niedziela, 23 lutego 2014

Koncert Garou w sali kongresowej, czyli o tym, jak nagle poczułam się strasznie staro



Siedzę sobie i słucham piosenek Garou i nie mogę zrozumieć, dlaczego na koncercie w Kongresowej brzmiały one w moich uszach zupełnie inaczej. Nie tak przejmująco, nie tak pięknie, nie tak nastrojowo, nie tak chwytająco za serce. Przecież muzyka na żywo zawsze bardziej porusza, tymczasem odnoszę wrażenie, że w moim przypadku było dokładnie odwrotnie.
Utwory Garou znałam z kilku piosenek; lekkie, łatwo wpadające w ucho, balladowe, nastrojowe (jak Gitan, L`adieu czy Seul). Do tego ten nieodparty urok Kanadyjczyka, no i charakterystyczna chrypka. Po usłyszeniu go w musicalu Notre Dame de Paris przepadłam. Quasimodo zawładnął moim sercem, podobnie, jak zawładnęli nim pozostali śpiewający w musicalu artyści. Śpiewał, jak anioł; zachrypnięty, ale jakże cudownie zachrypnięty anioł. Dziś należy do tych artystów, których słuchanie wprawia w dobry nastrój.
Od czasu, kiedy miałam przyjemność słuchania go w musicalu NDdP w paryskiej Hali na Bercy moje uczucia do wokalisty jeszcze wzrosły. To, iż mimo kłopotów ze strunami głosowymi dał z siebie tak wiele, że w drugiej części koncertu śpiewał niemal cudnie, sprawiło, iż poczułam się, jakby do gwiazdki z nieba, jaką był udział w koncercie dołączono dodatkowy bonus. Kiedy dowiedziałam, iż Piotruś (prawdziwe nazwisko Kanadyjczyka brzmi Pierre Garand) wystąpi w Polsce moja radość nie miała granic. Liczyłam na namiastkę wrażeń, jakich doznałam podczas koncertu życia w Paryżu, czy choćby tych z koncertu Il Divo, Vai Con Dios czy Gregorian.
Gitan z koncertu (wersja słabej jakości technicznej, ale to co trzeba można usłyszeć). Wszystkie filmiki pochodzą z youtube
I tu muszę się do czegoś przyznać, otóż nigdy nie lubiłam tłumów, źle się czułam w tłoku i ścisku, wszystkie koncerty, w jakich uczestniczyłam miewały charakter mniej lub bardziej kameralny (łącznie z tymi, które odbywały się dla kilkutysięcznej widowni na ogromnych halach widowiskowo-sportowych). Na koncerty chadzam wyłącznie dla przeżyć duchowych, estetycznych, nie interesuje mnie słuchanie wycia widowni (pisków, krzyków, śpiewów) i podziwiania jej pląsów, zwłaszcza, kiedy te odbywają się tuż pod moim nosem i zasłaniają mi scenę. Nie interesuje mi dotknięcie gwiazdy, autograf, spotkanie face to face, interesuje mnie to, co i jak śpiewa. No, a tu wyszło szydło z wora, okazało się, że nie umiem się bawić, wyluzować i być cool. Do tej pory mi to nie przeszkadzało. Teraz poczułam się nagle tragicznie staro i zrobiło mi się przykro z tego powodu. Nie potrafię czerpać radości z gibania się, robienia fali, czy machania rączkami raz w lewo, raz w prawo. Jakże ja zazdrościłam tym wszystkim paniom, bo nie oszukujmy się, to głownie panie są fankami przesympatycznego wilkołaka (garou), które czerpały całymi garściami z koncertu.

Gitan wersja z płyty (czy tylko ja słyszę różnice)
No dobrze, ale skoro nie mogłam oglądać (przez mniej więcej połowę koncertu, kiedy to ochroniarzom nie udało się spacyfikować rozentuzjazmowanej widowni) mogłam przecież słuchać. Wszak to po to, aby słuchać idzie się na koncert muzyczny – myślałam - zapewne błędnie, bowiem spora część widowni by się z tym nie zgodziła, bowiem oni (one) przyszli współuczestniczyć. Nie wiem, czy to z powodu pisków na widowni, czy też nastąpił kolejny spadek formy artysty, bo moim zdaniem wokal nie brzmiał tak poruszająco jak dawniej, tak uskrzydlająco i tak roznamiętniająco. Było to dobre wykonanie, ale czegoś według mnie zabrakło, nie poczułam żadnego szybszego bicia serca, nie mówiąc już o uniesieniu. 
Wybór utworów był znakomity, większość szlagierów, znanych i kochanych przez publiczność, a co ważniejsze kochanych przeze mnie. Niestety brzmiały one jakoś inaczej na żywo, co dziwi mnie tym bardziej, iż z reguły słuchanie muzyki na żywo daje o wiele większą gamę przeżyć, inny, silniejszy rodzaj emocji i wzruszeń. Tu odnosiłam wrażenie, iż największą rolę grały wzmacniacze.  
Avancer wersja z koncertu
Mieliśmy okazję wysłuchać Belle (tu wersja z musicalu). I choć trochę dziwnym było dla mnie słuchanie tego fantastycznego utworu na trzy głosy śpiewanego w jednej tonacji, to był to niewątpliwie najlepiej wykonany utwór. Moje serce wreszcie drgnęło.

Kanadyjczyk był niezwykle sympatyczny, prowadził dialog z widownią wtrącając od czasu do czasu polskie słówka, podawał rękę, rozdawał buziaki, z powodzeniem kokietował widownię. Padały te wszystkie miłe słówka, o których wiemy, że są tylko grzecznościowe, ale których i tak lubimy słuchać. Choć wnosząc z gorącej reakcji widowni może nie były one tak do końca tylko grzecznościowe.

Avancer wersja z płyty 
Czy żałuję? Nie. Gdybym nie pojechała nie wiedziałabym co straciłam (?). Teraz wiem, iż w przyszłości wolę usiąść wygodnie w fotelu, z kieliszkiem wina, książką (lub bez) i włączyć płytę. A koncerty pozostawić tym, którzy czerpią radość z takiej formy kontaktu ze sztuką. I tylko czegoś mi żal, tych zawiedzionych nadziei na powtórzenie wzruszeń, jakie towarzyszyły mi podczas paryskiego koncertu, czy choćby tych podczas słuchania płyt.

I naprawdę bardzo mi przykro, że moje wrażenia nie dosięgły moim oczekiwaniom i żal ze względu na tego przesympatycznego człowieka i mam nadzieję, że się mylę, a przed Garou jeszcze wiele wspaniałych płyt i koncertów.

27 komentarzy:

  1. Gosiu liczyłaś na kolejne wrażenia...Rozumiem.
    Faktycznie, to przesympatyczny człowiek ale muszę to napisać...
    A może uwielbiany Garou uważa, że nie warto się wysilać dla polskiej publiczności?
    Pamiętam doskonale jak emocjonalnie przeżywałaś paryski koncert...
    Byłaś podekscytowana kilkanaście dni po tym fakcie...Wróciłaś uskrzydlona, pełna wrażeń...
    Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chcę wierzyć, iż Garou docenia fakt, iż w naszym kraju ma duży kredyt zaufania u swych fanek i nie wykorzystuje tego, iż w zasadzie wystarczyłoby się pokazać na scenie, aby wiele z nich zadowolić, a jeszcze gdyby zamiast śpiewać organizował spotkania z wielbicielkami liczebność fanklubów by wzrosła. Ja myślę, że może ma po prostu nieco gorszy czas, a może to ja się nie znam, nie potrafię ocenić, docenić tego, w czym uczestniczyłam. Widownia wydawała mi się uszczęśliwiona. paryski koncert przeżywam do dziś i pewnie będę go przeżywać już do końca dni, a z biegiem czasu i zacieraniem się wspomnień będzie on jawił się coraz piękniej i piękniej.

      Usuń
  2. Przychylam się do tezy, że Garou przeżywa obecnie gorszy okres w swojej karierze i odcina kupony od sławy. Może jest w trochę gorszej formie niż parę lat temu i stąd Twoje odczucia (pomijając podskakujące fanki:))
    Szkoda, że ten koncert nie był źródłem wzruszeń, jakich oczekiwałaś, ale wyprawa do Warszawy nie była całkiem stracona, skoro drugi punkt programu artystycznego okazał się nader udany. :) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. Jeśli też tak to odczuwasz, to nie jestem osamotniona w moich wrażeniach. Życie potrafi zaskakiwać nie tylko w sprawach zasadniczych, ale i w tych o mniejszym ciężarze gatunkowym. Pojechałam na Garou do Warszawy, a na dodatek kupiłam bilet na musicale w Romie (po jednej - dwie piosenki z musicali już wystawianych w Romie, czyli to co w zasadzie już znałam z dwóch przedstawień, co nie znaczy, że nie chciałam obejrzeć po raz kolejny i po jednej piosence z musicali w Romie nie wystawianych do tej pory) i to był strzał w dziesiątkę i po tym spektaklu odmłodniałam:) może i o tym napiszę choć króciutko.

    OdpowiedzUsuń
  4. Już od dłuższego czasu czułam, że mamy wiele wspólnego, ale teraz mnie tylko w tym utwierdziłaś :-)
    Przykro mi, że koncert nie dał Ci takich odczuć jak ten paryski, ale mam nieodparte wrażenie, że to nie o Twój wiek chodzi a o sam koncert. Być może forma artysty trochę spadła, być może miał gorszy dzień, być może to był jego najsłabszy koncert bo tak pechowo wyszło. Ważne, że go nie przegapiłaś, bo może byłoby Ci bardziej żal? Ale cieszę się, że w Romie było ciekawiej :-) Czekam na relację :-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Wiesz, ja wciąż się zastanawiam, czemu było nie tak, jak miało być? :)bo lubię, ba nawet więcej niż lubię, bo same topowe kawałki śpiewał, bo pierwszy rząd, więc teoretycznie idealne miejsce, bo nawet migrena mi przeszła.... dlaczego.... nie umiem sobie odpowiedzieć, a może nasze biorytmy się nie zgrały. A gdybym nie pojechała to pewnie nie darowałabym sobie tego. Tak, jak nie podaruję sobie kolejnego koncertu Bruno Pelletiiera w Kongresowej. Co do wieku - bardzo się ucieszyłam, kiedy w sobotę okazało się, że potrafię się dać ponieść wzruszeniu i emocjom i tym bardziej mnie to ucieszyło, gdyż ostania wizyta na Deszczowej piosence nie była zbyt owocna.

    OdpowiedzUsuń
  6. Witaj, nie jestem fanem Garou. Przeczytałem Twój tekst od początku do końca, bo jest szczery. W Twoim doświadczeniu, (małym rozczarowaniu) rozpoznałem własne odczucia, nie zawsze dobrze nazwane. Przed pewnymi konstatacjami nie ma ucieczki, "szydło wychodzi z wora" i okazuje się, że jesteśmy bardziej kameralni niż imprezowi. Miłego dnia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miałam pewne wątpliwości przed publikacją tego tekstu, mam takie (może głupie) obawy, aby nie czynić nikomu przykrości - (samej przykro mi czytać niepochlebne słowa na temat tego, co dla mnie ważne i miłe) ale to przecież niemożliwe, a z drugiej strony pisanie nieszczere nie ma sensu. I znowu wychodzi babska niekonsekwencja i brak logiki :) Miłego dnia wzajemnie.

      Usuń
  7. Hmm... a ja, choć nie zamierzam polemizować, bo odczucia każdy ma własne, powiem, że a) Kongresowa nijak się na takie koncerty nie nadaje, a nagłośnienie było tragiczne niestety, b) za "takie" koncerty uważam koncerty muzyki rozrywkowej (jak sama nazwa wskazuje, chodzi o rozrywkę, a czymże innym jest skakanie, bujanie się, etc.?), a takim koncertem był występ Garou. NDdP to co innego, szczególnie w wydaniu koncertowym. Bo orkiestra symfoniczna i tak dalej. c) muzycy Garou twierdzili zgodnie, że był to najlepszy koncert z całego tournee. Może trasa była słaba? A może to kwestia tego, że to już ostatni i zaraz lecieli do domu? A może właśnie dlatego, że publika była żywiołowa, że Garou wyraźnie się bawił, że zdziwił się, że po 10 latach od ostatniego koncertu ludzie jeszcze o wszystkich "żitanach", "selach" i "belach" pamięta.
    Lepiej chyba pojechać niż żałować, że się nie pojechało ;)
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Agnieszko, bardzo się cieszę z twojej wypowiedzi. Przeszło mi przez myśl, iż nagłośnienie może mieć jakiś związek z odbiorem koncertu, ale odrzuciłam tę myśl, bowiem na innym koncercie wszystko grało. Ale być może to inny rodzaj muzyki spowodował, że w przypadku koncertu Vai con Dios nie miało ono aż takiego znaczenia (choć i tam dawano po garach ostro, a muzyka przez nią grana jest dość zróżnicowana od kameralnej poprzez żywiołowe rytmy). Zgadzam się w 100 procentach co do tego, że koncerty tego rodzaju powinny odbywać się w innym otoczeniu, cały czas myślałam, iż ktoś tu nawalił (być może organizator) wybierając takie, a nie inne miejsce na koncert rockowy i być może wówczas i ja mogłabym się spodziewać innego rodzaju wydarzenia i mieć może większe "pretensje" do siebie, że nie powinno się pchać w takie miejsce, skoro nie preferuje się takiego rodzaju współuczestnictwa. To, że muzycy twierdzili, iż jest to najlepszy koncert - nie dziwota, przy takim przyjęciu przez publikę nie można mieć najmniejszych wątpliwości, co do tego, że publiczność była zachwycona, a jeśli zdarzyły się osoby nieco zawiedzione (to zapewne nie było ich zbyt wiele). A Garou trafił w Polsce na prawdziwą żyłę złota, taka wielbicielki to skarb. I choć może nie do końca byłam usatysfakcjonowana koncertem to też się do ich grona zaliczam.
    Co do żałowania - Lepiej nie żałować, że się czegoś nie zrobiło, niż żałować, że się zrobiło - to taka stara maksyma, która w większości przypadków się sprawdza. I jak napisałam, ja nie żałuję, że byłam, a na pewno żałowałabym gdybym nie pojechała, każde doświadczenie, które czegoś uczy jest cenne. A mam do Ciebie pytanie, jako do osoby (wydaje mi się bardziej w temacie), czy sądzisz, iż koncert Bruna też przybierze taki charakter, bo mnie mimo wszystko wydaje się, iż będzie bardziej pop niż rock i bardziej kameralnie, bo po pierwsze artysta zdecydowanie mniej znany, po drugie i repertuar na ile go znam, jakby spokojniejszy, po trzecie i zainteresowanie samym koncertem mniejsze, po czwarte oglądałam jeden z koncertów na płycie i wyglądał dużo spokojniej.
    Pozdrawiam także:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha, bardzo chciałabym znać odpowiedz na Twoje pytanie, aczkolwiek obstawiam, ze bedzie znacznie spokojniej. Tez ide - super, ze wreszcie sie u nas pojawi. Zyla zlota dla nich to nie u nas, a w Rosji. A co do naglosnienia: moze Vaya con Dios przywiezli swoje. Gar mial miejscowe i dobrze na tym nie wyszedl... ale to juz nie te czasy, kiedy na bogato ze swoja scena jezdzil...

      Usuń
    2. Wybierałam się na koncert Bruna, który miał się odbyć w 2011 roku i nie doszedł do skutku, wtedy paryskie NDdP osłodziło mi gorycz rozczarowania. Mam nadzieję, iż będzie spokojniej, bo doszły mnie słuchy iż nie tylko ja byłam trochę zawiedziona (co przyznam bezwstydnie w pewien sposób mnie uspokoiło, bowiem potwierdziło, iż moje wrażenia nie są jakimś dziwactwem). A co do żyły złota- miałam na myśli aspekt niewymierny- niefinansowy (wiadomo, że jeśli chodzi o możliwości zaoferowania korzystnych warunków kontraktu nigdy nie dogonimy Rosji, miałam nadzieję wybrać się na któryś z koncertów za wschodnią granicę NDdP, niestety ceny biletów były dla mnie zaporowe, a nie należę do osób najgorzej zarabiających) aspekt miłości fanek (choć może nie znam pojemności serc Rosjanek :)

      Usuń
    3. Jeszcze a propos nagłośnienia- siedziałam w pierwszym rzędzie, czy myślisz, że w takim miejscu nagłośnienie może grać dużą rolę?

      Usuń
    4. Heh, jak ja kocham, ja napiszę cały tekst i potem wcisnę nie ten przycisk, co trzeba... To jeszcze raz.

      Wybacz, że tak długo nie odpisywałam. Zgubiłam gdzieś link do Ciebie i dopiero teraz znalazłam.

      Czy ma znaczenie? To zależy, jak daleko od głośników siedziałaś. Chociaż sweet spot akustyczny w Kongresowej jest zapewne nieco dalej (głośniki są wyżej i takie tam - nie znam się na tym dobrze). Ale zapewne ma to znaczenie i to spore. Ja siedziałam w piątym rzędzie na samym środku, przy tym przejściu środkowym i jak Garou zaśpiewał pierwsze wersy Avancer, to aż mnie uszy zabolały. A jestem niemal pewna, że nie zafałszował...

      Mnie też było przykro, że koncert Bruna wtedy nie doszedł do skutku. NDdP widziałam w Kijowie w 2010, więc nie miałam takiej osłody... Teraz natomiast co jakiś czas sprawdzam, jak idzie sprzedaż biletów. Na eventimie jest nieźle - 30% rabatu robi swoje...

      A co do żyły złota - to nawet nie chodzi o zapisy w kontraktach, a o to, że Rosja jest rozkochana w variete, więc ile by nie zrobili koncertów, to salę zapełnią tak w 75% co najmniej. I to nie tylko Garou, ale też Fiori, Kaas czy Bruno właśnie. Pozazdrościć... Popytu na muzykę znaczy, cen biletów zdecydowanie nie...

      Pozdrawiam :)

      A, jeszcze dodam tylko, że można mnie łatwo znaleźć na garou.pl i w okolicach, czyli na forum - zapraszam! :)

      Usuń
    5. Dzięki, że się nie zniechęciłaś z pisaniem po raz drugi komentarza. Mnie rozwalają antyspamowe weryfikacje obrazkowe, kiedy okazuje się, że jednak jestem maszyną i nie mogę się wypowiedzieć- zdarza się, że sobie odpuszczam. Do mnie łatwo trafić choćby wpisując Koncert NDdP na Bercy w Google:). Od głośników siedziałam całkiem blisko - miałam jeden prawie pod nosem. Dla mnie było głośno, ale nie było mocy- kurcze, nie umiem tego wyrazić, w każdym razie powinnam mieć ciary, motyle w brzuchu, albo cokolwiek w tym stylu, a było zaledwie fajnie (zdecydowanie za duże oczekiwania). O fałsz Garou nie podejrzewam:), sądzę że nawet będąc w najsłabszej formie to by mu się nie przydarzyło. Zobaczymy, jak to będzie na Bruno. W 2010 roku ja dopiero musical odkryłam i oglądałam go po raz pierwszy w polskiej obsadzie w Gdyni (byłam wówczas zachwycona, dziś pewnie odebrałabym inaczej, pamiętam, że wiele osób narzekało wówczas na nagłośnienie, zwłaszcza ci z dalekich rzędów, a ja fruwałam pod sufitem z upojenia), o zagranicznych wojażach jeszcze wtedy nawet nie myślałam. Dzięki za namiar, dobrze wiedzieć w razie co. Mam kontakt na dziewczyny z fan klubu Bruna (za ich pośrednictwem kupowałam płytki:). Na forum rzadko bywam, pisanie bloga jest dość absorbujące, a w końcu wirtualna rzeczywistość to zaledwie mała cząstka mojego życia. Pozdrawiam

      Usuń
    6. Ojej, to teraz mi głupio, bo ja tam uwielbiam Gara jako człowieka i artystę, ale też wiem, że jak za długo sobie śpiewa sam bez nadzoru na przykład ekipy Notrów), to zaczyna bardzo nieczysto wchodzić w dźwięki, szczególnie wysokie. Tak jakby okrężną drogą zmierzał do nich. W końcu trafia, ale droga nie jest prosta...

      Jak miałaś na koncercie głośnik obok ucha, to pozostaje się cieszyć, że Cię nie ogłuszyło kompletnie ani głowy nie urwało. Dla mnie była moc. I to dużo mocy. I to nie w głośnikach, a w muzykach i w samym Garou. Ale możliwe, że inaczej wszystko odbieram, bo czekałam na ten koncert 10 długich lat. No i miałam szczęście zobaczyć się z Garem tuż przed wejściem na scenę. Nie wiem, w każdym razie fajnie, że możemy wymienić spostrzeżenia bez wzajemnych obelg i tak zwanego hejotwania. Dziękuję Ci za to,

      Teraz nie mogę się doczekać koncertu Bruna. I mam szczerą nadzieję, że to nie będzie jego ostatnia wizyta u nas. I że także inni artyści zdecydują się zaryzykować. A właściwie nie tyle artyści, co producenci koncertów.

      Podziwiam Cię za pisanie bloga. Zarzuciłam to lata temu. Ale też i moje życie się zmieniło od tamtego czasu, więc nie mam na co za bardzo narzekać ;)

      Usuń
    7. Przede wszystkim Agnieszko jeszcze raz chcę napisać, iż bardzo się cieszę z twoich wypowiedzi tutaj. Przyznaję, iż miałam obawy przed napisaniem tego wpisu, gdyż znam parę osób, które były na koncercie i wiem, jak bardzo się z tego cieszyły i jaką radością i spełnieniem marzeń był dla nich ten koncert. Nie chciałam robić nikomu przykrości, bo wiem, iż mnie samej niezbyt miło się czyta, jeśli ktoś wyraża rozczarowanie koncertem, który dla mnie jest odlotowym i spełnieniem marzeń. Jestem fanką musicali, niektórych musicali, a Les Miserables to dla mnie mistrzostwo świata i kiedy oglądałam na płycie koncert z okazji 25 lecia to łzy leciały mi ciurkiem i uznałam to za majstersztyk i zazdrościłam osobom na widowni, a tymczasem przeczytałam opinię pana krytyka, który napisał, iż słabiutko, bez porywów i ledwie ledwie. Bardzo przykro mi się to czytało. Dlatego pisząc o czymkolwiek staram się zawsze unikać krytyki, a pisać o odczuciach, które są przecież subiektywną sprawą. I pewnie, gdyby Garou był moim idolem to być może i ja inaczej odebrałabym koncert. I cieszę się, że zadowolił swoje wielbicielki, bo to daje szanse na kolejne koncerty. A nie ma nic cudowniejszego niż spełnianie swoich marzeń. Pisanie bloga jest dla mnie taką odskocznią od codzienności i dzieleniem się radością z podróży, lektur i koncertów, czasami też rozczarowaniami (choć te są zdarzają się zdecydowanie rzadziej). Pozdrawiam serdecznie i zapraszam zawsze, kiedy ci będzie po drodze. O koncercie Bruna zapewne też napiszę, mam nadzieję, że napiszę, w przeciwnym razie oznaczałoby to, iż koncert nie był wart poświęcenia mu chwili czasu na opisanie wrażeń.

      Usuń
    8. Ja po prostu byłam nieco zdziwiona, że komuś się nie do końca podobało ;) Głównie dlatego, że mój osobisty mąż, który nie zna francuskiego ni w ząb, a z muzyką w tym języku zetknął się przeze mnie (pochodzi z kraju, gdzie taka muzyka nie jest znana w ogóle. nawet Piaf czy Brel nic im nie mówią), bawił się rewelacyjnie. I nawet nie był zazdrosny , że szalałam pod sceną zamiast siedzieć z nim ;) Jasne, ze przyjemniej byłoby mi czytać zachwyty, ale ponieważ nie jestem wobec Gara bezkrytyczna, to rozumiem, że komuś mogło się nie podobać. Odczucia - to najbardziej chyba subiektywna rzecz na świecie i cieszę się, że o tym właśnie aspekcie piszesz. I że nimi się kierujesz, bo nikt nie może Ci narzucić tego, co czujesz i jak coś odbierasz. Krytycy mogą pisać o kostiumach, reżyserii, scenografii czy innych aspektach, na których się znają, ale za wyrocznię bym ich nie brała. Bo... no bo właśnie odczucia każdy ma własne. I nawet jeśli podoba mi się coś, co inni uznają za szmirę, to trudno. Garou we Francji postrzegany jest, a przynajmniej był, jako taki idol dla siuśmajtek (co nie dziwi, jak się popatrzy na zachowanie jego fanek), ale mnie to nie obchodzi. O. To się wywnętrzyłam ;) I czekam teraz na wrażenia z brunowych wyczynów. Oby były warte Twego czasu.

      Usuń
    9. A ja byłam zdziwiona własną reakcją, a znajomi nawet nie pytali, jak było, znając mój entuzjazm stwierdzali i co odlotowo było? :) Dlatego pomyślałam, że się zestarzałam:( I ponieważ znam te odlotowe odczucia to właśnie najbardziej mi żal, że ich nie odczułam :( i tego wszystkim którzy się świetnie bawili zazdroszczę. Pozdrawiam

      Usuń
  9. To tak jak z fastrygą, która pozostała w wymarzonej sukience, co spostrzegłyśmy zbyt późno i męczymy się, by dyskretnie ją usunąć. A potem już cieszy nas tylko sukienka.
    Różne są okoliczności odbioru i konfrontacji z marzeniami.

    OdpowiedzUsuń
  10. A zatem nam nadzieję, iż z czasem zapomnę o niespełnionych wyobrażeniach, a pamiętać będę jedynie radość ze spotkania z ulubionym wykonawcą. Nie od dziś wiadomo, iż nazbyt duże oczekiwania mogą przynieść bolesne rozczarowanie.

    OdpowiedzUsuń
  11. Cóż, może to kwestia nagłośnienia, a może zbyt wiele razy słuchanych utworów z płyty. Wtedy tak się przyzwyczajamy do wersji studyjnej (nagranej idealnie, z podbiciem tonów itp), że przekaz na żywo brzmi jak fałsz. Albo facet bez formy. Zawsze jednak możesz powiedzieć - byłam, słuchałam, nie żałuję. Podobnie miałem kilka miesięcy temu na koncercie Edyty Gepert. Tylko chwilami jej głos przypominał dawne emocje, reszta była bez wyrazu.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  12. Wybierałam się na ten koncert Edyty Gepert, ale nie wyszło. Czyli czasami nasze wyobrażenia windują oczekiwania tak wysoko, że nie ma możliwości ich dosięgnięcia. Ale myślę, że i tak warto próbować, bo jak się nie będzie próbować, to nigdy nie uda się przeżyć takich wrażeń, jakie czasami bywają naszym udziałem i daję energię na długi czas, emocje zupełnie nieporównywalne z innymi. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  13. Szczesliwie nie czuje sie zniechecona, jesli kiedys nadarzy mi sie mozliwosc pojscia na koncert Garou, to chetnie pojde, choc ogolnie w ogole czuje sie 'wyrosnieta' nie tyle z koncertow, co z tej atmosfery, zgielku, ochroniarzy, przepychania...Mimo wszystko jeden koncert jest moim marzeniem, to koncert Linkin Park, czasem mysle, ze to niemozliwe ze ktos ma taki glos i sluch...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To dobrze, bo nie miałam zamiaru nikogo zniechęcać, a tylko podzielić się wrażeniami i może troszkę uprzedzić, czego można się spodziewać. Mam świadomość, że wiele koncertów wygląda w ten sposób, ale może przyjęłam błędne założenie, że ten będzie wyglądał inaczej- podobnie, jak te w których miałam okazje uczestniczyć ostatnio, a było ich parę. A moim największym rozczarowaniem było to, że nie usłyszałam tego, czego się spodziewałam usłyszeć; mocnego, ciekawego głosu; może to rzeczywiście wina nagłośnienia, bo miałam wrażenie z słucham czegoś nie bezpośrednio, a odbitego o mur? nie umiem tego nazwać, w każdym razie, to tak jakby oglądać piękny obraz na który naklejono folię, widzisz co jest namalowane, ale niewyraźnie. I nie ma mowy, abym po takim wpisie u kogokolwiek odpuściła sobie koncert u swego ulubieńca, może jedynie nastawiłabym się nieco inaczej. Pozdrawiam

      Usuń
  14. Dawniej bywałam na koncertach naszych piosenkarzy i też stwierdzałam, że wolę piosenki z płyty.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja w zasadzie teraz chadzam na koncerty częściej niż dawniej i przeważnie wolę je od płyt, bo dostarczają innego rodzaju emocji, to tak jak z oglądaniem filmów w kinie i w telewizorze. Choć ostatnio stwierdziłam w kinie, że chyba i do kina przestanę :).

      Usuń

Jestem bardzo rada z każdego komentarza, ale nie będę tolerować komentarzy agresywnych, wulgarnych, czy obrażających moich gości (innych komentatorów).