wtorek, 20 września 2011

Luwr- raj dla zmysłów, czy miejsce dla znudzonych kobiet?

Akcja jednej z moich ulubionych książek zaczyna się w Luwrze. Jest noc. Kustosz Muzeum uciekając przed napastnikiem ściąga ze ściany Wielkiej Galerii jeden z obrazów Caravaggia, co powoduje uruchomienie stalowej kraty zamykającej pomieszczenie oraz włączenie alarmu. Aby poczuć atmosferę tajemniczości związanej z symbolami zawartymi w obrazach Leonardo trzeba by się udać do Muzeum w nocy. Za dnia wśród tłumu zwiedzających, błysków fleszy aparatów fotograficznych, gwaru podnieconych głosów byłoby to niezmiernie trudne. Jeśli jednak uda nam się wejść z pierwszymi grupami turystów można przynajmniej Wielką Galerię zwiedzać we względnym spokoju. Aby obejrzeć Monę Lisę w odosobnieniu należałoby otworzyć album z reprodukcjami albo zatrzymać kadr filmu „Kod da Vinci”, w momencie, w którym Langdon i Sophie docierają do obrazu. Tylko wówczas nie będzie tam tłumu Japończyków, ze słuchawkami przy uchu (audio-przewodniki), aparatami przy oku oraz kolegami i koleżankami u boku. Właściwie w Sali nr 6 nie powinien wisieć żaden inny obraz, któż bowiem będzie oglądał cokolwiek innego, kiedy tam, na ścianie za szybą z pleksi wisi TA MONA LIZA. Co z tego, że to kopia, co z tego, że taka malutka i trudno ją dostrzec, co z tego, że kobieta na obrazie pięknością nie grzeszy, kiedy ten zagadkowy uśmiech, te sekrety, tajemnice, symbole, (nieważne prawdziwe, czy tylko przypisane twórcy) sprawiają, że nie można obok obrazu przejść obojętnie.
To sam mistrz Leonardo zapoczątkował drogę do sławy obrazu nie chcąc rozstać się z intrygującym portretem. I ja przepycham się i mając Giocondę na wyciągnięcie ręki zadaję jej w duchu pytanie, czy kiedy pozowała przemknęła jej przez głowę myśl, iż mistrz w tym momencie uczynił ją nieśmiertelną.
Jako wielbicielka sensacyjno – fikcyjnych opowieści Dana Browna, nie mogę przejść obojętnie przez Wielką Galerię i nie zwrócić uwagi na opisywane w książce obrazy i otoczenie. Przyglądam się dokładnie podłodze, którą Langdon nazywa unikatową i wyjątkową. Zastanawiam się, które z płócien Caravaggia mógłby zdjąć ze ściany siedemdziesięcioletni kustosz muzeum oraz szukam w Sali nr 6 płótna Botticellego, które autor umiejscowił naprzeciwko Mona Lizy. I nie szkodzi, że parkiet galerii wygląda, jak ten w domu moich rodziców: zwykła klepka parkietowa ułożona w jodełkę, nie szkodzi, że nie widzę żadnego Caravaggia, który nadawałby się do uruchomienia kraty, wszystkie jego obrazy są albo zbyt duże i ciężkie, albo wiszą za wysoko. Nie znajduję również Botticellego na żadnej ze ścian Sali nr 6. Naprzeciwko kopii najsłynniejszego obrazu Leonardo (o wymiarach 77 na 53 cm) wisi bowiem jedno z największych płócien w Luwrze - Wesele w Kanie Galilejskiej autorstwa Veronessa (6 na 10 metrów). No, ale czy to wpłynie w jakikolwiek sposób na moją sympatię do książek tego autora. Nie sądzę. Podczas kolejnej wizyty będę znowu szukać odniesień do treści książki, bo wyobrażenia bywają silniejsze od rzeczywistości.
Zastanawiam się czasami, co sprawia, że pewne miejsca przypadają nam do serca od pierwszego wejrzenia, inne potrzebują trochę więcej czasu, a są i takie, którym nie jest dane pozyskanie naszej sympatii. Otóż Luwr podczas pierwszej mojej wizyty nie wytrzymał konkurencji z Muzeum Orsay, które odwiedzałam tego samego dnia przed południem.
Pierwsze zauroczenie spowodowało, że moje serce biło już tylko dla impresjonistów. Pamiętam obłęd w oku, z jakim latałam od obrazu do obrazu, od sali do sali, z piętra na piętro. Jak szalona robiłam zdjęcia i nerwowo spoglądałam na zegarek, przeklinając czas, że tak mu się spieszy. Dostaliśmy wówczas na zwiedzenie około dwóch godzin, które wykorzystałam co do mikro-sekundy wychodząc z budynku rozpromieniona i jednocześnie trochę zawiedziona, że tak krótko mogłam się cieszyć chwilą. Pod powiekami przewijały się jak w kalejdoskopie autoportrety Van Gogha, kobieta z parasolką i Nenufary (jedne z wielu) Moneta, Olimpia i Śniadanie na trawie Maneta, Tancerki Degasa, portrety Renoira, martwa natura i kwiaty Cezanne. W takim stanie ducha znalazłam się przed odwróconymi piramidami, gdzie czekał na nas przewodnik, który miał nas przegonić po Luwrze. Mówią, że trzy godziny w tym miejscu to sprint, jak więc nazwać półtorej godziny, podczas których obejrzeliśmy trzy sztandarowe eksponaty (czyli Wenus z Milo, Nike z Samotraki i Mona Liza) plus mały bonus (Madonnę wśród skał da Vinci, Madonny Rafaela oraz Arcimdoldo - pory roku).
Byłam wówczas zmęczona i zniechęcona i nawet słynna Mona Liza nie spowodowała żywszego bicia serca, a Wenus z Milo okazała się niezbyt pięknym posągiem. Lubię zwiedzać muzea, choć zawsze ubolewam, że jest to doświadczenie, które budzi mieszane uczucia. Z jednej strony zawsze towarzyszy mu zachwyt, że oto udaje mi się stanąć oko w oko ze sławnym malarzem, którego dzieła miałam okazję podziwiać dotąd jedynie w albumach. Z drugiej strony żal i przygnębienie, z powodu ograniczonej percepcji zmysłów. Ileż wspaniałych obrazów i rzeźb moje oko nawet nie dostrzeże w natłoku eksponatów. Zawsze wówczas robi mi się trochę smutno, z tego powodu, że ktoś wkładał całego siebie w dzieło tworzenia, a ja nawet nie „omiotę go wzrokiem”. W Luwrze z powodu ogromu zgromadzonych tam dzieł jest jeszcze obawa przed przytłoczeniem odbiorcy nadmiarem wrażeń. Dlatego przed wizytą należałoby wybrać sobie albo jeden dział do obejrzenia, albo konkretne dzieła, które chcielibyśmy obejrzeć i potem skupić się na nich, a wszystko inne oglądać tak przy okazji. Jeśli będziemy starali się choćby dotknąć wzrokiem każdy obraz, po wizycie w kilku salach, nie będziemy pamiętać niczego.
Oczywiście, jeśli ktoś jest pierwszy raz (i być może ostatni) na pewno będzie chciał zaliczyć 3 E. Na to wystarczy zaledwie parę minut ponieważ znajdują się one „dość” blisko siebie. Ale będąc w takim miejscu i nie skorzystać z szansy bliskiego tet-a-tet z ulubionym malarzem czy rzeźbiarzem byłoby grzechem zaniechania. Najlepiej przed wizytą sprawdzić, jakie dzieła waszych ulubieńców znajdują się w Luwrze, a potem zaznaczyć sobie na mapce kierunek zwiedzania. Zbiory są tak ogromne, że trzeba by długo szukać, aby trafić na twórcę, którego dzieł tutaj by nie było.
Wczoraj dysponując nieograniczoną ilością czasu mogłam czerpać prawdziwą przyjemność z wizyty. Udało mi się dotrzeć niemal do wszystkich dzieł, które chciałam obejrzeć. A przy okazji szukania wybranych obrazów natrafiałam na takie, o których nie miałam pojęcia, ze znajdują się w zbiorach Luwru, albo, że w ogóle istnieją.
Z trzech sztandarowych eksponatów najbardziej podoba mi się Nike z Samotraki. Kobieca postać z rozpostartymi skrzydłami, z powiewającą na wietrze szatą, w dumnej postawie stojąca na dziobie statku jest uosobieniem moich wyobrażeń o zwycięstwie. Posąg pochodzi z II wieku przed naszą erą, a ma w sobie coś z baroku; te rozpostarte skrzydła, te udrapowane szaty sprawiające wrażenie mokrych i przylegających do ciała.
Zanim jeszcze dotarłam do Wielkiej Galerii „odkryłam” coś cudownego. Dwa freski Botticellego odkryte w Villi w pobliżu Florencji. Na jednym z nich „Wenus i trzy gracje” kobiece postacie mają tak anielsko piękne twarzyczki, że wyglądają jak Madonny Lippiego, Fra Angelico, czy Rafaela. Fresk podobał mi się do tego stopnia, że zaszalałam i kupiłam sobie reprodukcję fragmentu dzieła.
Oczywiście odwiedzając Luwr musiałam odwiedzić Wielką Galerię; miejsce ekspozycji malarstwa włoskiego, głównie renesansowego. Podczas pierwszej wizyty przytłoczona nadmiarem obrazów widziałam niewiele. Tym razem mogłam zatrzymać się przy każdym obrazie. Nie będę pisać tu o wszystkich obejrzanych dziełach, ale zarówno wielkość twórców, jak i ich ilość była imponująca.
Szczególny sentyment mam do Vermeera, dlatego bardzo długo szukałam jego obrazów. Już niemal gotowa byłam się poddać i zmierzałam w kierunku wyjścia, kiedy podjęłam ostatnia próbę i stanęłam naprzeciwko malutkiego obrazu Koronczarki. Przyznam się, że nie spodziewałam się, iż jest tak niepozornej wielkości. Nigdy nie spojrzałam w albumie na wymiary dzieła. Mam wrażenie, że jest nawet mniejszy niż Mona Liza.
No i jeszcze jedno odkrycie tego pobytu w muzeum – malarz o nazwisku La Tour; jego Maria Magdalena powaliła mnie niemal na kolana. Ten barokowy malarz, którego ciemne obrazy nocy rozświetla malutki płomyk świecy skojarzył mi się z Caravaggiem.
Gombrowicz ponoć powiedział, że „do muzeów chodzą samotne kobiety, które nie wiedzą, co robić z czasem”. Ciekawe, co powiedziałoby na to, te około 9 mln osób odwiedzających rocznie Luwr.
Po tak długim wywodzie, chyba nie muszę odpowiadać na tytułowe pytanie.
Zdjęcia: 1. Wielka Galeria, 2. Leonardo, 3. Nike z Samotraki, 4. Koronczarka Vermeera, 5. Pokutująca Magdalena La Tour, 6.fresk Botticellego (zdjęcie z internetu)

12 komentarzy:

  1. Zobaczyć Luwr i .... To jedno z moich największych marzeń. I oczywiście chciałabym wszystko zobaczyć.
    Z 3E też najbardziej cenię Nike. Za Giocondą nie przepadam. Co do wielkości obrazów miałam podobne odczucia gdy po raz pierwszy oglądałam w Krakowie Damę z łasiczką. Pomyślałam sobie - takie maleństwo i o co tyle szumu.
    A Vermeer to ten sam od Dziewczyny z perłą?
    Jak kiedyś pojadę do Paryża, a wierzę, że tak będzie, skorzystam z Twojej rady dotyczącej zwiedzania Luwru. Tym bardziej, że będzie to raczej moja pierwsza i ostatnia w nim wizyta.
    Czekam na dalsze relacje.

    OdpowiedzUsuń
  2. Gosiu, twoje marzenia spełniły się. Mogłaś bez końca chodzić, na luzie, oglądać i napawać się wspaniałymi dziełami obrazy.
    Ten wyjazd był Ci bardzo potrzebny i tak długo oczekiwany.
    Kochamy Włochy. Ale podobnie jak Ty ja również byłam zachwycona Francją, Luwrem, opactwami, klasztorami, licznymi muzeami i atmosferą tego kraju...
    Gosiu, zdjęcia fantastyczne. Czekamy na kolejne.
    Sądzę, że zrobiłaś setki...
    Sara-Maria

    OdpowiedzUsuń
  3. @Balbino - Vermeer to ten od dziewczyny z perłą (Film wspaniały). Trzeba mocno wierzyć,a się spełni, czasami trzeba długo czekać, ale warto.
    @Saro-Mario - to prawda- pięć godzin okazało się optymalnym czasem, jak dla mnie. Mogłam poświęcić go i więcej, ale fizycznie nie dałabym rady, a i percepcyjnie też. Tak Włochy to bezsprzecznie nasza miłość, ale Paryż wart jest nie tylko mszy ... :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Zakochałam się w tym filmie. A ostatnio wypatrzyłam gdzieś książkę. Tylko nie wiem co było pierwsze: książka czy film. Muszę ją gdzieś zdobyć.

    OdpowiedzUsuń
  5. Luwrowy początek "Kodu da Vinci", skojarzyl mi się z innym muzeum uwiecznionym w literaturze http://en.wikipedia.org/wiki/Mus%C3%A9e_des_Arts_et_M%C3%A9tiers ("Wahadło Focault" - Eco).

    OdpowiedzUsuń
  6. @Balbino jak przeczytasz daj znać, co było pierwsze i czy książka jest ta samo dobra, a może lepsza od filmu. Jeśli była pierwowzorem to odpowiedz wydaje się oczywista.
    @Iza- Wahadło przeczytam na pewno, teraz kiedy miałam okazję obejrzeć je w Panteonie była to pierwsza rzecz, jaką sobie pomyślałam, że po powrocie muszę je przeczytać. A jeśli jeszcze są tam odniesienia związane ze sztuką to musowo. Linka otworzę po powrocie, bo choć mam tu internet, to korzystanie zeń pozostawia wiele do życzenia. Trzeba sporo samozaparcia, aby korzystać z jego mozliwości. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  7. Tak pięknie opowiadasz o Luwrze, że dzięki tobie Gosiu oczami wyobraźni możemy się przejść po salach tego pięknego muzeum.

    OdpowiedzUsuń
  8. W linku jest po prostu wahadło. Nie wiem, czy w książce są odniesienia do sztuki (jest skomplikowana i erudycyjna, więc jakieś się znajdą), za to jest sporo o wszelkiej maści spiskach i tajnych stowarzyszeniach. W każdym razie mi się bardzo podobała, choć wymaga nieco czasu.

    OdpowiedzUsuń
  9. Uwielbiam takie smaczki właśnie, jak ta podłoga, czy obraz za duży, by go zdjąć ze ściany.

    OdpowiedzUsuń
  10. @Iza - spróbuję, Imię róży też nie szło mi łatwo, ale było warto.
    @Agnes- cieszy mnie, kiedy się podoba moja pisanina :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Orientujecie się może czy zwiedzając Luwr można wypożyczyć taki przewodnik http://systemtourguide.com/portfolio-item/systemy-dla-muzeow Ostatnio używałam taki na wakacjach w Rzymie i byłam mile zaskoczona, teraz planuję parę dni w Paryżu i również chciałabym jak najwięcej dowiedzieć się o miejscach które odwiedzę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedy ja byłam w Luwrze nie było polskojęzycznych. Ale po angielsku, niemiecku czy włosku są na pewno. proponowałabym zajrzeć na stronę muzeum i zobaczyć zbiory, aby wybrać to, co się chce obejrzeć. Byłam w Luwrze siedem razy, a nadal nie obejrzałam wszystkiego, zawsze wybieram sobie jakiś dział, ale oczywiście zawsze też idę do tych dla mnie najważniejszych. Te sztandarowe zaznaczone są na mapkach, które można pobrać na miejscu w kilku językach.

      Usuń

Jestem bardzo rada z każdego komentarza, ale nie będę tolerować komentarzy agresywnych, wulgarnych, czy obrażających moich gości (innych komentatorów).