niedziela, 28 października 2012

Obrazy Włoch - Rzym Paweł Muratow



Wydawnictwo Zeszyty literackie, rok 2008, ilość stron 136.
Rzym jest inny niż wszystkie inne miasta. Trudno powiedzieć na czym polega jego swoisty, jemu tylko właściwy urok. Ci, co doświadczyli jego mocy rozumieją od razu jego zagadkę. Niektórzy przyznają, że nie pojmują istoty owego tajemniczego czaru, sprawiającego, że przywiązujemy się do miasta niby do jakiejś żywej istoty. Inni znów udają, że odczuwają ów urok, ale wierni wielbiciele Rzymu po krótkiej chwili rozpoznają tych pozornie nawróconych i słuchają ich z takim uśmiechem, z jakim prawdziwy amator malarstwa, czy muzyki słucha uniesień rzekomego znawcy, który zachwycając się jakimś obrazem, ogląda go pod światło lub nie mając słów dla jakiejś melodii fałszywie wybija jej takt.

Tym cytatem ze szkicu o Rzymie Jana Jakuba Ampere zaczyna swoją opowieść Paweł Muratow. Mogłabym się pod nim podpisać oburącz. Rzym ma bowiem, jak to nazywa autor swoisty zmysł, który niełatwo zdefiniować, a który sprawia, że kiedy już go poczujemy, to jak pisał Goethe nigdy nie będziemy nieszczęśliwi (Kto dobrze poznał Włochy, a zwłaszcza Rzym, ten nigdy już nie będzie nieszczęśliwy). To chwile, ulotne i trudne do dookreślenia sprawiają, że chce się powiedzieć trwaj chwilo, jesteś piękna.

Doprawdy szczęśliwy jest ten, kto wstępując po tych schodach [hiszpańskich] w jakiś dzień grudniowy i zostawiając za sobą chłód zaciemnionych ulic, wchodził na tchnące błogosławionym ciepłem, wiecznie zalane słońce Pincio, kto stał u ich szczytu nocą, gdy wieje duszny sirocco, tłumiąc światła latarni i zginając ku ziemi bijące z fontanny strugi, kto w oślepiającym blasku późnej wiosny szukał tu ulubionych róż lub gałęzi jaśminu tchnących ostrym, staroświeckim aromatem. W tym szczęściu, którym pozwala napawać się Rzym jest jak gdyby coś ze szczęścia młodości, gdy niecierpliwie wyczekujemy każdego dnia, który ma nadejść, gdy usypiamy z uśmiechem, myśląc o jutrze, gdy wierzymy w nieprzebrane bogactwo życia, gdy trwonimy obficie własną radość, widząc wszędzie wokół siebie niewyczerpane jej źródło.

Często znajomi pytają mnie, dlaczego Rzym jest moim miejscem ukochanym, a ja nie umiem im tego wytłumaczyć słowami, bo tego nie można zrozumieć, to trzeba poczuć, bo nie kocha się za coś, a pomimo czegoś, bo kocha się sercem, a nie rozumem. Truizmy? Prawda, ale czemu wciąż pojawiają się takie pytania.

Wracając do książki – autor w rozdziale Zmysł Rzymu stara się wyjaśnić swój stosunek do tego miasta, próbuje oddać te ulotne chwile radosnego uniesienia, jakie przywołują uśmiech na twarzy na sam dźwięk słów Piazza Navona, Ponte Saint Angelo, Campo de Fiori, fontanna di Trevi, Piazza del Popolo i wielu innych. Pisze rzeczowo, ale z uczuciem.
Niektóre stwierdzenia zawarte na łamach książki uległy dezaktualizacji. Nie może to być jednak zarzutem w stosunku do treści książki, to raczej jej atut, bo pokazuje nam Rzym taki, jakim był jeszcze sto lat temu (książka powstała w 1911 r.) i jakim chcielibyśmy go widzieć i dzisiaj. Autor pisze np. o wyglądzie miasta w Wielki Piątek; jego odświętnej szacie i zamiłowaniu do nabożnych widowisk, czy tradycji spędzania Bożego Narodzenia w Santa Maria In Aracoeli (pisała o tym także Kuncewiczowa w Przezroczach). Niestety dzisiejszy Rzym w trakcie Wielkiej Nocy (a piszę to na podstawie Wielkanocy Anno Domini 2012) nie wyróżnia się niczym (poza wieczorną drogą krzyżową, która mnie rozczarowała, o czym pisałam tutaj) spośród współczesnych miast europejskich. Muratow pisze też o licznym uczestnictwie rzymian w nabożeństwach. Doświadczenie wizyt odbytych na przestrzeni ostatnich pięciu lat pozwala mi stwierdzić, iż rzecz dziś wygląda zgoła inaczej. Często odwiedzam rzymskie kościoły, gdyż są dla mnie nie tylko świątyniami, w których szukam duchowej pociechy, ale wspaniałymi galeriami sztuki z dziełami takich wielkich jak Michał Anioł, Caravaggio, Bernimi, Lippi i wielu innych. Rzymskie kościoły zieją pustkami, poza zwiedzającymi je turystami i siostrami zakonnymi nie ma w nich wiernych. To kolejna refleksja, jaka mi się nasunęła podczas lektury.

Po bardzo osobistym, nacechowanym emocjonalnym stosunkiem do miasta wstępie autor odbywa spacer przez kilka stuleci; antyk, Rzym chrześcijański, Melozzo da Forli, dojrzały renesans, barok, Piranesi, Kampania rzymska.

Z każdego wieku wybiera to, co jego zdaniem najlepiej charakteryzuje epokę, wskazuje miejsca, w których znajdują się najbardziej dla epok charakterystyczne pamiątki, pisze o największych mieszkańcach miasta każdej z epok, opisuje ich najpiękniejsze dzieła. Wybór jest oczywiście subiektywnym wyborem autora, ale często pokrywa się z moim własnym. Z wielkich nazwisk brakuje tu jedynie Caravaggio, którego Muratow pomija całkowitym milczeniem. Nie jest to typowy przewodnik, nie ma tu ilustracji; poza czarno-białymi zdjęciami kilku szczególnych dla autora miejsc. W rozdziale poświęconym antykowi sporo miejsca poświęca Muzeum Kapitolińskiemu w pałacu dei Conservatori oraz Termom Dioklecjana. To tam zachowały się najstarsze skarby starożytności. Przy okazji znajduję tu myśl, która zawsze nawiedza mnie, kiedy odwiedzam wielkie muzea, myśl o smutku, jaki niesie za sobą konieczność dokonywania wyboru. Nie można chociażby wzrokiem ogarnąć wszystkich ich bogactw, ich wielość nie pozwala na docenienie ich piękna.

Ich chłodny przepych tchnie melancholią; niekończące się rzędy białych rzeźb, symetrycznie rozstawione pod ścianami, wprawiają w rozterkę, niemal w rozpacz, ponieważ nie sposób wybrać spośród nich jakiś jeden posąg lub jakieś jedno popiersie, które by się nam naprawdę spodobały. W jednostajnym, martwym świecie zacierają się wszelkie różnice, nikną wszelkie odrębności, które stanowią przecież jedyne świadectwo rzeczywistego istnienia przedmiotów.

Tak pisze autor o zbiorach starożytności w Muzeach Watykańskich. Przyznaję, że sama przeszłam pomiędzy szpalerem posągów z podobnymi wrażeniami. 
Przy opisie wrażeń, jakie wywołuje zwiedzanie Term Diocklecjana napotykam na kolejną bliską mi myśl; dzieła najlepiej prezentują się w miejscach, dla których zostały stworzone, wówczas nie są one jedynie muzealnymi ekspozycjami, przestają być jedynie pozostałościami na cmentarzyskach historii, niepotrzebnymi nikomu rupieciami, lecz nadal żyją własnym życiem.
Pozostawione tu liczne odłamki rzeźb i sarkofagi toną w słońcu, w którego blasku trawertyn błękitnieje i staje się niemal przejrzysty, a marmur nabiera ciepła i życia. Za żywe piękno tych zwykłych rzeczy można śmiało oddać doskonałość arcydzieła troskliwie przechowywanego w zamkniętej na głucho Sali. Płatki uwiędłej róży w fałdach stroju kobiety, wyrzeźbionej nie wiadomo kiedy i przez kogo, nadają jej więcej uroku niż wszystkie wypowiedzi znawców i spory uczonych.
Bo przecież:
…przedmiotom sztuki antycznej bardziej przystoi godna śmierć zadana przez czas, niż letargiczny sen w muzeum…

Muratow docenia w antycznej sztuce nie tylko jej naśladownictwo wzorów greckich, ale jej odrębność i samodzielność.
Nie będę tu opisywać każdego rozdziału. Z racji osobistych preferencji najbardziej zainteresował mnie rozdział poświęcony dojrzałemu renesansowi. Czytałam tak, jakbym czytała o dobrych znajomych; Michał Anioł, papież Juliusz II, Perugino, Rafael, Bramante – ludzie, bez których nie byłoby renesansu, ludzie, bez których Rzym wyglądał by dziś zupełnie inaczej. To tutaj opisuje, jak „najwspanialszy tryumf uduchowionej formy musiał podporządkować się kaprysowi papieża Juliusza II” (chodzi oczywiście o Kaplicę Sykstyńską, której nie tylko stworzenie, ale i obejrzenie to zadanie karkołomne). Tutaj pisze o wytchnieniu, jakie daje oglądanie w Kaplicy Sykstyńskiej fresku Perugina. W kaplicy pełnej dzieł największych wczesnorenesansowych malarzy i pełnej chaosu Oddanie kluczy Św. Piotrowi pozwala odpocząć oczom i skupić wzrok na obrazie. Obraz ten wyróżnia się na tle przeładowanych nadmiarem postaci i historii dzieł Botticellego, Pinturicchio, Ghirlandaio czy Signorrellego. Muratow pisze też o geniuszu Rafaela zawartym we freskach znajdujących się w apartamentach papieskich (słynne Stanze Rafaela). Szkoła Ateńska czy Dysputa o najświętszym sakramencie stanowią zdaniem autora najdoskonalszy przykład praw kompozycji. Autor wyraża też podziw dla sztuki architektonicznej złotego wieku.

Złoty wiek znalazł swoje natchnienie pod kopułą Panteonu. Jej majestatyczna prostota i niezwykła lekkość stały się hasłem wielkich budowniczych, których Rzym ku sobie przyciągał i wychowywał.

Chciałam już zakończyć moją relację z lektury, ale jak tu nie wspomnieć choć słowem o baroku, tym najbardziej widowiskowym stylu w architekturze.

W Rzymie trzeba szukać Rzymu antycznego, chrześcijańskiego i średniowiecznego. Ale Rzymu barokowego nie trzeba szukać wcale, do dziś bowiem jest to właściwie ów Rzym, z którym przede wszystkim zapoznaje się każdy z nas. Wszystko, co stanowi o charakterze miasta- najokazalsze budynki, najgłówniejsze place, najbardziej ożywione ulice – wszystko to stworzył tutaj barok i wszystko zachowuje na sobie jego piętno. Taki jest plac przed bazyliką Św. Piotra z kolumnadami Berniniego i fontanną Maderny. Taki jest Kwirynał i fontanna di Trevi, a wreszcie Corso z kościołami Gesu e Maria, San Marcello i Santa Maria In Via Lata oraz placami Ruspoli, Chigi, Sciarra i Doria.
 
Jeśli ktoś szuka w książkach podróżniczych przygód, ciekawostek, anegdotek, cen hoteli, polecanych restauracji, praktycznych porad tego tutaj nie znajdzie. Jeśli jednak szukacie pięknego opisu niezwykłego miasta, w którym antyk sąsiaduje z renesansem, a średniowiecze z barokiem, w którym klasycznej prostocie towarzyszy dekoracyjna scenografia baroku, w którym przeszłość spotyka się z teraźniejszością, w którym co krok można spotkać dziedzictwo pokoleń to gorąco polecam Obrazy Włoch. 
Książkę przeczytałam w ramach Wyzwania Trójka E-pik u Sardegny

Zdjęcia: 1. Okładka książki, 2. Forum Romanum i Via Sacra, 3. Zwiastowanie MerMelozzo da Forli w Panteonie, 4. Posąg w Termach Dioclecjana, 5.Fragment Szkoły Ateńskiej z autoportretem Rafaela.
Tym razem wszystkie zdjęcia poza zdjęciem okładki są mojego autorstwa.

18 komentarzy:

  1. To już wiem, dlaczego tak tęsknię za tym miastem. Czuję, że będę zachwycona. Ale wzbudzasz pragnienie! Ile to do wakacji?...:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zależy - Twoich czy moich? Moje są z reguły we wrześniu, więc prawie rok. Choć z drugiej strony szykuję się na krótki wypad w grudniu, więc jeśli tak na to spojrzeć, to dwa miesiące. Jak widać rzecz jest względna. Chciałam napisać, że na pewno by Ci się spodobało, ale po tym, jak moim kolegom z pracy nie podoba się Wenecja, czy Paryż - trudno mi wyrokować, co się komu spodoba.

      Usuń
  2. Właśnie dla "pięknego opisu niezwykłego miasta" postaram się przeczytać tę książkę.
    Przepadam za tą serią podróżniczą ZL. Jeszcze ani razu się na niej nie zawiodłam.
    Nie pamiętam, czy Ci się zwierzałam, że już drugi rok uczęszczam na kurs języka włoskiego i jestem zachwycona. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak tylko odkryłam Zeszyty Literackie, od razu chciałam zakupić niemal wszystkie książki. Z tego co pamiętam kupiłam około dziesięciu. Właśnie całego Muratowa, Karpińskiego, Szczucińskiego i chyba Zagańczyka, ale głowy nie dam. Dziś Pan stolarz zrobił pomiary biblioteczki, więc już niedługo będę miała książki na wyciągnięcie ręki :) a zdjęcia oczywiście, że się na blogu ukażą. Ja też nie pamiętam, czy mi o tym pisałaś, ale raczej bym to zapamiętała. To skoro język już troszkę opanowany, to pierwszy krok w podróży zrobiony :)

      Usuń
    2. Mnie się jeszcze bardzo podobali Venclova i Marai z tej serii oprócz tych książek, które wymieniłaś.
      Będę wdzięczna za fotorelację z biblioteczkowego szaleństwa. Zazdrość wzbiera we mnie niczym wzburzone morze. :)
      Mam nadzieję, że zrealizuję choć część podróżniczych planów. :)

      Usuń
    3. Venlova nie znam i nie słyszałam nazwiska nawet. Za to przypomniałam sobie panią Ewę Bieńkowską, której Nieszczęśliwego Rzymianina czytałam z dużą przyjemnością, a Spacery po Rzymie wydane w tej serii także niezgorzej, choć już bez tych emocji co Rzymianina. Natomiast Marai, jeśli to jest TEN Marai, który mruga do mnie z wielu blogów nie tylko podróżniczo, to oczywiście zamawiam. Prezentowanie nowego mieszkanka dla książek to już chyba obowiązek blogera piszącego o książkach, więc nie mogłabym się z niego wyłamać :) Trzymam kciuki za powodzenie planów podróżniczych

      Usuń
    4. Tak, to jest ten Marai, a książka nosi tytuł "W podróży". Fragment był w Płaszczu. O Bieńkowskiej będę pamiętać, rzeczywiście ciekawie się zapowiada. Dzięki! Z rzymskich lektur bardzo pozytywne recenzje zbiera "Rzymska Komedia"Jarosława Mikołajskiego. Od dłuższego czasu mam na nią chrapkę, ponoć wyśmienita.
      Z góry dzięki za fotograficzne spełnienie blogerskiego obowiązku. :)

      Usuń
    5. Oczywiście w Zeszytach Literackich sprawdziłam Maraia zaraz po Twoim pierwszym komentarzu i na książkę W podróży się napaliłam. Nie sprawdziłam tylko, czy to TEN Marai, o którym np. dzisiaj pisze Zbyszek (albo raczej, którego dziś cytuje). Ale już wiem, ze ten. O Rzymskiej komedii nie słyszałam. Kiedy ja wreszcie stworzę tę listę książek do przeczytania? Sama nie wiem, zaczynam, zapominam, porzucam, wracam... ech

      Usuń
  3. W Rzymie nie byłam, a Muratowa mam w planach od bardzo dawna, aż wstyd się przyznać. Czytałam go chyba na studiach, ale czy na pewno, to nie powiem, zaćmienie umysłu. Dlatego podążę Twoim tropem:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie poleciła koleżanka architekt; udostępniając swój egzemplarz. Teraz mam własny w pięciu tomach i odświeżam wspomnienia. A jakie to przyjemne odświeżanie.

      Usuń
  4. Czytałam Muratowa bardzo dawno temu i baaaardzo mi się podobało. Teraz zakupiłam sobie kilka jego książek na własność. Myślę, że fakt, iż autor opisuje Rzym sprzed wieku może być wielką wartością dla czytelników naprawdę zainteresowanych tym miastem. Można odnaleźć w tekstach Muratowa wiele celnych uwag (Twoje cytaty są świetnie dobrane), można zwrócić uwagę na różnice, choćby te, o których wspominasz, a które są bolączką wielu metropolii europejskich.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja także już kiedyś czytałam i to wcale nie tak dawno temu i podobnie, jak Ty zakupiłam na własność z tego samego powodu. Co do cytatów- i tak się ograniczałam, bo wpis zrobił się długaśny :(

      Usuń
  5. Ja w tym roku wzięłam Muratowa na podróż po północnych Włoszech i choć ostatecznie przydał się tylko w Brescii, to i tak przekonałam się, że zwiedzanie z nim ma niewątpliwie inny wymiar niż to przewodnikowe:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tę część Włoch znam dość słabo, więc i Muratowa potraktowałam (przy poprzednim czytaniu) nieco po macoszemu, ale w ramach powrotów i planów (a jakże, planuję odwiedzić i ten zakątek włoskiej ziemi)odwiedzin przestudiuję go dokładniej.

      Usuń
  6. Ja niestety Rzym zwiedzałam razem z wycieczką. Niby dużo było czasu, spokojnie odwiedziliśmy i te ważne i te mniej ważne miejsca. Ale chyba przez tę zbiorową atmosferę zwiedzania - której przyznam że bardzo nie lubię - miasto nie zrobiło na mnie takiego dużego wrażenia. Może jak kiedyś się tam wybiorę "na innych warunkach" odkryję to piękno i klimat.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja właśnie po takim zbiorowym zwiedzaniu we wrześniu wkurzyłam się strasznie i w październiku poleciałam sama, pierwszy raz samodzielnie. To co zobaczyłam wystarczyło, aby zachwycić, ale zabrakło tej magii miejsca, którą można dostrzec dopiero w odpowiedniej atmosferze. A wiesz, że Muratow pisze, iż Rzym często na pierwszy rzut oka rozczarowuje, że jego urok dostrzega się dopiero z czasem, więc może twój czas zachwytu jeszcze nie nadszedł. Pozdrawiam i trzymam kciuki za wiesz co.

      Usuń
  7. Gosiu, czytając Twój post, przyznaję,że zatęskniłam za Rzymem.
    Brakuje mi atmosfery tego miasta. Wiele razy poznawałam to miasto i ciągle mam tak wiele jeszcze do zobaczenia. Do poznania nieodkrytych miejsc. Dobrze wiem, braknie mi czasu...
    Planuję wyjazd, i wypada coś innego.
    I tak by się chciało, żeby doba miała 48 godzin, a rok miał 1000 dni...Może jest tak na której z galaktyk? To się wybierzemy!
    Serdecznie pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak znajdziesz taką galaktykę to daj cynk. Mnie też brakuje czasu na odwiedzenie wszystkich wymarzonych i wszystkich ukochanych zakątków, a ile jeszcze takich, które dopiero odkryjemy, za którymi zatęsknimy. Przyznam, że czytając Muratowa też dojrzałam parę miejsc, które ominęłam, a które kolejnym razem na pewno zobaczę. Pozdrawiam

      Usuń

Jestem bardzo rada z każdego komentarza, ale nie będę tolerować komentarzy agresywnych, wulgarnych, czy obrażających moich gości (innych komentatorów).