Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 17 lipca 2016

Smakowanie Krakowa inaczej, czyli wycieczka z dziećmi

Kraków to po Warszawie miejsce, do którego wracam najczęściej. Tyle, że odwiedziny Warszawy często mają charakter zawodowy lub obywatelski. A odwiedziny Krakowa to ładowanie akumulatorów. Tym razem zaprosiłam na wycieczkę do tego najpiękniejszego, moim zdaniem, miasta w Polsce siostrzeńców. Zwiedzanie z dziećmi to, jak każdy rodzic wie, zupełnie inna bajka, choć z bajką niewiele miewa wspólnego. Z góry było wiadomym, iż odpuścić należy sobie; muzea, świątynie, wystawy. Czy zatem jest sens ciągnąć dzieci przez całą Polskę. Chyba tak. Już sama podróż Pendolino, mimo, że nie pierwsza w ich życiu wzbudziła emocje.

W ciągu pierwszego dnia udało nam się zobaczyć prawie wszystko, o czym dzieci słyszały w szkole. Najpierw był Barbakan; tu najciekawszą okazała się otaczająca go fosa, a chęć zbiegnięcia do niej była powstrzymywana, jedynie z obawy narażenia się na gniew ciotki. 
Następnie Brama Floriańska (tę minęliśmy bez emocji), nie wzbudziły jej nawet niezwykle kolorowe obrazy na murach wokół Bramy. O wiele większe zainteresowanie wywołał szyld Pub Restauracja Pod złotą pipą, co do którego orzeczono, iż zapewne przyczynia się do zwiększenia dzietności. No proszę – taki prosty sposób zamiast wydawania milionów. 
Obowiązkowym punktem odwiedzin okazał się kościół Mariacki. Tu wyrażono życzenie obejrzenia Ołtarza (bo Pani w szkole mówiła, że największy, czy najładniejszy w Europie - chwała Pani) oraz zdziwienie, iż za każdą czynność należy osobno zapłacić; wejście do części dla turystów, możliwość fotografowania, wejście na wieżę. Chłopcy pytali, czy za oddychanie w Krakowie też trzeba płacić i zrezygnowali z wieży. Fakt, iż dostali naklejki umożliwiające fotografowanie sprawił, iż poczuli się ważni i z przejęciem robili zdjęcia Ołtarza Wita Stwosza.
Wydarzeniem była wizyta na Wawelu i to nie z powodu odwiedzin w Katedrze; żadne gadanie ciotki o tym, jak ważne to miejsce dla historii Polski, że koronacje, chrzty, śluby i pogrzeby królewskie, że Wawel to polski Rzym nie wywarły najmniejszego wrażenia. Najbardziej atrakcyjną okazała się wizyta na wieży Dzwonów, skąd można podziwiać panoramę miasta (byliśmy w Centrum Dzwonów, gdzie był taki duży dzwon, którego nie można było uruchomić i kilka małych, którymi dzwoniliśmy - opowiadali z przejęciem rodzicom). Tym dużym Dzwonem był oczywiście Dzwon Zygmunta. Z ciekawością obejrzeli grobowce w Krypcie Królewskiej. Może uda mi się zarazić ich pasją odwiedzania nekropolii. Wchodząc na wawelski dziedziniec stwierdzili, iż widzieli go na jakimś filmie, co okazało się dodatkowym atutem wycieczki. Chłopcy odnaleźli wejście do Smoczej Groty, czym byli niezwykle podekscytowani, bowiem ciotce przez tyle pobytów na Wawelu nie udało się tego dokonać (prawdę powiedziawszy nie bardzo go szukała).
Gwoździem programu okazała się  możliwość zbiegnięcia z Wawelskiego wzgórza. Nie wiem, czy nie czuli się wówczas, jak średniowieczni rycerze po zdobyciu warownego grodu. W każdym razie na ich twarzach malowała się radość.
Kolejnego dnia wybraliśmy się na wycieczkę do Kopalni Soli w Wieliczce. Tutaj najciekawszym  okazało się zlizywanie soli ze ścian korytarzowych (ponoć całkiem bezpieczne pod względem higieny) oraz powrót na powierzchnię autentyczną górniczą windą (taką metalową klatką w zupełnej ciemności i ścisku, któremu to wyjazdowi towarzyszyły głośne piski zwiedzających). Po wyjściu stwierdzili, iż fajna też była też ta duża kaplica (Kaplica Świętej Kingi cała z soli z wieloma rzeźbami, w tym wspaniałą repliką Ostatniej Wieczerzy Leonarda da Vinci zachwyca chyba wszystkich odwiedzających Kopalnię). Szliśmy trasą turystyczną, która trwała około dwóch godzin i wydaje mi się, że wybieranie dłuższej trasy z dziećmi mija się z celem, gdyż wychodząc stwierdzili, że wycieczka była fajna, ale męcząca. Słówko fajny królowało we wszystkich odmianach.
Kolejnym, ciekawym punktem wycieczki był Ogród Doświadczeń Lema. Jest to taki odpowiednik warszawskiego Centrum Nauki Kopernik, tyle, że na świeżym powietrzu. Może nieco mniej atrakcyjny, ale na pewno wart odwiedzenia. Dobrze też przygotować sobie parę złotych więcej na dokupienie dodatkowo płatnych atrakcji. Dzieci były zachwycone toczącą się kulą, w której jak chomiki wspinały się na górę (coś w rodzaju zorbingu). No i koniecznie należy zabrać ze sobą coś do picia, gdyż po wszystkich szaleństwach w rodzaju trampolin i toczących się kul pragnienie się nasila. Na miejscu jest sklepik, ale usytuowany w pobliżu wejścia, więc nie zawsze chce się wracać. No i ceny, jak wiadomo w każdym takim miejscu są dużo wyższe.
Dobrym sposobem spędzania wolnego czasu były także spacery Plantami. Jest tam sporo zieleni, dużo ławeczek, dzieci mogą się wybiegać, a ciocia pospacerować lub pomaszerować. 


Clou wycieczki okazały się lody, bo ... takich smaków i tylu rodzajów lodów to nigdzie nie ma. Osobiście bym polemizowała, ale każdy może mieć swoje odczucia, a tym razem to zdanie dzieci było najważniejsze. To dla nich była ta wycieczka i to one miały być zadowolone. Fajnie (powtórzę za dziećmi) jest mieć takie kulinarne skojarzenia związane z danym miejscem. Mnie Kraków jak dotąd kojarzył się z pysznymi plackami ziemniaczanymi w Barze Grodzkim. (niestety ostatnio nie były tak smaczne).
Reasumując polecam Kraków także na wycieczkę z dziećmi, bo myślę, że i one odnajdą tam coś dla siebie. Jedynym minusem pobytu były tłumy odwiedzających, ale i my byliśmy częścią tych tłumów.
Jest fajnie

niedziela, 26 czerwca 2016

Krajobraz zimowy z łyżwiarzami Avercamp – czyli coś dla ochłody na upalny dzień

                                                              obraz w większej rozdzielczości 
Avercampa poznałam dzięki Mistrzowi z Delf Herberta. Podczas wizyty w Rijksmuseum w Amsterdamie podziwiałam obrazy przedstawiające martwą naturę, oglądałam rubaszne scenki rodzajowe Pietera de Hoocha czy Jana Steena, kontemplowałam dzieła Rembrandta van Rijn (z Nocną strażą na czele), chłonęłam obrazy Vermeera, ale tym, którego zakupiłam reprodukcję był właśnie Avercamp, a ściślej jego Krajobraz zimowy z łyżwiarzami. Dlaczego? Ponieważ nie stawia on patrzącemu żadnych wymagań, nie zmusza do analiz, nie wymaga znajomości techniki, zasad perspektywy geometrycznej, logiki zaludniania przestrzeni, a stanowi prostą afirmację życia. Pozwala na czystą przyjemność obserwacji całej rzeszy ludzkich postaci i ich zachowań. Na zamarzniętej tafli lodu spotykają się młodzi i starzy, biedni i bogaci, nie brak tu także zwierząt. Ludzie się ślizgają, bawią, rozmawiają, są przewożeni na saniach, łodziach, płozach, bądź wykonują codzienne zajęcia. Patrząc na obraz nie dopadają patrzącego żadne egzystencjalne lęki.
fragment obrazu
Avercamp nie snuje refleksji nad przemijalnością życia, on podziwia jego trwanie. Jego obrazy odwołują się do dziecięcej radości życia, są połączeniem tego co zwyczajne, codzienne z tym co bajkowe, są powrotem do krainy przeszłości, kiedy to życie zdaje się jednym wielkim placem zabaw. I choć to może wydawać się naiwne, większość z nas z radością przeniosłaby się do krainy dzieciństwa, kiedy największą troską była obawa, czy jutro spadnie śnieg, a mama puści na sanki. Znajdująca się w głębi  budowla wygląda niczym pałac z lodowych tafli, a przylegająca do niej z ośnieżonym dachem przypomina ciasto z lukrową polewą. Realizmu dodają znajdujący się na pierwszym planie kamienny, brązowy dom, okrągły budynek browaru o barwie bursztynu oraz szmaragdowy gmach kościoła. Kolory użyte przez artystę przypominają kolory kamieni szlachetnych, a formy ich przejrzystość. Mimo, iż obraz przedstawia pejzaż zimowy i przeważają tu różne odcienie bieli, to nie brakuje wyrazistych kolorów. Obraz aż tętni życiem. Oprócz estetycznej przyjemności z patrzenia można popuścić wodze wyobraźni, tyleż tu epizodów malarskich, wystarczy wybrać jeden i dopisać doń całą historię; o grupce zamożnych obywatelu, którzy debatują nad przyjęciem w ratuszu, o zamożnej acz wiekowej starszej damie, która wybrała się z córką i wnuczką na przejażdżkę łódką/saniami pod lodzie, o odbywającej schadzkę parze kochanków, czy o kobiecie w chustce na głowie wracającej z koszem wiktuałów z rynku.
fragment obrazu
Herbert o malarstwie Holendra pisze; Kolor Avercapma jest zawsze ścisły, zdefiniowany, jasno określony, dźwięczny, substancjonalny, twardy i świetlisty zarazem jak kość słoniowa, szlachetne kamienie, barwne opalizujące szkła. Powierzchnia płócien jest pstra, ale ta kolorystyczna swoboda i rozrzutność palety, a także nagromadzenie szczegółów nie niszczą jedności nastroju i tonu. Po czym zastanawia się Jak to jest, że te obrazy, kipiące od niepohamowanej narracji, w których panuje beztroski nieład rzeczy, są dla naszych oczu jednorodne, wewnętrznie spójne, harmonijne, chociaż wymykają się wszelkim geometrycznym schematom. Str. 46 Mistrza z Delf Wydawnictwo Zeszyty literackie, rok 2008)
I co by nie mówić (tu pozwolę sobie na małą metaforę) patrzenie na ten krajobraz jest jak szklanka zimnej wody podczas upalnego dnia. 
I powtórzę cytowany już na blogu fragment z Mistrza z Delf Avercamp przyjmuje, że świat jest dobry i godny zamieszkania, jego małe postacie na tle rozległej panoramy oddane są z czułą dokładnością miniaturzysty, bez cienia sarkazmu czy ironii. Obca mu jest medytacja wielkiego Flamanda [Bruegla] nad przemijaniem, obojętnością przyrody, znikomością egzystencji. I w tej zgodzie na to, co istnieje, w naiwnej, spontanicznej akceptacji rzeczywistości jest Avecamp arcyholenderski. (str.45)
fragment obrazu
Obraz namalowany przez Hendrcka Avercampa w 1608 roku na płótnie o wymiarach 77,3 cm na 131,9 cm znajduje się w Rijksmuseum w Amsterdamie. 

Jeden z komentarzy przypomniał mi, iż pisząc o tym obrazie myślałam też o tekście utworu Brela Flamandowie, który pięknie śpiewa Michał Bajor.
Flamandowie tańczą milcząc wciąż
Przy niedzieli tańczą Flamandowie
Nie pogadasz z nimi w tańcu, bo
Flamandowie nierozmowni są
Tańczą, bo dwadzieścia mają lat
Piękny wiek, by się dowiedział świat
Że miast o staropanieństwo drżeć
Trzeba za mąż iść i dzieci mieć
Tak rodzice przykazali im
Belfer w szkole i na mszy w klasztorze
Ojciec przeor przez kadzideł dym
Tak nauczał i dlatego może 
Tańczą tak
Tańczą tak 
Flamandowie tańczą tak
Obcy jest im w tańcu słodki dreszcz
Gdy w niedzielę tańczą Flamandowie
Gdy Flamandów trochę znasz, to wiesz
Obcy jest im jakikolwiek dreszcz
Tańczą, gdy trzydzieści mają lat
Piękny wiek, by się dowiedział świat
Że ich życie swój osiąga cel
Rosną dzieci i na piwko chmiel
Ich rodzice z dumy puchną aż
Belfer w szkole i na mszy w klasztorze
Ojciec przeor rozjaśniwszy twarz
Puchnie z dumy i dlatego może 
Tańczą tak
Tańczą tak 
Flamandowie tańczą tak
Tańczą przy niedzieli milcząc wciąż 
Bez uśmiechu tańczą Flamandowie
Bo kto zna ich, co tu kryć
Nie do śmiechu jest Flamandem być
Tańczą mając siedemdziesiąt lat
Piękny wiek, by się dowiedział świat
Że ich życie osiągnęło cel
Rosną wnuki i na piwko chmiel
Cali w czerni jak rodzice ich 
Belfer w szkole i jak mnich w klasztorze
Do podziału w testamentach swych
Mają sporo i dlatego może 
Tańczą tak
Tańczą tak 
Flamandowie tańczą tak
Flamandowie tańczą milcząc wciąż
Przy niedzieli tańczą Flamandowie
Mają twarze bez kropelki krwi
Kto ich zna ten rację przyzna mi
Tańczą, bo skończyli już sto lat
Piękny wiek, by się dowiedział świat
Że się ma prawnuki że ho ho
I że nóżki jeszcze żwawe są
W tańcu płyną do rodziców swych 
I do belfra, co ich beształ w szatni
Do przeora, co rozgrzeszał ich
Płyną, gdy już może raz ostatni
Tańczą tak
Tańczą tak 
Flamandowie tańczą tak
Tańczą tak
Tańczą tak 
Flamandowie tańczą tak



piątek, 10 czerwca 2016

Dziennik Andre Gide

Powsin
Zachęcona przez Adrianę z bloga Kraków i okolice sięgnęłam po Dziennik Gide`a. Początkowe wpisy nieco mnie rozczarowały. Myślałam nawet, iż zrezygnuję z lektury. Pierwszy wpis z 1890 roku 21 letni Andre zaczyna od zdania - Nie dbać o wydawać się. Nie byłam zachwycona. Równoważniki zdań, brak podmiotu, orzeczenia, myśli skaczące po tematach w zawrotnym tempie. Jedyne co zdołałam wyłuskać to dążenie do odrębności, szczerość ponad wszystko. Nie usiłować iść dumnie w ślady Stendhala. Zmysł naśladownictwa; bardzo się go wystrzegać. Str.9 

Może to zbyt duża różnica wieku sprawiła, iż trudno mi było nadążyć za myślą młodzieńca. Choć ciekawie brzmią zalecenia skierowane ku samemu sobie, jako jeden z materialnych czynników sprzyjających pracy i jej pobudzeniu wskazuje Andre;
Nie starać się wciągać do pracy poprzez lekturę czy muzykę; albo 
Wilanów

wybrać autora dawnego i czytać tylko (ale w skupieniu) kilka linijek. Zawsze sięgam do tych samych: Wergiliusz, Molier, Bach (czytany bez pomocy fortepianu); Kandyd Woltera: albo z innych powodów, pierwsze tomy korespondencji Flauberta, 

Listy do siostry Balzaka. … W pokoju do pracy żadnych dzieł sztuki albo bardzo niewiele i bardzo poważnych; (nic Botticellego) Mascaccio, Michał Anioł, Szkoła Ateńska Rafaela. Raczej kilka portretów, lub kilka masek: Dante, Pascal, Leopardi; fotografia Balzaka, fotografia… Z książek tylko słowniki. Nic nie powinno odrywać czy urzekać. Nic nie powinno ratować od nudy, prócz pracy. Str.15
No tak, rozumiem, dlaczego moje plany na karierę pisarską legły w gruzach. Nad łóżkiem wisi sporej wielkości fragment reprodukcji fresku Botticellego, który urzeka pięknem i odrywa od pracy, nie mówiąc o kilku impresjonistycznych pejzażach. Na ścianie nad stołem śliczne (choć nieco kiczowate) akwarelki widoczków Paryża i Wenecji, miast, do których wzywa nostalgia.
Łazienki

Pisząc o pięknym obrazie Giorgione`a Koncert konstatuje, …patrząc na to, nie myśli się o niczym innym. Cecha arcydzieła; jest tylko ono, odsuwa każdą inną formę piękna. (str. 18). To stwierdzenie jest mi niezmiernie bliskie. Zapatrzeć, zasłuchać, zaczytać się - tylko to ma sens… wszelka powierzchowność niweczy odkrywanie…
W miarę lektury zaczynam w nią wsiąkać, zatracam się w czytaniu, a ilość kolorowych karteczek znaczących myśli ważne, ważkie i bliskie powoduje, że książka zaczyna puchnąć. Kolejna selekcja przed zanotowaniem paru najważniejszych sprawia, że wynotowuję jedynie dziesięć stron myśli. 
Początkowo przeszkadza, iż wielość cytowanych tu nazwisk to kompletnie obce, pusto brzmiące dźwięki, jednak z czasem pomijam nazwiska, a odnajduję przypisane im myśli. 
Wiele tu poszukiwań – i zbłądzeń - także religijnych i światopoglądowych, w tym skłanianie się ku katolicyzmowi czy początkowe zauroczenie komunizmem.

Katolicyzm jest nie do przyjęcia. Protestantyzm jest nie do
Ogrody BUW

zniesienia. A czuję się do głębi chrześcijaninem na str. 66 pisze młody jeszcze człowiek.
Nic bardziej nie drażni pewnych katolików jak widok naszych wyrzeczeń, do których oni z całą swoją religijnością nie są zdolni. To też niewiele im trzeba, żeby oskarżyć nas o szalbierstwa; cnota ma pozostać ich monopolem, i tylko to się liczy, co uzyskuje się od siebie klepiąc pacierze. Nie mogą nam darować naszego szczęścia; jest bezbożne. Tylko oni mają prawo do szczęścia. Zresztą mało z tego prawa korzystają. Str. 150

Jak bliska staje się myśl na temat zamiłowania do zachodniej cywilizacji.
Czy należało jechać dalej? Aż do Eufratu? Aż do Bagdadu? Nie, już tego nie pragnę. Obsesja, żeby zobaczyć te kraje, jest za mną; za mną dzika ciekawość. Jako to ulga poszerzyć na mapie obszary, których nie musi się już zobaczyć! Zbyt długo myślałem - z upodobania do egzotyki, z nieufności do szowinistycznego zapatrzenia się w swoje, a może też ze skromności, że niejedna kultura może zasługiwać na naszą miłość, urzeczenie… Teraz wiem, że nasza cywilizacja zachodnia (powiedziałbym nawet francuska) jest nie tylko najpiękniejsza; wierzę, wiem, że jest jedyna – tak, jedyna po Grecji, której my tylko jesteśmy spadkobiercami. Str. 75 
Łazienki

Gide żył w niezwykle burzliwym okresie, przeżył koniec wieku, dwie wojny światowe, narodziny komunizmu, co czyni jego Dziennik ważnym świadectwem epoki (przełomu epok) a także kilku nurtów w historii literatury i sztuki. 
1 sierpnia 1914 r. Dzień niespokojnego oczekiwania. Dlaczego nie ogłasza się mobilizacji? Każda zwłoka korzystna dla Niemiec. Dać się zaatakować to zapewne ustępstwo na rzecz partii socjalistycznej. (str. 79)
Dwunasty dzień od mobilizacji … Zarzucam sobie, że nie wszystkie moje myśli są oddane temu pełnemu lęku oczekiwaniu; ale obce jest mi wszystko co narusza równowagę umysłu. Gdyby nie opinia, czuję, że nawet pod ogniem nieprzyjacielskim radowałbym się odą Horacego. Ruyters był zgorszony któregoś wieczora, że mogłem mówić o czymś innym… Ani dziś popołudniu, ani wczoraj nie byłem w Czerwonym Krzyżu, gdzie udaję raczej, że jestem użyteczny niż jestem użyteczny naprawdę. Przywilej nabiera tu najbardziej ohydnego smaku. Ale hipokryzja jest jeszcze wstrętniejsza, a komedia, którą się gra przed samym sobą z obawy, że pozostanie się za innymi w tyle, absurdalna. Str. 81
Ustala się nowy szablon, konwencjonalna psychologia patrioty,

Łazienki
poza którą nie sposób już być „przyzwoitym człowiekiem”. Od tonu, jakim dziennikarze mówią o Niemczech, robi się całkiem niedobrze. Prześcigają jeden drugiego dając całą swoją miarę. Każdy boi się, że zostanie z tyłu i będzie wyglądał na mniej „dobrego Francuza” od innych. Str. 81

I w końcu dylemat, który często i mnie nurtuje. 
Czy mogę wiedzieć, jak zachowałbym się wobec rzeczywistego niebezpieczeństwa? Z jak prostej materii są ci, którzy mogą odpowiadać za siebie w każdej godzinie dnia i nocy! Ilu żołnierzy czeka z trwogą wydarzenia, które im powie, czy są odważni? A ten, kto nie reaguje jak chciałby, ten czyja wola tylko jest odważna? Rozpacz człowieka, który ma siebie za tchórza, ponieważ ustąpił chwilowej słabości- a spodziewał się, że jest mężny (Lord Jim) str. 82

Czasami autor pisze o sobie w trzeciej osobie - co jest trochę mylące (wywołuje wrażenie dopisku innej osoby). I choć wielokrotnie powtarza, iż w życiu najważniejsza jest szczerość wobec siebie i innych, przyznaje, że sam nie potrafi być do końca szczery (najprawdopodobniej chodzi o biseksualizm autora)
Łazienki

Jest krytyczny wobec rodaków. Trzy czwarte błędów popełnionych przez Francję wynika z upodobania do dowcipu, gestu, sentymentu. Myślicie, że te rzeczy istnieją dla nich? Są praktyczni, wy jesteście romantyczni. O, zasługujecie na Rostanda! Pióropusz, szampan i cała reszta stosowana do tej nieuleczalnej lekkomyślności, która każe wam żartować pod obstrzałem i nigdy nie przyjmować do wiadomości, że inni są już gotowi. A poza tym za bardzo liczycie na szczęście. Pięknie jest pokładać ufność w sobie; ale wówczas, kiedy jest uzasadniona” str. 85
Ocena sytuacji politycznej przeplata się z rozważaniami na temat sztuki i filozofii. 
Drażnią mnie gazety, które z tchórzliwym i przestarzałym optymizmem wciąż głoszą, że zwycięstwo polega na niedostrzeganiu otrzymanych ciosów. Schlebiają skłonności umysłu francuskiego najbardziej niebezpiecznej na czas wojny, bo nieuniknienie łączy się z nią brak przygotowania. Te same gazety przed wojną nie uznawały niebezpieczeństwa niemieckiego; dziś dzień po dniu, karmią nas tą głupią i rujnującą ufnością. Żadna klęska nic ich nie nauczy. Str. 104 
Deklaracje nacjonalistów zbyt często przywodzą na myśl zapewnienia córek króla Leara. Głęboka miłość nie pojawia się tak łatwo na ustach. Jestem za milczeniem Kordelii. Str. 128 
Nad Wisłą
Przyczyny, które skłaniają mnie do pisania są liczne, a najważniejsze najbardziej ukryte. I ta przede wszystkim: uchronić coś od śmierci. Str. 145
O starzeniu się pisze:
Wraz z pragnieniem usypia cała moja istota. Kiedy piękno nie budzi w nas żadnej potrzeby zbliżenia, kontaktu, uścisku, spokój, którego w swoim szaleństwie pragnęło się w czasach, kiedy dręczyło nas oszalałe pragnienie, bardziej zdaje się apatią; i zasługuje na pochwałę może tylko dlatego, że myśl o śmierci czyni mniej okrutną i z nią oswaja. Str. 151
W sumie mierny okres. Tracę kontakt ze sobą i z rzeczywistością, udaję, że żyję i chwilami wątpię, czy żyję, naprawdę. Zmęczenie takie, że nic już od siebie nie żądam; poddaję się życiu, jak poddałbym się śmierci. Str. 183 –pisze sześćdziesięciolatek

Ogrody BUW
Mniej wymagające z wiekiem ciało pozwala na wolność umysłu. Ocenia się rzeczy rozumniej; ale też mniej sprawiedliwiej tych, którymi rządzą zmysły. Kiedy samemu uszło się tej dominacji, przestaje się ją rozumieć, zgadzać się na nią u innych. Ileż nieprzejednania wynika z zimnego temperamentu. Str. 210

Z bólem serca dokonałam wyboru paru jedynie myśli z dużego zbioru wynotowanych z Dziennika i znów naiwnie żywię nadzieję, że do tych notatek jeszcze powrócę. 
Cytaty pochodzą z Dziennika Gide`a Wydawnictwo Krąg Warszawa 1992 r. (243 strony) przekład Joanna Guze
Kolejna służbowa podróż do stolicy obfitowała w częstsze spotkania z naturą (choć nie obeszło się bez spotkań ze sztuką:) zdjęcia z paru spacerów.


niedziela, 22 maja 2016

Życie jest cudem, czyli o radości z podróży ... służbowej


.. dusi mnie nadmiar pism, druków, książek. ..wszystko to, nie mieszcząc się już na półkach, leży na stołach, na podłodze, wszędzie. Myśl nie może się poruszać, nie może oddychać. Jestem jak Pompeja pod deszczem popiołów; nie chcę ich pomnażać. Kiedy zdarza mi się otworzyć którąś z nowych książek, zdaje mi się niemal zawsze, że tę odrobinę prawdy i nowości, można by wyrazić krócej- albo też nie mówić wcale. Dlatego też, kiedy mnie samemu przychodzi ochota na pisanie, waham się i zapytuję siebie; czy naprawdę warto to powiedzieć? Czy inni nie powiedzieli tego przede mną? Czy ja sam tego już nie powiedziałem? I milknę …
Ten cytat z Dzienników Gide`a wytłumaczy może lepiej niż ostatni wpis ciszę na blogu. Ktoś napisał o ociężałości umysłowej, ktoś inny o niemocy twórczej, a ja napisałabym jeszcze o świadomości tego, że wszystko co ważne zostało już powiedziane, a my tylko łudzimy się, że uda się powiedzieć to inaczej, ale czy lepiej? A z drugiej strony jest w nas potrzeba dzielenia się z innymi własnym widzeniem świata, nawet jeśli nasi przodkowie wypowiedzieli już cały alfabet słów a w swoich przekazach zawarli całą gamę wzruszeń. 
Codzienność spowodowała, iż zapomniałam, jak bardzo potrzeba mi wyrwania się z czterech ścian i popatrzenia na świat z innej perspektywy. 
Szczęśliwym zbiegiem okoliczności udało mi się połączyć służbowy wyjazd z radością odkrywcy. Po odrobieniu pańszczyzny w postaci przejrzenia setki papierków i zapisania kilkudziesięciu stron różnych dyrdymałów (bardzo ważnych, istotnych, twórczych, a jakże) mogłam oddać się temu, co lubię najbardziej. W przeciągu tygodnia udało mi;
Obejrzeć sztukę Kamień w Teatrze Współczesnym. Gdyby nie
napisała o tym przedstawieniu Kasia z Mojej pasieki byłoby dla mnie pustym dźwiękiem. Nie znałam ani sztuki, ani autora. Rzecz dzieje się w Niemczech na przestrzeni kilkudziesięciu lat (od 1935 do 1993 roku). Trzy kobiety odgrywają podwójne (a nawet potrójne role). Rodzinna historia o bohaterstwie dziadka Wolfganga, który miał uratować żydowską rodzinę przed zagładą okazuje się fikcją, którą zbudowała sobie Babcia Witha, aby życie było prostsze, a może bardziej znośne. Karmione rodzinnym przekazem córka i wnuczka nie potrafią pogodzić się z bolesną przeszłością. Sztuka mówi o zakłamywaniu przeszłości przez jednych oraz o ciężkim radzeniu sobie z niewygodną prawdą przez drugich. Piękną recenzję można znaleźć u Kasi. Ja dodać mogę tylko, iż jestem pod wrażeniem kunsztu aktorskiego pań, które płynnie przechodziły od jednej roli do drugiej w rozsypanych w czasie scenach. Niezła sztuka i fantastycznie zagrana. Teatr, jakiego rzadko ostatnio doświadczam. A widownia zapełniona zaledwie w połowie. Czy to oznaka tego, iż rośnie zapotrzebowanie na sztuki lekkie, łatwe i przyjemne (zbyt lekkostrawne). Mam nadzieję, że nie. Sztuka jest trudna (zarówno w swej wymowie, jak i w odbiorze, bo trzeba skupienia, aby nadążyć z przeskokami w czasie), ale godna ze wszech miar polecenia wymagającemu widzowi. 
Obejrzeć Pana Jowialskiego w Teatrze Polonia. Jeśli ktoś nie ma ochoty na myślenie w teatrze, roztrząsanie moralnych dylematów, potrzebuje odprężenia, a jednocześnie nie przepada za papką w rodzaju Goło i wesoło, czy Mayday to Pan Jowialski spełni jego oczekiwania. Sztuka to na pierwszy rzut oka ramotka; prosta fabuła z przerysowanymi postaciami. Jednak jak się jej bliżej przyjrzeć to fantastyczny przekrój ludzkich charakterów. Pan Jowialski (Marian Opania) sypiący przysłowiami, skłonny do żartów i krotochwili to inteligentny obserwator rzeczywistości, który dostrzega więcej niż by się mogło wydawać, pani Jowialska (Magdalena Zawadzka) potulna małżonka, nieśmiało ganiąca męża za skłonność do figli, szambelan Jowialski (syn w/w) safandułowaty małżonek, nie mający własnego zdania, żyjący w świecie swoich zainteresowań ptaszkami, pani Szambelanowa (Krystyna Janda) nie znosząca sprzeciwu żona powtarzająca do znudzenia historyjki o swym pierwszym mężu. Główną zaletą przedstawienia była fantastyczna gra aktorska. Widać, iż aktorzy sami bawią się doskonale odgrywając role z dystansem do własnych postaci i z humorem. Grający rolę szambelana pan Malajkat tak wczuł się w postać, iż rozbawił nie tylko publikę, ale i aktorów. Może to nieprofesjonalne, kiedy aktor jest „ugotowany”, ale jakże sympatyczne i zabawne. Nie miałam pojęcia, jak wiele znanych do dziś przysłów i powiedzonek pochodzi z tej sztuki Fredry. Uśmiałam się setnie, a ze mną cała widownia. A jeszcze do niedawna wydawało mi się, że dobrej komedii w teatrze już nie zobaczę. 
Uczestniczyć w spektaklu Lekcja historii – piosenki Jacka
Kaczmarskiego w teatrze Ateneum. Lekcja historii to zestaw utworów poświęconych refleksjom nad kilkoma znanymi obrazami, a zarazem opowieść o fascynacji malarstwem. Komentarz do dzieł malarskich dowodzi niezwykłej erudycji i talentu do przekształcenia swoich obserwacji w utwory poetyckie. Dla ułatwienia zrozumienia tekstu wykonanie każdego utworu poprzedzono prezentacją obrazu oraz komentarzem narratorskim wygłoszonym przez pana Piotra Fronczewskiego. Jeśli do tego wszystkiego dodać rewelacyjne wykonanie utworów (Jacek Bończyk, Julia Konarska, Wojtek Brzeziński i Wojtek Michalak) i doskonałą akustykę małej sceny to mamy dzieło doskonałe. Słuchałam całą sobą, robiło mi się ciepło na sercu i chciałam, aby to trwało i trwało. Podczas wykonywania utworu Autoportret Witkacego musiałam powstrzymywać się, aby nie nucić wraz z wykonawcą. Nie potrafiłabym wskazać jednego utworu, który najbardziej chwycił za serce, ale wyróżniłabym Rejtan, czyli raport ambasadora (inspirowany obrazami Matejki) -rzecz o przeszłości, a jakby o dniu dzisiejszym, Krzyk (inspirowany obrazem Muncha) – wykonany tak przejmująco, tak plastycznie, że aż ciarki przechodziły po plecach i wspomniany Autoportret Witkacego – który wciąż mam w głowie. Spektakl uświadamia, jak różnie odbieramy świat, jak inaczej patrzymy na te same rzeczy, jak czasami nie potrafimy dostrzec tego co oczywiste, a także mówi o tym, ile uniwersalizmu jest w malarstwie, poezji i muzyce. A połączenie tych trzech sztuk to potrojenie doznań estetycznych. To była prawdziwa uczta duchowa. Osoba towarzysząca mi po wyjściu
 z teatru skomentowała: jaki ten świat jest popieprzony, nienawidzę tego świata, ja zaś odpowiedziałam - a ja go kocham, bo są na nim ludzie, którzy potrafią pokazać jak jest piękny tworząc takie dzieła. 

Rozkoszować się niedzielnym porankiem na dachu Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego. O ogrodach na dachu biblioteki słyszałam od dawna, ale po raz pierwszy udało mi się je obejrzeć. Teraz żałuję, iż zrobiłam to tak późno, ale z drugiej strony może gdybym odwiedziła je w innym czasie wrażenia nie byłyby tak … ożywcze i niezapomniane. To może banalnie zabrzmi (mam świadomość tego, że wiele rzeczy na tym blogu brzmi banalnie), ale tam poczułam, że jestem szczęśliwa. Tzn. wiem o tym od dawna (od zawsze?) i cieszę się życiem, mimo okresów zniechęcenia i rozczarowania ostatnimi czasy. Jednak to był taki moment. Początek nowego dnia, słoneczny i ciepły, śpiew ptaków, zapach wiosny, spokój, cisza, miasto leżące u moich stóp, oczy nasycone widokiem Wisły i zieleni i wyrywające się z ust nutki jakiejś piosenki. Tak – złapałam się na tym, że śpiewam. I wtedy właśnie uświadomiłam sobie po raz nie wiem, już który, że życie jest cudem. Po wspaniałych doznaniach estetycznych udałam się na filiżankę kawy w knajpce o wdzięcznie brzmiącej nazwie Nadwiślański Świt. Tak, gdybym po raz pierwszy odwiedziła ogrody na dachu BUW w pochmurny dzień, gdyby ogrody były zaludnione masą krzykliwych turystów, wtedy wspomnienia odnotowałyby fakt zaliczenia kolejnej atrakcji. A tak buzia mi się śmieje, czuję ciepło na sercu, a wspomnienie tamtego poranka zamykam w szufladce pamięci, jako antidotum na gorsze chwile.

A to tylko kilka wrażeń, których było dużo więcej, a które powiązane w całość sprawiły, że wyjazd służbowy po raz pierwszy w życiu stał się miłym wspomnieniem. Niespieszne poranki (oni tam zaczynają pracę o dziewiątej- nie rozumiem, jak można tak marnotrawić czas, ale ja dzięki temu zyskałam możliwość niespiesznej celebracji posiłków i spacerów o świcie), wędrówki nad Wisłą i mniej zaludnionymi uliczkami miasta, spotkania ze znajomymi. 
A wydawało mi się, że służbowa podróż i radość to pojęcia nawzajem się wykluczające. 
Miałam tu jeszcze napisać o wrażeniach z wcześniejszego weekendowego wypadu do stolicy (obejrzenia Kordiana w Narodowym oraz ponownej wizyty w Muzeum Historii Żydów Polskich), ale wpis i tak zrobił się bardzo obszerny, więc zrobię to (taką mam nadzieję) w jednym z kolejnych postów.

Zdjęć podczas przedstawień teatralnych robić nie można więc wpis zilustrowałam zdjęciami z Ogrodów BUW.



niedziela, 15 maja 2016

Jak poległam na lekturze Anioła zagłady i słów kilka na temat nieobecności

Od czasu, kiedy przystąpiłam do wyzwania stosikowe losowanie u Anny, czyli od marca 2012 roku nie zdarzyło mi się, abym nie przeczytała wylosowanej w zabawie lektury. Z niektórymi szło mi nieco ciężej, wrażeń z kilku nie zdążyłam zapisać z różnych (najczęściej nie związanych z lekturą) powodów, ale po raz pierwszy nie udało mi się przebrnąć przez pierwsze dwadzieścia stron książki. Zdaję sobie sprawę, że nie można się wypowiadać na temat czegoś, czego się nie poznało, bo byłoby to nieuczciwe w stosunku do twórcy i jego pracy. Być może książka nie trafiła w swój czas, być może byłam za bardzo rozkojarzona, zmęczona, zestresowana, powodów mogło być wiele. 
Poległam na stylu, który niezmiernie mnie drażnił. Podkreśliłam sobie kilka zdań, które czytało mi się szczególnie ciężko. Jeśli w Was nie wywołają sprzeciwu – to sięgnięcie po tę książkę, aby sami wyrobić sobie zdanie na jej temat.
Westchnąłem, w oczekiwaniu na ciche kroki i bezszelestne zakradanie się do mojego pokoju, gdzie miało leżeć śpiące dziecko, nic nie wiedzące, co dzieje się za ścianą, naiwne, głupie i kruche, a leżał przygnieciony niepojętymi ciężarami doświadczeń młodej duszy, dławiący w sobie delikatne piękno wzruszenia, zagubiony i roztrzęsiony, nie mogący się skupić, nieoczekiwanie na swój sposób dojrzały Tristan, nagle przygotowany przez dyskretne mroki kosmosu i niebiańskie moce do spotkania z zagadką śmierci. 
Było to takie nagłe, nielogiczne, niepojęte, że patrzyłem teraz na ojca jak na przechylającą się w moją stronę olbrzymią, kamienną górę, która zwali się zaraz na mnie, przygniecie i roztrzaska za karę, że takie bluźnierstwa wyrwały się z mojej piersi. 
… odpowiedziałem, jakbym mu wlał do mózgu jad sączącej się z mojego języka trucizny..
Żeby zaś dobrze widzieć trupa, który milczy i nigdy się już nie odezwie, trzeba wyjąć z głęboko ukrytych w nas zapasów patrzenia i widzenie specjalne, zamknięte w nas na trzy spusty drugie oczy, schowane na czarną godzinę. 
Generalnie nie mam nic przeciwko metaforom, zdaniom podrzędnie złożonym, czy też rozbudowanym, jednak tutaj raziły mnie one. Chodzi o książkę Anioł zagłady pana Stanisława Sroczyńskiego. Gdyby komuś spodobały się zacytowane tutaj fragmenty chętnie sprezentuję mu książkę.
Nie było mnie tutaj przez dłuższą chwilę. Zawładnęły mną obowiązki rodzinne oraz zawirowania w pracy, które sprawiły, iż to co dotąd chociaż wyniszczające zbyt szybkim tempem było raczej stabilne, teraz stało się niepewne i frustrujące. 
Dystansu nabrałam dzięki podróży. Taka zmiana otoczenia i oderwanie się od trosk dnia codziennego potrafi zdziałać cuda. A jeśli przy okazji udaje się jeszcze urozmaicić monotonię dnia codziennego poznawaniem nowych miejsc i uczestniczeniem w niezwykłych wydarzeniach (kulturalnych i nie tylko) to można znowu powiedzieć ... trwaj chwilo… 
Czy już wróciłam na dobre? Czas pokaże.