środa, 21 września 2011

Paryż - szlakiem musicali

Dla takiej wielbicielki musicali jak ja, Paryż jest idealnym miejscem do słuchania utworów musicalowych i do zatracenia się w muzyce i w Paryżu zarazem. Tak się bowiem złożyło, iż akcja wszystkich moich ukochanych musicali dzieje się w Paryżu. Pierwszym z moich marzeń było wysłuchanie „Les Cathedrales” z musicalu Notre Dame de Paris (NDdP) w Katedrze. Ponieważ marzenia miewam realne, nawet mi się nie śniło, że kiedyś uda mi się wysłuchać musicalu w pierwotnej obsadzie z Garou, Peletierem, Segarą. Wystawiono go po raz ostatni w Paryżu w 2005 roku. Tymczasem życie potrafi nas zaskakiwać, czasami nawet pozytywnie. W styczniu zaplanowałam wrześniowy pobyt w Paryżu, a cztery miesiące później okazało się, iż w grudniu na Bercy odbędzie się koncert z pierwotną obsadą musicalu. Bilet już zakupiony, więc pozostały jedynie trzy miesiące radosnego oczekiwania, którą osłodzą mi gorycz powrotu do pracy.
Tymczasem mogłam sprawić sobie muzyczną ucztę wysłuchując paru utworów wewnątrz murów gotyckiej katedry. Przyglądając się słonecznym refleksom mieniącym się w kolorowych szkiełkach rozety słuchałam Bruno Pelletiera, który śpiewał o średniowiecznych katedrach, będących spełnieniem marzeń człowieka o sięgnięciu gwiazd (dwie siedemdziesięciometrowe wieże przez długi czas były najwyższymi punktami miasta).
Słuchając Garou, który proponował schronienie Esmeraldzie podziwiałam zadzierając wysoko głowę mieszkające na wieżach gargulce. Siedząc przed głównym ołtarzem wysłuchałam Ave Maria w wykonaniu Heleny Segary. Być może ktoś powie, że to świętokradztwo, ale dla mnie była to najpiękniejsza modlitwa. Aby nie wydać się wam jeszcze bardziej egzaltowaną niż jestem nie napiszę o wszystkich doznanych wrażeniach. Było to moje muzyczne siódme niebo; piękna muzyka w pięknym otoczeniu. W tej chwili nie wyobrażam sobie czegoś bardziej podniosłego. Ale wypowiadać będę się mogła dopiero w grudniu po koncercie na Bercy.
Moim pierwszym ukochanym musicalem, którego słuchałam tyle razy na płytce, że znam każde słowo, każdy akord i każdy gest aktorów (z filmowej wersji z Gerardem Butlerem) był Upiór w Operze. Akcja musicalu dzieje się w paryskiej Operze Garnier; na scenie, za kulisami, w garderobie i podziemiach, a kulminacyjnym punktem jest upadek kilkutonowego żyrandola na widownię. Od kiedy w zeszłym roku dowiedziałam się o możliwości zwiedzania budynku Opery, wiedziałam, że prędzej czy później znajdę się w nich.
Już wejście robi ogromne wrażenie, bo od razu stajemy się uczesnikami akcji Upiora. Przed nami znajduje się charakterystyczna marmurowa, biała klatka schodowa prowadząca do wejścia na widownię oraz do foyer Opery. To schody, na których odbywa się Bal w Operze w wersji filmowej (i musicalowej także). Możemy więc pląsając udać się na widownię. Kto by jednak miał odwagę robic taneczne pa, mając w pamięci scenę balu maskowego.
Widownia jest cała w purpurze i złocie. Purpurowe, aksamitne fotele, purpurowe tapety na ścianach, purpurowe dywany, kurtyna, a to wszystko wykończone złotymi elementami, ozdobami i rzeźbami. Kiedy oglądałam film wydawało mi się, iż scenografowie nieco przesadzili z nagromadzeniem elementów teatralnych. Teraz stwierdziłam, iż w scenografii filmu nie ma przesady, a jeśli nie jest ona wiernym odwzorowaniem gmachu Opery, to jest bardzo w jego klimacie. Wspaniały, ogromny żyrandol oświetla dekoracje namalowane przez Marca Chagala na suficie. Powstały one już po upadku żyrandola na widownię i po odnowieniu sufitu.
Najcudowniej wygląda ta część Opery, która nie zagrała w filmie. Foyer, ozdobione licznymi lustrami, (które dają efekt zwielokrotnienia przestrzeni, zabieg wykorzystany za przykładem Wersalu i jego sali lustrzanej), złoconymi rzeźbami, malowanymi plafonami sufitów oraz draperiami „kotar” oddzielających przestrzeń pomiędzy foyer a klatką schodową. A do tego żyrandole, ogromne, z tysiącami szkiełek, których światło odbija się w lustrach i złotych rzeźbach. Wszystko to sprawia wrażenie przepychu i elegancji. Nie wyobrażam sobie widzów – uczestników spektakli ubranych inaczej niż w stylowych toaletach z czasów Napoleona III(Budynek oddano do uzytku w 1875 roku). Zaraz przy drzwiach wejściowych możemy obserwować maszkarony, które przypominają te z podziemnego królestwa Eryka-Upiora.
Spacerowałam po foyer, zaglądałam na widownię, przechadzałam się po pięknej klatce schodowej, a buzia śmiała mi się od ucha do ucha. To się nazywa radość bezgraniczna. Kiedy wyszłam z budynku miałam wrażenie, że moją wycieczkę do Paryża mogę zaliczyć do szczególnie udanych, a był to dopiero drugi dzień pobytu.
Kolejny musical, (mimo całej sympatii jaką żywię dla Upiora, pomimo ogromu wzruszeń, jakich dostarczył NDdP) jest moim musicalem wszechczasów, najlepszym, najwspanialszym i najukochańszym. Jest to Les Miserables, adaptacja powieści „Nędznicy” Wiktora Hugo. Swoją drogą to zastanawiające, że Hugo tak mocno bronił się przed wszelkimi próbami przeróbki jego powieści na utwory muzyczne. Tymczasem okazało się, że dwa z jego najlepszych utworów są zarazem dwoma najlepszymi pomysłami na libretta musicali. Właściwie Nędznicy kojarzą mi się z Paryżem jako takim, a nie z konkretnym miejscem. Zresztą akcja powieści mimo, iż zahacza o topografię miasta, często dzieje się w miejscach wykreowanych przez pisarza.
Jest jednak takie miejsce w Paryżu, które jak żadne inne nadaje się do wysłuchania pieśni „ Słuchaj, kiedy śpiewa lud”. I chociaż powstanie, które opisuje Hugo rozgrywa się w 1832 roku i jako takie niewiele ma wspólnego z rewolucją 1789 roku to ja na Placu Bastylii, w miejscu, gdzie dziś stoi kolumna lipcowa z Geniuszem wolności widzę symboliczne miejsce, będące ukłonem w kierunku tych wszystkich, którzy walczyli przeciwko kajdanom niewoli. I przechodząc spod Budynku Opery Bastylii (który z powodu swej nowoczesnej konstrukcji wcale mi się nie podoba) pod Kolumnę Lipcową nucę sobie wraz z Enjolrasem i jego towarzyszami Do you hear the people sing?
No i na zakończenie cudowny musical „Moulin Rouge”. Nawet przeciwnicy musicalu muszą przyznać, że w sposób doskonały oddaje on klimat dzielnicy Monmartre z przełomu XIX i XX wieku. Akcja toczy się w Czerwonym Młynie, najbardziej charakterystycznym punkcie dzielnicy. To tutaj królował kankan, tutaj urzędował Touluse - Loutrec uwieczniając obrazki z nocnego, tanecznego życia Paryża, tutaj spotykali się artyści, którzy nie znajdowali uznania na oficjalnych salonach wystawowych, tutaj wreszcie zamożni paryżanie szukali nowych, pikantnych podniet. Po ciężkich doświadczeniach wojennych (wojna z Prusami w 1870 r.) Paryżanie chcą beztroski, zabawy, tańca, czegoś nowego. To wszystko znajdują w kabarecie, gdzie frywolne tancerki w czarnych pończoszkach, falbaniastych spódnicach fikają nóżkami w sposób pobudzający zmysły.
Dziś w Moulin Rouge odbywają się rewie, nastawione głównie na turystów. Od Czerwonego Młyna aż po plac Pigalle ciągną się sex- shopy, hotele, w których wynajmuje się pokoje na godziny oraz kina z filmami porno.
Najbardziej malowniczą częścią Monmartru jest Plac Tertre, na którym mieni się od kolorowych płócien paryskich malarzy. Dookoła placu znajdują się liczne kawiarenki, restauracyjki i punkty sprzedaży pamiątek, nierzadko można tu spotkać grających bądź śpiewających muzyków. Tutaj znajduje się charakterystyczna górująca nad miastem Bazylika Sacre Coure.
Na zdjęciach: 1. Gargulce (zdjęcie z Internetu, na deser, czyli na grudzień zostawiłam sobie wspinaczkę na wieżę i spotkanie z tymi potworkami, zawsze zostawiam coś na później, aby wrócić), 2. Rzeżba Taniec na frontonie gmachu opery Garnier (kopia- oryginał oglądałam w Muzeum Orsay), 3. Foyer w Opera Garnier, 4. Żyrandol i malowidła Chagala na suficie, 5. Kolumna Lipcowa na Placu Bastylii z Geniuszem Wolności, 6. Czerwony Młyn na Montmartre.
Dziś o musiacalch bez muzycznego tła, bo ciężko się tu dołącza pliki, może po powrocie uzupełnię.
Bardzo się starałam powstrzymać wszystkie achy i ochy na wodzy, ale to był odlot (pobyt w operze i słuchanie muzyki w Katedrze- kolejne spełnione marzenia).

8 komentarzy:

  1. Jak ja Cię doskonale rozumiem z tym słuchaniem muzyki dokładnie w miejscu, gdzie rzecz się dzieje. Musiało to być rzeczywiście niesamowite przeżycie.
    Pamiętam jak w latach 90-tych Włosi wystawili operę Verdiego Tosca dokładnie w tych miejscach i o tym samym czasie jak w libretcie. To było niesamowite wrażenie. I choć oglądałam to przedstawienie tylko w telewizji to do dziś pamiętam jak wstałam o piątej rano by wysłuchać trzeciego aktu, w którym o świcie ma się dokonać egzekucja Cavaradossiego na Zamku Anioła.
    Jeżeli ja to tak wtedy przeżywałam, to nie mogę sobie nawet wyobrazić co Ty czułaś w Katedrze słuchając utworów z NDdP.
    I oczywiście "zazdroszczę" Ci Opery. Też kocham "Upiora", więc chętnie zobaczyłabym miejsce, w którym rozgrywa się akcja musicalu.
    Niestety nie znam dwóch ostatnich, ale muszę to nadrobić.

    OdpowiedzUsuń
  2. Co do opery - miałam okazję słuchać próby przedstawienia, które odbywać się miało w ruinach zamku w Heidelbergu. Słońce zaczynało juz zachodzić, ruiny zamku i cudowna muzyka. Niestety nie znam się tak dobrze na operze, więc nie poznałam jaki był jej tytuł, ale przeżycie ogromne. A jeśli akcja Toski rozgrywała się w Zamku Anioła to też bym wstała o piątej rano obejrzeć i posłuchać. Ja też planuję poszerzyć moje zainteresowania o operę, ale na razie cięźko mi to idzie, ponieważ nie potrafię rozróżnić słów w śpiewie operowym, a to odbiera mi przyjemność słuchania.

    OdpowiedzUsuń
  3. No cóż - ja też nie potrafię tego zrobić. Wyjątkiem są opery polskie - tu jakoś sobie radzę. Dawno, dawno temu tłumaczono libretto i można było wysłuchać obcej opery w języku polskim. Pamiętam Carmen (do dziś słuchając arii z opery Bizeta mam w pamięci polskie tłumaczenie), Trubadura, Żydówki itp. Dziś wystawia się opery w oryginale. Nie wiem czy to dobrze, czy źle. Mnie nie przeszkadzało polskie tłumaczenie. Osobiście nie przeszkadza mi jednak, że nie rozumiem słów. Wystarczy mi piękno muzyki wielkich mistrzów. Aria Cavaradossiego z III aktu Toski, ostatnia aria Madame Butterfly, aria Nadira z Poławiaczy pereł to tylko niektóre moje ukochane perełki; jest ich znacznie więcej.

    OdpowiedzUsuń
  4. Oczywiście powinno być Żydówkę nie Żydówki.

    OdpowiedzUsuń
  5. „Moulin Rouge” - też lubię ten musical. Ale Ci zazdroszcę tej radości bezgranicznej :)))

    OdpowiedzUsuń
  6. @Balbina - no właśnie tak mawiają moi znajomi, że słowa nie waźne, ważna muzyka, harmonia dzwięków. ja jednak upieram się, że chcę zrozumieć słowa.
    Bibliofilko- :) też sobie zazdroszczę

    OdpowiedzUsuń
  7. Gosiu, bardzo Ci dziękuję, że swoim wpisem odświeżyłaś moje wspomnienia.
    Wiele razy pisałam, że będziesz miała niezapomniany urlop. I wszystkie Twoje marzenia spełnią się. I tak się stało...Ja w katedrze Notre-Dame wysłuchałam koncertu organowego. Wrażenia niesamowite.
    Sara-Maria

    OdpowiedzUsuń
  8. Ja koncertu organowego wysłuchałam w innej świątyni, ale o tym jeszcze napiszę

    OdpowiedzUsuń

Jestem bardzo rada z każdego komentarza, ale nie będę tolerować komentarzy agresywnych, wulgarnych, czy obrażających moich gości (innych komentatorów).