Łączna liczba wyświetleń

piątek, 10 sierpnia 2012

Pożegnanie z Afryką Karen Blixen

Wydawca: Muza
Rok wydania: 2009
liczba stron: 424
Kiedy Bogowie chcą cię ukarać, spełniają twoje prośby.
W półrocznym podsumowaniu udziału w wyzwaniu trójka e-pik Sardegna zapytała, o najlepszą książkę, po którą sięgnęliśmy dzięki wyzwaniu, a po którą, gdyby nie ono nie sięgnęlibyśmy. Nie mogłam wówczas odpowiedzieć na to pytanie z pełnym przekonaniem. Teraz mogę napisać, iż Pożegnanie z Afryką to właśnie ta książka. Gdyby nie trójka i wyznaczony przez nią gatunek – literatura skandynawska, nie sięgnęłabym po Pożegnanie z Afryką, a uważam je za jedno z największych odkryć ostatnich miesięcy.
Ponieważ całkiem niedawno czytałam książkę w podobnym klimacie (Onitsza) autora nagrodzonego literacką nagrodą Nobla nie sposób było uniknąć porównań. I pierwsza moja myśl była taka, że gdybym ja była w jury przyznającym nagrody mając do wyboru Le Clezio oraz Keren Blixen nie miałabym wątpliwości i nagroda powędrowałaby do Dunki. No, ale ja jestem tylko amatorką, więc się nie znam.
Tym co uderzyło mnie w początkowej fazie lektury był całkowity rozdźwięk między książką, a filmem powstałym na jej podstawie. Zastanawiam się nawet, czy film można nazwać ekranizacją. Jakkolwiek film mi się podobał (kobiety lubią takie melodramaty, przy których jest i na kogo popatrzeć - ach te ultramaryna oczęta Roberta Redforda i spłakać się porządnie) i oglądałam go kilkakrotnie, uważam, że książce do pięt nie dorasta.
Natomiast tym, co mnie urzekło w książce była przebijająca z jej kart miłość do wszelkich przejawów życia, do świata, do piękna natury, do ludzi wraz z ich niedoskonałością, do kultury, zwyczajów. Miłość i tolerancja, które pozwalają na akceptację odmienności, akceptację postaw, których nie będziemy w stanie zrozumieć, które często będą budziły nasz wewnętrzny sprzeciw.
Biała kobieta przenosi się na Czarny kontynent, aby tam u podnóża góry Ngong uprawiać kawę. Jest wykształcona, odważna i wrażliwa. Obserwuje otoczenie, próbuje je zrozumieć, a jeśli nie jest w stanie tego dokonać stara się pogodzić z tym, że nawet mając środki i dobre chęci nie można nikogo zmieniać na siłę, wbrew jego woli, tylko dlatego, iż wydaje się (nam), że cywilizacja ludzi białych stoi na wyższym szczeblu rozwoju. Zresztą, kiedy tak dokładnie porównamy oba światy (oba systemy wartości) może okazać się, że owa wyższość cywilizacyjna nie jest wcale taką oczywistością. Bohaterkę, czy też pisarkę (powieść w formie dzienników jest rodzajem autobiografii) cechuje ogromna tolerancja wobec faktu, że pewnych rzeczy nigdy nie będziemy w stanie zrozumieć ani pogodzić się z nimi, pewne sprawy pozostaną dla nas na zawsze obce. Co nie oznacza, że powinniśmy je zwalczać, naprawiać, czy przekształcać na swoją modłę.
W lekturze zachwyca mnie także odwaga bohaterki, odwaga, bez której życie byłoby niewolą. Bo jak mawia Karen Wolny żyje ten, kto umie umrzeć, dlatego czasem trzeba ryzykować.
Pożegnanie z Afryką jest też przesycone nostalgią za miejscem, które pisarka zmuszona była opuścić. Jest zapisem wspomnień związanych z pobytem na farmie, pięknym i ciepłym obrazem życia wśród (a może obok) mieszkańców Czarnego Lądu. Bo chociaż bohaterka jak się wydaje całkowicie zasymilowała się z rdzennymi sąsiadami, to przecież była ona „tylko” gościem na ich ziemi.
Pożegnanie z Afryką to dla mnie jak dotąd najpiękniejszy obraz czarnego lądu, z całą egzotyką jego fauny i flory, gorącym klimatem, odmienną, czasami przerażającą, a czasami fascynującą kulturą i zwyczajami. Książka napisana prostym, jasnym językiem, momentami przerażająca, momentami zabawna, a w każdym aspekcie (moim zdaniem) prawdziwa. Tej prostoty i tego uczucia zabrakło mi u Le Clezio.


środa, 8 sierpnia 2012

Czemu znikają blogerzy?

Ostatnio coraz częściej zastanawiam się, dlaczego tak dużo blogerów zaprzestaje prowadzenia swoich blogów. Oczywiście są sytuacje losowe, które sprawiają, iż ostatnią rzeczą, o jakiej ma się ochotę myśleć jest prowadzenie bloga. Nieszczęścia chodzą po ludziach, a zwłaszcza po kobietach, jak mawiała koleżanka patrząc na drugą w zaawansowanej ciąży. Myślę, jednak, iż często powodem zaprzestania prowadzenia bloga jest zniechęcenie, znużenie czy brak czasu.
Nie wiem, czy czytacie na blogach każdy wpis, czy też wybieracie to co was interesuje. Ponieważ życie jest sztuką dokonywania wyborów, ponieważ nie mamy dostatecznej ilości czasu nawet na przeczytanie wszystkich dobrych książek, bo wówczas zabrakłoby go nam na przeczytanie tych najlepszych, musimy dokonywać wyborów i nawet wśród ulubionych blogów często wybieramy te wpisy, które dotyczą kwestii nam bliskich, podróży do miejsc, które odwiedziliśmy, opinii, o książkach, które przeczytaliśmy, recenzji filmów, które obejrzeliśmy. Ale, jeśli o mnie chodzi, poza wyborem tematów, które zaszczycam swoją uwagą, mam kilka swoich najulubieńszych blogów, co do których wiem, że każdy wpis, jaki się na nich znajdzie, niezależnie od tego, czy będzie dotyczył literatury, mody czy pogody, będzie godzien tych kilku minut przeznaczonych na jego przeczytanie, bo autorzy piszą nie tylko ciekawie, nietuzinkowo, ale do tego z pasją. Poza tym lubię, kiedy czytając o książce/wystawie/podróży mogę przeczytać między wierszami o autorze wpisu. Bo przecież kiedy czyta się piętnastą opinię o książce, to nie interesuje nas książka, ale to co o niej myśli autor wpisu. Właśnie dlatego tak bardzo mnie smuci, kiedy moi ulubieni blogerzy zaprzestają pisania. Najpierw zamilkła Balbina64, potem Nemeni, a niedawno Lirael. Nie znikajcie tak bez słowa, bo brakuje nam (mnie) bardzo waszej obecności.

wtorek, 7 sierpnia 2012

Z tęsknoty za wakacjami - Paryż jest najpiękniejszy, gdy pada deszcz

Tak mawiał Allenowski bohater filmu O północy w Paryżu. Tak mawiamy ze znajomymi, którzy wybierają się do Paryża, a obawiają pogodowych niespodzianek.
Bardzo to romantyczna wizja, ale czy prawdziwa? Mogłam przekonać się o tym pewnego czwartku, kiedy zaczął padać deszcz. Tym, co najbardziej przeszkadza w każdym z odwiedzanych miast – są tłumy snujących się po mieście turystów. Przeszkadza to mieszkańcom, ale przeszkadza też odwiedzającym. Kolejki oczekujące do muzeów, podążający za przewodnikiem ludzie, indywidualni turyści o rozbieganym wzroku polujący z aparatem na piękne widoczki, ładne „budyneczki” i „ryneczki”. Ludzie ci tamują ruch uliczny, tworzą korki w wąskich przejściach, wystają pod cennikami restauracji i kawiarni.
Kiedy zaczyna padać deszcz - większość takich osób wchodzi do sklepów lub kawiarenek. Ulice, nabrzeża rzek, wnętrza świątyń, parki, bulwary pozostają wtedy dla nas, niepoprawnych romantyków, którzy przedkładają spokojne, kontemplowanie nad odbijające się w sklepowych witrynach promienie słońca, nad piękne ujęcia, nad wystawione do słońca twarze.
Oczywiście nie jestem masochistką i także wolę zwiedzanie w pogodnej aurze, ale jeśli deszcz pozwala mi dostrzec to, czego nie widać przy pięknej pogodzie, to powtórzę za allenowskim bohaterem - Paryż jest piękny, kiedy pada deszcz. Ulice miasta i jego całe bogactwo stają się wtedy moją własnością, moją i paru jeszcze romantyków, a może odmieńców.
Ten przydługi wstęp miał doprowadzić mnie do owej czwartkowej wizyty w Katedrze Naszej Pani na wyspie Il Cite. Gdyby nie deszcz we wnętrzu nie byłoby tak cudownie mało ludzi. Niespieszne oglądanie przepięknych witrażowych okien, rzeźbionych dekoracji wokół ołtarza, podtrzymujących sklepienie filarów i kapliczek przebiega niczym niezmącone. Można usiąść na jednym z licznych krzesełek i przenieść się w czasie, można słuchać muzyki, można marzyć, można skupić myśli na czymkolwiek się zechce. Być, trwać i nie trzeba nic więcej. Słynne mojego taty „łapanie obrazów” pod powieki, do których ja dodaję „zapamiętywanie dźwięków”.
Te gotyckie katedry, których ogrom sprawia, iż człowiek staje się w ich wnętrzu mały, słaby i „skazany” na boską opiekę powodują też, iż w ich wnętrzu odzyskuję spokój i poczucie bezpieczeństwa.
Do Katedry powróciłam w sobotę. Była piękna, słoneczna pogoda. Przed wejściem przywitał mnie ogonek zwiedzających, w środku tłumy, jak na przedświątecznej wyprzedaży w galerii handlowej, rozmowy i śmiechy, jak przed seansem w kinie, sesje zdjęciowe, mama pod ołtarzem, tata pod kolumną, wózek za barierką mającą oddzielać sacrum od profanum (widać nie dość skutecznie) i tylko szkoda, że nie można uwiecznić się na tle przepięknych rozet. Ludzie wpadający na siebie, ludzie rozglądający się wokół niewidzącym wzrokiem, ludzie tłoczący się do lady kiosku z pamiątkami, co tu się opłaca kupić. A ja sobie myślę, jaka szkoda, że dziś nie pada deszcz.
O katedrze pisałam też tutaj

Katedra NDdP to jedno z tych miejsc, do których muszę dotrzeć podczas każdej wizyty w mieście świateł nad Sekwaną.

niedziela, 5 sierpnia 2012

Noce i dnie Maria Dąbrowska i jak tu nie kochac klasyki?

Nie mogę znaleźć okładki tego wydania, które przeczytałam, więc zamieszczam inne także składające się z trzech ksiąg wydanie (około 1800 stron); oczywiście tomów jest pięć.
W życiu bywają noce i bywają dni powszednie, a czasem bywają też niedziele. I dzisiaj zdaje mi się, że jest właśnie niedziela.
Tymi mniej więcej słowami (cytuję z pamięci) odezwała się pani Barbara Niechcic do pana radcy Ceglarskiego.
Noce i dnie to jeden z tych przypadków, kiedy ekranizacja powieści skłoniła mnie do sięgnięcia po książkę na długo przed tym, kiedy została ona moją lekturą szkolną.
Jest to kolejna z moich ukochanych powieści. Lubię książki, które opowiadają o życiu codziennym, o zwykłych ludzkich sprawach, o troskach, zmartwieniach i radościach w życiu człowieka na tle wielkiej historii i zastanego układu społecznego. Bo przecież poprzez to codzienne, zwyczajne życie człowiek także tworzy historię, jak mawiał Bogumił.
Podany wyżej cytat należy do moich ulubionych z dwóch względów. Po pierwsze niedziela jest dla mnie, jak i dla większości synonimem tego, co piękne i szczęśliwe, beztroskie i radosne, jak wyniesione z domu rodzinnego wspomnienie niedzielnych obiadków, rodzinnych spacerów, odświętności i niezwykłości. Po drugie, jest to dla mnie potwierdzenie, iż nawet Barbara Niechcic kobieta niekompatybilna z życiem potrafiła być momentami niemal całkowicie szczęśliwą osobą.
Jak tylko poznałam bohaterkę powiedziałam sobie - Barbara Niechcic to moja mama z jej wiecznym zamartwianiem się, wiecznymi obawami i ciągłym niezadowoleniem z życia, jakie przypadło jej w udziale. Kobieta pełna sprzeczności, nielogiczności, kobieta głęboko nieszczęśliwa w swoim przeświadczeniu, jakże piękna bohaterka literacka i jakże trudna osoba we współżyciu. Dlatego tak szukałam w powieści tych momentów, kiedy coś lub ktoś będą w stanie panią Basię uszczęśliwić. Zawsze interesowało mnie, czy takie osoby można zadowolić, czy też ich powołaniem jest bycie nieszczęśliwymi. Po latach obserwacji doszłam do pewnych wniosków, ale … to zupełnie inna historia.
Bo, jak myślał o żonie Bogumił;
Cóż za usposobienie ma ta kobieta, że jeśli się o coś nie zamartwia, to ją trapią jakieś urojone grzechy.
A Barbara, jeśli już nie miała rzeczywistych powodów do zmartwień, to przecież zawsze mogła się lękać ostateczności.
„Bo wszystko zło, którego się wiecznie spodziewała, może się stać lub nie. Ale to jedno czeka na pewno i ją, i tych czworo, siedzących wesoło przy stole. Nieunikniony rozpad i rozkład, choroba, męka i śmierć.”
Często zastanawiałam się, czy Barbara kochała Bogumiła. Przecież stanowili całkiem udane małżeństwo, mimo tej różnicy charakterów, oczekiwań wobec życia, niedopasowania. On prostolinijny realista, ekstrawertyk. Ona skupiona na sobie i swoich przeżyciach, wojująca z całym światem, nostalgiczna marzycielka. Oboje reprezentujący odmienne postawy wobec życia i śmierci. Są jak noc i dzień, wzajemnie się uzupełniają. A jednak trwają przy sobie na dobre i na złe.
Barbara znała zalety Bogumiła;
Bo choć ubogie, niepełne i mało rzeczy tego świata obejmujące wydawało się pani Barbarze jego życie, to jednak żył on więcej niż jednym życiem, żył dwoma i obu im oddawał się pełną piersią; wszystek poświęcał się miłości i wszystek poświęcał się pracy.
A co do małżeństwa:
Nie mogła się ona skarżyć, wyznała skrycie, że może czuje się zadowolona, zadowolona w tym, w czym się najmniej tego mogła spodziewać –lecz jakież to dalekie od szczęścia, do którego tęskni, gdy tylko sobie przypomni kogoś, czyj widok sam więcej wstrząsał nią całą niż najsłodsze momenty z Bogumiłem.
Mimo wszystko Barbara, choć drażni i denerwuje nie jest osobą złą. Jeśli szkodzi to przede wszystkim sobie, jeśli unieszczęśliwia to głównie siebie. Bogumił zaś dostrzega zalety Barbary niedostrzegalne przez nią samą:
Tyś dobra na ciężkie godziny. Tyś kochająca nawet, kiedy nie kochasz.
Z czym oczywiście Barbara nie może się zgodzić odpowiadając całkiem rozsądnie, czyżby w oczekiwaniu na zaprzeczenie:
To nieprawda. Nigdy właśnie kochać nie umiałam i na żadne godziny nie jestem dobra, Zatruwałam ci całe życie, nigdy cię w niczym nie podtrzymywałam, nie pocieszałam, aż dziwię się, że miałeś cierpliwość tyle lat, ze mną wytrzymywać.
Moje poszukiwania krótkich chwil szczęścia przyniosły rezultat. Mieszkając w Kalińcu po śmierci Bogumiła odnajduje radość z samego tylko powolnego trwania i toczenia się życia.
Boże wielki, któż by pomyślał, że ona, której nic nie mogło szczęściem i radością napoić, czerpać będzie radość z samego jeno toczenia się lub trwania obcego świata dookoła. Że uczestniczyć będzie po trosze w życiu każdego spotkanego przechodnia, jakby nie mógłszy podołać stosunkom z najbliższymi, znajdowała we współczuciu z nieznanymi bliskimi jedyny właściwy dla niej sposób obcowania i zespalania z bytem.
Noce i dnie uwielbiam z wielu względów. Nie chciałabym tutaj przytaczać znowu argumentów tożsamych z argumentami, które można przytoczyć po lekturze niemal każdej z wielkich przedstawicielek literatury klasycznej (o wielowątkowości, o różnorodności bohaterów, o wątkach historyczno-patriotycznych, o studium psychologicznym postaci, ze studium bohaterki na czele, o pięknych opisach świata minionego, etc, etc, etc.).
I na koniec jeszcze jeden ulubiony cytat:
Człowiekowi często się zdaje, że już się skończył, że się w nim nic więcej nie pomieści. Ale pomieszczą się w nim jeszcze zawsze nowe cierpienia, nowe radości, nowe grzechy.
Oczywiście, jako się rzekło powieść należy do moich ulubionych, ale impulsem do przypomnienia jej sobie był wpis o Nenufarach u Łucji - Marii, który przeczytałam dzień przed wizytą w bibliotece.

sobota, 4 sierpnia 2012

Włoskie miniatury Adam Szczuciński oraz wyróżnienie Wszechstronny blog

Książeczka wydana nakładem Zeszytów Literackich w 2008 r. Stron-112.
Włoskie miniatury to cieniutka książeczka stanowiąca zapis podróżniczych impresji jej autora. Pan Adam Szczuciński to młody człowiek, lekarz i prozaik. Pisanie o odwiedzanych miejscach nie jest dla pisarza zwykła relacją przewodnikową. Jest raczej zapisem refleksji, jakie wywołuje poznawanie otoczenia, a przez poznawanie otoczenia poznawanie też samego siebie. Podróże są dla autora poszukiwaniem śladów ulubionych pisarzy oraz miejsc, będących tłem ukochanych powieści. Doskonale to rozumiem, gdyż sama podróżuję czyimś śladami. Poza tym miejsca, które odwiedzał są mi szczególnie bliskie; Wenecja, Florencja, Rzym, Sorento, Mediolan, Neapol, Palermo, Taorima, Mesyna, Syrakuzy; to tylko cześć miejsc będących przyczynkiem do snucia refleksji.
Sam autor pisze, iż jego książka to tylko zapiski na marginesach cudzych dzieł.
Pełno tu odniesień do Brodskiego, Iwaszkiewicza, Herlinga – Grudzińskiego, Herberta, Muratowa, czy Karpińskiego, Zagańczyka i innych, których nie sposób tu wymienić. Książeczka obfituje w cytaty z ulubionych pisarzy, skojarzenia z osobami twórców a także literackimi bohaterami. Zaskakuje ogrom lektur związanych z celami podróży. Czytając podążamy za ciągiem skojarzeń, które wywołują zwiedzane miejsca u autora, czasami są to skojarzenia zaskakujące.
Każdy ma prawo do swoich upodobań, ale jakże cieszy, kiedy odnajdujemy u innych potwierdzenie własnych opinii. I jakże inspirujące bywa nawiązywanie do twórczości, która potrafi kogoś tak zachwycić; we mnie wywołuje ona ciekawość tych często nieznanych autorów.

Zdejmuję okulary, by chłonąc kontury, rozmyte jak w pianie morskiej kształty, zwiewne okrągłości kolumn, dumne, mięsiste grzbiety. Więc tak wygląda piękno. Może by opuszczone i zapomniane przez wieki, ale trwa, żyje, oddycha. Czysta materia bez ducha. Niemożliwe. Jeśli istnieje sekta wyznająca nieśmiertelność architektury, opłacę składkę, złożę podpis.
Włoskie miniatury to spojrzenie na piękno świata przez pryzmat literatury, sztuki, natury, ale i spojrzenie przez pryzmat ostateczności. Świadomość przemijania i odchodzenia wpisana jest w każdą podróż i każde doświadczenie. Trochę to smutne, ale może właśnie ona (owa świadomość) pozwala mu dostrzegać nieuchwytne piękno rzeczy pozornie zwyczajnych.
Jestem pod wrażeniem umiejętności przekazania istoty tego co ważne i piękne dla autora przy użyciu tak oszczędnych środków wyrazu.
I podobnie jak autor: Chciałabym oszukać czas. Odnaleźć ścieżki, którymi wędrowali pisarze. Zobaczyć podobny krajobraz, podobny horyzont. Móc kiedyś powiedzieć, jak Jan Kott; parę razy w życiu udało mi się dotknąć tego kawałka materii, od którego zaczynał się świat pisarzy.
Zdjęcia: 1 okładka. 2. Wyspa San Michele w Wenecji (miejsce spoczynku Brodskiego)
Moja ocena 4,5/6
Książkę zaliczam do wyzwania Trójka e-pik u Sardegny - polski pisarz, którego czytam po raz pierwszy.

A teraz z innej beczki. Z przyjemnością informuję, iż mój blog został przez Łucję-Marię wyróżniony tytułem: VERSATILE BLOGGER" czyli Wszechstronny blog.

Za wyróżnienie bardzo dziękuję. Każdy dowód sympatii i docenienia tego co robimy jest ogromnie miły i cieszy.

Osoba otrzymująca " VERSATILE BLOGGER", powinna w 7 punktach napisać coś o sobie. Może być jednym słowem, jednym zdaniem lub obszernym opisem. Powinna również wytypować 10 blogów, które wg jej oceny zasługują na to piękne wyróżnienie. I tu mam problem. Podobne zabawy przyznawania sobie wyróżnień, pisania o sobie i typowania kolejnych blogów przewinęły się przez blogi rok temu. Wiele osób wówczas grzecznie, acz stanowczo odmówiło kolejnego pisania o sobie i typowania następnych blogów z tej prostej przyczyny, aby uniknąć powtarzania się oraz nie mając już kogo typować. Dlatego też, jeśli ktoś chciałby dowiedzieć się czegoś więcej o mnie (a wydaje mi się, że czytając wpisy na blogu wie już i tak sporo) odsyłam do zeszłorocznego wpisu.
A to że nie wskazuję kolejnych blogów nie znaczy, że nie mam kogo wskazać, wręcz przeciwnie wszystkie blogi znajdujące się obok w liście moich ulubionych blogów uważam za godne wyróżnienia (oczywiście pomijając mój własny :).