Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 21 sierpnia 2011

Jestem Brun-etką, czyli Bruno Pelletier w Polsce

Niedawno dowiedziałam się, że jestem brunetką. Moje zdziwienie było tym większe, iż całe życie byłam blondynką. Brun-etkami nazwały się wielbicielki Bruno Pelletiera.
Znacie? Nie sądzę. Ani radio ani telewizja nie dały nam okazji, poznania tego kanadyjskiego piosenkarza. A szkoda. Ma on bowiem wspaniały głos, jego płyty mają status złotych i platynowych, a musicale z jego udziałem przyciągają rzesze fanów na całym świecie.

Bruno Pelletiera poznałam słuchając musicalu "Notre Dame de Paris", w którym kreował rolę Gringoire (poety, barda i narratora). Wykonywane przez niego pieśni są jednymi z moich ulubionych (Le temps des cathedrales, Lune czy Florence). Chociaż w przypadku tego musicalu trudno mówić o ulubionych piosenkach, bowiem wszystkie są fantastyczne. W musicalu w roli tytułowej Dzwonnika z Notre Dame występował Garou. Tego Kanadyjczyka nie trzeba chyba przedstawiać, miał on więcej szczęścia do polskich mediów, wydano parę jego płyt, był nawet gościem na jednym z festiwali, gdzie razem z Piotrem Cugowskim i Robertem Janowskim zaśpiewali piosenkę „Belle” z musicalu NDdP.
W Polsce płyt Bruno nie można dostać. Trudno zatem, aby był znany. A wielka to szkoda. Śpiewa po francusku i śpiewa przepięknie. Na tle podobnych do siebie brzmień wykonawców współczesnej muzy wyróżnia się niepowtarzalnym ciepłym głosem i wspaniałym wykonaniem.
Jego piosenek możemy na razie posłuchać jedynie na Youtube. Jest jednak szansa na spotkanie z Bruno Pelletierem. Z zapowiedzi internetowych wynika, iż 14 listopada 2011 r. Bruno zagra swój pierwszy koncert w Polsce w Sali Kongresowej w Warszawie. Ja już się nie mogę doczekać. Myślę, że jego wykonanie spodoba się tym, którzy cenią dobrą francuską piosenkę.
Pisanie o muzyce bez muzyki to jak oglądanie obrazów przez niewidomego.
Tutaj możemy posłuchać pieśni Lune
A tutaj z ostatniej pyty Microphonium nostalgiczne - Apres toi le deluge

Dla tych, którzy chcieliby poznać bliżej sylwetkę piosenkarza polecam polską stronę Bruna, gdzie znajduje się wiele ciekawostek na temat piosenkarza

Zdjęcia; 1. Bruno dziś, 2. Bruno jako Gringoire w musicalu NDdP

O samym musicalu, widowisku i koncercie będę pisała jeszcze nie raz, bowiem należy on do moich ukochanych muzycznych nałogów, dla których byłam w stanie wiele zrobić i robię nadal.
Dopisane 11.09.2011 r.- z przykrością muszę powiadomić, iż koncert Bruna został przełożony na przyszły rok. Jestem zawiedzioną Brun-etką.
Dopisane 20.11.2013 r. - a jednak wystąpi 10.04.2014 r. w Sali Kongresowej w Warszawie. Informacja na polskojęzycznej stronie Bruno 

Czy można kochać za nadto- wyrodne córki, czyli żądza pieniądza (Ojciec Goriot)


„Ojciec Goriot” pióra Honoriusza Balzaka to wydana w 1835 r. kolejna powieść z cyklu „Komedia Ludzka”. 
Charakterystyczną cechą Komedii Balzaka jest występowanie bohaterów jednej powieści także na kartach innych powieści. Tak więc główny bohater jednego utworu występuje w innym, jako postać drugoplanowa lub uczestnik epizodu. Ponieważ cały cykl liczy sobie ponad 130 utworów, a występujących w nim postaci jest ponad dwie setki niezwykłej pomysłowości autora wymagało to literackie „wykreowanie” postaci. Aby poznać złożoność charakterów należałoby przeczytać wszystkie części cyklu. Jakież zdziwienie budzi bowiem postać, co do której nabieramy przekonania, iż zdołaliśmy ją poznać w jednej z części, a którą spotykając na kartach kolejnej książki odkrywamy na nowo. 
Akcja powieści dzieje się w okresie restauracji Burbonów, co jest nie bez znaczenia dla fabuły powieści. Umożliwienie pięcia się po szczeblach drabiny społecznej powodowało, iż walka o wspięcie się na kolejny szczebel nie przebierała w środkach. Dla możliwości zdobycia kolejnych kilku tysięcy franków rocznie, czy dla nadziei znalezienia się na salonach baronostwa, hrabiostwa, czy merostwa cena nie grała roli. Żądza pieniądza, chciwość, pragnienie awansu do wyższej klasy powodowały swoistą filozofię, która zdawała się wprowadzać w życie makiawelistyczną zasadę „cel uświęca środki”.
Będący jednym z głównych bohaterów powieści Rastignac staje się synonimem osoby, która gotowa jest na wszystko, aby polepszyć swą społeczną pozycję. W małym, obskurnym paryskim pensjonacie pani Vaquer, gdzie nędza i szpetota wygląda z każdego kąta, gdzie szaro-buro i wilgotno egzystują obok siebie tajemniczy filozof Vautrin, zubażała panna Wiktoryna z ciotką-opiekunką, student prawa Rastignac oraz emerytowany producent makaronu Jan, Joachim Goriot, zwany przez mieszkańców tego tandetnego przybytku ojcem Goriot. 
Tytułowy bohater to producent makaronu, który dorobiwszy się sporego majątku przekazał niemal wszystko córkom, sam zamieszkując w nędznej klitce. Z oślepiającej, bałwochwalczej, obrazoburczej miłości do córek sam cierpiąc zimno, głód, szyderstwa współmieszkańców, osamotnienie pozbawia się rodzinnych pamiątek i ostatnich resztek fortuny. Co dostaje w zamian? Ukradkowe spotkania w parku, wymuszone słówko rzucone w przelocie, czasami pretensje, lekkie ukłucie chłodu w przebłyskach świadomości, ledwie dostrzegalne poczucie wstydu i zażenowania, z powodu braku ogłady i wykształcenia oraz jawną niechęć zięciów. Miłość, uczucie tak wzniosłe i piękne, ukazana jest tutaj jako jednostka chorobowa. Miłość, jaką Goriot darzy swoje córki: Anastazję de Restand i Delfinę de Nucingen graniczy niemal z obłędem. I na moje pytanie, czy można kochać za mocno- odpowiem, że nie. Nie można kochać za mocno, ale można kochać głupio. Takie uczucie niszczy obie strony. Ojciec, pragnący dać swoim dzieciom szczęśliwe i radosne życie, dał im wszystko, co można przeliczyć na pieniądze; wykształcenie, stosunki w świecie, bogactwo liczone w tysiącach franków. Dał też coś ponadto „życiowe kalectwo”. Ojciec Goriot to przejmujące studium wyniszczającej miłości rodzicielskiej. Czytając książkę nie czułam litości dla biednego starca, czułam raczej gniew i oburzenie. Uważałam, że to co go spotkało nie było jedynie wynikiem okoliczności zewnętrznych, było też wynikiem jego własnego postępowania. Sam Goriot zdaje sobie z tego sprawę, kiedy jest już za późno. 


Drugi z bohaterów to Eugeniusz de Rastignac. Przybywszy z prowincji do Paryża, jako młody, uczciwy i niewinny człowiek szybko przeobraża się w bywalca salonów. Dla obietnicy znalezienia się w salonach, lożach teatralnych, powozach, na balach a też i w sypialniach bogatych arystokratek jest w stanie poświęcić wszystko (począwszy od porzucenia kodeksu moralnego, poprzez zrujnowanie matki i sióstr aż do zbrodni włącznie. Eugeniusz co prawda nie wyraził jeszcze zgody na rozwiązanie ostateczne, ale wydaje się to tylko kwestią czasu). Charakterystycznym jest wewnętrzne zakłamanie postaci. Eugeniusza oburza stosunek córek względem ojca Goriot, co nie przeszkadza mu pozbawić oszczędności życia matkę, ciotkę i siostry, Eugeniusz wzdryga się na myśl o poślubieniu panny Wiktoryny dla pieniędzy, co nie przeszkadza mu w snuciu planów pozyskania względów delfiny (czyt. zostania jej kochankiem i utrzymankiem). 
Kolejną ciekawą postacią jest Vautrin, poszukiwany przez policję mistrz zbrodni. Vautrin to ten który czyniąc zło, jako jedyny potrafi je nazwać po imieniu. Można go nazwać sumieniem społeczeństwa. Społeczeństwa, które jest w ciągłej walce, kto kogo okpi. Ojciec Goriot to powieść o pełnym kontrastów społeczeństwie Paryża. Kontrastu pomiędzy bogactwem warstw najwyższych a nędzą warstw dolnych. Można odnieść wrażenie, iż jedynym pragnieniem ludzi jest dostać się na salony (biedota) lub na tych salonach pozostać przez całe życie (arystokracja). 
Autor przedstawia świat, w którym żądza posiadania pieniądza przesłania wszelkie wartości. Można odnieść wrażenie, że w Paryżu nie ma ani jednego uczciwego człowieka. Wystarczy spojrzeć na zachowanie mieszkańców pensjonatu podczas sceny finałowej. 
Ja dostrzegłam jednak kogoś, kogo zdaje się ten świat kapitału nie zepsuł. Jest to Wiktoryna. Po śmierci matki, nie uznana przez bogatego ojca (negatywnego bohatera „Czerwonej oberży”) czas swój dzieli pomiędzy comiesięcznymi wizytami u ojca, będącymi próbą zmiękczenia serca staruszka i przekonania go o swojej bezinteresowności, a wzdychaniem do studenta prawa, który stara się tych jej westchnień nie zauważać, przynajmniej do czasu. Wiktoryna jawi się tutaj jako uosobienie dobroci i bezinteresowności, lecz znając już troszkę Balzaca ciekawa jestem, czy w kolejnej książce Wiktoryna nie okaże się podstępną i przebiegłą żmijką. Przeczytawszy bowiem kilka książek Balzaka i kilkanaście recenzji można śmiało stwierdzić, iż według powieściopisarza świat jest miejscem zepsucia i zgnilizny, a niemal każdy człowiek (zwłaszcza człowiek dobrze sytuowany) ma na sumieniu mroczną tajemnicę.  
A oto nauka, jaką otrzymuje Rastignac od jednej ze swoich protektorek:
„Im zimniej będziesz obliczał, tym dalej zajdziesz. Uderzaj bez litości, będą się ciebie bali. Bierz mężczyzn i kobiety jedynie za konie pocztowe, choćby miały paść na stacji, dojdziesz w ten sposób do celu. Pojmujesz, nie będziesz niczym w tym świecie, jeśli nie znajdziesz kobiety, która by się tobą zajęła. Musi być młoda, bogata, wytworna. Ale jeżeli masz prawdziwe uczucie, ukryj je jak skarb; nie pozwól się go nigdy domyślić, byłbyś zgubiony. Nie byłbyś już katem, stałbyś się ofiarą. Jeśli kiedykolwiek pokochasz, strzeż pilnie tego sekretu."
Jako ciekawostka - Balzak był oskarżany o plagiat ze względu na podobieństwo Ojca Goriot do Króla Leara.
Moja ocena 5/6

piątek, 19 sierpnia 2011

Nie tylko o tym, jak Gośka nago na miotle latała, czyli Mistrz i Małgorzata

..."Bądź tak uprzejmy i spróbuj przemyśleć następujący problem - na co by się zdało twoje dobro, gdyby nie istniało zło, i jak by wyglądała ziemia, gdyby z niej zniknęły cienie? Przecież cienie rzucają przedmioty i ludzie..."
Mistrza i Małgorzatę M. Bułhakowa czytałam po raz pierwszy wiele lat temu. Była to jednak inna wersja powieści; skrócona i ocenzurowana. Wersja, jakiej niedawno wysłuchałam (audiobook) jest pełną wersją powieści. Nie mniej jednak już tamta pierwsza lektura zauroczyła mnie, wprowadzając w świat magii, symboli i tajemnic. Powieść Bułhakowa to połączenie satyry, powieści miłosnej, rozważań filozoficznych, komedii, kryminału i fantazji. Powieść jest wieloznaczna i pełna symboli; są tam gadający kot, obywatele z poucinanymi głowami, chodzące garnitury, przemieszczający się w czasie i przestrzeni obywatele, pieniądze zamieniające się w papier, obywatelki w samej bieliźnie, latająca na miotle naga kobieta, zamieniony w wieprzka urzędnik. Są rozważania na temat dobra i zła. Jest też wielka miłość, dla której nie ma granic. No i jest fantastyczny, surrealistyczny, upiorny i intrygujący Bal u Szatana, na którym naga Małgorzata pełni rolę królowej. Dla mnie jest to powieść magiczna. Fabuła opiera się na trzech wątkach; pobytu szatana w Moskwie, miłości mistrza i Małgorzaty oraz spotkania Jezusa (tutaj Joszui) z Piłatem. Najmniej zajmująca, jak dla mnie jest wątek religijny; historia Jezusa, Piłata i Mateusza Lewity. Poza pierwszą jej częścią (fantastyczną) pozostała opowieść może nieco znużyć, choć muszę przyznać -wątek ten jest niezbędny dla całości powieści. Dwa pozostałe wątki mieszają się ze sobą. Szatan wraz ze swoją świtą (Korowiewem, kotem Behemotem, Azazzello i Helą) przybywa do Moskwy. A skutki jego działalności nie pozostają bez wpływu na życie Mistrza i Małgorzaty. Szatan dokonuje pokazów czarnej magii w teatrze, urządza bal, a przy okazji demaskuje absurdy radzieckiej rzeczywistości. Na jaw wychodzą ludzkie ułomności; zachłanność, obłuda, nieuczciwość. Wady te mają uosabiać system komunistyczny w stalinowskiej Rosji. Są tu pazerni na pieniądze urzędnicy, żądne pięknych strojów obywatelki, sprzedawcy nieświeżej żywności oraz mierni, piszący na zamówienie literaci. Powieść przedstawia smutną rzeczywistość początku XX wieku w Rosji Radzieckiej. Rzeczywistość, w której brakuje wszystkiego; począwszy od dóbr materialnych a skończywszy na walorach moralnych, choć może należałoby odwrócić kolejność. I co dziwne, to właśnie Szatan (Woland), któremu przypisuje się całe zło jest jednocześnie tym, który czyni dobro. „Jam częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąc, wiecznie dobro czyni”. Nie tylko ten cytat z Fausta odwołuje się do powieści Goethego. Historia Małgorzaty, która jest gotowa duszę diabłu zaprzedać dla ratowania swojego ukochanego Mistrza przypomina historię Fausta, który gotów był duszę diabłu oddać w zamian za odnalezienie sensu życia. Jakkolwiek działania Wolanda nie zmieniają biegu zdarzeń ani ludzkich serc i charakterów, to jednak właśnie on był tym, który w świecie ateizmu udowadniał poecie Berliozowi, że historia Joszui (Jezusa) była historią prawdziwą. To on i jego świta piętnując zło i naśmiewając się zeń spełniają dobry uczynek obnażając je. To on wreszcie w świecie bez zasad wyznawał pewne zasady i nie tylko wynagrodził lojalność i posłuszeństwo Małgorzaty, ale także potrafił docenić jej bezinteresowną dobroć. Kiedy Małgorzata po wypełnieniu swego zadania mogła poprosić Szatana o jedną, jedyną rzecz i prosiła o coś nie dla siebie Woland pozwolił jej na kolejną prośbę. Moim zdaniem książka powinna nazywać się Szatan i Małgorzata. I jeszcze jedno. Książkę czyta aktor Henryk Boukołowski i czyta ją wspaniale. Myślę, że jego interpretacja jest swego rodzaju dziełem sztuki. Tutaj fragment filmu scena balu u Szatana Znalazłam go na youtube i lubię od czasu do czasu obejrzeć sobie tę scenę, mimo, iż filmu nie znam, a opinie są na tego temat dość rozbieżne. Woland do Małgorzaty: niech pani nigdy nikogo i o nic nie prosi! Nigdy i o nic, tych zwłaszcza, którzy są od pani potężniejsi. Sami zaproponują, sami wszystko dadzą. Moja ocena 6/6

czwartek, 18 sierpnia 2011

Pasterka Camille Pissarro -odc. 2 z serii moi ulubieńcy

Szczerze mówiąc zanim nie przeczytałam "Bezmiaru sławy" Irwina Stone niewiele wiedziałam na temat malarza. Jego nazwisko mignęło mi w albumach impresjonistów oraz na wystawach, ale gdybym miała wymienić tytuł choć jednego obrazu miałabym duże problemy. Chociaż pamiętałam, że na dwóch wystawach impresjonistów dzieła Pissarra i Sisleya (oprócz tych najbardziej znanych) zrobiły na mnie największe wrażenie. Nie zapamiętałam szczegółów, zapamiętałam klimat. 

Urodzony w 1830 r. malarz uznawany był za "ojca" impresjonizmu. Studiował u znanego francuskiego pejzażysty "ojczulka" Corota. Malował głównie sceny wiejskiego życia, pejzaże a także scenki z Montmartre. Uczyli się u niego Paul Cezane i Paul Gauguin. W przeciwieństwie do większości artystów żył w tradycyjnym związku małżeńskim i miał siedmioro dzieci. Podobnie, jak większość impresjonistów całe życie borykał się z brakiem pieniędzy i żył w ubóstwie. Za swojego życia udało mu się sprzedać zaledwie kilka obrazów, obecnie w Stanach Zjednoczonych jego prace sprzedawane są za około 4 miliony dolarów. A oto mój ulubiony obraz, nazwany Pasterką, albo też Dziewczyną z gałązką lub Dziewczyną z patykiem. 

Młoda dziewczyna z ubioru sądząc wieśniaczka z gałęzią w ręku siedzi na soczysto zielonej murawie. Ten prozaiczny z pozoru temat tchnie spokojem. Ta dziewczyna po prostu jest, tkwi w nieskończoności. Odnoszę wrażenie, że myśli pasterki bujają gdzieś w obłokach, a codzienność nie ma do niej dostępu. Nie ważne jest teraz, czy jej chlebodawcy są dla niej dobrzy, czy źli, czy byli dziś z niej zadowoleni, czy też nie, czy spotkała ją jakaś przykrość, czy wielka radość. Ona wtopiona jest w otoczenie, jest zespolona z naturą. Jest sama, ale nie samotna. Kiedy patrzę na obrazy impresjonistów widzę chwilę zatrzymaną w czasie, widzę jej ulotność, jej poezję, jej piękno. Pastelowe barwy obrazu wprawiają widza w rodzaj błogostanu. Świetlne refleksy dają odpocząć zmęczonym oczom. Żadnych problemów, żadnych egzystencjalnych pytań, żadnej misji, żadnego zadęcia. Choć patrząc na ten obraz można potwierdzić, że ważniejsze jest być, niż mieć. Wystarczy być. 

Dziewczyna nie wygląda na szczęśliwą, ale też nie wygląda na nieszczęśliwą. Zamyślenie nadaje jej twarzy jakiś cień smutku. Ale w obrazach impresjonistów nawet smutek bywa piękny i poetyczny. Dlatego tak lubię impresjonistów. A oto ten sam obraz w ciemniejszych barwach. To dla wielbicieli bardziej mrocznych klimatów. Zamieszczone w internecie reprodukcje mają różne warianty kolorystyczne. Zdjęcia 1.Autoportret malarza, 2-3 pasterka (dziewczyna z gałązką lub dziewczyna z patykiem)- obraz znajduje się w Orsay. W internecie dostępne są jak zwykle różne wersje kolorystyczne. I jeszcze jedno dzieło w podobnym klimacie Kobieta z dzieckiem przy studni Czyż te obrazy nie wyglądają idyllicznie?

środa, 17 sierpnia 2011

Komentować, czy nie komentować oto jest pytanie

Czytam ostatnio na kilku bloogach (które lubię i których autorów szanuję) a także na facebooku wypowiedzi dotyczące zostawiania komentarzy, których treść irytuje autorów bloogów. Czytałam również, iż treść niektórych recenzji jest poniżej poziomu, zawiera błędy (w odmianie nazwisk cudzoziemskich, błędy stylistyczne, interpunkcyjne i o zgrozo ortograficzne).
Czytam i robi mi się nieswojo, bo oczywiście biorę wszystko do siebie. Robię rachunek sumienia, ile i komu zostawiłam komentarzy o treści "Ciekawa recenzja, dopisuję książkę do listy do przeczytania" - bo, że zostawiłam to pewne. Zastanawiam się, czy przypadkiem kogoś nie poinformowałam, iż dopisałam jego bloog do ulubionych (wychodzi mi, że na pewno Lirael, ale być może jeszcze kogoś, jeśli tak i jeśli ktoś potraktował to jako oczekiwanie na wzajemność - to przepraszam. Podobnie, jak książkowiec nie wiedziałam, że może to zostać odebrane jako zachowanie nieeleganckie i zahaczające o reklamę. Zanim przeniosłam się na bloogspot prowadziłam (i nadal to robię) blooga na WP (piszę tam o podróżach, musicalach i o książkach, których czytanie sprawia mi przyjemność). W moim przekonaniu poinformowanie kogoś o uznaniu (dodaniu blooga do ulubionych) jest wyrazem szacunku dla takiej osoby, a także chęcią sprawienia mu przyjemności.
Z niemal rocznych doświadczeń prowadzenia blooga na WP mogę napisać, że tego typu zachowanie nie było tam nigdy kwestionowane.
Sądziłam, że pisząc te parę słów o nieprzeczytanych książkach (nawet to przysłowiowe - opisałaś tak pięknie książkę, że czuję, iż muszę ją przeczytać) wyrażam swój podziw dla treści recenzji. Uważam, że większość autorów bloogów (zresztą niedawno dowiedziałam się, że w przewadze są to nauczyciele lub poloniści) ma prawdziwy dar pisania ciekawych, nieszablonowych recenzji i choć to brzydkie uczucie zazdroszczę im tego. Moje recenzje trudno nazwać profesjonalnymi, bo też zakładając blooga nie wyczytałam takiego wymogu. Piszę z potrzeby serca o tych swoich ochach i achach. Swój nieprofesjonalny i subiektywny osąd wyrażam bardziej emocjami niż piękną polszczyzną. Nie sądzę też, aby ktoś moje "recenzje" potraktował, jako probierz wartości nowo wydanej książki, gdyż nowości czytam niewiele, zdecydowanie wolę czytać klasykę.
Każdy ma prawo do wyrażenia tego, co go irytuje, wkurza, boli. A, że w pewien sposób poczułam się wywołana do tablicy - chciałam napisać, co ja myślę na ten temat.
Być może nie rozumiem problemu pozostawiania nic nie wnoszących komentarzy (stanowiących pewien rodzaj konkurencji w pozyskaniu zleceniodawców, bo tak zrozumiałam sens wypowiedzi bloogerów i apele o ignorowanie komentatorów i o wyższą jakość wpisów) ponieważ nie współpracuję, ani nigdy nie będę współpracowała z żadnym wydawnictwem.
Ja w każdym razie zastanowię się mocno, zanim napiszę kolejny komentarz typu "zamierzam przeczytać książkę", skoro jest to odbierane jako pusty nic nie wnoszący gest.
U mnie natomiast każdy komentarz jest mile widziany, nawet ten niewiele wnoszący do treści wpisu, podobnie, jak każda wizyta (nawet bez komentarza).