środa, 1 listopada 2017

Wtedy O powojennym Krakowie Joanna Olczak – Ronikier

Pierwsze powojenne lata w Krakowie widziane z perspektywy kilkuletniego dziecka to efekt żmudnej analizy pozostawionych przez matkę Hanną Mortkowicz-Olczak i babkę Janinę Mortkowiczową umów, notatek, listów i dokumentów. 
Autorka - wychowana w rodzinie z literackimi tradycjami (dziadek - założyciel przedsiębiorstwa wydawniczo - księgarskiego Mortkowiczów, babcia – pisarka i tłumaczka literatury dziecięcej i mama – poetka i pisarka) obracała się w kręgach poetów, pisarzy i wydawców. Przeszłość opisała tak, jak ją zapamiętała starając się oddzielić zdobytą później wiedzę od tego, co dziecku wydawało się najistotniejsze. Trudno jednak pozbyć się bagażu doświadczeń lat późniejszych. Pani Joanna musiała też dyscyplinować siebie sprzed lat, aby historia nie zamieniła się w niekończącą się opowieść dziecka, które kreowało sobie świat równoległy oglądając jedynie to, co chciało oglądać (świat ciastek z różową pianką, zabaw z przyjacielem, cyrkowych przedstawień, zakradania się na jabłka do ogrodu Mehoffera). 
Mała Joasia od grudnia 1942 r. do początku czerwca 1945 r. przebywała u sióstr niepokalanek żyjąc w przeświadczeniu, iż nie ma już rodziny. Na swój dziecięcy sposób pogodziła się z tym. Kiedy została niespodziewanie dla siebie odnaleziona przez mamę i zabrana do prowizorycznego mieszkania w Krakowie próbowała ukarać najbliższych za lata rozłąki; samotności, strachu, niepewności. Dlatego też sprawiała matce i babci spore kłopoty wychowawcze rekompensując sobie lata wojennej tułaczki. 
Najwcześniejsze wspomnienia mieszkania znajdującego się na ulicy Krupniczej w Domu Literatów to wspomnienia wspólnej stołówki, pokoju mającego służyć zarówno za sypialnię, salon i miejsce pracy, łazienki z prowizoryczną kuchenką, zabaw odbywanych między trzepakiem a śmietnikiem, diabelskiego młyna, toczenia metalowej obręczy po bruku, wspólnych spacerów po plantach ze Staffem, szaleństw na wrotkach i dziecięcych przyjaźni, które nie przetrwały próby czasu.
Sporo miejsca poświęca ludziom, wspomnieniu tych, którzy w jakiś sposób przecięli drogę życia rodziny Mortkowiczów, tych, o których dziś mało kto pamięta.  
Ani przybysz, ani przechodzień. Może właśnie o to chodzi. By temat Żydzi nie powodował albo ataków, albo usprawiedliwień, w najlepszym razie zażenowania, ściszania tonu, jakby się mówiło o czymś nieprzyzwoitym. By Polska nie była widziana wyłącznie, jako miejsce zbrodni, żydowskie cmentarzysko, przypadkowe miejsce postoju, ale także jako wspólny dom, budowany wspólnym wysiłkiem. By doceniony został ogromny wkład Żydów w polską kulturę materialną i intelektualną. By nie zginęli z polskiej pamięci „prawi synowie tej ziemi”. Altenbergowie, którzy w czasach niewoli, we Lwowie, wydawali w ozdobnej edycji Pana Tadeusza, z ilustracjami Andriollego, i ryciny Grottgera. Napoleon Telz z Krakowa, przyjaciel i edytor młodopolskich artystów. Maurycy Fajans, który parostatkami woził pokolenia warszawiaków po Wiśle. (str.148)
Chęć utrwalenia tamtych powojennych miesięcy miesza się z chęcią opisywania kolorów, zapachów, smaków, radości dziecka z odkrywania uroków świata, który dorosłym jawi się w pozbawionej kolorów i smaków tonacji. 
Pisze o pierwszych wydawanych przez reaktywowane przez mamę i babcię wydawnictwo utworach; norwidiana odnalezione cudem w zburzonej kamienicy przy Mazowieckiej w Warszawie, wiersze Leśmiana, utwory i przedmowy Staffa. 
Niezwykle ciekawe są fragmenty korespondencji, jakie prowadziły matka z babką. Mnie przypadła do gustu opowieść matki o wizycie w Stanach. 
Biegałam po muzeach i galeriach artystycznych, by odrobić lata rozłąki ze sztuką.- We wtorek rano umówiłam się z Halą Sterling w Metropolitan Museum - po prostu cuda […] – byłam w kilku galeriach prywatnych, gdzie oko po prostu bieleje na widok Renoirów i Utrilów […] Pojechałam na cudowną wystawę iluminacji średniowiecznych w Morgans Library […] 
- W Waszyngtonie jestem od wtorku [..] Dziś rano z Miłoszami w pięknej rezydencji Washingtona Mount Vernon, potem w Mellons Gallery - prywatna galeria pełna arcydzieł… takich Rembrandtów, El Greców, impresjonistów dawno nie widziałam. 
- Więcej chodzę do muzeów niż do sklepów, cóż to za cuda i co za męka właściwie - bo nie można objąć, ani zapamiętać wszystkiego… Kupuję reprodukcje, pocztówki, będzie co oglądać… w domu. (str. 272-273)
Mogłabym napisać o moich wakacyjnych wizytach; w Białymstoku – muzeum w ratuszu z ciekawą kolekcją młodopolskich malarzy, szczególnie zapamiętanym autoportretem Witkacego a także wystawa fotografii Ludzie Litwy Antanasa Sutkusa, w Opolu – Muzeum Śląska Opolskiego – wspaniała kolekcja porcelany, ciekawe zbiory farmaceutyczne oraz galeria malarstwa polskiego z przełomu wieków XIX i XX, w Sopocie – wystawa Jana Ciąglińskiego – polskiego impresjonisty, niezwykła kolekcja Fleur de Paris z cudownymi obrazami Nathana Grunsweigh. Ach i kiedy ja zdołam o nich napisać. Tyle, że ja mam do dyspozycji jeszcze aparat robiący zdjęcia, co trochę ułatwia sprawę. 
Ale wracając do książki; tego typu wspomnieniowo - refleksyjne pisanie wywołuje podobne do odczuć pani Hanny odczucia; nie sposób zapamiętać wszystkiego, ile przewija się tutaj osób, które tak bardzo chciałoby się zapamiętać, aby uczynić zadość idei lektury, ile historii wartych zapamiętania.
Dziś, kiedy od przeczytania minął ponad miesiąc w pamięci zostały okruchy. Jednym z nich jest historia Walusia, towarzysza dziecięcych zabaw autorki i współczytelnika wszystkiego co wpadło w ręce; od gazet, satyrycznych rysunków, felietonów po książki, co najmniej jednej dziennie. Jakże te obrazy czytających dzieciaków mnie rozczulają. Waluś po wyjeździe z rodzicami do Brazylii listownie pyta swą przyjaciółkę, co czyta i czy lubi Wiktora Hugo. I może dzięki wspomnieniu Hugo Waluś przetrwał w mej pamięci. 
Inną zapamiętaną historią jest ta o odnalezionej i uratowanej przed zniszczeniem dziecięcej korespondencji. Wywłaszczony majątek ziemski w Nagłowicach przekazany po wojnie na potrzeby Związku Literatów odwiedziła autorka z babcią. Tutaj w poszukiwaniu książek trafiły na strych, gdzie walały się sterty papierów; dziewiętnastowieczne czasopisma, urzędowe dokumenty, pudła pełne fotografii, listy. 
Olśnieniem stały się wielobarwne motyle, które wyfrunęły z którejś teki- małe koperty i złożone na pół stroniczki, zapisane dziecięcym pismem. Dziś nie ma już takich delikatnych kolorów, jak tamte. Lawendowy, bladoniebieski, cytrynowy, seledynowy, herbaciany, lilaróż. Na cieniuśkich, jedwabistych arkuszach papieru listowego dla dzieci, produkowanego na zamówienie w najlepszych firmach świata, widniały znaki wodne; herby oraz inicjały właściciela. W tło wtopione były widoczki miast: Paryż, Berlin, Wiedeń, Londyn. Czasem sceny rodzajowe jak z holenderskich kafelków, girlandy z kwiatów, obrazki z bajek La Fontaine`a. W życiu nie widziałam nic równie pięknego. (str. 125).
Korespondencja została zwrócona wywłaszczonej z Pałacu rodzinie Radziwiłłów, jednakże chłodna reakcja arystokratycznej damy mocno rozczarowała małą Joasię. 
Wtedy O powojennym Krakowie to kolejna książka Joanny Olczak – Ronikier którą warto przeczytać. 
Zaletą książki są zamieszczane na jej kartach fotografie; ludzi, miejsc, dokumentów a także indeks nazwisk. Bardzo sobie cenię te wydania, w których znajdują się indeksy, o ile łatwiej jest potem odszukać interesujący fragment.
Ze zdumieniem oglądałam fotografię tramwaju na Floriańskiej

7 komentarzy:

  1. Autorka na pewno nie miała łatwego dzieciństwa i młodości, ale za to jakże ciekawe.
    Dużo sobie obiecuję po tej książce, choćby migawek z Krakowa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zaskakuje mnie jej szczerość, pisze o tym, jak nieznośną bywała dziewczynką bez skrępowania. Kraków też tam jest, choć bardziej w postaci miejsc i ludzi niż architektury. Zapadł mi w pamięci niezwykle smakowity obraz dawnego sklepiku pana Molla (niczym dawny sklep Mincla z Lalki).

      Usuń
    2. Kusisz.;)
      Dobrze, że to nie jest przesłodzone, inaczej mogłoby być niestrawne.

      Usuń
  2. Nie znam tej pouczającej opowieści o Krakowie. zachęciłaś mnie do przeczytania.
    Przed chwilą zamówiłam. Będę miała najpóźniej w środę.
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Mam nadzieję, że nie zawiedzie twoich oczekiwań. Ja się jak dotąd nie zawiodłam na prozie pani Olczak-Ronikier.

    OdpowiedzUsuń

Jestem bardzo rada z każdego komentarza, ale nie będę tolerować komentarzy agresywnych, wulgarnych, czy obrażających moich gości (innych komentatorów).