wtorek, 26 lutego 2019

Spowiedź Józef Morton



Przedwojenna rzeczywistość polskiej wsi u Józefa Mortona to przejmujący dokument walki chłopskiego syna o wydostanie się z ubóstwa, walki z góry skazanej na porażkę. Ciężko chory, Stefan Okoła, w obliczu nieuchronnego dokonuje rozrachunku z przeszłością. Opisując historię swego dążenia do społecznego awansu zastanawia się, czy jego przegrana była kwestią czasu, czy też wynikiem popełnionych grzechów, z których głównym był ten, że za wszelką cenę chciał zostać „panem”, z niego wynikały wszystkie inne.
Stefan, za namową ojca chce zdobyć wykształcenie, znaleźć pracę i wspomóc rodzinę. Wizja lepszej przyszłości sprawia, iż zarówno rodzice, jak i siostry poświęcają siły, dobytek, a nawet dziewczęce marzenia o zamążpójściu, aby wspomóc młodego człowieka. Stefanowi też nie jest lekko, niedojada, cierpi zimno, nie ma co na grzbiet włożyć. Ma świadomość ogromnych wyrzeczeń, jakie płaci cała rodzina, ale nie wyobraża już sobie, że mógłby wrócić na gospodarkę ojca i razem ze wszystkimi pracować w trudzie i znoju, bez żadnych perspektyw poprawy swego losu.
Chciałem własnym trudem i mozołem dojść do czegoś, zostać choćby najmarniejszym urzędnikiem. Nie mogłem! Nikt się do mnie nie przyznał, a wszyscy odepchnęli mnie od siebie, jak podrzutka. […] wszyscy wszak wołają „Tyś nie nasz!”(str. 39)
Skończywszy naukę jedzie do Warszawy w poszukiwaniu pracy, niestety mimo wielu prób, nie jest w stanie zarobić nawet na swoje utrzymanie, nie mówiąc o spłacie zaciągniętego przez rodziców długu. Jest kryzys lat trzydziestych, nie ma pracy. Przypominają mu się słowa jednego z nauczycieli; Ty syn wsi, nie masz najmniejszego prawa żądać czegokolwiek. Jesteś bowiem homo novus. Tobie wolno jedynie zdobywać. Zakasać rękawy aż za łokcie, przegiąć grzbiet i harować aż do siódmego potu. (str.60).
Kiedy wydaje się, iż gorzej już być nie może Stefan zaczyna chorować. Gdy sytuacja rodzinna staje się beznadziejna, bo nie wystarcza na lekarstwa i doktora ogarniają go wyrzuty sumienia. Tata, przepraszam was, że uczyniłem wam ciężki zawód. Że wasze wysiłki poszły na marne, że z tego olbrzymiego gmachu waszych myśli, jakiście wznosili całymi latami, lecą już kamienie, że zwalą się wkrótce na was, przywalą was bólem i goryczą. A po mojej śmierci, ,że staniecie się, tatulu, dziadem, który, zamiast mieć pociechę ze swego wykształconego syna, ostatnie grosze wygrzędził jeszcze na jego leczenie, a w końcu na pogrzeb. (Str. 23)
Narracja prowadzona jest w taki sposób, że z każdą kolejną stroną postać Stefana staje się bardziej złożoną; od biednego chorego chłopca do tak zdesperowanego młodego człowieka, iż jego zasady moralne zostają wystawione na ciężką próbę.
Przeszłość przeplata się z teraźniejszością. A poczucie klęski (kiedy myśli o ojcu) Nie powinien uczyć swego syna! Teraz by siedział spokojnie i robił, to co do niego, chłopa z dziada pradziada, należy i nie ciągnął ludzi pobożnych i uczciwych na manowce (str. 77) z przekonaniem, iż Wsi trzeba iść! Wciąż naprzód i naprzód, nigdy nie ustawać, rwać bystrym pochodem, siłą, uporem, choćby przy tym jeszcze niejeden miał dzielić [..] ten los…. Iść. Bezwzględnie, twardo, z uporem, a wtedy może nadejdzie taki dzień, kiedy nie będzie już takich jak [on i jemu] podobnych. (str. 162).
Stefan wydaje się osobą zawieszoną nie tylko pomiędzy życiem a śmiercią, ale także pomiędzy miastem a wsią. Chłopak po szkołach nie pasuje do nędznej chałupy, codziennej misy pituchu (rozgotowanych w wodzie kartofli), kłócących się sióstr i oschłego ojca. Jest zbyt uczony na ich proste życie. Ale chłopak pochodzący nie wiadomo skąd, w podartych portkach, wychudzony i blady nie pasuje do urzędniczej posady. Sąsiedzi wyszydzają jego aspiracje, a miastowi odmawiają jakikolwiek praw. Stefan jest tak zrezygnowany, że choć opowiada o przejmującej nędzy opowiada bez emocji, może dlatego, że ,,Niczego się już od życia nie spodziewam i niczego nie wyglądam". (str.7).
Zadziwiająca narracja będąca połączeniem chłopskiej gwary z językiem wykształconego człowieka.
Ciekawa pozycja zapomnianego autora. I choć w mojej ocenie Spowiedź jest słabsza od Mój drugi ożenek to warta przeczytania.
U mnie w ramach stosikowego losowania u Anny.

sobota, 16 lutego 2019

Iłła Opowieść o Kazimierze Iłłakowiczównie Joanna Kuciel-Frydryszak



Jeśli Kazimiera Iłłakowiczówna to poezja. Czytając utwory poetki myślimy o kobiecie eterycznej i delikatnej. I jest to prawda, ale fragmentaryczna, bo Iłła była niezwykle złożoną osobowością; poza naturą liryczną mocno stąpała po ziemi i przejawiała niezwykłą siłę. Sama wielokroć powtarzała, iż była przede wszystkim urzędniczką, a pracę w ministerstwie „służbę państwu (uważała) za zaszczytny obowiązek”, zaś „pisanie to los niepewny i zajęcie, które trudno nazwać pracą”. Dziwne to dla mnie i zupełnie niezrozumiałe stwierdzenie. Poczucie misji stało się dla niej ważniejsze od twórczości i życia towarzyskiego (str174).
Umiłowanie niezależności, odwaga w obronie własnych przekonań, bezkompromisowość i empatia na krzywdę słabszych sprawiają, iż Kazimiera budzi sympatię, mimo niewątpliwie trudnego charakteru.
Choć pochodziła z nieprawego łoża, co na początku ubiegłego wieku było plamą na honorze młodego człowieka, dzięki pomocy dobrych ludzi oraz własnemu uporowi i zdolnościom udało jej się zdobyć bardzo dobre wykształcenie (uczyła się nie tylko w kraju, ale też poza jego granicami) a także poznać bardzo dobrze kilka obcych języków. W swoim długim życiu miewała okresy i żarliwej wiary i ateizmu, była sufrażystką, uczestniczką strajku studenckiego, sanitariuszką na froncie I wojny światowej, sekretarką Piłsudskiego, propagatorką Polski na arenie międzynarodowej, nauczycielką, tłumaczką.No i oczywiście poetką, ale to zajęcie traktowała jedynie, jako hobby.
Miewała przyjaciół zarówno wśród socjalistów, jak i endeków, skandalizujących artystów, jak i gorliwych katolików. Mawiała, że polityka jej nie interesuje, a jednak bardzo często była w epicentrum wydarzeń, jak choćby wtedy, kiedy podtrzymywała głowę umierającego Gabriela Narutowicza w Zachęcie, czy kiedy jeździła z odczytami o Marszałku broniąc Młodej Polski przed zarzutami o faszyzm czy nacjonalizm. Nie miała duszy niebieskiego ptaka, twardo stąpała po ziemi, była pragmatyczna (czy to kiedy wymusiła na Karolu Szymanowskim wynagrodzenie za to, że ośmielił się skomponować bez jej wiedzy muzykę do jej wierszyków, czy kiedy jadąc na spotkanie literackie ostro negocjowała warunki wystąpienia, łącznie z finansowymi). Lubiła chwalić się arystokratycznym towarzystwem, w którym wyrosła (w domu przybranej matki Zofii Bujno z Plater -Zyberków). 
Może to stąd wzięło się jej zamiłowanie do elegancji i przywiązywanie wagi do wyglądu. Nie czuła się dobrze w towarzystwie młodopolskiej bohemy, nie przesiadywała Pod Pikadorem, ani w Ziemiańskiej, ale była lojalna i wierna w przyjaźni. Pamiętając wstawiennictwo Tuwima, kiedy została ofiarą krytyki, broniła literata, kiedy ten popadał w tarapaty. Po utracie kontaktu z gosposią (Grabosią) napisała wzruszający wiersz ogłoszenie, a Tuwim pomógł zamieścić go w prasie.
Jej wierność pryncypiom skutkowała wysokimi standardami moralnymi i wymaganiami, a więc czasem kostycznością w relacjach. Uczciwość nie pozwalała jej na koniunkturalizm, więc nieraz wprowadzała innych w zdumienie, ryzykując opinię ekscentryczki lub osoby o sprzecznych poglądach. Nie potrzebowała wybierać w spolaryzowanym świecie politycznym jednej platformy ideowej, jednego nurtu czy partii, a tym bardziej nie odrzucała znajomych ze względu na ich polityczne zapatrywania i wybory (str. 216).
Gdy po wybuchu wojny znalazła się w Rumunii jej poczucie wartości zostało zachwiane. Ludzie u których znalazła zatrudnienie i gościnę nie zapraszali jej do wspólnego stołu, ani nie zabierali do teatru czy opery, co bardzo jej doskwierało. Tak, jak kiedyś żyła niemal wyłącznie pracą traktując ją, jako rodzaj misji, tak teraz sens egzystencji odnajdywała dzięki udzielanym lekcjom języków.
Od pierwszego dnia emigracji tęskni za krajem, za ludźmi, ubolewa, że posłuchała rozkazów przełożonych, a jednak kiedy przychodzi wracać po ośmiu latach tułaczki pisze, iż „organicznie boi się utraty samotności, którą tak bardzo ceni”. A kiedy znajduje przystań w Poznaniu, w gęsto zaludnionym domu księgarza zapytuje jego żonę - po co wychodziła za mąż i zajmuje się tym wszystkim (opieką nad dziećmi, rodziną, lokatorami, noszeniem paczek do więzienia dla sióstr) i zapytuje zupełnie szczerze. A chwilę później zarządza wspólne wyjście do Opery. Święta spędza sama, bo tak lubi, a spóźnionych o minutę uczniów nie przyjmuje, bo wymaga bezwzględnej punktualności. Wymagała od innych, ale więcej wymagała od siebie.
Mimo, iż znamy, jaką gównie jako poetkę (debiutowała młodo zbierając pochlebne recenzje) poezję traktowała jako zajęcie dodatkowe.
Chciałabym, aby moje ostatnie lata przyniosły coś naprawdę potrzebnego, nie tylko jakieś głupie wiersze, do których nigdy sama nie miałam jakiegoś wielkiego przekonania. (str.327) tak pisała w liście do Grydzewskiego. 
Nie wypije się tego, nie zje…
Nie lubię, nie lubię poezji.

pisze w wierszu Poezja
Podobnie rzecz się ma z jej drugim dzieckiem - tłumaczeniami. Nazywała tę pracę obstalunkiem, a jednak do dziś jej tłumaczenie Anny Kareniny uważane jest za jedno z najlepszych, najbliższe oryginałowi. Co ciekawe, Iłłakowiczówna twierdziła, iż nienawidziła tej obrzydliwej Anny i była po stronie Karenina.
Żyła sama (choć w gęsto zaludnionym mieszkaniu), ale nie była samotna. Jako niezwykle dumna osoba, nie potrafiła przyjmować pomocy, chciała być samowystarczalna, dlatego tak ciężko znosiła utratę wzroku na starość i konieczność korzystania z pomocy innych. Jej potrzebę bliskości wypełniała korespondencja - bezpieczniejsza niż kontakt osobisty. Choć żyła w poczuciu winy (z powodu opuszczenia swej przybranej matki) nie była nieszczęśliwa, interesowała się światem, który ją otaczał i zachwycała naturą. Bohaterka biografii momentami bywa nieco irytująca, jej apodyktyczność i pryncypialność mogą budzić sprzeciw, jednak nie sposób nie polubić tej niezwykle ciekawej osobowości, poetki, której wydawało się, że jest urzędniczką. 
Książka została napisana w sposób zajmujący, ozdobiona sporą ilością fotografii, a autorka wykonała solidną pracę. Polecam lekturę. 
Przeczytana w ramach losowania u Anny.

niedziela, 10 lutego 2019

Kulturalny styczeń (koncert Bocellego i styczniowe lektury)


 
Trailer koncertu z 26 stycznia 2019 r.
Zawodna pamięć powoduje, iż wiele wrażeń szybko zanika. Ulotność zachwytów i rozczarowań przemija, a pozostaje jedynie mgliste wspomnienie. Czasami znaleziony po czasie bilet, lub zapis w kalendarzu wywołuje konsternację (w odniesieniu do tego, co osadziło się na zwojach pamięci - pozostają jedynie okruchy doznań). Inaczej rzecz się ma, kiedy wzruszenia zostaną choćby naszkicowane. Kiedy zdołałam pogodzić się z faktem, iż nie utrwalę każdej przeczytanej książki, wysłuchanego koncertu czy wydarzenia, w którym brałam udział postanowiłam choć zdawkowo o nich wspomnieć, aby zostawić sobie furtkę do powrotu (kiedyś przyjdzie taki czas, kiedy uwolni się człowiek od obowiązków i będzie mógł cały oddać sferze ducha), a w ostateczności w ten sposób (chociaż) utrwalić chwile, bez których to codzienne egzystowanie nie miałoby sensu.
Styczeń nie był dla mnie miesiącem bogatym w kulturę (tydzień miałam wyłączony z życiorysu z powodu choroby); przeczytałam niewiele (jedynie trzy książki, czwarta jeszcze w lekturze) i uczestniczyłam w jednym koncercie.
O książkach pisałam (zbiorze opowiadań Amok Zweiga i Podróżach z Herodotem). Trzecia książka to próba sprawdzenia, jak dziś odbieram książkę, którą czytałam, jako nastolatka, wówczas oczarowana jej bohaterką. Krystyny Siesickiej Jezioro osobliwości było dla mnie wówczas, lata temu potwierdzeniem tezy, że rodzice nie są w stanie nas (młodych) zrozumieć. Utożsamiałam się z Martą, podkochiwałam w Michale, pałałam brzydkim uczuciem do matki Marty i drażnił mnie ojciec Michała. Dzisiaj w historii rodzinnego konfliktu nie potrafię identyfikować się z bohaterką, choć rozumiem jej zawód postawą matki.
Wciąż czytam (po raz wtóry) Listy do brata Van Gogha. O lekturze pisałam kilka razy (między innymi tu). A nadal czuję niedosyt. Odnajduję tu tak wiele ciekawych myśli, że żałuję, iż książki nie mam w swoich zbiorach, aby móc do niej sięgać, ilekroć przyjdzie na to ochota. Vincent mimo braków w wykształceniu był bardzo oczytanym człowiekiem. W jego korespondencji do brata można odnaleźć wiele interesujących poglądów na życie, sztukę, literaturę, miłość, przyjaźń. Po raz kolejny wynotowuję sobie fragmenty lektury, z których jeszcze – jak wierzę- skorzystam.

No i last but not least Koncert Andrea Bocelli w gdańskiej Ergo-Arenie. Temu utalentowanemu wokaliście, o przepięknym głosie, brak techniki wokalnej (co zarzucają mi znawcy) nie przeszkodził w zdobyciu ogromnej publiczności. Nie mnie oceniać technikę, mnie się jego wykonania po prostu podobają, doceniam też to, że nierzadko trudne w odbiorze utwory (jak choćby Nessun dorma) dzięki swoim wykonaniom czyni bardziej przystępnymi, co pozwala szerszemu kręgowi odbiorców dostrzec w nich piękno. Czytając wcześniejsze recenzje koncertów, z których wynikało, iż Bocelli jest przewidywalny (za co kocha go polska publiczność), a w jego koncertach przeważają utwory doskonale znane, spodziewałam się takiego właśnie repertuaru.


Tu Bocelli z Brightmann w Canto della terra

Tym razem artysta zaskoczył widownię, poświęcając pierwszą część utworom operowym, czym uszczęśliwił zapewne wielbicieli tego gatunku muzycznego. Na telebimach prezentowano fragmenty oper, w których występował. Po pierwszym utworze Va, pensiero z Nabucco w wykonaniu chóru akademickiego Akademii Morskiej w Gdyni nastąpiły arie z Rigoletta, Traviaty, Cyganerii i Romea i Julii (tyle rozpoznało moje niewprawne ucho i dojrzało na ekranie oko). Podziwiałam odwagę prezentacji takiego repertuaru na hali widowiskowo-sportowej wypełnionej dziesięcioma tysiącami słuchaczy (wielu przybyło z odległych zakątków świata). Publiczność nie dała po sobie poznać niedosytu, cierpliwie czekając na dalszą część. I nie zawiodła się. Część druga miała zdecydowanie lżejszy charakter (utwory musicalowe, popularne pieśni neapolitańskie, czy znane hity „Mamma, Funiculi funicula, O sole Mio, Time to say goodbye). Moim ulubionym wykonaniem była Canto Della terra wykonane w duecie z Ikaria Della Bidia (które do tej pory znałam z interpretacji Sarah Brightann i Alessandro Safina). Artyście towarzyszyła również sopranistka Maria Aleida (w ariach operowych), skrzypaczka Anastasiya Petryshak (jakże ona pięknie grała) oraz tancerze Stavros Pittas i Julia Polakowska (z teatru muzycznego w Gdyni). Ku radości (głównie) żeńskiej części widowni z ojcem wystąpił Matteo Bocelli w utworze Fall on me. Słuchałam go po raz pierwszy i to z dużą przyjemnością. 
 
Fall on me 

Najbardziej wzruszającym momentem koncertu było zadedykowanie Ave Maria pietras prezydentowi Gdańska, który zginął tragicznie kilka dni wcześniej. Kiedy na ekranie pojawiło się zdjęcie Andrei w towarzystwie Pawła Adamowicza i jego żony z tekstem - Panie prezydencie nigdy o Panu nie zapomnimy – chyba nie tylko mnie popłynęły łzy.

piątek, 8 lutego 2019

Wystawa Wyspiański w Muzeum Narodowym w Krakowie



Józio Feldman
I ciągle widzę ich twarze,
ustawnie w oczy ich patrzę -
ich nie ma - myślę i marzę,
widzę ich w duszy teatrze.

Teatr mój widzę ogromny,
wielkie powietrzne przestrzenie,
ludzie je pełnią i cienie,
ja jestem grze ich przytomny.                         
Z listu do Adama Chmiela


Wystawa była (trwała do 20 stycznia tego roku) ogromna. Wyeksponowanie tak dużej ilości prac artysty (katalogi podają liczbę 500) wymagało kilkunastu sal, zwłaszcza biorąc pod uwagę, iż wiele z eksponatów było niezwykle przestrzenne (jak choćby kopie witraży). Wystawa prezentowała dorobek artysty wszechstronnego; obrazy, szkice, rysunki, meble, makatki, kostiumy teatralne, projekty architektoniczne, kopie witraży, fragmenty tekstów sztuk, listów, wierszy. Wystawa była  ciekawa poprzez swą różnorodność; poprzez prezentację nieznanych wcześniej (dla mnie) szkiców, rysunków, projektów, ale też prezentację tych pasteli, które pokochałam od pierwszego wejrzenia, a których oglądanie zawsze sprawia mi dużą przyjemność. Podobnie, jak czytanie fragmentów dzieł Wyspiańskiego, powszechnie znanych, a jakże w dzisiejszej lekturze pomijanych. A przecież tak wciąż aktualnych.
Z malarstwem Wyspiańskiego zetknęłam się jako dziecko. 
Helenka z wazonem i kwiatkami i śpiący Mietek
W poznańskim mieszkaniu babci wisiała reprodukcja portretu Józia Feldmana. Imaginowałam sobie wówczas, że to dziecko jest spokrewnione z naszą rodziną. Potem poznałam całą serię dziecięcych portretów wydaną w postaci pocztówek. Oglądanie ich było niczym oglądanie ilustracji do bajek i przyczynek do wymyślania sobie historyjek na temat przedstawianych tam dzieci. Ileż uczuć macierzyńskich budzą portreciki śpiących dzieci, które artysta portretował szczególnie chętnie. Pisałam kilkakrotnie o szczególnym sentymencie do Helenki, zwanej w moim domu Nunką, z uwagi na podobieństwo do mojej młodszej siostrzyczki. Jest to główka małej dziewczynki z nieco rozchylonymi ustami, lekko przymrużonymi oczami, rozgrzanymi (od poduszki?) policzkami, jakby wyrwana ze snu, już na jawie, a jeszcze może w krainie marzeń. Z tym charakterystycznym wyrazem smutku na twarzy, jaki mają dzieci długo pozujące do obrazu. Ten portret Helenki miałam okazję oglądać kilkanaście razy i za każdym kolejnym czułam się, jakbym spotkała bliskiego znajomego. Bo on wydaje się taki mój wśród tych innych należących do wszystkich odwiedzających.
Moja ukochana Helenka z portretami Mietka po bokach
Portretowe pastele Wyspiańskiego nigdy mnie nie zawiodły. Wywołują uczucia podobne do tych, jakie sprawiają dzieła impresjonistów. Choć jego modele nie mają uśmiechu na twarzy, bywają smutne lub poważne to ogólna wymowa obrazów bywa pogodna, a one same niosą powiew świeżości. Niezwykle lubię Wnętrze pracowni paryskiej (pewien nieład, tajemniczość, skromność, a jednocześnie pogodny nastrój), czy zamglony Ogród Luksemburski, albo Barki na Sekwanie.
Wnętrze pracowni paryskiej
Rodzime (głównie krakowskie) pejzaże są tak słowiańskie (jak Widok z pracowni na Kopiec Kościuszki, czy Poranek pod Wawelem), że chwytają za serce. 
Poranek pod Wawelem


Mniejsze emocje wywołały projekty witrażowe, wolę oglądać je w miejscach, do których zostały stworzone (jak choćby Boga Ojca - Stań się w Kościele oo. Franciszkanów). Nie mniej szkice, rysunki czy projekty, które rozkładają dzieło na czynniki pierwsze pozwalają dostrzec więcej niezwykle pięknych detali, a także olbrzymią, wręcz tytaniczną pracę, jaką wykonał artysta, aby skomponować harmonijną całość. Można podziwiać tu bogactwo natury w postaci motywów roślinnych, które współtworzą witrażowe dzieła.
Motywy roślinne z projektu polichromii do kościoła oo. Franciszkanów.
Kolejny dział ekspozycji to projektowane przez Wyspiańskiego kostiumy, projekty scenografii do jego dramatów i portrety aktorek. Oglądam je z równym zainteresowaniem, jak kilka lat temu oglądałam w Kamienicy Szołayskich na wystawie poświęconej Wyspiańskiemu. Te poszarzałe, wyblakłe suknie, które kiedyś ubierały okryte legendą do dziś aktorki (jak choćby Modrzejewska) dziś przywołują w pamięci wiersz Szymborskiej Muzeum, z jego zakończeniem

Co do mnie, żyję, proszę wierzyć.
Mój wyścig z suknią nadał trwa.

Suknia, w której grała Modrzejewska
A jaki ona upór ma!
A jakby ona chciała przeżyć!


I coś mi się zdaje, że jestem z góry skazana w tym wyścigu na porażkę. Fragmenty dramatów, znajdujące się na ścianach wystawy, wzbudzają ochotę na powtórkę z lektury.
Po raz pierwszy oglądam słynne meble zrobione dla Boya- Żeleńskiego i przyznaję rację tym wszystkim, którzy mówili, że na meblach Wyspiańskiego nie dało się siedzieć. Niewątpliwie był to kłopotliwy prezent dla Tadeuszka.
Kanapa dla rodziny Żeleńskich

Wystawa nie była może odkrywcza, większość eksponatów na niej prezentowanych oglądałam wcześniej bądź to w Kamienicy Szołayskich, bądź w Muzeach Narodowych w Krakowie, Poznaniu, czy Warszawie, niemniej zgromadzenie tak wielu, tak różnorodnych dzieł sprawiło, iż warta była ona obejrzenia. Jako admiratorka sztuki Wyspiańskiego nie mogłam odmówić sobie przyjemności dwukrotnego jej odwiedzenia.
Autoportret Wyspiańskiego
Proszę wybaczyć jakość zdjęć, jestem marnym fotografem. 
Ten wpis zaczęłam tworzyć jeszcze w październiku po pierwszej wizycie na wystawie. Skończyłam dzisiaj dzięki zapaleniu zatok.