Łączna liczba wyświetleń

sobota, 3 września 2011

Rozważna i romantyczna Jane Austin

Po „Emmie” i „Dumie i uprzedzeniu” sięgnęłam po „Rozważną i romantyczną”. Czytałam ją, jako nastolatka z wypiekami na twarzy. Dzisiaj wypieki na twarzy podczas lektury mają zupełnie inne podłoże, które z przeżywanymi emocjami niewiele ma wspólnego.

Na wypadek, gdyby ktoś nie znał historii panien Dashwood rzecz tyczy perypetii miłosnych rozważnej, rozsądnej i trzeźwo patrzącej na życie panny Eleonory oraz romantycznej, nierozsądnej, pełnej temperamentu i nadmiernie ulegającej emocjom panny Marianny.
Miejsce akcji- angielska prowincja oraz Londyn. Czas akcji - koniec XVIII wieku.
Pani Dashwood z trzema córkami po śmierci męża pozostaje na łasce żonatego pasierba, któremu na skutek sprzyjającej fortuny losu oraz panujących wówczas zwyczajów, przypadła w udziale spora część rodzimego majątku. 
Dwie z córek pani Dashwood znajdują się w wieku, w którym należy obejrzeć się „za łapaniem męża”. Zgodnie z powszechnie panującą wówczas opinią kawaler powinien być elegancki, cokolwiek by to miało oznaczać. Dobrze byłoby, gdyby był młody, miał miłą powierzchowność i dobre stosunki, a co za tym idzie, aby mógł zapewnić godziwe utrzymanie swojej przyszłej żonie.
Eleonora i Marianna mają nieco inne oczekiwania względem swoich przyszłych mężów. Panny reprezentują odmienne postawy i odmienne są też ich oczekiwania względem kandydatów na narzeczonych; Marianna oczekuje kawalera, który będzie podzielał jej zainteresowania, poglądy, gusta, będzie miał taki sam temperament, którego będzie bawiło i wzruszało to samo co ją, Eleonora zaś oczekuje rozsądnego, miłego, przyzwoitego i odpowiedzialnego człowieka.
I to właśnie próba oceny tych dwóch życiowych postaw wobec uczuć jest zasadniczą treścią powieści. Czy spotykając osobę, która wzbudza nasze żywsze bicie serca powinniśmy zaufać instynktowi, zawierzyć sercu, czy też zanim damy się porwać uczuciom powinniśmy kierując się rozumem rozważyć, czy taka inwestycja uczuciowa, nie narazi nas na ból, rozczarowanie lub nieszczęśliwy związek.
Czy na tak postawione pytanie można udzielić prostej i jednoznacznej odpowiedzi. Zapewne będzie ona inna w zależności od temperamentu, wieku, charakteru, poglądów.
Pozornie Jane Austin zdaje się opowiadać po stronie powściągliwej i rozważnej panny Eleonory. Jednak i nieco egzaltowana Marianna nie zostaje przez autorkę potępiona, a jej cierpienia zwieńczone zostają nagrodą i to nie byle jaką. Konkludując Austin przekazuje, iż w kwestii uczuć należy zachować równowagę pomiędzy nadmierną egzaltacją a zbytnim chłodem.
Postawa Marianny ma być ostrzeżeniem dla tych młodych dam, które dadzą się ponieść emocjom i nie zważają na głos rozsądku i na uczucia innych, co zaprowadzić je może tam, gdzie zaprowadziło inną bohaterkę powieści – pannę Elizę Williams.
Jest tu więc trochę moralizatorstwa i dydaktyzmu. Jest też bogaty przegląd typów ludzkich.
Austin po raz kolejny podejmuje krytykę układów społecznych, w których przyszło jej żyć. W XIX wiecznym świecie nie ważne jakim jesteś człowiekiem, ważne na ile wycenia się twój stan posiadania. Pożałowania godne jest położenie niezamożnych kobiet. Kobieta taka, nie mając możliwości samodzielnego zarabiania na życie skazana jest na poszukiwanie zamożnego kawalera, wdowca lub co gorsza „sponsora”, który zapewni jej utrzymanie i opiekę. W przeciwnym wypadku pozostaje jej liczyć na litość krewnych, lub inne niekoniecznie szlachetne uczucia znajomych, którzy, jak szybko i niespodziewanie przygarną ją pod swój dach, mogą równie szybko ją spod niego wypędzić.
Pożałowania godny jest także brak równouprawnienia w kwestii dziedziczenia. Co prawda zdarzają się panny, które miały szczęście zostać dziedziczkami rodowych majątków, ale należą one do zdecydowanej mniejszości. Zwyczaj bowiem nakazuje, aby majątek pozostawić w ręku męskiego potomka, którego tylko moralnym obowiązkiem będzie zapewnienie posagu siostrom i kuzynkom oraz utrzymania matce.
Pożałowania godne jest także położenie młodych mężczyzn, którzy nie mieli szczęścia odziedziczenia majątku i którzy zgodnie z oczekiwaniami tychże krewnych spełniając ich pragnienia powinni związać się ze wskazanymi przez nich pannami.
Podsumowując dzisiaj Rozważna i romantyczna wydawać się może dość banalną opowieścią o miłości. W czasach Austin była śmiałą i odkrywczą próbą obnażenia stosunków społecznych i norm obyczajowych.
Dla mnie ta wydana równo dwieście lat temu książka jest kolejną ciekawą pozycją przenoszącą w klimat epoki końca XVIII wieku. Książka napisana jest w sposób lekki i dowcipny. Brakuje jej uroku i artyzmu „Dumy i uprzedzenia”, jego pogłębionej warstwy psychologicznej postaci, choć i tutaj mamy całkiem spory wachlarz ludzkich zachowań i charakterów, ale jest lekturą napisaną w dobrym stylu i godną polecenia.

Na wschód od Edenu oraz Dziennik z Morza Corteza John Steinbeck


Na wschód od Edenu 
Książkę przeczytałam po raz pierwszy, ale myślę, że nie ostatni. Wiele osób zapewne zna ekranizację powieści z Jamesem Deanem w roli Caleba Traska. Według mnie to jeden z lepszych amerykańskich filmów.
Książka jest sagą losu dwóch żyjących w Ameryce na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego wieku rodzin. Dzieje rodu Trasków i Hamiltonów są jedynie pretekstem do refleksji na temat walki dobra ze złem.
Postacie przedstawione w powieści nie są tak do końca jednoznaczne. Jedynie Katie, bezwzględny, zimny potwór, pozbawiony uczuć, zmierzający do realizacji swoich celów „po trupach”, który nie cofnie się nawet przed unicestwieniem własnych rodziców jest osobą do szpiku kości złą. 
Pozostali bohaterowie nawet ci, którzy na pierwszy rzut oka jawią się nam, jako postacie wyłącznie dobre noszą w sobie zarówno pierwiastki dobra jak i zła. Adam Trask popełnia błędy swojego ojca i wyróżnia jednego z synów, Aron Trask żyje ideami i wyobrażeniami, Sam Hamilton mimo wielkiej miłości do żony, całe życie ją oszukuje i marzy o innej.
Powieść nawiązuje do biblijnej przypowieści o Kainie i Ablu, dwóch braciach rywalizujących o miłość ojca. Mnie jednak ważniejszą wydaje się nie tyle rywalizacja o uczucia, co obawa przed odrzuceniem, to niby to samo, ale nie zupełnie. Jak mówi jeden z bohaterów powieści; w każdym z nas tkwi ogromna obawa przed odrzuceniem. Boimy się znaleźć poza; poza związkiem, poza rodziną, poza grupą, poza społecznością. Bycie zaakceptowanym nie jest równoznaczne z miłością. Dla mnie "Na wschód od Edenu" jest powieścią o potrzebie akceptacji. Chyba najbardziej tragicznym byłoby, jak mówi jeden z bohaterów odejść z tego świata nie wzbudzając w nikim uczucia żalu, poczucia straty. 
Drugim bardzo ważnym tematem poruszanym w powieści jest kwestia wolności wyboru. Nasz wybór nie jest zdeterminowany jakąś siłą wyższą. To prawo wyboru, jakie otrzymujemy od Boga czyni nas niemal partnerami Stwórcy. Do mnie głęboko przemawia dokonana przez Li przy pomocy jego współbraci analiza szesnastu wierszy z Księgi rodzaju i słowa klucza powieści - „timszel”, oznaczającego możliwość wyboru (możesz panować nad grzechem, złem, występkiem i tylko od ciebie zależy co zrobisz ze swoim życiem, jakim będziesz człowiekiem). Możesz wybrać dobro, możesz wybrać zło. A to oznacza nadzieję, a także wielkość człowieka.
Powieść przy całej swej wielowątkowości i złożoności jest bardzo prosta. Tak jak proste bywa życie (choć nie lekkie), często to my sami sobie je komplikujemy. Książkę czytało mi się lekko i szybko mimo sporej jej objętości ok. 800 stron. 
Moja ocena 6/6

Dziennik z Morza Corteza 
John Steinbeck imał się w życiu wielu zajęć; był robotnikiem rolnym, murarzem, aptekarzem, mierniczym, zbieraczem owoców, marynarzem i dziennikarzem, poza tym jak wiemy pisał książki. 
W 1940 roku wraz z przyjacielem Edem Rickettsem i kilkuosobową wynajętą załogą wyruszył w sześciotygodniową podróż morską wzdłuż zachodniego wybrzeża Stanów. Celem podróży było zebranie okazów fauny morskiej do badań laboratoryjnych w Zatoce kalifornijskiej, zwanej wówczas Morzem Corteza. 
Czytając Dziennik z Morza Corteza mamy okazję odbyć wraz z załogą morską podróż na kutrze do połowu sardynek i obserwować bogaty świat podmorskiej głębi, ale co ważniejsze dzięki lekturze możemy poznać jej autora. Podróż bowiem skłania do przemyśleń i refleksji, obserwując podwodne życie autor zauważa analogie do życia ludzi. Okazuje się, że każde z ludzkich zachowań znajduje swoje odzwierciedlenie w świecie zwierząt morskich. Czytając Dziennik poznajemy bliżej autora, który nie może się tutaj ukryć za swoimi literackimi bohaterami. 
Przygotowanie do morskiej podróży, aprowizacja statku, opis problemów biurokratycznych, rejs kutrem do połowu sardynek, problemy z silnikiem, opis metod badawczych – temat wydawałoby się mało pasjonujący. Cóż może być ciekawego w zbijaniu skrzynek, opisywaniu próbówek, zbieraniu rozgwiazd i mięczaków. 
Jednak opis podróży stanowi jedynie tło dla wyrażenia myśli i poglądów przyszłego laureata nagrody Nobla. 
Pomiędzy opisem relacji z nurkowania i podwodnej fauny Steinbeck snuje rozważania na temat człowieka i ludzkiej natury. Rejs jest też okazją do poznawania nowych ludzi, ich odmiennej kultury, problemów, światopoglądów. 
Jest to książka, której nie można czytać zbyt szybko, gdyż chciałoby się przeanalizować, przemyśleć, przetrawić poglądy autora. Dziennik zawiera też sporo humorystycznych opowiastek i analogii między życiem zwierząt a życiem ludzi. 
Książka godna polecenia z jednym zastrzeżeniem; jeśli ktoś szuka w niej wartkiej akcji, przygód mrożących krew w żyłach czy sensacji może się zawieść. Przygotowując się do czytania należy przeznaczyć na lekturę nieco więcej czasu. Mimo, iż książka liczy nieco ponad trzysta stron czytanie zajęło mi prawie tydzień.

konkurs nr 6 (1 ) z Paryżem w tle - termin zgłoszeń do 9 września

Przypominam o zbliżającym się terminie upływu zgłoszeń w konkursie z Paryżem w tle.
Zasady konkursu:
Proszę zostawić w komentarzu waszą propozycję lub propozycje (ilość typów nieograniczona) książek z Paryżem (okolicami Paryża) w tle. Gatunek zupełnie dowolny; może być powieść, książka historyczna, obyczajowa, romans, kryminał, sensacja, reportaż, esej a nawet przewodnik. Chodzi o coś co poleciłybyście (polecilibyście) do przeczytania przed podróżą do stolicy Francji. Przed wyjazdem przygotowuję się zawsze literacko; czytając nie tylko przewodniki, ale i książki dotyczące choćby pośrednio zwiedzanych miejsc. Proszę też o krótkie uzasadnienie (min. trzy zdania) na temat polecanej (polecanych) pozycji.

Tych, którzy mają kłopoty z zamieszczeniem komentarza na tym bloogu odsyłam do dziennika grafomanki

Rozstrzygnięcie konkursu nastąpi po powrocie z wakacji czyli 24.09.2011 r.
Nagrodą (a może nagrodami, w zależności od liczby uczestników i zgłoszonych propozycji) będą niespodzianki w postaci; książki z Paryżem w tle oraz pamiątki z Paryża. Spośród zgłoszeń wybiorę tę/te które najbardziej mi się spodobają, a w razie problemów z wyborem zrobię losowanie.
Do tej pory na obu blogach zgłoszono:
Bibliofilka poleciła: Obraz Paryża XIX-wiecznego, czyli Honoré de Balzac (1) Ojciec Goriot" i Paryż XVIII-wieczny to (2) Pachnidło Patrick Suskind.
Obie książki rewelacyjne, opis miasta, tła społecznego, zwyczajów, biedy i zepsucia ludzkiego.
Poza tym w moich planach jest (już czeka na półce) (3) Dzwonnik z Notre Dame Victora Hugo i zawsze chciałam jeszcze przeczytać (4) Nędzników :)
zacofany.w.lekturze
polecił: Albo z Wiktorem Hugo (3) Dziedziniec Cudów w Katedrze Marii Panny) i wędrówka z Gavroche'em z (4) Nędzników, albo z Emilem Zolą (hale targowe w (5) Brzuchu Paryża - kolory, smaki, zapachy i zapaszki) i dopytane (6) Wszystko dla pań
Prowincjonalna nauczycielka poleca: (6) Wszystko dla Pań Emila Zoli - kwintesencja tego, co z Paryżem kojarzone - wielkiej mody, wielkiego handlu i tło tegoż znacznie mniej nadające się do prezentowania wytwornym Paryżankom. Całość - do zachwycenia się:-)
Nemeni poleca: (7) Mój Paryż autorstwa Elisabeth Duda - zawiera kilka rzeczy w jednym - przewodnik po miejscach, których będąc w Paryżu nie wolno ominąć, ciekawe historyjki, paryskie impresje, troszkę historii, do tego ładne zdjęcia. Znacznie ciekawsze od tradycyjnych przewodników, bo jest głównie do czytania, a nie oglądania. A z powieści polecam Remarque (8) Łuk Triumfalny", niezwykły, niezapomniany główny bohater + piękna, nie trącąca ckliwością historia miłosna. Nastraja i skłania ku zadumie. No i ten calvados :)
Agnes poleca: (9) Dom na Sekwanie Whartona - właściwie to książka bardziej o Sekwanie, niż o Paryżu, ale nada się jak najbardziej. Jeśli do kawy gdzieś przy malutkim stoliczku na ulicy - to (10) Cappuccino" Righini, niezobowiązująca, kawowa, ciepła książeczka. A na poważne dni, to koniecznie (11) Życie przed sobą" Emile Ajar. Do zachwytu, do wzruszeń, do westchnień.
Karolina poleca: Z ostatnio przeczytanych kojarzy mi się (12) Kompozytor burz -XVII-wieczny Paryż, dwór ekscentrycznego Ludwika XIV, bardzo charakterystyczny klimat :-)
Soulmate poleca: (13) Paryż nigdy nie ma końca" Enrique Vila-Matas :)
Maniaczytania poleca: To ja polecę bardzo mało u nas znaną powieść, gatunek trudno do końca określić jednoznacznie - bo niby romans, ale z tak dużym ładunkiem smutku, rozpaczy, że nie jest to lekka książka, chyba najbliżej jej do powieści obyczajowej - (14) Pod skrzydłami anioła, autor Didier Cohen.
anek7 poleca: Mnie Paryż kojarzy się nierozerwalnie z ulubionymi powieściami "płaszcza i szpady" i ich najsłynniejszym autorem Aleksandrem Dumasem. (15) Królowa Margot, cykl o muszkieterach oraz cykl (16) Pamiętniki lekarza to lektury przy których czas się zatrzymuje (przynajmniej w moim wypadku). Drugim autorem, którego śladami chciałabym się przejść po Paryżu jest Maurice Druon autor niesamowitego cyklu (17) Królowie przeklęci o ostatnich władcach z rodu Kapetyngów - mroczne, pełne emocji i okrucieństwa w walce o wpływy historie oparte są na źródłach historycznych co dla mnie jest akurat dosyć ważne:)
I jeszcze jeden cykl a mianowicie (18) Szpada na wachlarzu ("Szpada na wachlarzu", "Jak na starym gobelinie" i "Na wersalskim trakcie") Haliny Popławskiej autorki już trochę dzisiaj zapomnianej. Książka przenosi czytelnika w II połowę XVIII wieku na dwór Ludwika XV i jego polskiej żony królowej Marii Leszczyńskiej. Piękny obraz ludzi i epoki - koniec pewnej epoki - Francuzi jeszcze sobie ni zdają sprawy, że za kilkanaście lat wybuchnie rewolucja a po jej przejściu nic już nie będzie takie jak dawniej... Lektury nie powinno zabraknąć na kilka miesięcy...
Saria- Maria pisze: Przykro mi, że nie mogę podać kolejnego tytułu książki. Te które czytałam, zostały już wymienione w komentarzach.
Estees poleca: Donatien Alphonse François de Sade - (19) Niedole cnoty Uzasadnienie: Trzeba przeczytać, żeby nie zgnuśnieć. Puść wodze wyobraźni, zażyj inspiracji. Literatura francuska i w dodatku głośna; po prostu trzeba ja poznać.
Edyta poleca: (20) Bel-Ami Guy de Maupassant oraz Jean- Francois Parot
(21) PARYZ 1761 detektyw; Nicolas Le Floch czasy Ludwika XV, Madame Pompadour i skomplikowane intrygi, żoną Ludwika była królowa Maria Leszczyńska - taka ciekawostka.
Saro- Mario, jeśli książki, które chciałabyś mi zaproponować zostały już wymienione możesz je (i inni również) podać ponownie wraz ze swoim uzasadnieniem. Każdy przecież może dostrzec w książce coś innego, każdemu może się ona spodobać z innego powodu.
Do tej pory z polecanych książek przeczytałam osiem (poz. 3, 4, 9 były mi znane już wcześniej, poz.1 przypomniałam sobie, a poz. 2 przeczytałam dzięki rekomendacji Bibliofilki, poz. 6 polecili mi zacofany w lekturze i prowincjonalna nauczycielka (którym bardzo dziękuję, bo bez nich nie odkryłabym Zoli), poz. 7 cały czas studiuję i zabiorę ze sobą w trasę dzięki Nemeni, a poz. 10 poleconą przez Agnes przeczytałam. Ponadto na przeczytanie czeka pierwszy tom Królowie przeklęci zakupiony wczoraj (z polecenia anek7).

Kolejność czytania jest zupełnie przypadkowa; te książki udało mi się wypożyczyć z biblioteki. Mam zamiar dotrzeć do wszystkich przez was poleconych. Co do całych serii - w zależności od wrażeń, jakie wywołają pierwsze spotkania.

Oczywiście nie zdążę ich przeczytać przed wyjazdem na urlop, który nastąpi za tydzień, ale ponieważ w grudniu lecę ponownie, więc jest szansa.

Ps. Jestem zawiedzioną i zasmuconą BRUN-etką. Okazało się, że koncert Bruna w Warszawie został przełożony na przyszły rok.

Jeśli kogoś pominęłam- proszę o przypomnienie się i bardzo przepraszam. Czasami mogliście mi coś proponować w komentarzach pod innymi wpisami :(
Aha, jeszcze zauważyłam Iza poleca
- (21) Klaudyna w Paryżu, choć ZwL twierdzi, że Paryż nie odgrywa tu większej roli.

piątek, 2 września 2011

Z biegiem lat, z biegiem dni (Kraków)

Piszę najczęściej o podróżach dalekich. A przecież miejsc pięknych nie brakuje i u nas. Wszystko zależy od życzliwego spojrzenia, zainteresowania i oczekiwań zwiedzającego. Najbliższym memu sercu miastem w naszym kraju (a wiem, że nie jestem w tym oryginalna) jest Kraków. I nawet nie jest to jakieś konkretne miejsce, ale panujący tam klimat. Szalenie lubię wędrować uliczkami Starego Miasta. Czuję tam jeszcze ducha Młodej Polski. Tak jak w Rzymie szukam obecności Michała Anioła, Gianlorenzo Berniniego, Borominiego, Rafaela tak w Krakowie idę śladami Wyspiańskiego, Mehoffera, Matejki, czy wielu innych ludzi pióra, pędzla i dłuta. Lubię już sam moment, w którym wysiadam z pociągu. Krakowska atmosfera dopada mnie, zanim jeszcze dotrę do Plant; spotykam panie z bajglami i oscypkami. Oczywiście ich oscypki niewiele mają wspólnego z oryginalnymi podhalańskimi wyrobami z owczego mleka, ale turyści i tak dają się nabrać. Idąc Plantami mijam ogrody pełne drzew kasztanowców, ławeczek oraz stylowych latarni i docieram do Teatru Juliusza Słowackiego.
To tutaj odbyła się premiera Wesela Stanisława Wyspiańskiego. Oczyma wyobraźni widzę krakowski światek artystyczny wylewający się gromadnie z teatru i zmierzający do pobliskich kawiarni,aby przy gęsto zastawionych butelkami i szklanicami stołach prowadzić artystyczno-filozoficzno-polityczne dyskusje. Mijam jeden z symboli Krakowa - Barbakan i dochodzę pod Bramę Floriańską. Tam zwykle stoją dorożki i gra jakiś zespół. Ostatnio byli to Latynosi w meksykańskich sombrerach i kolorowych, wełnianych ponczach grający El Condor pasa. Zdecydowanie bardziej na miejscu byłaby jakaś kapela góralska, no ale ... Mijam Bramę Floriańską i jestem w Galerii Obrazów pod gołym niebem. Są tam tak bajecznie kolorowe dzieła, że nie można ich minąć obojętnie. Nie wiem, czy są one dobre, czy złe, pewnie jak to zwykle bywa, trochę lepszych, trochę gorszych. Ale ja lubię sobie przystanąć i pooglądać.
Na Floriańskiej przeplatają się relikty przeszłości i tej zamierzchłej i tej nieco nam bliższej z całkiem nowoczesnymi sklepami i jadłodajniami. Jest tu „Hotel pod Różą" pamiętający Wielkiego Księcia Konstantego i Cara Aleksandra I. Jak napisała Agnieszka Osiecka „Znużeni podróżą śpimy w Hotelu pod różą, sny się zlatują i wróżą - wróćcie do domu pod różą i będzie kanapa i kobra i będzie pogoda dobra i przyjdą do was wspomnienia".
Jest tu także „Piwnica Pod Złotą Pipą, knajpa której nazwę wymyślił podobno Leszek Mazan inspirowany „Przygodami Dobrego Wojaka Szwejka". Jej pomieszczenia mają nas przenieść w czasy miłościwie panującego Cesarza Franciszka Józefa i monarchii austro - węgierskiej.
Jest tu wreszcie Jama Michalika, kawiarnia przesiąknięta niegdyś duchem Młodej Polski, gdzie gościli min.; Wyspiański, Tetmajer, Rydel, Boy-Żeleński, Malczewski, Mehoffer. To tutaj narodził się pierwszy polski kabaret Zielony balonik wyszydzający mieszczańskie zasady i idee. Tutaj w otoczeniu secesyjnych mebli i takich witraży rodziły się wielkie dzieła. Tu też nakręcono wiele scen serialu o Krakowie „Z biegiem lat, z biegiem dni". Niestety dzisiaj Jama Michalika lata swojej świetności dawno ma już za sobą. Desery są przeciętne, obsługa jak za czasów PRL-u i płatna toaleta. Podobno jedynie obrazki na ścianach, afisze i plakaty są warte obejrzenia. Niestety jest tam dość ciemno, więc niewiele mogłam dojrzeć. Miałam za to okazję posiedzieć na miękkich fotelach przy stylowym stoliku.
Dochodząc do końca ulicy Floriańskiej widać już wieże Kościoła Mariackiego. Jest to chyba najpiękniejszy kościół w Polsce. Kościół, który śmiało może konkurować z innymi europejskimi świątyniami. Można tu podziwiać piękne gwieździste sklepienie nawy głównej dzieła Jana Matejki, Ołtarz Witta Stwosza, polichromie (ozdoby) na ścianach oraz witraże autorstwa Wyspiańskiego. W pracach nad witrażami brał też udział Mehhofer, który mnie kojarzy się wyłącznie z secesyjnymi witrażami.
Stary Rynek i Sukiennice. W Sukiennicach znajduje się Oddział Muzeum Narodowego w Krakowie, w którym wstyd się przyznać nie byłam (pisane w październiku 2010 r., w lutym 2011 r. odwiedziłam i to Muzeum). Byłam natomiast w innych Oddziałach; w Muzeum Wyspiańskiego oraz w Muzeum Książąt Czartoryskich. W pierwszym poza obrazami Wyspiańskiego znajdują się także dzieła innych młodopolskich malarzy, a także pierwsze egzemplarze wydanych wówczas powieści, sztuk teatralnych a nawet kostiumów scenicznych. W drugim zaś znajduje się jedyne w Polsce dzieło Leonarda da Vinci Dama z gronostajem. Mnie najbardziej podobała się, znajdująca w pierwszym muzeum, cała seria Portretów dzieci namalowana przez Wyspiańskiego. Są takie nostalgiczne: dzieci śpiące, dzieci zamyślone, dzieci o bardzo dojrzałym spojrzeniu. Jako mała dziewczynka zbierałam pocztówki z reprodukcjami tych dziecięcych portretów.Jeden z nich „Helenka" uchodził w rodzinie za portret mojej siostry, którą nazywaliśmy Nuną. Dzisiaj „mała Nuna wisi" u mnie na ścianie obok reprodukcji impresjonistów. W ten sposób widuję moją siostrzyczkę częściej niż w rzeczywistości. Obecnie mama sześcioletnich bliźniaków cierpi na chorobę dwudziestego pierwszego wieku, czyli chroniczny brak czasu.
Bardzo też spodobały mi się obrazy, których w ogóle nie znałam „Wnętrze paryskiej pracowni" oraz „Widok na Kopiec Kościuszki". Pastelowe, nostalgiczne, spokojne. Wyspiański nie był co prawda impresjonistą, ale niektóre jego obrazy bardzo przypominają mi dzieła impresjonistów. Zresztą o wiele słabiej znałam dotąd Wyspiańskiego - malarza, a o wiele lepiej Wyspiańskiego - dramatopisarza. Co do Damy z gronostajem - no cóż, nie wszystko musi się nam podobać. Nie należy ona do moich ulubionych dzieł Leonarda. Wolę Zwiastowanie czy Madonnę wśród skał. Mój number one to (znowu nie będę oryginalna) Ostatnia wieczerza. O ironio losu, tego właśnie obrazu nie widziałam w oryginale. Niestety, aby go obejrzeć należy „zamówić się" kilka miesięcy wcześniej, co i tak nie gwarantuje wejścia do refektarza kościoła Santa Maria Della Grazie, w którym znajduje się fresk. Poza tym w Mediolanie wg mojej wiedzy, poza Duomo nie ma nic ciekawego. To zresztą nie moja opinia. Tego typu zdania słyszałam od Włochów. Jeśli się mylę, proszę o sprostowanie. Ale wracam na Rynek i pod Sukiennice, a tam pomnik Mickiewicza, krakowskie kwiaciarki, stragany z pamiątkami, (królują we wszelkiej postaci smoki wawelskie i pawie pióra) oraz ogródki kawiarenek i restauracyjek.
No i moje ulubione knajpy. Z jednej strony jest to kawiarnia Noworolski z widokiem na pomnik Mickiewicza, z drugiej Kawiarnia/Restauracja Sukiennice. I choć „Noworol" ma bogatsze tradycje, a także bogatszy wystrój; pełen złoceń, pluszów, ozdób na ścianach, luster, kredensów, kanapek i foteli, ja lubię jednakowo oba lokale. Wychodzą ze mnie drobnomieszczańskie upodobania. W „Sukiennicach" spożyłam niezapomnianą kolację urodzinową. Późnego styczniowego wieczora, po przedstawieniu Biesy (o którym poniżej) w Teatrze Stu, zbiesiłam się i nabrałam ochoty na spacer po Rynku. Najpierw jednak wstąpiłam się rozgrzać i posilić. Zamówiłam coś mocniejszego na rozgrzewkę oraz wyśmienite grzyby w sosie śmietanowym z grzankami. Jedzenie było przepyszne. A może to tylko urok chwili spowodował, że takim mi się wydało. Przez okna restauracji oglądałam lampki migające na ogromnej, stojącej na Rynku choince, popijałam dobre winko i obserwowałam zmarzniętych przechodniów tańczących z wirującymi płatkami śniegu. Poczułam się trochę, jakbym była narratorem w bajce Andersena. Byłam bezpiecznie oddalona od zewnętrznego zimna i nie musząc marznąć mogłam podziwiać piękne obrazki. Kraków to wiele mniejszych i większych zauroczeń. Ale chyba jedno z większych wrażeń to Biesy w Teatrze STU. Reżyserował Krzysztof Jasiński, a grali min. Krzysztof Globisz, Radosław Krzyżanowski, Urszula Grabowska. Prawdę mówiąc nie bardzo miałam ochotę wybrać się na tego rodzaju przedstawienie. W dzień moich urodzin szukałam czegoś lekkiego, łatwego i przyjemnego, czyli komedii. Biesy Dostojewskiego - to rzecz trudna, spektakl trwał ponad 4 godziny, więc miałam obawy, czy mnie nie znudzi lub znuży swoją mądrością, powagą, trudnym tematem. Nie czytałam wcześniej książki. Z Dostojewskiego czytałam jedynie dawno temu Zbrodnię i karę (i podobała mi się). Tak więc pełna byłam obaw. Tymczasem okazało się, że przedstawienie było bardzo ciekawie zrobione, aktorzy grali fantastycznie, oprawę całości stanowił chór staro cerkiewno słowiański i było to świetne wykończenie i świetne przerywniki, kiedy emocji w powietrzu nagromadziło się tyle, że człowiek nie mógł tchu złapać. Czułam się jak w świątyni sztuki. Słowem, jak kilkanaście, czy nawet więcej niż kilkanaście lat temu. Pierwszy raz byłam na sztuce teatralnej w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku. Było to właśnie „Wesele" Wyspiańskiego, a ja byłam wówczas uczennicą szkoły podstawowej. Wtedy przedstawienia były jeszcze Sztuką, a nie przedsięwzięciem komercyjnym mającym za zadanie wywołać skandal, pełnym wulgaryzmów i golizny. Teatr STU jest inny od dotychczas odwiedzanych przeze mnie. Scena znajduje się pośrodku widowni, tak że aktorów ma się na wyciągnięcie ręki- zwłaszcza jak ktoś, tak jak ja siedzi w pierwszym rzędzie. Siedziałam przez te cztery godziny wbita w fotel i z zapartym tchem chłonęłam sztukę.
Nie można być w Krakowie i nie odwiedzić Kazimierza. Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale ilekroć jestem w Krakowie coś mnie tam ciągnie. To tak jak Watykan w Rzymie, czy Piazza Signoria we Florencji, nogi niosą same każdego dnia. Kazimierz jest taki, jak to się teraz mówi klimatyczny. Niezliczona ilość kawiarenek, knajpek, jadłodajni, małe kramiki ze starociami, hebrajskie napisy na szyldach sklepów, rynek, na którym kręcono sceny do filmu „Noce i dnie" (sceny z Kalisza) oraz piękne Synagogi i cmentarz Remu. Kazimierz budzi skrajne emocje, albo zachwyca, albo rozczarowuje. Jeśli ktoś nastawia się na piękne, uporządkowane, pastelowe widoki ulic, kolorowe witryny sklepów będzie rozczarowany. Za dnia jest tam dość ponuro, szaro i biednie. Stragany na rynku prezentują się raczej nędznie. Myślę, że inaczej może wyglądać Kazimierz wieczorem w blasku latarni i światełek licznych knajpek. Niestety, a może i dobrze, to doświadczenie jeszcze przede mną. Choć pewnie, niepoprawna marzycielka, rozczarowałaby się obrazkiem Kazimierza nocą, jaki pokazywany jest w naiwnych komedyjkach typu „Tylko nie kłam, kochanie". Nawiasem mówiąc bardzo mi się podobała ta komedyjka, choć jest tak banalna. A najbardziej podobają mi się tam widoki Krakowa. Z obejrzanych przeze mnie Synagog najbardziej podobały mi się Remu i Tempel. Dwie skrajnie różne świątynie. Pierwsza bardzo skromna, malutka, wręcz ascetyczna, druga dużo większa, bogato zdobiona, pełna eksponatów, obrazów, pamiątek kultury żydowskiej. Po wejściu do Synagogi Remu można doznać szoku, płaci się za bilet, wchodzi do jednego pomieszczenia i na tym kończy się zwiedzanie. Ciekawszym i wartym obejrzenia jest żydowski cmentarz Remu, znajdujący się tuż przy synagodze. Cmentarze żydowskie charakteryzują się tym, że na szczycie nagrobka kładzie się małe kamyki. Na cmentarzu nie mogłam znaleźć grobu Cadyka, na którym kładzie się karteczki z życzeniami (odnalazłam go w styczniu 2011 r.). Może i dobrze, bo podobno życzenie, aby się spełniło, powinno zostać złożone o północy. A chyba czasy moim spacerów nocnych po cmentarzu definitywnie minęły. Jest to jeden ze starszych zachowanych cmentarzy żydowskich, aż dziw bierze, że przetrwał wojenną zawieruchę. Na Kazimierzu odwiedziłam dwie knajpki. Pierwsza z nich, to mieszcząca się przy Rynku knajpka o francuskiej nazwie oznaczającej Kolory. Mieści się ona w B&B o tej samej nazwie. Podają tam bardzo smaczne, bardzo obfite i całkiem niedrogie śniadania. Naprawdę warto było przemierzyć pół miasta, aby zjeść pierwszy posiłek; zarówno dla samego jedzenia, jak i dla klimatu. Na ścianach stare afisze, plakaty, reprodukcje, sprawna i miła obsługa oraz różnojęzyczni goście.
Druga to Cafe Cawa - kawiarnia o bardzo ciekawym wystroju, pełno w niej starych radioodbiorników, mosiężnych, a może cynowych garnków, moździerzy, czajniczków.

Nie napisałam tu o Wawelu, który jest sercem Krakowa i który trzeba koniecznie odwiedzić, wspiąć się na dzwonnicę po dość wąskich i krętych schodkach, dotknąć serca Dzwonu Zygmunta,który dawniej towarzyszył Polakom w przełomowych momentach historii, wejść do krypty, w której leżą wielcy Polacy.
Uwielbiam Kraków.

Zdjęcia: 1. Dzwon Zygmunta, 2. Galeria na Floriańskiej pod gołym niebem, 3. Piwnica pod Złotą Pipą na Floriańskiej, 4.Sukiennice, 5. Portret Helenki Wyspiańskiego (moja Nunka), 6. Kawiarnia Noworolski na Rynku, 7. Synagoga Temple na Kazimierzu, 8. Cafe Cava

czwartek, 1 września 2011

Stowarzyszenie miłośników literatury i placka z kartoflanych obierek

Stowarzyszenie miłośników literatury i placka z kartoflanych obierek Mary Ann Shaffer i Annie Barrows przypomina mi w klimacie Anię z Zielonego Wzgórza. I rzecz nie tylko w tym, że akcja powieści toczy się podobnie, jak u Lucy Maud Montgomery na wyspie. Bohaterowie Stowarzyszenia przypominają mieszkańców wyspy Księcia Edwarda, a główna bohaterka Juliet ma przypominać Anię Shirley. Może to podobieństwo cechujące mieszkańców małych społeczności, może przypadek, a może zamierzone działanie. Intrygujący jest sam tytuł powieści; taki smakowity, zwłaszcza dla osoby lubiącej kartofelki w każdej postaci. Książka jest ciepłą, lekką opowieścią o trudnych czasach powojennych. Tym, co podoba mi się w niej najbardziej, jest jej forma. Powieść napisana została w formie listów. Uwielbiam pisać i uwielbiam dostawać listy. Lubię też je czytać. 
W parę miesięcy po II wojnie światowej młoda pisarka - Juliet otrzymuje od nieznanego mieszkańca wyspy Guernsey list z prośbą o pomoc w odnalezieniu pewnej książki oraz informacji na temat jej autora. Pretekstem do napisania listu jest wejście w posiadanie egzemplarza książki, który był wcześniej własnością Juliet. Z treści listu wynika, iż pan Dawsey (ów nieznajomy nadawca listu) należy do tajemniczego Stowarzyszenia miłośników literatury i placka z kartoflanych obierek. Pisarka, poszukująca tematu na książkę, zaintrygowana nazwą Stowarzyszenia nawiązuje korespondencję z Dawseyem oraz mieszkańcami wyspy. Im bardziej ich poznaje, tym większe budzą w niej zaciekawienie. Juliet odwiedza wyspę Guerney i z czasem staje się ona częścią jej własnej historii. Mieszkańcy wyspy, w większości prości ludzie przez dziwny (a jak się okazuje szczęśliwy) splot okoliczności poznają uroki, jakie może dać literatura. Niektórzy z nich, zanim zostali członkami stowarzyszenia nie przeczytali ani jednej książki, inni nie przeczytali jej także po przystąpieniu do niego. To właśnie książki, ich czytanie, opowiadanie ich treści jest tym, co wiąże do niedawna obcych sobie ludzi. Ich spotkania i wyrażanie opinii na temat przeczytanych lektur przypomina nieco dzisiejsze pisanie blogów. Fascynująca jest ta miłość do literatury wśród prostych ludzi. Ich opinie są szczere i niebanalne, a jednocześnie bardzo ciekawe. Miłość mieszkańców wyspy do literatury jest tym, co mnie w tej książce urzekło. Nie mogłoby być inaczej. Czuję duchową więź z bohaterami książki z powodu tego ciepłego uczucia, jakim darzą czytanie książek.Powieść opowiada też o przyjaźni i różnych jej odmianach. Dzięki wspólnym zainteresowaniom dotąd obcy sobie ludzie zaczynają poznawać się nawzajem. To nie wojna jest tym, co łączy tych ludzi, a właśnie zamiłowanie do książek.
Książka dotyka też trudnego tematu okupacji niemieckiej na wyspach Normanckich. 
Stowarzyszenie napisane jest lekko i z humorem. Listy są urocze, pełne dowcipu i mądrości. Książka niesie optymistyczne przesłanie na temat pozytywnej roli literatury w życiu człowieka. 
Wszystko jest fantastyczne, może nieco nazbyt słodkie. Przedstawiony obraz świata i małej społeczności jest moim zdaniem zbyt wyidealizowany, a przez to nieprawdziwy. Podobają mi się listy pisane przez mieszkańców wyspy, ale już postacie ich autorów nieco mniej, są one niemal bez wad, można rzec, iż wyspę zamieszkują same ideały. Nie poczułam sympatii do Juliet, która wg mnie jest nieco papierowa i nijaka. Od powieściopisarki można by wymagać nieco więcej dojrzałości. Pomijając jednak te mankamenty książka jest dobrym czytadłem i na pewno znajdzie wielu zwolenników. Mnie być może zbytnio przeszkadzało narzucające się podobieństwo do Ani z Zielonego Wzgórza, która jak dla mnie jest niedościgłym wzorem. 
Jednak uważam, że książkę warto przeczytać i gorąco polecam, a zwłaszcza zwolennikom literatury lekkiej, łatwej i przyjemnej.Nie od razu dodaję, iż nie mam nic przeciwko takiej literaturze. Mnie czytanie sprawiło przyjemność. 
Ocenę podwyższam ze względu na formę książki i poruszenie tematu zamiłowania do książek. Ten temat nie może się nie spodobać miłośnikom literatury, jakimi są wszyscy piszący na temat przeczytanych książek.
Moja ocena 4,5/6
Książkę dostałam przesyłką listową z Rzymu od Edyty, za co bardzo serdecznie dziękuję. Edyta zażyczyła sobie, aby po przeczytaniu książkę przesłać kolejnej osobie, co uważam jest wspaniałym pomysłem dla książki napisanej w formie listów, a co niezwłocznie uczynię. Na pierwszej stronie książki widnieją nazwiska osób, które książkę przeczytały. Jestem trzecią jej czytelniczką. Jeśli kiedyś książka trafi w wasze ręce dajcie znać. Edyta nie prowadzi blooga (jeszcze), ale prowadzi B&B w Rzymie, w którym zatrzymuję się podczas moich licznych odwiedzin Caput Mundi.