niedziela, 30 września 2012

Tak trzymać - trylogia S. Fleszerowej-Muskat


Wydawnictwo morskie - rok 1988, ilość stron łącznie 1628 stron. Na Trylogię; Wiatr od morza, Brzeg oraz Niepokorni, niepokonani czyhałam w bibliotece od dość dawna. Coś mi się majaczyło, że czytałam dość dawno temu, ale pewności nie miałam. Poza tym po obejrzeniu filmu „Miasto z morza” chciałam przeczytać książkę. Wiem, wiem. Film nie cieszy się dobrymi recenzjami, ale skoro jednym z głównych zarzutów stawianych filmowi było zniszczenie świetnego scenariusza w postaci I tomu trylogii tym bardziej byłam lektury ciekawa.


Nie będę opisywać każdego tomu z osobna, bo moim zdaniem trylogia stanowi nierozerwalną całość, którą powinno się przeczytać, jeśli nie ciurkiem, to przynajmniej zachowując chronologię. „Tak trzymać” to obok „Pozwólcie nam krzyczeć” moim zdaniem najlepsza z czytanych przeze mnie książek Fleszerowej. Być może na mojej ocenie zaważył fakt, iż dotyczy ona regionu szczególnie mi bliskiego. Jako rodowitej Gdańszczance nie mogła mi nie przypaść do gustu historia, której akcja rozpoczyna się w małej osadzie rybackiej Gdynia, która z czasem nabywa prawa miejskie, do czego niewątpliwie przyczyniła się budowa portu morskiego, mającego być alternatywą dla coraz bardziej proniemieckiego portu w Gdańsku. Wolne miasto Gdańsk także odgrywa niepoślednie miejsce w powieści. Czas akcji obejmuje okres od początku lat dwudziestych ubiegłego wieku do końca drugiej wojny światowej.

Tak trzymać! - to komenda, jaką dowódca okrętu rzuca załodze, kiedy jednostka osiąga właściwy kurs. Tak trzymać - jest zatem próbą uchwycenia tego właściwego kursu dla rzuconych w odmęty historii bohaterów dramatu. Ale, zanim los rzuci ich na wzburzone fale wojennej zawieruchy poznajemy ich w szczęśliwych latach dwudziestych. A szczęśliwe są przynajmniej dla tych, którzy czerpią radość przynależną pionierom z możliwości tworzenia czegoś całkowicie nowego i własnego, czegoś, co zapewnić im ma dobrą, dostatnią przyszłość, ale także ma pokazać, że po latach niewoli - potrafimy i wybudujemy port, który będzie naszym oknem na świat, nawet jeśli przy pomocy Francuzów, to wykorzystując własne umiejętności i siłę własnych rąk, stworzymy coś wielkiego, ważnego i nowoczesnego, coś, co będzie miała znaczenie nie tylko gospodarcze, ale i polityczne (militarne). Początki państwowości po latach zaborów, budzące się nadzieje, radości i rozczarowania najuboższej warstwy społecznej, coraz większe wpływy niemieckie w Wolnym Mieście Gdańsku podporządkowanym proniemieckiemu Komisarzowi Ligii Narodów, pierwsze antypolskie manifestacje, wrogość i nieufność rdzennych mieszkańców (Kaszubów) przeciwko ludności napływowej i w końcu współdziałanie wszystkich ku realizacji jednego celu - wybudowaniu nowoczesnego portu – to tło pierwszego tomu trylogii (Wiatr od morza).

Do Gdyni przybywa ze wsi pod Przeworskim, młody „nieukończony” gimnazjalista, poszukujący pracy w nowo tworzonym porcie. Gazety przedstawiają małą osadę, jako krainę miodem i mlekiem płynącą, gdzie każdy znajdzie i zatrudnienie i mieszkanie. Rzeczywistość okazuje się jednak dużo mniej obiecująca; ani pracy, ani miejsca do spania, ani pieniędzy ukradzionych w trakcie dalekiej podróży. Jest jedynie plaża, morze i opuszczona (jak się Krzysztofowi wydaje) łódź do spania. Łódź, która przez parę tygodni zostanie jego domem, a którą przyjdzie mu dzielić z trzema innymi poszukiwaczami szczęścia. Krzysztof poznaje przybyłego tu Wołodię Jazowieckiego, urodzonego w Kijowie, syna bogatego rodu, którego ojciec zatęskniwszy za Ojczyzną zdecydował się na morderczą podróż przez pół Rosji, w trakcie której stracił żonę, a Wołodia matkę. Podróż do kraju, w którym nikt nie witał ich z otwartymi ramionami, a rzeczywistość, w której się znaleźli daleko odbiegała od wyobrażeń o ukochanej Ojczyźnie. Krzysztof - prostolinijny, z ubogiej, acz wykształconej nauczycielskiej rodziny i Wołodia - człowiek „niezniszczalny”, taki, który zawsze ma uśmiech na twarzy i poradzi sobie w każdych warunkach, nie ma dyplomów ukończenia szkół, bo uczył się dla siebie, a nie dla papierka, ale zna się na wszystkim po trochu, a przede wszystkim doskonale znale parę języków obcych, dzięki czemu może załatwić pracę sobie i paru innym osobom u budujących port Francuzów. Tych dwoje tak różnych ludzi, z czasem staje się dobrymi przyjaciółmi. Głównych bohaterów książki jest o wiele więcej, jednak jądro powieści stanowi kaszubska rodzina Konków, wokół której osnuta jest akcja powieści. To głównie oni i wszyscy, których los splótł ich dzieje z tą kaszubską rodziną będą w dwóch kolejnych tomach (wybuch wojny okupacja, walka) postawieni przed najtrudniejszymi wyborami. Wyborami, które zaważą na całej ich przyszłości (i nie chodzi tu nawet o życie, ale czasami o godną śmierć). 

Postacie fikcyjne przeplatają się z postaciami realnymi, a fakty historyczne z literacką fabułą. Tadeusz Wenda (projektant i budowniczy portu), Stanisław Dąbek (dowódca Morskiej Brygady Obrony Narodowej oraz p.o. dowódcy Lądowej obrony wybrzeża podczas kampanii wrześniowej), Bruno Jasieński (pisarz-futurysta o lewicowych poglądach), obrona Oksywia, i obrona Helu, wyprowadzenie okrętów podwodnych do Anglii oraz tworzenie polskiej floty u boku Anglików, konwoje do Murmańska, obóz koncentracyjny w Stutthofie, partyzantka na Pomorzu, zatopienie niemieckiej jednostki u wejścia do portu w Gdyni to tylko niektóre z osób i wydarzeń występujących w trylogii.

Na ponad tysiąc sześciuset stronach autorka przedstawia niezwykle poruszające ludzkie historie, dramaty ludzi postawionych przed wyborami, dla których nie było dobrych rozwiązań, a jednak autorka opowiada się jedynej, właściwej stronie, żadnych kompromisów, żadnych układów z najeźdźcą. I nawet, jeśli usprawiedliwia, nawet, jeśli mówi, że wybaczenie będzie możliwe z czasem, to jej postawa jest jednoznaczna.

Książka wielowątkowa, wielowymiarowa, postacie nieszablonowe, niejednoznaczne. Pisząc o pobycie w niewoli, życiu w obozie, przesłuchaniach na gestapo nie epatuje drastycznymi scenami, a mimo to wyciska łzy z oczu. Muszę przyznać, że dawno się tak nie spłakałam podczas lektury.

Nie można tej książce zarzucić braku prawdy historycznej: od zachowania polskich władz zarówno w okresie międzywojennym, jak i w czasie wojny po politykę Francji, Anglii, czy Finlandii a nawet zasygnalizowanie, iż walczące u boku anglików jednostki nie będą miały powrotu do ojczyzny. Tylko Rosja w tym wszystkim jawi się (niczym w „Czterech Pancernych i psie”), jak dobry wujaszek Wania, który przyszedł i wyzwolił. No, ale czego innego można by się spodziewać po długoletniej działaczce PZPR, która wierzę, że wierzyła w to co pisze.

Jeśli coś poza tym raziło mnie w treści samej książki, to był to, występujący od czasu do czasu, nadmierny patos wypowiedzi bohaterów, którzy nie dość, że zachowali się, jak należy, to jeszcze wyjaśniali to w wielce podniosły sposób. Trafiłam też na kilka, rażących mnie metafor, ale w sumie są to drobnostki, które nie mogą mi przesłonić oceny całości dzieła. Uważam, że jeśli miałabym przeczytać w życiu jedną tylko książkę Fleszerowej – to byłaby nią trylogia Tak trzymać. I wam także polecam, a zwłaszcza tym, którzy kochają morze.

Moja ocena – 5,5/6

I jeszcze tylko króciutko film Miasto z morza w stosunku do książki jest, jak polukrowane ciasteczko o smaku makulatury, więc osoby, którym się nie podobał nie powinny sugerować się filmem podejmując decyzję dotyczącą czytać czy nie czytać (a będzie to decyzja ciężka, bo komu się dzisiaj chce czytać trzy książki o tak sporej objętości). I moim zdaniem nie wykreśliłabym żadnej z historii w książce opisanej.

Natomiast mnie film, mimo, że przyznaję nie najwyższych lotów bardzo się podobał (chyba zaraz obejrzę go jeszcze raz). I choć rzeczywiście z książką niewiele ma wspólnego to morze, fregata i Wołodia w mundurze, któremu trudno się oprzeć…

28 komentarzy:

  1. Grzebię w zakamarkach pamięci i wydłubuję okruchy - podobnie jak ty. Miała swój czas autorka w moim czytelniczym transie. Z przyjemnością sobie odświeżam. Tak myślę, że nieufność do Polaków została Kaszubom do dziś, szczególnie jednemu;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba się domyślam tego nieufnego Kaszuba, ale Kaszub to też Polak:) Też kiedyś, za młodu czytałam troszkę Fleszerowej, potem była długa przerwa, a teraz wcięło mnie na powroty, jednak co do książek lekkich, łatwych i przyjemnych - chyba już mnie nie ciągnie, a może na tą chwilę mnie nie ciągnie, aczkolwiek czeka jeszcze kilka zakupionych w przypływie sentymentalnych wspomnień.

      Usuń
  2. Przyznaję, że był okres kiedy do upadłego zaczytywałam się Fleszerową-Muskat.
    Ze wstydem przyznaję, że teraz moje uczucia jakby ostygły?
    Muszę rozważyć ten problem.
    Serdecznie pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak to chyba już jest, co za dużo to niezdrowo, tak miałam z kryminałami Agaty, tak miałam z Chmielewską, tak mam ze Szwają. Ale jeśli uczucie było prawdziwe, po jakimś czasie coś ciągnie do powrotu. Pozdrawiam także

      Usuń
  3. A ja się przyznaję, że nie znam tej autorki i wielce mnie zaskoczyłaś:) Może w bibliotece wpadnie mi któregoś dnia w ręce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Beato, im więcej czytamy blogowych zapisków, tym okazuje się, jak wielu jest autorów i tytułów, których nie znamy, lub o których tylko słyszeliśmy. :( Pozdrawiam

      Usuń
  4. Noszę w torebce zaczęte "Wczesną jesienią..." Fleszarowej, cieszę się, że "odkryłam" tę pisarkę, na morską trylogię, która pięknie się zapowiada, jednak nie przewiduję miejsca w najbliższym czasie, musiałabym na bardzo długo zanurzyć się w świat tej powieści,a obecnie odpowiadają mi znacznie krótsze wycieczki literackie.
    A propos "komu się dzisiaj chce czytać trzy książki o tak sporej objętości" - na dobrą sprawę średnia powieść obyczajowa ma 300-400 stron, więc wystarczy kilka i już ponad 1000 stron tyle że nie odczuwamy tak ilości jak przy jednej "cegle".
    Pozdrawiam ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wcale się nie dziwię, to jednak jest lektura wymagająca ze dwóch tygodni (przy braku innych obowiązków), a przy dziecku i rozległych planach czytelniczych lepiej się wkomponują mniej obszerne pozycje.

      Usuń
  5. Nie czytałam tej trylogii a z twórczości autorki znam jedynie "Lato nagich dziewcząt" i "Kochanków róży wiatrów" które czytałam dawno, dawno temu i niezbyt mnie porwały. Zwłaszcza "Lato..." odebrałam jako paryski egzystencjalizm w sopockim wydaniu. Natomiast to co piszesz o tej trylogii brzmi zachęcająco, poza tym mam duży sentyment do Gdyni i jej historii tym bardziej, że to miasto gdzie mieszka moje starsze dziecko. Rozejrzę się w bibliotece a może poczytam też inne rzeczy autorki i nie wykluczone, że zobaczę tam coś, co kiedyś mi umknęło...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochanków czytałam jako młode dziewczę, kiedy bardziej zwracałam uwagę na romanse, a te jako kontynuacja Milionerów i owszem. Teraz po latach odebrałam tych Milionerów - na zasadzie sentymentu i przerywniku pomiędzy czymś a czymś, polecać osobom, które nie gustują w tego typu literaturze bym nie śmiała. Natomiast lato nagich dziewcząt nieco mnie znudziło (czytałam w tym roku). Trylogię polecam, a przynajmniej spróbuj pierwszy tom i zobaczysz, czy ci się podoba, choć dwa następne moim zdaniem lepsze, ale to oczywiście kwestia gustu. Pozdrawiam serdecznie

      Usuń
  6. A ja przyznaję, że do tej autorki zraziłam się mocno to przeczytaniu "Pięknej pokory". Moim zdaniem to tendencyjna, nieudana powieść, a pobyt bohatera w wojsku przedstawiony został nieprawdziwie, infantylnie. Potem jeszcze za namową pewnej biblionetkowiczki sięgnęłam po "Łzę". "Łza" podobała mi się już trochę bardziej, jednak nie aż tak mocno, by mnie zachęcić do czytania kolejnych powieści Fleszarowej:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przyznam, że nie znam wspomnianych przez Ciebie powieści.Swego czasu czytałam kilka, z których zapamiętałam Milionerów i Kochanków róży wiatrów, bardzo mi się wtedy podobały, teraz po latach wróciłam do Milionerów i stwierdziłam, że miło było przeczytać z sentymentu, lekka, łatwa i przyjemna, ale już wrażenia całkiem inne. I napiszę szczerze, że nie zamierzam czytać wszystkiego co napisała, może sięgnę po te, które zakupiłam w promocji, ale Tak trzymać i Pozwólcie nam krzyczeć uważam za wartościowe pozycje. Ale też rozumiem, że skoro się zraziłaś do dwóch książek, a plany czytelnicze na pewno masz, jak stąd za ocean, to możesz powiedzieć pani Stanisławie - nie tym razem :),

      Usuń
    2. Nie, nie, chętnie sięgnę, skoro polecasz :)
      Nie mam aż tak wielkich planów czytelniczych, bo nie współpracuję z wydawnictwami, staram się tylko czytać książki pasujące do wyzwań. Wyzwanie Sardegny, wyzwanie Book-Trotter, wyzwanie z literą... Trochę tego jest. A przed chwilą zauważyłam, że Anek7 organizuje wyzwanie z Wańkowiczem i też się zgłosiłam.
      Pozdrawiam :)

      Usuń
    3. Na temat Tak trzymać nie spotkałam opinii blogowych, natomiast w spawie Pozwólcie nam krzyczeć trafiłam na wiele pozytywnych opinii (niekoniecznie zawierających ocenę książki, ale tak przy okazji komentarzy prozy S.F-M

      Usuń
  7. Nie czytałam jeszcze nic tej autorki, ale - mają w pamięci to, że kiedyś mi już o niej w jakimś komentarzu wspomniałaś - zdobyłam nie tak dawno temu jedną z jej książek. Jeszcze nie miałam okazji przeczytać, ale na pewno to zrobię.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam tylko nadzieję, że mnie nie przeklniesz, a jeśli jest to Pozwólcie nam krzyczeć to myślę, że nie, co do innych pozycji nie mam pewności.

      Usuń
  8. Czasem się zastanawiam jaki w ogóle sens miało czytanie przeze mnie tych wszystkich książek w czasach licealnych, skoro teraz nic nie pamiętam?
    "Tak trzymać" czytałam mniej więcej w wieku lat 15-16, pamiętam że mi się podobało, ale ja też mam sentyment do Trójmiasta, a potem poznałam młodego człowieka o kaszubskich korzeniach, który potem został moim mężem, więc mogłam nie być obiektywna:)
    Dla mnie jednak tą "jedyną w życiu" książką Fleszarowej jest na pewno "Pozwólcie nam krzyczeć".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że jednak miało ono sens, owe czytanie, w jakiś sposób kształtowało nasze gusta czytelnicze i pozwalało nam wyrobić sobie smak; swój własny, niepowtarzalny, czasami dziwaczny, ale jednak smak. A że nie pamiętamy... pamięć jest ograniczona i ulotna, dobrze, że pamiętamy klimat, wrażenia, gorzej, jak z pamięci uleciał nawet fakt, że czytaliśmy tytuł. A Kaszubi w trylogii - tak nawiasem mówiąc nie zostali przedstawieni jednoznacznie pozytywnie, raczej to dopiero wojna zaczęła kształtować ich charaktery, poza jednym ze stryjków, który od zawsze wiedział, czego się trzymać, pozostali podlegali podmuchom i wiatrom historii. A co do Pozwólcie nam krzyczeć - to mam podobne zdanie- to zdecydowanie może być ta jedna książka S.F-M :)

      Usuń
  9. Czytałem i byłem zachwycony, chyba czas wrócić do tych książek. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  10. Warto czasami wrócić do książek młodości :)

    OdpowiedzUsuń
  11. A ja lubię czytać powieści o Polsce, w których ukazany jest entuzjazm zwykłych ludzi obok oczywistych łajdactw. Ta radość, wiara w słuszność podjętych dokonań jest mi bliska i to zarówno w odniesieniu do dwudziestolecia jak i czasów po II wojnie światowej, gdy entuzjazm jednostkowy, nawet ten przez łzy skłaniał do niezbędnych działań. Są takie momenty w naszej historii... To nic, że znamy zakończenie.

    OdpowiedzUsuń
  12. Ten entuzjazm, ta wiara, że można stworzyć razem, ramię w ramię coś nowego, pięknego, własnego także i mnie wzrusza. I poza tym, że większość takich zrywów wykorzystuje ludzką naiwność, to przecież często wyzwala w ludziach takie pokłady bezinteresowności i radości z możliwości uczestniczenia we wspólnocie ku ogólnemu pożytkowi, bez pytania, dlaczego i za ile, a że się kończy, jak się kończy, a że żerują na tym politykierzy i związkowi krzykacze ... życie.

    OdpowiedzUsuń
  13. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Alicjo- a jaki tytuł nosi kontynuacja Pozwólcie nam krzyczeć? Czytałam książkę i bardzo mi się podobała, więc chętnie sięgnę po kontynuację. Miasto z morza oglądałam jedynie film (nie serial)- choć podejrzewam, że nie wiele się różnią od siebie. Masz rację, że w porównaniu z książką jest słabiutki.

      Usuń
    2. I jeszcze jedno- cieszy mnie, jak komentuje się archiwalne wpisy. Ja zaglądam do Ciebie, ale większość książek przez ciebie czytanych jest mi nie znana stąd mój brak komentarzy.

      Usuń
    3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    4. Dzięki za informację. Koniecznie muszę przeczytać, a wcześniej przypomnę sobie część pierwszą. Ja też często szukam po przeczytaniu książki opinii innych czytelników, choć nie zawsze zostawiam komentarz u nich. Ale postaram się to robić teraz. Strony po prostu dodałam.:)

      Usuń
  14. Attractive section of content. I just stumbled upon your site and in accession
    capital to assert that I acquire actually enjoyed account your blog posts.

    Any way I will be subscribing to your augment and even I
    achievement you access consistently fast.



    my page :: workouts for vertical leap

    OdpowiedzUsuń

Jestem bardzo rada z każdego komentarza, ale nie będę tolerować komentarzy agresywnych, wulgarnych, czy obrażających moich gości (innych komentatorów).