poniedziałek, 1 sierpnia 2011

MW Waldemar Łysiak


Dziwną drogą chadzają czasami nasze literackie upodobania. Po raz pierwszy zetknęłam się z tą książką kilkanaście lat temu we Włoszech. Zdążyłam tylko przejrzeć ją i przeczytać wstęp, a już wiedziałam, że muszę kiedyś do niej wrócić.
Dużo wody upłynęło, zanim udało mi się ją kupić, a za czytanie wzięłam się jeszcze później.
Tytuł „MW” oznaczać może wszystko, co nam podpowie wyobraźnia. Ponieważ autor opisuje w poszczególnych rozdziałach swoje ulubione obrazy, a rozdziały nazywa salami mnie najbardziej adekwatną nazwą wydaje się „Muzeum Wyobraźni”. Jest to nieistniejące, albo właściwiej mówiąc istniejące jedynie w wyobraźni autora Muzeum, w którym przechowuje obrazy, będące z różnych powodów jego ulubionymi, stanowiące inspirację dla opowiedzenia kilku historii. Z każdym obrazem wiąże się pewne zdarzenie. Każdy obraz posiada do towarzystwa kilka innych, które autorowi kojarzą się bądź z ich tematyką, bądź z historią ich „odkrycia”.
Pomysł stworzenia „Muzeum Wyobraźni” jest bardzo ciekawy i nasunął mi pomysł na stworzenie mojego, własnego Muzeum, w którym nie mogłoby zabraknąć dzieł Michała Anioła, Leonardo, Rafaela, Lippiego, Fra Angelico i paru jeszcze malarzy renesansowych a także co najmniej kilku obrazów impresjonistów. Każdy (albo większość z nas) zapewne ma swoje ulubione dzieła, niekoniecznie obrazy, mogą to być rzeźby, a może, jeśli popuścić cugle wyobraźni, także perełki architektury, które chciałby zobaczyć zgromadzone w takim właśnie Muzeum.
Obrazy w „MW” pochodzą z różnych, nieraz odległych od siebie epok i przedstawiają zróżnicowaną tematykę. Każde opowiadanie dotyczące kolejnych sal tego muzeum przedstawia jedna historię. Na przykładzie znaczących dla niego obrazów autor dzieli się nie tylko wrażeniami, ale także przemyśleniami i poglądami dotyczącymi różnych zagadnień. Jest tu nawiązanie do dzieciństwa, z jego bogactwem świata bajek i fantazji, jest fascynacja epoką Napoleońską, jest także opis zjawiska „głupiutkiej blondynki”, potrafiącej owinąć sobie wokół palca każdego mężczyznę, niezależnie od poziomu intelektualnego. Pomiędzy wierszami widoczny jest podziw dla świata magii i „producenta tej magii” - Hollywoodu.
Łysiak nie stara się wcielić w rolę krytyka sztuki i przekazać nam co autor, zamierzał danym dziełem osiągnąć. Tak jak pisze, zawsze śmieszą go wszelkie analizy dzieła, które często są niezgodne z zamierzeniem twórcy. Nie zajmuje się analizą obrazów, ich rozkładem na części pierwsze, a przynajmniej w niewielkim stopniu, ale pisze, o wrażeniach, jakie w nim wywołują i skojarzeniach, jakie rodzą.
Jest dla przykładu sala Romantyczność, w której umieścił obrazy Caspara Davida Friedricha. Są one nostalgiczne, nieco posępne, ale przesycone nutą romantyczności właśnie. Znajdujące się na obrazach pary są dla autora pretekstem do snucia rozważań na temat zjawisko tzw. „kobiety porządnej”. Autor przytacza m.in. poglądy z początku XIX wieku na rolę kobiety w małżeństwie i puentuje, iż mimo upływu prawie dwóch stuleci, poglądy te są, o zgrozo, często nadal niezmienne.
Dzięki lekturze możemy dowiedzieć się, że mężczyźni także mają marzenia, o co raczej ich nie podejrzewamy. Są to marzenia o życiu pełnym przygód i awantur. To tłumaczyłoby fascynację wielu panów serią filmów o Jamsie Bondzie. Rozdział „Kuter” jest tylko pretekstem dla ukazania pragnień męskiej duszy, rozdartej między pragnieniem życia w roli Agenta 007, a odpowiedzialnością, która przypisała go do roli męża, ojca, kochanka, zaopatrzeniowca domowego ogniska. A kuter jest tylko uosobieniem tych pragnień wyrwania się z nudnego tu i teraz do fantastycznego jutra, w którym życie nabierze barw. Myślę, że symboliczny kuter (którym równie dobrze mógłby być motor, czy mały samolocik) są dla panów tym, czy dla mnie są miasta portowe i morskie wybrzeża - synonimem przygody, w wir której chcielibyśmy się rzucić, zostawiając "nasza małą  stabilizację".
Rozdział „Bóg szachów” mógłby się spodobać mojemu znajomemu. Jest w nim odwołanie do dzieł jego ulubionego Hieronima B. Choć rzecz dotyczy zagrożenia totalitaryzmem, pokazanym na przykładzie wizji, (choć ostatnie zdanie sugeruje, że nie jest to tylko wizja), niewinnego z pozoru szaleńca, który powoli opanowuje ludzkie umysły i dusze.
Nawiasem mówiąc, kiedy dowiedziałam się, że Bosch jest malarzem epoki seicenta (tworzył w tym samym okresie co Leonardo czy Michał Anioł), zdziwiłam się ogromnie. Jego symboliczne, surrealistyczne, mroczne i posępne obrazy bardziej pasowały mi do dziewiętnastego, a może nawet dwudziestego wieku.
Książka zawiera ilustracje obrazów, o których autor pisze, co pozwala od razu skonfrontować nasze odczucia z odczuciami autora.
Lektura wciągnęła mnie od pierwszego rozdziału i pomysłem i opowieścią i erudycją autora.
A chyba najbardziej podoba mi się, że w Muzeum Wyobraźni jest miejsce dla malowanych słowem uczuć autora dotyczących jego ulubionych obrazów. Może dlatego, że i moje opisy są opisami uczuć i emocji, jakie budzą we mnie nowe kraje, nowe miejsca, książki czy muzyka.
I jeszcze jedno lektura zainteresowała mnie malarstwem Caspara Davida Friedricha i sięgnąwszy do zbiorów internetowych tego malarza odkryłam kolejnego twórcę, którego chętnie gościłabym w Moim Muzeum. 
Mam jeszcze problemy z dołączaniem tutaj zdjęć internetowych stad wpisy mogę okrasić jedynie własnymi fotografiami. Wszystko przede mną

6 komentarzy:

  1. Oj jak Ty to robisz Małgosiu, że każdy Twój kolejny wpis powoduje natychmiastową chęć sięgnięcia po kolejną nie znaną mi książkę. Nie jestem może wielkim znawcą sztuki, ale rzeczywiście są takie obrazy, rzeźby czy architektoniczne perełki, które przyprawiają mnie o szybsze bicie serca. Muszę koniecznie wyszukać tę książkę.
    Ja zdjęcia z internetu najpierw ściągam na swój komputer i dopiero potem dodaję z dysku. Może jest lepszy i szybszy sposób, ale ja go nie znam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo mi miło, że recenzja cię zainteresowała na tyle, że chciałabyś sięgnąć po książkę. Ja również nie jestem znawcą sztuki i to dopiero poprzez literaturę i jej odniesienia zaczęłam sięgać do albumów i internetowych zasobów. Oczywiście gust pana Łysiaka nie jest zbieżny z moim, ale potrafi tak ciekawie opowiadać, że aż chce się poznać malowane słowem obrazy.
    Dziękuję za podpowiedź- muszę wypróbować.
    Zapomniałm o ocenie- zaraz ją dodam.

    OdpowiedzUsuń
  3. Oj, mój Łysiak ukochany. Bardzo lubię tę książkę, świetna pozycja. Podobał mi się szczególnie rozdział poświęcony blondynkom i to w jaki sposób Łysiak udowodnił, że "malarze wolą blondynki" :) Pozdrawiam. I więcej takich recenzji :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Cieszę się, że mój ulubiony Łysiak nie jest tylko moim wybrańcem (w zakresie lektur, oczywiście). Pojawia się tu i tam bez medialnej reklamy. No i bardzo dobrze.:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ze zdjęciami robię tak jak Balbina.
    Co do Łysiaka- podczytuję Wyspy bezludne, i to mój pierwszy ksiażkowy kontakt z tym autorem. A Friedrich jest jednym z ulubionych malarzy mojego męża.

    OdpowiedzUsuń
  6. @Bibliofilka znam twoją słabość do Łysiaka :) i byłam pewna, że się odezwiesz. Co do większej ilości takich recenzji postaram się,choć nie moge zagwarantowac, że łysiak pojawi się już niedługo. Plany, plany, plany i ten ciągły brak czasu.
    @Książkowiec- nie jesteś jedyna w swojej sympatii dla Łysiaka. Ze znanych mi blogowiczek to absolutną fanką nr one jest Bibliofilka.
    @Iza- wypróbuję napewno sposób kopiowania i wklejania zdjęć z netu, choć przy moich problemach technicznych i to może mi się nie powieść, ale jak to mówią szukajcie, a znajdziecie, próbujcie, a sie wam uda... (no może nie do końca tak mówią) :)

    OdpowiedzUsuń

Jestem bardzo rada z każdego komentarza, ale nie będę tolerować komentarzy agresywnych, wulgarnych, czy obrażających moich gości (innych komentatorów).