Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 12 marca 2013

Tortilla Flat John Steinbeck (audiobook)


Tortilla Flat to niewielka książeczka o grupce kumpli, których łączy niechęć do pracy oraz zamiłowanie do napojów wyskokowych. Danny, który przez przypadek stał się właścicielem małego domku zaprosił do wspólnego „gospodarstwa domowego” kilkoro przyjaciół; Pilona, Jezusa Marię, Wielkiego Joe Portugalczyka i psa Pirata. Razem tworzą oni swego rodzaju komunę. Okazuje się jednak, że i od przybytku może zaboleć głowa. Wspólne mieszkanie oraz fakt, iż jeden z kumpli posiada więcej niż inni stwarza konflikty i wywołuje brzydkie uczucia zawiści. Grupka pijaczków nazywająca się paisanos (rodakami pochodzącymi z tego samego regionu - potomkami hiszpańskich konkwistadorów mieszańcami krwi hiszpańskiej i indiańskiej) spędza dnie na wspólnym piciu wina, żywieniu się odpadkami z pobliskich restauracji, opowiadaniu sobie historyjek, uwodzeniu kobiet oraz obmyślaniu sposobów na zdobycie funduszy bez konieczności zhańbienia się pracą. Bohaterowie to nieudacznicy, cwaniaczki i drobni złodzieje, którzy wyznają swoisty kodeks honorowy, w którym dominuje poczucie współodpowiedzialności za członków grupy. Jeden za wszystkich - wszyscy za jednego. Wystąpienie przeciwko temu kodeksowi powoduje surową karę - odrzucenie. Steinbeck pod pozorem opowiedzenia historyjki grupki meneli pisze o moralności dostosowywanej do własnych potrzeb, tłumaczeniu swego postępowania dobrymi intencjami (jakże często bohaterowie tłumaczą, iż zrobili coś dla dobra innych - zabrałem mu pieniądze, bo i tak nie wiedziałby co z nimi zrobić więc wybawiłem go z kłopotu, zjadłem jego posiłek- bo mógłby mu zaszkodzić).
Steinbeck pisze w taki sposób, że nawet banalna historyjka wydaje się ciekawą. Jest tu i ironia i jest groteska i humor. Po raz kolejny wreszcie powtórzę też, że jestem pod wrażeniem prostoty przekazu. Myślę, że gdyby nie umiejętności pisarza nie przebrnęłabym przez temat, który nie jest pasjonujący.
Muszę jednak przyznać, że z czytanych przeze mnie książek tego autora ta wypadła w mojej opinii najsłabiej.

Moja ocena 4/6 
W tej opinii - czytana oznacza wysłuchana. 

Opinie do Na wschód od Edenu, Grona Gniewu, Myszy i ludzie.

niedziela, 10 marca 2013

Mojżesz Michała Anioła



Czytając pożyczoną od Sangalla Biblię natrafił na postać, która choć całkowicie odmienna od Dawida, stanowiła także szczyt ludzkich osiągnięć i wzór do naśladowania; Mojżesz reprezentujący wiek dojrzały, tak jak Dawid reprezentował młodość człowieka. Mojżesz, przywódca ludu, prawodawca, który wprowadził porządek w miejsce anarchii-a jednak sam był niedoskonały, ulegał gniewowi i słabościom. Oto Lorenzowski [chodzi o Lorenzo de Medici] półczłowiek, półbóg, który odniósł tryumf nad ludzkością, ustalił na całe stulecia pojęcie jedynego Boga, pomógł stworzyć cywilizację. Był pełen miłości, nie święty, ale pełen miłości. *

Michał Anioł otrzymując zlecenie stworzenia grobowca Juliusza II długo poszukiwał pomysłu na dzieło, które byłoby nie tylko godnym miejscem spoczynku Papieża, ale i reprezentatywnym dziełem mistrza. Pierwotnym zamysłem artysty było stworzenie grobowca o rozmiarach tak ogromnych, że należało poszukać (stworzyć) dlań godną oprawę. Dostępny z czterech stron grobowiec miał być długi na dwanaście metrów, głęboki na osiem i wysoki na dziesięć. Ilość figur, aniołów, cherubinów, putt i girland, jakie miały do ozdabiać była imponująca i wydawało się, iż przekraczała możliwości jednego człowieka. Mimo tak monstrualnego rozmiaru pracy, jaki miał czekać Michała Anioła, znając jego tytaniczną wręcz pracowitość można przypuszczać z dużą dozą prawdopodobieństwa, że grobowiec – mauzoleum powstałby w zamierzonym kształcie. Jednak porywczy charakter zarówno twórcy, jak i jego zleceniodawcy, zawirowania historyczne, śmierć zleceniodawcy i wreszcie procesy ze spadkobiercami spowodowały, że ciągnące się ponad czterdzieści lat prace zaowocowały o wiele skromniejszym dziełem, które dziś zamiast w Bazylice Św. Piotra w Watykanie znajduje się w Bazylice Św. Piotra w Okowach.
Postać Mojżesza nie wzbudza dziś takiego zainteresowania i dyskusji, jak postacie Jeńców, które miały ozdabiać grobowiec. Dwie z nich; Jeniec Zbuntowany i Jeniec Umierający znajdują się w paryskim Luwrze, zaś cztery inne postacie niewolników uwięzionych w kamieniu znajdują się we Florenckiej Galerii dell Accademia. Trzeba przyznać, że robią one niesamowite wrażenie.

Jednak chyba najbardziej rozpoznawalną postacią grobowca jest Mojżesz. I choć nie budzi on takiego entuzjazmu znawców sztuki, jak inne dzieła twórcy to ma w sobie jakiś magnes, który sprawia, że podczas każdej wizyty w Rzymie muszę odwiedzić tę niepozorną, a jakże bogatą świątynię. Poza pomnikiem nagrobnym w świątyni znajdują się łańcuchy (kajdany), którymi miał być skuty św. Piotr. Jednakże odnoszę wrażenie, że większość odwiedzających przyciąga tu nazwisko Michała Anioła i jego dzieło.
Mojżesz stanowi centralny punkt marmurowego pomnika. Masywna, dopracowana w szczegółach postać starodawnego proroka, opierająca rękę na Tablicy z Dziesięciorgiem Przykazań, z charakterystycznymi rogami na głowie budzi grozę zarówno rozmiarem, jak i wyrazem twarzy. Mojżesz uosabia siłę. Wystarczy spojrzeć na masywną budowę ciała, która przypomina postacie starożytnych bogów. Tyle, że jego siła promieniuje raczej od wewnątrz. Mojżesz uosabia mądrość, którą symbolizuje sędziwy wiek, a także sprawiedliwość, którą symbolizuje sędziowskie krzesło. Umieszczenie postaci we wnęce nieco niweczy jej pełną ekspresji wymowę. Jednak, kiedy stoję przed Mojżeszem ogarniają mnie uczucia będące połączeniem uczuć estetycznych z religijnymi. Nie umiem wyrazić tego dokładnie, ale czuję się trochę tak, jakbym stanęła przed człowiekiem surowym, sprawiedliwym, a jednocześnie pełnym miłości do ludzi. I choć to może głupie, ale wychodząc ze świątyni czuję się tak, jakbym dostąpiła rozgrzeszenia. I wydaje mi się, że rozumiem twórcę w jego zamiarze stworzenia pośrednika pomiędzy Niebem a ziemią, między Bogiem a człowiekiem.
Mojżesz trzymający kamienne tablice wysoki na dwa i pół metra, będzie mimo siedzącej postawy potężny. Jednak Michał Anioł dążył nie do tego, by podkreślić jego ogrom, ale raczej siłę wewnętrzną. ... Ognia jego duszy, bijącego z przepastnych głębin jego oczu, nie roznieca rozpacz, ani chęć karania. Gorzeje w nim postanowienie, że nie pozwoli, by jego lud zatracił samego siebie, że muszą przyjąć przykazania, które Bóg wyrył na tablicach i przetrwać. **
* str.204 Udręka i ekstaza I.Stone wyd. Czytelnik, rok 1990
**str. 224 tamże 


sobota, 9 marca 2013

Kuzynka Bietka Honore de Balzac


Po opis na okładce, „z ostrożności” sięgnęłam dopiero po zakończeniu lektury. I jakie było moje zdziwienie, kiedy przeczytałam, że Kuzynka Bietka to mrożący krew w żyłach portret mściwej, niezamężnej chłopki, która pod maską dobroci ukrywa poczucie krzywdy, zawiść i niechęć, pragnąc za wszelką cenę zniszczyć rodzinę Hulotów, a zwłaszcza szczęście młodej i pełnej temperamentu dziewczyny.

No nie wiem, być może co innego mrozi krew w żyłach autorowi recenzji, we mnie lektura powodowała skrajne uczucia; rozbawienia nad łatwowiernością zdradzanej pani domu, chęci potrząśnięcia tą anielsko dobrą, acz beznadziejnie nudną kobietą oraz podziwu nad zdolnością wywoływania emocji u czytelnika.

Historia, acz momentami irytująca (choć może włąściwiej byłoby napisać, iż irytujący są jej bohaterowie) napisana jest w sposób lekki i intrygujący. Lektura wciąga i zaciekawia, choć jej fabuła mogłaby przypominać brazylijską telenowelę.

Do Paryża przyjeżdża uboga krewna rodziny Hulotów Elżbieta Fischer (Bietka). Zazdrosna o powodzenie kuzynki Adeliny, upokorzona swym ubóstwem, brzydotą i pogardą otoczenia, postanawia zemścić się na rodzinie swych opiekunów. Wykorzystuje do tego skłonność pana domu do płci pięknej. Pan Hulot to nieuleczalny erotoman. Lektura stanowi studium kobiety odrzuconej, która sama nie mogąc zaznać szczęścia nie tylko odmawia go innym, ale dąży do ukarania innych za swój los. Namawia w tym celu piękną kurtyzanę (Walerię Marneffe), by została kolejną kochanką męża Adeliny, a następnie, by rzuciła go na rzecz dawnego ukochanego Bietki. Akcja się zagęszcza, baron Hulot zyskuje konkurentów; poza dawnym wielbicielem Walerii - Wenezuelczykiem (przypominającym mi szekspirowskiego Otella) w roli kochanków występują teść syna i mąż córki. Pojawiają się też wątki sensacyjne; malwersacje, otrucie, ucieczka z domu. Na tle całości niczym święta męczennica unosi się Adela, zdradzana i upokarzana małżonka, która zachowuje się niczym ofiara syndromu sztokholmskiego.

Lektura stanowi połączenie powieści sensacyjnej (niezłego dreszczowca) ze studium psychologicznym. Świetnie zarysowane i zróżnicowane portrety głównych bohaterów są chyba największą zaletą tej powieści. I jak zwykle bywa, o wiele ciekawiej wypadają negatywni bohaterowie; Bietka, Waleria, czy nawet żałosne ofiary męskich rządź. Zło jest bardziej pociągające, a dobro wydaje się niesamowicie nudne. Lektura wywołała we mnie silne emocje, które sprawiały, że z chęcią kopnęłabym cnotliwą baronową w miejsce, gdzie słońce nie dociera. I właśnie w tej umiejętności budzenia emocji widzę mistrzostwo Balzaka.

Nie potrafię się oprzeć wrażeniu, iż Balzak czyni Bietkę sprawczynią rodzinnej tragedii. Przedstawia ją, jako kobietę nieszczęśliwą, ogarniętą pasją niszczenia, której źródło tkwi w odrzuceniu i osamotnieniu. Tymczasem intrygi Bietki trafiają jedynie na podatny grunt, a los rodziny Hulot, może nie tak dramatyczny i tak by się dopełnił z powodu chorobliwych namiętności pana barona i zbytniej uległości jego małżonki. Powieść jest także krytyką francuskiego społeczeństwa XIX wieku, w którym wartości materialne górują nad duchowymi. Cóż, w tej dziedzinie świat od wiek wieków nie uległ przemianie. Pisarz przez całe życie dążył do jednego, zdobycia ogromnej fortuny, więc doskonale wiedział o czym pisze.

U biografa Balzaka (Zweiga) czytałam, iż pierwowzorem Bietki miała być krewna Eweliny Hańskiej, która mimowolnie stała się pośredniczką kochanków w oszustwie. Na skutek wyrzutów sumienia spowodowanych zawiedzeniem zaufania pana Hańskiego (u którego rezydowała) panna poszła do klasztoru. Balzak czując brak sympatii panny miał się zemścić tworząc wizerunek starej panny w powieści Kuzynka Bietka. Argumentacja Zweiga brzmi dla mnie nieprzekonywająco; nie wydaje mi się, aby pobudki pisarza były tak niskie. Choć nie wykluczam, że mogę się mylić. 

Moja ocena 4,5/6

czwartek, 7 marca 2013

Tam, gdzie spadają anioły Dorota Terakowska


Po książkę sięgnęłam w ramach anielskiego wyzwania zachęcona ciepłą recenzją na nieaktywnym od dawna blogu u balbiny64. Niestety nie doczytałam, iż adresatem książki jest młodzież gimnazjalna, niestety bowiem brak tej wiedzy wpłynął na początkową ocenę lektury. Troszkę raziła mnie jej naiwność (tak charakterystyczna w literaturze dziecięcej) i nadmiar dydaktyzmu. Muszę jednak przyznać, iż ma ona w sobie coś, co sprawiło, że książkę przeczytałam do końca, a nawet wzruszyłam się przy zakończeniu.

Jedną z pierwszych scen książki jest przywołanie dziecięcego obrazka dwójki dzieci przeprowadzanych przez Anioła stróża przez kładkę na rzece. Znacie chyba wszyscy ten słodki obrazek. Według niektórych słodki, według innych kiczowaty. Za taki uważa go mama małej Ewy.

Ewa to dziecko niezwykłe i dziwne zarazem, dziecko, o jakim zapewne marzy niemal każdy rodzic, dziecko samo obsługujące się. Nie absorbuje uwagi, jest cichutkie, grzecznie bawi się w kąciku, aby rodzice mogli oddawać się swoim pasjom zapominając o obowiązkach wychowawczych. Dopóki nad Ewą czuwają Babcia i Anioł Stróż dziecku nie dzieje się żadna krzywda. Jednak pewnego dnia Ewa traci swojego Anioła Stróża i zapada na ciężką chorobę. Rodzina w obliczu niebezpieczeństwa zagrażającego życiu dziecka zaczyna poszukiwania Anioła Stróża. Okazuje się, że wynik tych poszukiwań niesie ze sobą różne, nieprzewidziane następstwa.

Przy okazji historii rodziny Ewy autorka snuje opowieść o aniołach dobrych i złych. Opowieści przenikają się nawzajem, tak jak dobro przenika się ze złem i jedno bez drugiego nie może istnieć. W tym sensie jest to opowieść o wzajemnych powiązaniach i przeciwieństwach oraz o potrzebie równowagi i harmonii. Pomiędzy Dobrem i Złem, Radością i smutkiem, Nadzieją i Cierpieniem, Wiarą i Wiedzą, a myślę, że można by tu mnożyć przeciwieństwa, których współistnienie jest niezbędnym dla zachowania rónowagi.

Książeczka zawiera całą masę złotych myśli na temat Dobra i Zła i ich współzależności. Dla przykładu jedynie kilka z nich.

Albowiem dobro osiąga siłę tylko wtedy, gdy świadomie walczy ze złem. Dobro nie wystawiane na pokusy traci na wartości, jest jak fałszywe złoto.

Albowiem dobro rozpoznajemy natychmiast, żeby zaś rozpoznać zło, musimy uruchomić rozum. I w tym sensie zło jest niezbędne.


Jeśli ustrzeżesz ludzką Istotę przed wszelkim Złem, które jej zagraża lub które ona może popełnić, to ją odczłowieczysz. Niektóre z nich powinny cierpieć. Jeśli odbierzesz im całe cierpienie, uchronisz przed każdym bólem czy złą przygodą, to odbierzesz im mądrość, czucie i wrażliwość. (…) Chroniąc nadto gorliwie ludzką Istotę, uniemożliwiacie jej wejście na wyższe szczeble ludzkiej Drabiny. Albowiem jeśli ludzie nie będą umieli rozpoznać Zła, to pozbawieni choćby na chwilę anielskiej pomocy, szybko zabłądzą. Nadgorliwy Anioł czyni więc ludzkiej Istocie krzywdę równie wielką jak Czarny.

Tych myśli (cytatów) jest cała masa, a wszystkie można by spuentować następującą Harmonia to układ pomiędzy dobrem a złem.

Tam, gdzie spadają anioły to także książeczka o konflikcie pomiędzy wiarą, a rozumem. Racjonalizm ojca Ewy zostaje zachwiany, kiedy dla uratowania dziecka musi uwierzyć w to, czego nie da się zważyć, zmierzyć, rozłożyć na czynniki pierwsze ani naukowo uzasadnić.

Sensem wiary jest bezgraniczna ufność, a sensem wiedzy są dowody. Wiara jest tam, gdzie nie ma dowodów.


Tam gdzie spadają Anioły to powieść o wielu aspektach życia; przyjaźni, miłości, samotności, przeciwnościach losu, cierpieniu, o tym, że nie widzimy tego, co jest nam najbliższe, a szukamy daleko, o tym, że życie jest ciągłym poszukiwaniem drogowskazów, o tym, jakie pozornie nic nie znaczące wydarzenie może zmienić bieg ścieżkę życia. Mnie najbardziej przypadła do gustu przypowieść o potrzebie miłości i sile uczucia (finał splecionych losów aniołów Ave i Vea).  
Reasumując Tam, gdzie spadają anioły to ciepła, pełna optymizmu książeczka dla dzieci. Czy przemówi do dzisiejszego dziecka - nie umiem odpowiedzieć na to pytanie, pod ręką brak dzieci, na których mogłabym przetestować książeczkę, a czasy, w których sama byłam dzieckiem stały się dość odległą przeszłością. Gdybym przeczytała ją lata temu na pewno byłabym pod wrażeniem. Dzisiaj mogę powiedzieć, że coś w niej jest, zaciekawia i przekazuje uniwersalne prawdy w prosty sposób. Nie odnalazłam w niej magii, która zachwyca i oczarowuje wielu czytelników. Troszkę mnie raził nadmiar dydaktyzmu, choć może w literaturze dla dzieci nigdy dosyć wzorów do naśladowania.
Moja ocena 4/6

środa, 6 marca 2013

Gregorianie Epic Chants Tour Gdynia 2013


Jeśli znacie zespół Gregorianie to właściwie nie potrzebujecie mojej rekomendacji. Jeśli nie znacie, to powinniście przynajmniej posłuchać. Gregorianie to dwunastu wokalistów tworzących chór, który wykonuje przeróbki znanych utworów muzyki popularnej w formie wczesnośredniowiecznego śpiewu liturgicznego (chorału gregoriańskiego). Powstały w Niemczech w 1996 roku zespół współpracuje z Sarah Brightman, Amelią Brightman oraz Susaną Espelleta. Już pierwszy ich album Master of Chant przyniósł im popularność i okazał się strzałem w dziesiątkę.

She (lirycznie)
Wczoraj miałam ogromną przyjemność uczestniczyć w koncercie promującym ich kolejną płytę Epic Chants.

Mogłoby się wydawać, iż gregoriański styl operujący ubogą paletą środków (muzycy wykorzystują jedynie siedem tonów) znudzi w końcu publiczność przywykłą do różnorodności. Tymczasem nic bardziej mylnego. Okazuje się, że wykonanie znanych szlagierów muzyki pop i rock, królujących na listach przebojów, w stylu gregoriańskim daje niesamowity efekt; tajemniczości i magii. Widowisko jedyne w swoim rodzaju; trochę mroczne, trochę liryczne, trochę dynamiczne. W tym rozkrzyczanym świecie koncert Gregorian stanowi oazę radości, energii i odprężenia. Wokalistom ubranym w zakonne, powłóczyste szaty (nieco podrasowane na potrzeby widowiskowości przedstawienia) towarzyszą oprócz dwóch utalentowanych pięknych pań pokazy światła, ognia i dźwięku. Przyznam się, że nie spodziewałam się takiej widowiskowości przedstawienia. Szłam z nastawieniem posłuchania pięknej muzyki, a dostałam w bonusie oprócz wrażeń słuchowych także wrażenia wizualne. Pokazy laserowe, pirotechniczne, wstawki filmowe. Nie było to może show w stylu niektórych gwiazdek sceny, ale kiedy ktoś śpiewa tak doskonale nie musi odwracać uwagi od ewentualnych mankamentów wykonania innymi efektami. 

 Trailer promujący płytę i trasę koncertową
Tym, co przyciąga publikę na koncerty Gregorian jest przede wszystkim właściwy dobór repertuaru, który pozwala na muzyczne eksperymenty i przeróbki. No i oczywiście umiejętności wokalne wykonawców.

Nowy album Epic Chant to kolejne potwierdzenie dobrego wyboru. Na płycie znalazły się dla przykładu covery takich evergreenów, jak: My Heart Will Go On (Celine Dion), Live And Let Die (Paul McCartney), Kiss From A Rose (Seala), Against All Odds (Philla Collinsa) czy She (Charlesa Aznavoura). Na koncercie mogliśmy posłuchać między innymi muzyki z filmów Gladiator, Absolwent, Ojciec Chrzestny, Piraci z Karaibów, czy moje ulubione kawałki Vangellisa z filmu Rok 1492 Wyprawa do raju oraz Cohena  Hallelujah. Przyznam, że nie jestem na bieżąco ani z muzyką współczesną, ani ze znajomością współczesnego repertuaru kinowego, ale każde wykonanie było nietuzinkowe, niebanalne i … ożywcze. Znowu chciało się powiedzieć trwaj chwilo, jesteś piękna.

To był bardzo miły wieczór w towarzystwie pięknej muzyki, wspaniałego śpiewu oraz ciekawej oprawy. Publiczność bawiła się fantastycznie, a bisom nie było końca. Dla mnie (wielbicielki Sary Brightman) dodatkową radością była możliwość posłuchania jej siostry. Obie występujące wokalistki miały ciekawą barwę głosu, a ich wykonania harmonizowały z chóralnym śpiewem Gregorian. Drugą z wokalistek była Eva Mali, której głos mnie urzekł swą ciepłą, operową melodyką.

Word without end
To było fantastyczne i niezapomniane przeżycie.