![]() |
| (Widok na Sekwanę i Pont Marie - Villa La Fleur październik 2026 r.- zdjęcie własne) |
Wybór malarza nasuwa się sam. Mamy dziesiąty miesiąc roku (choć publikacja w listopadzie) a w moim malarskim cyklu miesiąc z obrazem wystąpiły do tej pory jedynie dwie kobiety, obie cudzoziemki. A że pierwszego października odwiedziłyśmy z Magdą naszą ulubioną Villę La Fleur w Konstancinie Jeziornej, gdzie prezentowana jest wystawa Mela Muter współ-odczuwanie świata nie było wątpliwości, kto zostanie bohaterką cyklu w październiku. Melania Muter a właściwie Mutermilch z domu Klingsland malowała to, co ją poruszało. Chętnie malowała portrety. Nie były to jednak portrety, jakie zamówiły by sobie bogate arystokratki, chcące powiesić obraz w salonie nad kominkiem. Mela nie upiększała swoich modeli, wydobywała z nich to co głęboko ukryte. Są to smutne, a często zniekształcone postacie, nie stroniła od malowania kalet, ślepców, czy osób o wynaturzonych kształtach (vide Katalończyk). Te osoby były dla niej prawdziwe, niczego nie ukrywały. Mela chętnie malowała też drzewa, które uczłowieczała, najchętniej stare, z sękatymi i powykrzywianymi pniami, powyginanymi konarami w dramatycznych gestach. Wg niej symbolizowały ludzkie trwanie mimo przeciwności losu (str.194 Mela Muter Gorączka życia Karoliny Prewędzkiej). Często też malowała wodę (nieokiełznana, niszczycielska woda, a jednocześnie oczyszczająca. Jej symbolika poruszała Muter. Malowała wody oceanu, morza, zatok, jezior i rzek. Chyba najchętniej poza Sekwaną Rodan, nad którym leży Awignon. str. 307 tamże). Ja za portretami nie przepadam, ale muszę się pochwalić, że wiele z portretów namalowanych przez Melę rozpoznaję od razu. Może to z powodu częstych spotkań z jej obrazami, a może dzięki temu, że są niepowtarzalne. Jej obraz starej kobiety, w chusteczce na głowie nieodmiennie mnie porusza i wzrusza. Przypomina mi moją babcię. Ale nie o nim chcę tu pisać.
Z pośród bardzo wielu obrazów zgromadzonych na wystawie wybrałam obraz przedstawiający i wodę, i drzewa i fragment Paryża. A jest to miasto szczególnie mi bliskie. Chyba mam wyidealizowaną jego wizję, bo będąc tam widzę je oczami impresjonistów i malarzy Szkoły Paryskiej. Nie widzę jego brudu, zgiełku, tłumów, chaosu, nie widzę zła, jakie czai się na ulicach, ale widzę takie romantyczno-sielskie obrazki. Zamykam oczy na ten wandalizm, jaki ma ostatnio miejsce i chodzę uliczkami, na których przysiadywał Pissaro, Monet czy właśnie Mela Muter.
Widok na Sekwanę i Pont Marie mimo dramatycznie powyginanych konarów drzew na pierwszym planie wydaje się pogodny. Dzień jest słoneczny, w oddali widać zarys świątyni (Notre Dame?). Na wodzie kołyszą się barki. Oczami wyobrażni widzę barkę, w której swego czasu zamieszkał Wiliam Wharton (amerykański pisarz), którego wspominałam w poprzednim poście. Mieszkał tam kilka lat, zanim przeniósł się do Starego Młyna w Burgundii.
Obraz powstał w latach dwudziestych zeszłego stulecia. Nie znam dokładnej daty powstania, nie mogę zatem stwierdzić, czy powstał tuż po I wojnie, kiedy ludzie zaczynali wychodzić z traumy okrutnych doświadczeń i nie myśleli o powtórce z historii, czy już w czasach powszechnej wiedzy na temat terroru po Rewolucji w Rosji, czy może na początku Wielkiego Kryzysu.
Wydaje się taki pogodny, jasny i ciepły. Ale Mela Muter nie malowała pogodnych pejzaży. Ciemne powyginane drzewa może są zapowiedzą niepokojów już istniejących, albo tych przeczuwanych. Jej towarzysze z Międzynarodówki (w tym Lefebvre jej wielka miłość) w 1920 roku walczyli w Rosji o wolność naszą i waszą. Francja nie pozwoliła na powrót do kraju. Postanowili dostać się do Norwegii (neutralnej w czasie I wojny) drogą morską. Wszyscy zginęli w odmętach wód Barentsa. Więc może to wcale nie jest taki sobie pogodny widoczek. Nie mniej mnie się bardzo podoba.
Jak mówią dzieło po stworzeniu żyje własnym życiem i każdy widzi w nim to, co jemu w duszy gra. A ja zamykam oczy na wydarzenia ostatnich dni i widzę Paryż moich wyobrażeń, spacer nad Sekwaną w pogodny ciepły dzień, zaglądam w okna barek i podglądam toczące się tam życie. Może dojrzę kolejnego pisarza, który porzucił mieszkanie w betonowych ścianach apartamentowców na rzecz kontaktu z naturą i swobody przemieszczania bez automobili czy metra. Choć niestety tu mi się wdziera w pamięć natrętna myśl o zanieczyszczonych przez stulecie wodach Sekwany. Ale ponoć już jest iskierka nadziei po latach prac nad oczyszczaniem rzeki.
Ten obraz był prezentowany na wystawie W drodze w Desa Uniculum w sierpni 2023 r.. Pamiętam, że byłam wówczas w Warszawie i miałam na nią iść, ale… coś tam wypadło i się nie udało. Teraz obejrzałam go w Konstancinie Jeziornej. Na wystawie, na której ze zdziwieniem, ale i radością skonstatowałam, iż większość wypożyczonych obrazów pochodziła ze zbiorów prywatnych oraz ze zbiorów Desa Unicum. Nie zauważyłam tam ani jednego obrazu z muzeów państwowych. Udostępnianie prywatnych zbiorów, których nie można obejrzeć nigdzie indziej jest zawsze dodatkową atrakcją wystaw czasowych.
![]() |
| Zdjęcie ze strony Desa Unicum |
Wystawa będzie prezentowana do 28 luty 2027 r. (o ile nie zostanie przedłużony termin ekspozycji, co jak zauważyłam często się zdarza. Jednak część obrazów wraca do swych właścicieli). Obraz dziś także należy do prywatnego kolekcjonera.
Jeszcze do niedawna miałam problem z napisaniem czegokolwiek, pod koniec października przygotowałam trzy wpisy jednego dnia :) Stąd kolejne opóźnienie w malarskim cyklu.


