Przed wybraniem się na kolejną wystawę do mojego Muzeum przypomniałam sobie zeszłoroczną.
Muzeum Narodowe w Gdańsku jakiś czas temu podpisało umowę o współpracy z Muzeum Narodowym im. Brukenthala w Sibiu (Rumunia). Efektem tej współpracy jest między innymi wypożyczanie obrazów ze zbiorów tego muzeum do Gdańska. Zeszłoroczna wystawa poświęcona została XV (Memling i Van Eyck) i XVI (Brueghel starszy) wiecznemu malarstwu niderlandzkiemu.
Na wystawie przedstawiono 35 prac, w tym zaledwie cztery obrazy panów, firmujących swoim nazwiskiem wystawę; dwa Memlinga „Portret mężczyzny czytającego książkę” i „Portret kobiety modlącej się”, Van Eyka „Portret mężczyzny w niebieskim chaperonie” oraz Brueghela „Pejzaż zimowy z łyżwami i pułapką na ptaki”.
Hasło reklamowe Wystawy „Arcydzieła malarstwa z kolekcji Muzeum Narodowego w Sibiu (Rumunia)” spełniło swoje zadanie, przynajmniej w moim wypadku. Zachęcona reklamą poczytałam troszkę w Internecie na temat trzech panów, obejrzałam parę reprodukcji i udałam się do Muzeum oczekując dzieł tytułowych malarzy. Co prawda nie przepadam za malarstwem przełomu średniowiecza i odrodzenia, które charakteryzuje się ukazywaniem ludzkich przywar, zdeformowane twarze, wyłupiaste oczy, powykręcane członki, ale ciekawa byłam obrazów Brueghela. Niektóre z nich przypominają mi stylem obrazy Hieronima Boscha, za którymi może nie przepadam, ale przyznaję, że są one interesujące. Jego „Ogród rozkoszy ziemskich” miałam okazję oglądać w Muzeum Prado w Madrycie. Co do Memlinga dawno temu, zaraz po ukończeniu edukacji w szkole średniej każdy dzień rozpoczynałam przy jego Sądzie Ostatecznym. Każdego też dnia przemierzałam krużganki, sale malarstwa flamandzkiego, holenderskiego, polskiego, gdańskiego i wystaw czasowych. No, ale to było wieki temu.Niestety obrazy znajdujące się na wystawie nie zachwyciły mnie. Kolekcja malarstwa niderlandzkiego przedstawiała; parę pejzaży, parę widoczków wiejskich, trochę martwej natury i sporo portretów. Kolekcja ta moim zdaniem była bardziej średniowieczna niż renesansowa. Średniowiecze nie należy, jak już wspomniałam, do moich ulubionych okresów w malarstwie. Jedynie Portret mężczyzny w niebieskim chaperonie oraz Pejzaż zimowy z łyżwami i pułapką na ptaki wzbudziły moje zainteresowanie. Obraz Van Eyka to bardzo realistyczny niewielkich rozmiarów portret przykuwający wzrok. Nie potrafię wytłumaczyć czemu, ale skojarzył mi się z „Dziewczyną z perłą” Jana Vermeera, który to obraz też zawsze przykuwa mój wzrok, ilekroć widzę jego reprodukcję. Czyżby to była zasługa niebieskiego nakrycia głowy li tylko; chaperon u mężczyzny i chusta u dziewczyny. Chyba jednak nie, wydaje mi się, że sprawia to ich zamyślenie. Mam wrażenie, że są blisko malarza, ale myślami znajdują się daleko od pracowni artysty, są w innym świecie. A może, jak twierdzi moja koleżanka sprawiła to ta delikatność mężczyzny, pewnego rodzaju zniewieścienie. Obraz Brueghela to zimowy pejzaż – wdzięczny temat dla artysty. Ośnieżone dachy domów, pól, wzgórza, kilka ogołoconych z liści drzew oraz ślizgające się na zamarzniętej rzece postacie, dużo, małych postaci. Gdzieś na blogu czytałam, że jak na obrazie jest dużo malutkich postaci to autorem zapewne jest Brueghel. Przyroda często stanowiła tło jego obrazów. Jako twórca scenek rodzajowych często przedstawiał życie i zabawy ludu.
Wystawa nie zachwyciła mnie, ale nie uważam wizyty w muzeum za czas stracony. Obejrzałam (przypomniałam) sobie "Sąd ostateczny" Memlinga, jakże inny od "Sądu Ostatecznego" w Kaplicy Sykstyńskiej. A przecież Michała Anioła od Memlinga dzieli tylko kilka dziesięcioleci.
Zawsze, kiedy patrzę na Memlinga (Sąd ostateczny) zauważam podobieństwo wszystkich postaci kobiecych, postaci o delikatnej budowie ciała, takim samym wyrazie twarzy i długich, falujących rudych włosach. Widocznie nie łatwo było mu znaleźć modelkę.
Nieodmiennie też wizycie u Memlinga towarzyszy myśl, po której stronie obrazu widziałabym siebie; w piekle po prawej, czy w niebie po lewej stronie. I nie umiem odpowiedzieć na to pytanie.Obejrzałam także ponownie zbiory porcelany, które były zawsze jednymi z moich ulubionych eksponatów w Muzeum Narodowym. Znajdują się tam i maleńkie jak komplet zabawek dla dziewczynek filiżaneczki, talerzyki, tygielki, mleczniki, dzbanuszki z delikatnej porcelany i olbrzymie, masywne wazy do zup, żardiniery, patery, z których jedzenia wystarczyłoby dla wielodzietnej rodziny. Są tam zbiory; niemieckie- ascetyczne, bez zbędnych ozdób, są zbiory bogato zdobione z okresu baroku, są chińskie w niebieskiej tonacji oraz najpiękniejsze ze wszystkich zbiory wiedeńskie, delikatne, gustowne, pastelowe, jakby prosto z dworu Sissi.
Zdjęcia z: internetu 1. reklama wystawy, 2. Mężczyzna w niebieskim chaperonie Van Eycka, 3. Dziewczyna z perłą Vermeera, 4. Zimowy krajobraz z łyżwami i pułapką na ptaki Brueghla Starszego, 5. Sąd Ostateczny Memlinga.
Francuska kawiarenka literacka
Łączna liczba wyświetleń
niedziela, 4 grudnia 2011
sobota, 3 grudnia 2011
Duma i uprzedzenie Jane Austin
Zarówno Dumę i uprzedzenie, jak i Rozważną i romantyczną czytałam mając tyle lat, co bohaterki powieści. Teraz obawiałam się, iż z biegiem lat, w miarę nabrania większego dystansu do życia i zdobycia wielu, nowych doświadczeń spojrzę z niejakim zażenowaniem na swe literackie upodobania młodości.
Po ponownej lekturze powieści muszę przyznać, że Duma i uprzedzenie to powieść w bardzo dobrym stylu.
Elisabeth bystra, mądra, nieco porywcza i zbyt szybko wyrabiająca sobie opinie na temat otoczenia, a zwłaszcza pewnych jego przedstawicieli, panna z dobrej, acz zubożałej ziemiańskiej rodziny poznaje pana Darcego dumnego, pełnego uprzedzeń bogatego dziedzica. Od pierwszego spotkania coś ich od siebie odpycha i przyciąga zarazem. Lizy ma nieszczęście być jedną z pięciu córek państwa Bennet, z których inteligencją obdarzone są jedynie trzy siostry. Ambicją matki i pozostałej dwójki dziewcząt jest szybko złapać majętnego kawalera i doprowadzić go najpierw do oświadczyn,a potem do ołtarza.
Głównym tematem powieści są zmiany, jakim podlega pod wpływem uczuć dwójka bohaterów. Okazuje się, że nie wszystko jest takim, jakim się być wydaje, a dzięki uczuciom nawet najbardziej dumne serce może przejść metamorfozę. Zresztą, kiedy tak się zastanowić głębiej, to okazuje się, że pan Darcy wcale nie był takim nieprzystępnym i dumnym człowiekiem, jakim wydawał się zarówno Lizy, jak i całemu otoczeniu, a jego szczerość i prawdomówność choć rani może być także uznana za zaletę.
Nie mniej ważnym tematem powieści jest ukazanie mentalności społeczeństwa angielskiej prowincji z początku XIX wieku. Cóż za wspaniała galeria osobowości. Weźmy na przykład bezdennie głupią panią Bennet, która nie ustaje w poszukiwaniu mężów dla swoich pięciu córek, cynicznego pana Benneta, który odkrywszy niemal natychmiast po ślubie, iż ładne opakowanie kryje zepsuty towar bezustannie kpi z zachowania swojej niemądrej żony i głupiutkich córek, ale nie zadaje sobie trudu, aby cokolwiek zmienić, czy wreszcie Lidia Bennet, która ucieczkę z domu z młodym oficerem traktuje, jako fantastyczny kawał uczyniony rodzinie i znajomym. W galerii postaci wyróżnić należy także apodyktyczną i egocentryczną Lady Katarzynę, która nikogo nie słucha a wszystkim doradza, wtrąca się do każdej rozmowy i zawsze musi mieć ostatnie zdanie, służalczo uniżonego pastora Colinsa, który ma zaszczyt mieć za patronkę wielce szanowną Lady Katarzynę oraz polującą na pana Darcy Karolinę Bingley, która dla zdobycia potencjalnej ofiary gotowa jest na każde oszczerstwo swojej „najdroższej przyjaciółki”.
„Duma i uprzedzenie” to kolejna powieść ukazująca godne ubolewania położenie niezamożnych kobiet na początku XIX wieku. Zarówno siostry Bennet, jak i ich przyjaciółka panna Charlotte Lucas znajdują się w upokarzającej sytuacji kobiet, które z braku środków do życia mają jedyną perspektywę uwolnienia się spod upokarzającej egzystencji panien na łasce rodziny. Jest nią znalezienie zamożnego narzeczonego albo znalezienie jakiegokolwiek narzeczonego. Los starej panny jest bowiem o wielekroć gorszy niż los nieszczęśliwej mężatki, ta przynajmniej zmienia swój status, co oznacza, iż znalazł się nabywca jej wdzięków i nie będzie musiała pozostawać w upokarzającej roli ubogiej, niezamężnej krewnej. Wydaje się, że dla młodych kobiet sprzed dwustu lat nie było alternatywy; albo nudny, służalczy mąż, jak w przypadku Charlotte, albo ograniczona, gderliwa matka, jak w przypadku pozbawionej urody i talentów Mary Bennet. No chyba, że któraś miała na tyle szczęścia, że udało jej się spotkać i zdobyć serce pana Darcy.
Nie miała tyle szczęścia sama pisarka.
Powieść pokazuje duży talent pisarski autorki. Obraz prowincjonalnej społeczności przedstawiony został w sposób dowcipny i z humorem, pozbawiony moralizatorstwa. Autorka wykazała się świetnym zmysłem obserwacji. Przedstawione postacie są niejednoznaczne. A sposób ich pokazania jest tak barwny, że nie można pozostać obojętnym wobec austinowskich bohaterów. Jedne postacie budzą gniew, inne odrazę, współczucie, a jeszcze inne sympatię.
„Duma i uprzedzenie” jest moim zdaniem znacznie więcej niż tylko romansem.
piątek, 2 grudnia 2011
Dziecko Noego Eric-Emmanuel Schmitt (audiobook)
Zanim napiszę coś o Trucicielce wstawię recenzję wcześniejszej lektury tego autora.
Dziecko Noego to moje drugie spotkanie z tym pisarzem. Czytałam wcześniej Oskar i pani róża. Wypożyczyłam zaciekawiona ilością recenzji jego książek na blogach.
Nie wiem, czy to zasługa czytającego książkę pana Jana Peszka czy też autora, ale wzruszyłam się bardzo podczas słuchania płyty.
Książka pisana z punktu widzenia małego dziecka, żydowskiego chłopca, który w czasie wojny przechodzi przyspieszoną edukację poznając życie od jego najbardziej brutalnej strony. Poglądy wyrażane przez chłopca są czasami nieco naiwne, czasami trochę okrutne, a czasami nad wiek dojrzałe i zaskakujące. Ale na pewno wolne są od obłudy i udawania, nawet, jeśli czasami bywają boleśnie szczere.
Bohater siedmioletni Joseph znajduje w czasie polowania na Żydów „bezpieczną” kryjówkę w prowadzonym przez katolickiego księdza sierocińcu. Tam odkrywa swoją tożsamość i poznaje różnice pomiędzy katolicyzmem a judaizmem. Jednak książka jest nie tylko próbą ekumenicznego pojednania dwóch religii. Dziecko Noego to przypowieść o tolerancji. Tolerancji wobec odmienności religii, kultur, poglądów. Tolerancji, a także szacunku do ich odmienności. Ojciec Pons katolicki ksiądz jest jak biblijny Noe, który uratował po parze z każdego zagrożonego wyginięciem gatunku. Ojciec Pons ratuje dla przyszłych pokoleń nie tylko kilkadziesiąt dzieci, nie tylko potomków, którzy z ich krwi się narodzą, ale także pamięć o zagrożonych wyginięciem kulturach. Najpierw są to przedmioty kultu religijnego judaizmu, potem po wojnie zagrożone wyginięciem twory wolnej myśli rosyjskiej, a potem przedmioty każdego kolejnego zagrożonego wyginięciem narodu; amerykańskich Indian czy tybetańskich mnichów.
Ciepła, wzruszająca opowieść, bez demagogii, bez wielkich słów przekazuje proste prawdy o konieczności dawania świadectwa prawdy oraz konieczność ocalenia od zapomnienia. Jej lektura nasunęła mi skojarzenie z lekturą „Małego Księcia”. I choć są to zupełnie różne książki, to łączy je jedno prostota przekazu. Prostota, ale nie naiwność.
Jeśli miałabym oceniać książki miarą wylanych przy ich czytaniu (słuchaniu) łez to „Dziecko Noego” byłoby wysoko na liście najbardziej wzruszających, przeczytanych przeze mnie książek.
Dużą zasługą audiobooka jest interpretacja Jana Peszki; taka prosta i naturalna, bez aktorskich popisów.
czwartek, 1 grudnia 2011
Koty wiecznie żywe
Ten grany od niemal trzydziestu lat musical należy do klasyki gatunku. Koty to kolejny musical, którego twórcą jest niesamowity Andrew Lloyd Webber. Powstał on w latach 1978-1979, a premiera odbyła się 11 maja 1981 r. Kompozytor wykorzystał w nim teksty wierszy angielskiego poety T.S. Eliota.
W Polsce musical wystawiany był w latach 2003-2007 w Teatrze Muzycznym ROMA w Warszawie. Tam właśnie miałam dwukrotnie okazję go obejrzeć. Zawsze kochałam musicale, ale Koty spowodowały niejako reaktywację tej mojej miłości po pewnym okresie zastoju spowodowanym mizerią repertuarową rodzimego Teatru Muzycznego w Gdyni. Po raz pierwszy obejrzałam Koty i po raz pierwszy odwiedziłam Teatr Muzyczny przy okazji jakiegoś służbowego wyjazdu do Warszawy.
To pierwsze spotkanie zapoczątkowało moją miłość do Teatru ROMA. Od tej pory jestem jego wierną bywalczynią. Uważam nawet, że pobyt w stolicy, bez wizyty w ROMIE to pobyt „stracony”. Ilekroć szykuje się służbowy wyjazd pierwszą moją czynnością jest wejście na stronę Teatru i próba rezerwacji biletów.
Fabuła jest jak na musical przystało bardzo prosta. Na scenie (dachu kamienicy) pojawiają się przebrane w futerka i ucharakteryzowane na koty postacie. Poruszając się, tańcząc i śpiewając naśladują one zachowania tych sympatycznych i dumnych czworonogów. Charakterystyczne stawianie łap, zwinne, kocie ruchy, potrząsanie główkami, prężenie się, prychanie, ostrożne próby złapania czegoś nieuchwytnego przenoszą nas na kocie podwórka. Koty przedstawiają nam się śpiewając o swoich imionach, o swoich zwyczajach i zajęciach. Popisują się, harcują, pokazują sztuczki, żalą. Koty prezentują różne kocie typy: stary patriarcha – kot Nestor, kot – czarodziej, kot – playboy, stara kocica- dawna gwiazda, kot - burżuj, kot - kryminalista, kocie szkodniki. Koty nie tylko śpiewają, ale i tańczą. Tańce są popisem zręczności występujących w przedstawieniu tancerzy; te skoki, salta i fikołki w powietrzu, aż dech zapiera. Przedstawienie jest pełne śpiewu, żarcików i humoru.Jednak, kiedy mowa o musicalu „Cats” wszyscy chyba, z zwłaszcza wszyscy wielbiciele tego rodzaju muzycznej sztuki mają w uszach utwór Memory. Śpiewany przez kocicę Grizabellę – dawną gwiazdę, która porzuciła swych kocich przyjaciół i odeszła robić wielką, kocią karierę. Pieśń mówi o tęsknocie do dawnego poczciwego życia. Przepiękna pieśń doczekała się kilkudziesięciu wersji i tyluż wykonawczyń. Obok link do polskiej wersji Memory Trudno wymienić dziś szanującą się musicalową gwiazdę, która nie miałaby jej w swoim repertuarze. Dla przykładu „Memory” śpiewały; Sarah Brightman, Barbra Straisand, Elaine Paige oraz Celine Dion, dla mnie ikony tego rodzaju muzyki, którą lubię najbardziej. Pieśń ta wykonywana dwukrotnie podczas przedstawienia jest jego ideą przewodnią. Bo, jeśli chcemy dopatrzeć się głębszego sensu w tym musicalu, to jest nim właśnie nostalgiczna zaduma nad przemijaniem oraz zdolność współodczuwania i przebaczania. Pieśń poruszająca i uskrzydlająca. A ponowne jej (drugie) wykonanie, o wiele bardziej dramatyczne niż pierwsze jest tak wzruszające, że skruszy nawet najbardziej zatwardziałe serca. Grizabella zyskuje przebaczenie kociej braci i dostaje szansę na drugie życie.
Memory w wykonaniu Elaine Paige
Warszawskie wykonanie moim zdaniem (na ile mogę porównywać polską wersję z wersjami zamieszczanymi na Yoytube) nie odbiega od wersji anglojęzycznych. Jest czarowną baśnią z wzruszającym i pouczającym zakończeniem. Jest ono tzw. przedstawieniem non-replica, co oznacza, że stanowi autorską adaptację angielskiego oryginału. Było to sporym wyzwaniem dla rodzimych twórców zmierzenie się z tak utytułowanym i tak ukochanym przez wielbicieli musicalem, ale myślę, że wyszli z niego zwycięsko. Ponieważ musical oglądałam pięć lat temu nie pamiętam niestety nazwisk wykonawców.
Dodatkową atrakcją drugiego spotkania z musicalem było nabycie biletów w tzw. pakiecie weekend z musicalem, który obejmował poza biletami wstępu, biletami kolejowymi także nocleg w Hotelu Sobieskim. I choć dzisiaj, kiedy poznałam parę nowych musicali, które bez reszty zawładnęły moim sercem (Notre Dame, Taniec Wampirów, Upiór w Operze), a moim absolutnym number one byli zawsze Les Miserables to z przyjemnością wspominam ten musical i jeśli będzie jeszcze kiedyś grany w Polsce to na pewno się wybiorę.
A tu coś w innej tonacji Kot Mefistfeliks
wraz ze zdjęciami z T.M. Roma
W Polsce musical wystawiany był w latach 2003-2007 w Teatrze Muzycznym ROMA w Warszawie. Tam właśnie miałam dwukrotnie okazję go obejrzeć. Zawsze kochałam musicale, ale Koty spowodowały niejako reaktywację tej mojej miłości po pewnym okresie zastoju spowodowanym mizerią repertuarową rodzimego Teatru Muzycznego w Gdyni. Po raz pierwszy obejrzałam Koty i po raz pierwszy odwiedziłam Teatr Muzyczny przy okazji jakiegoś służbowego wyjazdu do Warszawy.
To pierwsze spotkanie zapoczątkowało moją miłość do Teatru ROMA. Od tej pory jestem jego wierną bywalczynią. Uważam nawet, że pobyt w stolicy, bez wizyty w ROMIE to pobyt „stracony”. Ilekroć szykuje się służbowy wyjazd pierwszą moją czynnością jest wejście na stronę Teatru i próba rezerwacji biletów.
Fabuła jest jak na musical przystało bardzo prosta. Na scenie (dachu kamienicy) pojawiają się przebrane w futerka i ucharakteryzowane na koty postacie. Poruszając się, tańcząc i śpiewając naśladują one zachowania tych sympatycznych i dumnych czworonogów. Charakterystyczne stawianie łap, zwinne, kocie ruchy, potrząsanie główkami, prężenie się, prychanie, ostrożne próby złapania czegoś nieuchwytnego przenoszą nas na kocie podwórka. Koty przedstawiają nam się śpiewając o swoich imionach, o swoich zwyczajach i zajęciach. Popisują się, harcują, pokazują sztuczki, żalą. Koty prezentują różne kocie typy: stary patriarcha – kot Nestor, kot – czarodziej, kot – playboy, stara kocica- dawna gwiazda, kot - burżuj, kot - kryminalista, kocie szkodniki. Koty nie tylko śpiewają, ale i tańczą. Tańce są popisem zręczności występujących w przedstawieniu tancerzy; te skoki, salta i fikołki w powietrzu, aż dech zapiera. Przedstawienie jest pełne śpiewu, żarcików i humoru.Jednak, kiedy mowa o musicalu „Cats” wszyscy chyba, z zwłaszcza wszyscy wielbiciele tego rodzaju muzycznej sztuki mają w uszach utwór Memory. Śpiewany przez kocicę Grizabellę – dawną gwiazdę, która porzuciła swych kocich przyjaciół i odeszła robić wielką, kocią karierę. Pieśń mówi o tęsknocie do dawnego poczciwego życia. Przepiękna pieśń doczekała się kilkudziesięciu wersji i tyluż wykonawczyń. Obok link do polskiej wersji Memory Trudno wymienić dziś szanującą się musicalową gwiazdę, która nie miałaby jej w swoim repertuarze. Dla przykładu „Memory” śpiewały; Sarah Brightman, Barbra Straisand, Elaine Paige oraz Celine Dion, dla mnie ikony tego rodzaju muzyki, którą lubię najbardziej. Pieśń ta wykonywana dwukrotnie podczas przedstawienia jest jego ideą przewodnią. Bo, jeśli chcemy dopatrzeć się głębszego sensu w tym musicalu, to jest nim właśnie nostalgiczna zaduma nad przemijaniem oraz zdolność współodczuwania i przebaczania. Pieśń poruszająca i uskrzydlająca. A ponowne jej (drugie) wykonanie, o wiele bardziej dramatyczne niż pierwsze jest tak wzruszające, że skruszy nawet najbardziej zatwardziałe serca. Grizabella zyskuje przebaczenie kociej braci i dostaje szansę na drugie życie.
Memory w wykonaniu Elaine Paige
Warszawskie wykonanie moim zdaniem (na ile mogę porównywać polską wersję z wersjami zamieszczanymi na Yoytube) nie odbiega od wersji anglojęzycznych. Jest czarowną baśnią z wzruszającym i pouczającym zakończeniem. Jest ono tzw. przedstawieniem non-replica, co oznacza, że stanowi autorską adaptację angielskiego oryginału. Było to sporym wyzwaniem dla rodzimych twórców zmierzenie się z tak utytułowanym i tak ukochanym przez wielbicieli musicalem, ale myślę, że wyszli z niego zwycięsko. Ponieważ musical oglądałam pięć lat temu nie pamiętam niestety nazwisk wykonawców.
Dodatkową atrakcją drugiego spotkania z musicalem było nabycie biletów w tzw. pakiecie weekend z musicalem, który obejmował poza biletami wstępu, biletami kolejowymi także nocleg w Hotelu Sobieskim. I choć dzisiaj, kiedy poznałam parę nowych musicali, które bez reszty zawładnęły moim sercem (Notre Dame, Taniec Wampirów, Upiór w Operze), a moim absolutnym number one byli zawsze Les Miserables to z przyjemnością wspominam ten musical i jeśli będzie jeszcze kiedyś grany w Polsce to na pewno się wybiorę.
A tu coś w innej tonacji Kot Mefistfeliks
wraz ze zdjęciami z T.M. Roma
Serce Amicisa (audiobook)
Dlaczego Serce Amicisa? Przecież to książka dla dzieci. Tak się jednak złożyło, że nigdy wcześniej jej nie przeczytałam, tymczasem często słyszałam w różnych wywiadach ze znanymi, że jest to bardzo piękna i mądra lektura, wielu wskazywało ją jako ulubioną książkę okresu dzieciństwa, a niektórzy nawet stwierdzali, że do dziś uważają ją za jedną z najwspanialszych lektur. Nic dziwnego, że byłam jej ogromnie ciekawa. Niedawno ponownie przeczytałam Małego Księcia i nie mogłam wyjść z zachwytu nad tym, jaką jest skarbnicą mądrości.
Włączyłam i słuchałam, najpierw z zainteresowaniem, po chwili z zadziwieniem, na końcu znużeniem i rozczarowaniem. Książka jest opisem dziesięciu miesięcy roku szkolnego w XIX wiecznych Włoszech przez ucznia trzeciej klasy szkoły podstawowej. Dotarłam do miesiąca kwietnia i uważam to za ogromne poświęcenie z mojej strony. Nie mam zwyczaju książek nie kończyć, czasami ich przesłanie i piękno wyłania się gdzieś pod koniec opowieści. Tym razem zrobiłam wyjątek. Nie byłam w stanie wysłuchać ani kawałka więcej.
Książka napisana jest moralizatorskim językiem. Proste prawdy próbuje przekazać w sposób łopatologiczny, traktując dziecko, jako niedorozwiniętego lub nieinteligentnego odbiorcę. Główny bohater Henryk uczęszcza do klasy, w której znajduje się cała plejada tak dobrych i pozbawionych wszelkich przywar chłopców, tak fantastycznych, że aż nieprawdziwych. Kiedy komuś dzieje się krzywda natychmiast wszyscy spieszą mu z pomocą. Dla kontrastu jest tu jeden chłopiec - czarna owca, w którym skupiają się wszystkie wady i wszystkie niegodziwości świata. I chyba tylko on w swej nieludzkości przejawia jakieś ludzie cechy. Bo wiemy, że niestety, tacy chłopcy nie są tylko literacką fikcją, w przeciwieństwie do pozostałych bohaterów tej książeczki.
Rodzice, nauczyciele, dorośli przemawiają do dzieci językiem pełnym patosu. Usłyszawszy taką przemowę miałabym ochotę wiać, gdzie pieprz rośnie. A na pewno nie zachować się zgodnie z oczekiwaniami opiekunów.
Króciutki przykład:
Kiedy dzieci wracają roześmiane ze szkoły, uradowane pierwszym śniegiem i zabawami z kolegami ojciec bohatera przemawia do niego mniej więcej tak… Henryku, nie powinieneś cieszyć się tak ze śniegu, czy wiesz, ile dzieci na widok pierwszego śniegu patrzy nań z przerażeniem spoglądając na swoje cieniutkie bluzeczki, przez które prześwitują ich wychudzone i wygłodzone ciałka. Czy wiesz, ile dzieci nie ma ciepłego płaszczyka na zimę i będzie marzło przez długie, mroźne dni, a czy wiesz, ilu rodziców, mimo ciężkiej pracy nie może przynieść do domu nawet kilku lirów, aby nakarmić gromadkę swych dzieci, czy wiesz, jak ciężko jest matkom, które nie mają nawet kawałka chleba, aby nakarmić swoje dzieci……… dalej jest jeszcze cała litania nieszczęść, jakie może przynieść ze sobą zima. I o tym wszystkim powinieneś pamiętać Henryku, kiedy spada pierwszy śnieg i następny…
Książka ma być też lekcją patriotyzmu dla młodych Włochów, a budzi we mnie przerażenie ilością krwi, jaką karmi się dzieci. Są tu opisy konających małych chłopców, pełne patosu cierpienia i niepotrzebnego bohaterstwa. Chłopców, którzy ponieśli śmierć w obronie swojej ukochanej ojczyzny i których powinniśmy pamiętać i w razie potrzeby naśladować.
Może w XIX wieku ta książka spełniała swoje zadanie i uczyła małe dziatki, jak być uczciwym człowiekiem i dobrym Włochem, ale dziś wydaje mi się anachroniczna, naiwna i szkodliwa. Jeśli we mnie osobie dorosłej, ukształtowanej z określonym systemem wartości wywołuje ona rozdrażnienie przesłodzoną, kiczowatą fabułą i sztucznym językiem, to jakie uczucia wywołać może w dziecku XXI wieku.
Ma być pochwałą cnotliwego, dobrego życia, a wręcz prowokuje do złego zachowania.
Być może gdybym przeczytała tę książkę jako dziecko odebrałabym ją inaczej.
Ciekawa jestem, czy czytaliście i jakie jest wasze zdanie. A co ważniejsze, czy podobała się waszym dzieciom, lub wam, kiedy byliście dziećmi?
Nie wystawię oceny- bo nie doczytałam do końca.
Subskrybuj:
Posty (Atom)









