygląda uroczo na zdjęciach, może kiedyś je namaluję... ale wolę północne klimaty, no taka ze mnie dziwaczka :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie tak. Ja uwielbiam podróżować, przynajmniej tak było do tej pory, być może z czasem się to zmieni. Kraje do tej pory wolałam południowe, choć ponieważ nie lubię wysokich temperatur (podróżuję na jesieni) może z czasem zacznę odwiedzać kraje północne. Marzą mi się norweskie fiordy latem, kiedy u nas robi się zbyt ciepło jak dla mnie. I też zaczęłam zwalniać przed emeryturą, niestety czeka mnie jeszcze 27 miesięcy pracy, ale to ponoć niedużo. :)

      Usuń
  5. Marzę o niej od lat i ciągle mi nie po drodze...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To trzymam kciuki aby się udało, może ty znajdziesz tam jakieś literackie ścieżki

      Usuń
  6. Jak trudno uwierzyć, że istnieją takie bajkowe miejsca, wręcz nierealne.
    Życzę Ci obyś mogła tam jeszcze pojechać.

    OdpowiedzUsuń
  7. Byłoby miło, choć myślę sobie, że nie będę zachłanną, wystarczy mi, jak będę mogła bezpiecznie podróżować po Polsce. :)

    OdpowiedzUsuń

Jestem bardzo rada z każdego komentarza, ale nie będę tolerować komentarzy agresywnych, wulgarnych, czy obrażających moich gości (innych komentatorów).