Łączna liczba wyświetleń

sobota, 6 lutego 2016

Marie jego życia Barbara Wachowicz



Kobiety w życiu artysty to temat ciekawy, w życiu pisarza arcyciekawy. Zwłaszcza, jeśli pisarz związany był z wieloma. Co prawda pięć Marii w życiu Sienkiewicza w dzisiejszych czasach to zaledwie pięć, w czasach jemu współczesnych to aż pięć, zważywszy, że trzy z nich zostały jego żonami. Czy zatem miał szczęście w miłości, czy raczej pecha nasz pierwszy noblista. 

Na przeszkodzie zawarcia związku z pierwszą Marią (Kellerówną) stanęli rodzice, którym nie odpowiadała pozycja społeczna debiutującego literata, śmiałość (a może odmienność) poglądów, a także podejrzenie „związku” z aktorką Heleną Modrzejewską. 
Drugą Marię (z Szetkiewiczów) co prawda poślubił, ale szczęście trwało krótko. Wątłego zdrowia Marynia obdarzywszy go dwójką dzieci poważnie się rozchorowała i po kilkunastu miesiącach zagranicznych kuracji obumarła go nieboga. 
Trzecia Maria (Romanowska – Wołodkowiczowa) za sprawą swej przybranej matki ściągnęła na znanego już pisarza odium skandalu porzucając w sześć tygodni po ślubie. 
Czwarta Maria (Radziejowska) sama nie bardzo wiedziała, czego pragnie, najpierw unikając pisarza, a kiedy zdała sobie sprawę ze swoich uczuć On był już zajęty inną. 
I w końcu piąta Maria (Babska) daleka kuzynka stała się wierną towarzyszką ostatnich lat życia pisarza, zapewniając mu oparcie i będąc podporą, wierną towarzyszką życia, opiekunką jego dzieci, gospodynią w Oblęborku. 
Czy zatem można powiedzieć, iż pisarz miał pecha lokując swe uczucia tak niefortunnie. Wszak wszystkie (może poza Romanowską, pierwowzorem Linettki Castelli z Rodziny Połanieckich) darzyły go uczuciem. 
Tyle, że na przeszkodzie tych uczuć stawali a to rodzice, a to choroba, a to niezrównoważenie panny. 
Pani Barbara która pisarza darzy wręcz uwielbieniem ubolewa, że nie trafiła mu się miłość wielka i romantyczna, miłość, jaka stała się udziałem jego literackich bohaterów; Kmicica i Oleńki, Petroniusza i Eunice, Marka Winicjusza i Liwii, czy choćby Połanieckiego i Maryni. 
Książka powstała w wyniku analizy listów, pamiętników oraz wspomnień członków rodziny Sienkiewicza, przyjaciół oraz krewnych jego wybranek serca. Wiele tu ciekawostek, odniesień do literackich bohaterów, trochę historii. Trzeba docenić dociekliwość autorki w poszukiwaniu źródeł. Czytało mi się dobrze, aczkolwiek nie tak dobrze, jak Czas nasturcji. Być może z powodu sposobu wplatania cytatów w treść fabuły, w taki sposób, że trudno było mi oddzielić gdzie kończy się cytat, a gdzie zaczyna treść. Może też dlatego, że cytaty pozbawione są przypisów. Zauważyłam też niekonsekwencję w stosowaniu obcojęzycznych zwrotów, niektóre zostały przetłumaczone na polski, inne pozostały wyłącznie w oryginalnej wersji językowej. Ale to taka drobna przeszkoda, bowiem książkę (ok. 400 stron) przeczytałam w dwa dni.  
Tym, co raziło mnie w osobie pisarza były zdrobnienia. Sienkiewicz miał denerwującą manierę stosowania zdrobnień; pełno tu kociątek, rączętek, nóżynieczek, pyszczeczków i innych niuniunieczków. 
Pomiędzy opisem uczuć (listy pisarza pełne wspomnianych wyżej spieszczeń) odnajdujemy informacje na temat; początków literackiej kariery, licznych podróży, funduszu im. Maryni na rzecz zagrożonych chorobą piersiową artystów, jego stosunku do Ojczyzny, odbioru nagrody Nobla. To one wzbudziły moje największe zainteresowanie, ale to uczucia i ich adresatki są głównym tematem książki. 
Największą sympatią autorki cieszy się pierwsza żona pisarza. 
Bez niej nie mielibyśmy może ani Ogniem i mieczem, ani Potopu, bo ich autorowi przyzwyczajonemu dotychczas do kilkunastu fejletonowych nowelek, zbrakłoby wytrwałości do napisania obszerniejszych rozmiarów powieści. Ona przytłumiła w nim tę pesymistyczną nutę, która dźwięczała zawsze trochę rozpaczliwie we wszystkich jego poprzednich utworach, ona rozpogodziła ten umysł, co zbyt czarno zaczął już na świat patrzeć: ona była największym na ziemi jego uczuciem, przyjaciółką, powiernicą, doradczynią, krytykiem i jedyną osobą, o której sąd i zadowolenie dbał istotnie (pisze za Antonim Zalewskim Str.197 Marie jego życia Wydawnictwo literackie Kraków 1973 r. wydanie II).
Ze wszystkich pięciu Marii najbardziej interesująca wydaje się druga żona pisarza. Intrygujące są motywy, jakimi kierowała się decydując się na małżeństwo, a następnie ucieczkę od męża podczas miodowego miesiąca. 
Cytując jej syna z drugiego małżeństwa nie odnajdujemy wyjaśnienia:
Jeszcze sześć lat przed ,śmiercią matka zapytana o Sienkiewicza mówiła o nim z wielkim uznaniem. Że genialny pisarz, wielki patriota i prawdziwy gentelman. Zapytałem;- Dlaczego wyszłaś za niego? Dla pieniędzy? Dla sławy? – Zaprzeczyła gorąco; Nigdy w życiu. (Str. 270) 
Może  podobnie, jak Linettka Castelli była ona bezwolną marionetką w ręku swej opiekunki.
Sienkiewicz nie miał szczęścia w miłości (jedną stracił zbyt szybko, inną odnalazł zbyt późno), ale to one były jego natchnieniem i to także im zawdzięczamy Trylogię, Rodzinę Połanieckich, Quo vadis, Krzyżaków. 
A na koniec cytat dotyczący pojęcia starości na przestrzeni wieków, który zawsze bawi, zwłaszcza, kiedy jest się w podeszłym wieku:
Jest tu w Uffie właśnie niejaka Drozduczulska i choć niewiasta w podeszłym wieku (ma już 36 lat!!!), lecz o ślicznym głosie i „włoskiej metodzie” (str.131).
Książkę przeczytałam w ramach stosikowego losowania u Anny.  W bieżącym roku przypada setna rocznica śmierci naszego pierwszego noblisty, więc dobrze byłoby sobie go przypomnieć. Ja zamierzam sięgnąć po którąś z biografii. 
Czy możecie mi coś polecić?  

wtorek, 2 lutego 2016

Tajemnica domu Helclów - retro kryminał pióra Maryli Szymiczkowej (Dehnela i Tarczyńskiego)

Paw (z Kamienicy pod Pawiem)
Z hotelu na ulicy Pijarskiej wychodząc wprost na pozostałości dawnych murów obronnych oczom ukazuje się znana wszystkim (prawie) Brama Floriańska. Chcąc dotrzeć na Rynek Główny mam dwie możliwości, albo zatłoczoną turystami i zeszpeconą szyldami sklepów drogą królewską (ulicą Floriańską), albo niemal pustą, cichą, niepozorną ul. Św. Jana. Wybieram z oczywistych względów tę drugą. 

Kiedy zaczynam czytać Tajemnicę Domu Helclów, której bohaterka Zofia Szczupaczyńska mieszka w Kamienicy Sub Pavone (czyli Pod Pawiem) na ulicy św. Jana 30 czuję dreszczyk emocji. Jakże przyjemnie czyta się książkę, której akcja dzieje się w znanych nam miejscach, a co dopiero, kiedy z książką w plecaku chadza się śladami bohaterki. 
W zasadzie to nie przepadam za kryminałami, wydaje mi się, że to gatunek, z którego wyrosłam, a może którego, jeszcze nie odkryłam, ewentualnie to efekt przesytu książkami Agathy, których pochłonęłam całkiem sporo. Nie ważne. Bowiem Tajemnica domu Helclów to nie jest typowy kryminał, co dla wielbicieli gatunku może być jej wadą, a co dla mnie było zaletą. Pojawia się tu zbrodnia i to niejedna, jednakże stanowi ona jedynie pretekst (tak to odczytuję) dla ukazania dziewiętnastowiecznego Krakowa i jego obywateli w krzywym, acz całkiem sympatycznym zwierciadle.

Kamienica Sub Pavone

Jest rok 1893. Miesiąc październik. Cały Kraków żyje zapowiedzianym w najbliższych dniach otwarciem Teatru Miejskiego (który dopiero za lat szesnaście otrzyma imię wielkiego wieszcza). Tym, co spędza sen z powiek krakowskich mieszczek jest zdobycie, jak najlepszego miejsca na widowni teatru. 
Również Zofia Szczupaczyńska, pani profesorowa, zamożna mieszczka (choć z kompleksami dotyczącymi prowincjonalnego pochodzenia),  ciosa kołki na głowie spolegliwego małżonka o zdobycie zaproszeń na premierową galę otwarcia. Trzeba bywać i trzeba być widzianym. Dlatego też do Teatru należy podjechać powozem, mimo, iż z kamienicy Pod Pawiem bliżej do teatru niż na postój dorożek.
Zajęcie właściwego miejsca w teatrze, wystaranie się o odpowiedni tytuł i pozycję dla męża, wybór pomocy domowej, zarządzanie domowym gospodarstwem to główne zajęcia XIX wiecznej pani domu. A jednak pani Zofii zdaje się to nie wystarczać. Pragnęła czegoś więcej - ale gdyby ktoś, niechby i Ignacy spytał ją; Zosiu, Zosieńko, ale „jakiego” więcej? Nie potrafiłaby odpowiedzieć… (str. 66). Może dlatego próbuje swych sił w pisaniu (bez powodzenia, redakcja odsyła jej nieudolne próby z druzgocącą opinią), zabiera się za organizowanie loterii charytatywnej na rzez dzieci skrofulicznych (co idzie jej dość opornie), aż w końcu, kiedy w Domu Helclów (Dom Opieki) ginie jedna ze pensjonariuszek angażuje się w jej poszukiwanie przejmując rolę nieudolnego funkcjonariusza policji.

Zofię cieszyło, iż maszkarony na dachu teatru nawiązują do tych z Sukiennic

Bohaterka to typowa krakowska mieszczka, dbająca o pozory, oszczędna, wścibska, nieco zakłamana, a jednak pani Szczupaczyńska budzi sympatię. Cały wątek kryminalny ma tutaj drugorzędne znaczenie. Choć pojawiają się niewyjaśnione zbrodnie, to tropienie mordercy nieco rozmywa się o poboczne wątki. Akcja płynie niespiesznie, leniwie i przyznam, iż zdarzało mi się gubić wątek detektywistycznych poszukiwań w tym, co dla mnie było największą zaletą powieści – obyczajowe tło Krakowa z końca XIX wieku. 
Samo rozwiązanie troszkę zaskakuje, jako że nie mamy szansy towarzyszyć śledztwu Szczupaczyńskiej do samego końca; to co najważniejsze bohaterka zachowała dla siebie, aby większy efekt aktorski wywołać sceną finałową, w której wyjawi mordercę i kulisy zbrodni. 
Pojawiające się nazwiska znanych postaci (Matejko, Sienkiewicz, Żeleński, Talowski), czy autentyczne miejsca (Św. Jana, Św. Tomasza, Długa, Plac Szczepański, Franciszkańska, cmentarz Rakowicki, kościół Mariacki), a także wydarzenia, którymi żyli mieszkańcy (otwarcie teatru, pogrzeb Matejki, zaślubiny Sienkiewicza) nadają literackiej fikcji cechy prawdopodobieństwa. Odczytuję Tajemnicę domu Helclów, jako literacki żarcik, nawiązanie do G.Zapolskiej (bohaterka przypomina nieco Dulską, choć jest od niej sympatyczniejsza, bowiem poza przywarami dysponuje intelektem, którego brak tej pierwszej) oraz do A.Christie (bohaterka przypomina też pannę Marple, choć jest od niej zdecydowanie mniej sympatyczna, ale za to jest „taka nasza, swojska”).

Obok rozwiązanie zagadki z poprzedniego wpisu, która okazała się bardzo prosta (Muzeum - Pałac Czartoryskich). Tędy zapewne musiała również chadzać (ewentualnie przemieszczać się powozem pani Szczupaczyńska.

Nie wiem, czy za jakiś czas będę pamiętać fabułę powieści, ale klimat tego sympatycznego kryminału w stylu retro na pewno. Polecam, jako niegłupią i odprężającą lekturę, zwłaszcza dla wielbicieli Krakowa, Młodej Polski i literackich żarcików. Wielbiciele kryminałów, w których trup ścielę się gęsto, krew leje strumieniami, a akcja błyskawicznie się zmienia – czytają na własną odpowiedzialność.

piątek, 29 stycznia 2016

Kraków w pigułce

Już tu, a jeszcze tam. 
Nie zdążyłam dobrze wejść w miasto, a już zaczęłam tęsknić. Dopiero się przywitałam sycąc oczy widokiem krakowsko- paryskiego Teatru a już dopadła mnie nutka żalu, że za parę dni trzeba będzie miasto opuścić. 



Spacer pierwszy, drugi, trzeci …. nienasycenie. Wciąż i wciąż. Przychodzę i wychodzę (do hotelu). Chciałabym wykorzystać te kilka dni jak najpełniej, chciałabym być w kilku miejscach jednocześnie, a zarazem chciałabym się nie spieszyć, albo spieszyć się, ale powoli. Postanawiam nic nie planować i poza udziałem w teatralno-kabaretowych przedstawieniach, na  które bilety zakupiłam dużo wcześniej poddać się chwili. Truizmem jest stwierdzenie, iż Kraków najlepiej oglądać wcześnie rano lub późną nocą, ewentualnie, kiedy pada deszcz. Co zrobić, kiedy to prawda. Wtedy jest najspokojniej, najciszej, wtedy oddajemy się wyobrażeniom, marzeniom, fantasmagoriom. Swoją drogę to dziwne, że wciąż sobie coś imaginujemy (że jesteśmy tutaj, ale w przeszłości, że spotykamy kogoś, kogo już nie ma), tak jakby to tu i teraz nam nie wystarczało, jakbyśmy nie potrafili docenić tego tu i teraz, które jutro czy za miesiąc będzie dla nas bardziej rzeczywiste niż to co nas otacza. 
Zapełniamy te nasze szufladki pamięci na zapas, aby móc z nich w każdej chwili wydobyć odpowiedni obraz. 
Wschód słońca nad Wisłą 
Przed śniadaniem głodna widoków i spragniona tej ułudy szczęścia wyruszyłam w towarzystwie nieodłącznej siostry rozterki. Jest jeden wschód słońca i tyle miejsc, w których chciałabym przywitać ten dzień. Pijarską ruszam pod Teatr (biała bryła pięknie oświetlona czyni go jeszcze większym), mijam niepozorny Kościółek Św. Krzyża (do którego już później będę bezskutecznie usiłowała zajrzeć) i snuję się Szpitalną zaglądając w oczy antykwariatom. Szósta rano to dobra pora, jest rześko i ciemno. Prawie noc. Tajemniczo, poetycznie i zjawiskowo. Mijam bryłę kościoła Mariackiego i obok Żaczka przemykam na Rynek Główny, po którym snują się pojedynczy spieszący do pracy przechodnie.

Ulicą Grodzką obok Kościoła Wszystkich Świętych zauważam zmianę koloru nieba. Pochłonięta robieniem zdjęć mogłabym przegapić moment, kiedy  granatowy firmament staje się intensywnie niebieski, aby już za chwilę pod Zamkiem zblednąć. Wschód słońca witam ze Smokiem. Jego szyję otula szalik kibica. Ktoś zadał sobie sporo trudu, aby go tam umieścić. Chwilę obserwuję Wisłę i narodziny nowego dnia. Nieco zmarznięta wracam przez planty do hotelu na śniadanie. 

Kabaret w Piwnicy pod Baranami.
Zakup biletów i znowu jakaś obawa. Obawa przed rozczarowaniem, przed nieprzystawalnością mojego poczucia humoru i mojej wrażliwości do poczucia humoru i wrażliwości twórców /artystów. Jakże się myliłam. Od tej pory już zawsze będę się starała odwiedzić Piwnicę. Było inteligentnie, poetycko, zabawnie, groteskowo i nostalgicznie. To tylko parę przymiotników, ale jak oddać wzruszenie, radość i poczucie więzi, że oto są ludzie, którzy mają podobne do moich obawy, którzy nie godzą się z rzeczywistością i których orężem jest słowo. Ach jakże oni pięknie walczą tym słowem, bicz satyry smaga głupotę, miernotę, przekonanie o własnej nieomylności. Stańczyk, który chłoszcze bezmyślność jednych i uległość drugich to było coś wspaniałego. No i moje osobiste odkrycie - pani Dorota Ślęzak, która śpiewa jak anioł.

Właściwie przestało się dla mnie liczyć co, a ważne było, jak śpiewa. Jej głos zniewalał jak głos Syreny, mnie zniewolił na tyle, że zakupiłam płytę. Wróciłam tam następnego dnia, aby napić się zimowej herbatki i w spokoju obejrzeć lokal. Napis przed salą, w której króluje Ewa Demarczyk głosi Jesteśmy wysepką w morzu: bestialstwa, szarzyzny, głupoty, łajdactwa, cynizmu, nietolerancji i przemocy. Oddaje on to, czym dla Piotra Skrzyneckiego była Piwnica pod Baranami. Tym też stała się ona dla mnie. Do wizyty w Piwnicy jeszcze wrócę (choćby do fotorelacji)

Spacer śladami Ady i Talowskiego (a może powinnam napisać Talowskiego i Ady)

O architekcie po raz pierwszy przeczytałam u Ady. To właśnie ona przekazała mi tę pałeczkę, którą sama otrzymała od innego blogera. Czy ktoś ją przejmie ode mnie? Po wpisach na temat kamienic Talowskiego (na blogu Kraków i okolice) powinnam zamilknąć.


Napiszę jedynie, iż pozostaję pod urokiem stworzonych przez niego budynków i na pewno nie raz do nich wrócę. Będę też szukać kolejnych stworzonych przez niego „dzieł sztuki”. Dokładnie zlustrowawszy (choć to słowo ma dziś negatywne konotacje) kamienice na ulicy Retoryka i na ulicy Smoleńsk, udałam się na Karmelicką (kamienica pod Pająkiem) oraz na Cmentarz Rakowicki (w poszukiwaniu nagrobka pana Teodora). Niestety krakowski cmentarz nie posiada w przeciwieństwie do powązkowskiego tak dobrej informacji na temat miejsc pochówku najbardziej znanych obywateli. A zatem poszukiwanie nagrobka ze Sfinksem będzie kolejnym wyzwaniem. Nawiasem mówiąc jeśli ktoś potrafi przybliżyć w której części nekropolii można go znaleźć byłabym wdzięczna. 

Przepyszne obiady w Barze na Grodzkiej.

Wspominałam już kiedyś o nim, ale nic na to nie poradzę, że wszystko mi tam smakuje przeogromnie. Kiedy jem tam obiad to rozumiem co oznacza powiedzenie o trzęsących się uszach. Jest

smacznie, domowo i cenowo przystępnie. A do tego przesympatyczna i sprawna (szybka) obsługa. Mieści się dokładnie vis a vis Dedalusa. Najczęściej odwiedzam najpierw księgarnię, a potem z nową książką pod pachą siadam w barze. Jednak nie łudźcie się, że tu poczytacie. Jedzenie podają tak szybko, że nie zdążycie. 

Kawa z książką w Bonie

Kilka kroków dalej, na ulicy Kanoniczej mieści się księgarnio-kawiarnia Bona. Można tutaj przy filiżance ciepłego lub zimnego napoju (w zależności od potrzeb i pory roku) poczytać. To wspaniały pomysł, aby przez zakupem zapoznać się z książką, która wpadnie czytelnikowi w oko. Jest jednak pewne niebezpieczeństwo, kiedy zacznie się czytać, a książki się nie kupi pozostaje niedosyt. Jak w moim przypadku. 

Mogłabym mnożyć obrazy; spacery, galerie, teatry, świątynie, nekropolie, Wawel, kawiarnie, czy nawet kina. W Krakowie zwykłe wyjście do kina jest rodzajem święta, a nie tylko sposobem spędzenia wolnego czasu. Może dlatego, że wybieram tradycyjne, stare kina, a nie nowoczesne multipleksy, a może to genius loci. W Krakowie czytanie książek ma dodatkowy walor (uczucie bezkarności czytania - to że nie muszę nikogo (łącznie z sobą samą) okradać z czasu, jaki poświęcam na czytanie jest bezcenne).

Jak po każdej podróży żywię nadzieję, że uda mi się poświęcić choć parę wpisów miejscu tak bliskiemu memu sercu. 
A na koniec fotograficzna zagadka. Nie mam pojęcia, czy łatwa, czy trudna. Odgadłabym zapewne jedynie dlatego, że znajdowała się blisko mojego hotelu.
Nocą
w odbiciu szyby

niedziela, 17 stycznia 2016

Co znalazłam pod Choinką, czyli wpis zapchajdziura

Kiedy większość blogerów dzieliła się zdjęciami tego, co znalazła pod choinką, ja buszowałam na stronie internetowej księgarni, aby złożyć zamówienie. Mikołaj okazał się gościem z klasą (i kasą) i zgodnie z od lat składanym zamówieniem podarował mi bon upominkowy do tejże księgarni. I zaczęło się... osiołkowi w żłoby dano... i osiołek miał nie lada kłopot, bo i to kusi i tamto nęci. Najbardziej nęcił album obrazów  z serii Arcydzieła malarstwa. Ponieważ jednak cena takiego albumu skonsumowałaby wartość bonu, poszedł osiołek w tym roku na ilość i rozdzielił swoje zainteresowania pomiędzy czytaniem i słuchaniem. Oprócz biografii, które czytuję bardzo chętnie wybrałam kolejnego Remarque`a (po Nocy w Lizbonie zainteresowanie dla losów uciekinierów z pogrążonej w wojennej zawierusze Europy znacznie wzrosło). Ponadto w związku z moim ostatnim odkryciem płytoteka wzbogaciła się o dwie płyty Davida Garretta. Odkrycie świeże, choć zapewne poza mną dla wielu doskonale znane, skrzypek gra już trzecią dekadę. 

A może ktoś poza mną nie znał? Jest taka możliwość, bo kiedy rzucam nazwiskiem w rozmowie widzę pustkę w oczach rozmówców...

David teraz leci u mnie niemal non stop; pokochałam tę muzykę, a w dodatku idealnie nadaje się na podkład do czytania, bo nie odkrywa od lektury, a z dodatku z nią współgra.  
Nie wiem, jak to będzie z czytaniem nowych książek, kiedy w liczba nieprzeczytanych pozycji z własnej biblioteczki przekroczyła setkę, ale Beksińscy, Portret podwójny są już w czytaniu. 

niedziela, 10 stycznia 2016

Noc w Lizbonie Erich Maria Remarque

Rok wydania 1974 - tł. Aleksander Matuszyn 
Książek Remarqua przeczytałam kilka. Lubię jego prozę, za jej mroczny, niepokojący klimat, prosty, oszczędny język, choć muszę przyznać, że zdarzają mu się banalne wtręty, ale przymykam na nie oko. Remarque pisał o tym, co znał najlepiej. Był niemieckim uchodźcą który na skutek nagonki nazistowskich władz emigrował najpierw do Szwajcarii, potem za Ocean. 
Lizbona, oświetlony tysiącami świateł port to ostatni skrawek nadziei dla uciekinierów z Europy. Niestety już następnego dnia Lizbona ma się pogrążyć w ciemności; tego dnia odpłynie ostatni statek do Ameryki, ziemi obiecanej wszystkich wygnańców. 
Zdesperowany bohater, niemiecki uciekinier, przeciwnik totalitarnego systemu, chcąc uchronić życie (swoje i żony) poszukuje sposobu wyrwania się z ogarniętej wojną Europy i dostania się na statek, który przewiezie go za ocean. Niestety nie ma ani pieniędzy, ani dokumentów, a dostanie biletów graniczy z cudem. Kiedy przegrawszy ostatnie grosze w kasynie traci już wszelką nadzieję, spotyka mężczyznę, który proponuje przepustkę do życia (bilety na statek wraz z dokumentami); ma tylko jedną prośbę; potrzebuje towarzystwa na tę ostatnią noc, chce coś ocalić, coś niebagatelnego; pamięć o swojej żonie. Mężczyzna posługujący się cudzą tożsamością (Schwarz) w ciągu tej ostatniej nocy opowiada historię życia. Opowiada o tym, jak bezskutecznie poszukiwał azylu, opowiada o pobytach w więzieniach, obozach, ucieczkach, o tęsknocie do żony, niebezpiecznych powrotach i wreszcie o jej śmierci. Opowiada sugestywnie. Za wszelką cenę chce, aby jego opowieść wryła się mocno w pamięć jego współtowarzysza, bo wie, iż sam ją szybko zapomni. Miota się w domysłach, wątpliwościach, chce zostać zrozumiany i zrozumieć sam to co przeżył. Zastanawia się czy był kochany, czy tylko użyteczny, czy uszczęśliwił żonę, czy też ją zabił. 
… moja pamięć będzie usiłowała zniszczyć wspomnienie. Zostanie ono rozczłonkowane, rozdrobnione, zatarte i sfałszowane, a w końcu stanie się znośne i niebezpieczne. Już po kilku tygodniach nie potrafiłbym opowiedzieć panu, tego, co opowiedziałem panu dzisiejszej nocy. Dlatego właśnie zwróciłem się do pana, żeby pan mnie wysłuchał! Pan zachowa to niespaczone, ponieważ dla pana nie jest niebezpieczne. Musi się przecież gdzieś zachować…. 
Schwarz przeżywszy piekło będące udziałem wszystkich uchodźców z faszystowskich Niemiec staje się oschły i obojętny, tylko jedna rzecz trzyma go przy życiu; miłość do żony, której, jak się okazuje prawie wcale nie znał. Odkrywając kolejne jej tajemnice coraz bardziej oddala się od niej. Swoją opowieścią przytłacza słuchacza, który zgodnie z jego przekonaniem nie będzie się umiał wyzwolić z tej opowieści, zabierając obraz Ruth do Ameryki i wszędzie tam, gdzie się kiedykolwiek uda. 
Pogrążająca się w ciemnościach Lizbona 

Remarque podobnie, jak w innych powieściach nie szczędzi swoim bohaterom cierpień i traumy, ale też taki był los setek a może tysięcy podobnych Schwarcowi czy Ravikowi (z Łuku Triumfalnego). I opowiada te historie tak wzruszająco, iż stajemy się nie tylko ich obserwatorami, ale i współuczestnikami. To kolejna opowieść o samotności i wyobcowaniu, bo kto w ogarniętej wojną Europie wywołanej przez hitlerowskie Niemcy będzie współczuł uciekającym przed reżimem jego przeciwnikom. Autor potrafi fantastycznie oddać nastrój grozy, strachu, niepewności, beznadziei, nastrój, w jakim znajduje się osaczone przez polujących nań zwierzę, bo tak czuli się jego bohaterowie. 
Opowieść jest przejmująca i smutna, choć mimo wszystko niesie nadzieję. 
Momentami raził mnie język autora, ale podejrzewam, że to kwestia tłumaczenia, bowiem we wcześniej czytanych książkach Remarque nie miałam takich zastrzeżeń. Tutaj chwilami brzmiał chropawo i zmuszał do ponownego odczytania jakiegoś zdania czy dialogu. Nie mniej jednak to książka warta przeczytania. 
Niestety dzisiaj, w pogrążonej w ciemności Europie ta opowieść przejmuje chyba większą grozą niż jeszcze kilka lat temu.
Książkę przeczytałam w ramach stosikowego losowania u Anny.