Łączna liczba wyświetleń

czwartek, 17 maja 2018

Anna Iwaszkiewicz Dzienniki (1921-1935)



Wydane przez Twój Styl Dzienniki mogą wywołać mieszane uczucia. Z jednej strony nie zachwycają talentem autorki, momentami drażnią autorytarnymi sądami światopoglądowymi, chwilami nużą opisem rozterek uczuciowych autorki, ale z drugiej strony ileż tu ciekawostek dotyczących życia w okresie dwudziestolecia międzywojennego, ileż myśli ciekawych i bliskich, ile znajomych nazwisk, z którymi spotkania zawsze są interesujące.
Autorka Dzienników często pisze o niemożności wypowiedzenia tego, co przeżywa, tego, co najistotniejsze, czym chciałaby się podzielić, ale brakuje jej daru, umiejętności, talentu. Po co wypisywać to wszystko?! Nie umiem nic wyrazić, z tych rzeczy, jakie najbardziej odczuwam, nie trzeba pisać o tym, choć czasami tak bardzo chciałabym (str. 16 wpis z 21.04.1923 r.). Dzienniki to rodzaj dokumentu, obrazujący życie pewnej epoki, tym cenniejszy, im więcej upływa czasu od jego stworzenia. Przez fakt, iż obrazuje sposób życia, którego już nie ma, budzi nostalgię za przeszłością (która wydaje się czymś bardziej pociągającym niż teraźniejszość). A Dzienniki pani Anny, pomijając te fragmenty, w których autorka skupia się na sobie i swoich rozterkach, to niezły obraz małego, aż istotnego wycinka życia inteligencji międzywojennej, ich zainteresowań, zwyczajów, sposobów spędzania wolnego czasu. Dla mnie mają dodatkowo tę zaletę, że są pisane sercem, a nie rozumem.
Zachwyca mnie zachłanność autorki w czerpaniu z życia. Mimo licznych okresów pozostawania w stanie odosobnienia z powodu jej słabego zdrowia, mamy tu mnóstwo opisów wrażeń z podróży, koncertów, przedstawień teatralnych, lektur, spotkań z pisarzami, muzykami, malarzami.
Z ogromną ciekawością czytałam wrażenia z podróży.
Byliśmy dwa dni w Berlinie… Do Berlina ostatecznie najmniej kosztownie i najbliżej, a można posłuchać dobrej muzyki i obejrzeć galerie. Przypomina mi to dawne moje, dziecinne jeszcze marzenia o galeriach, kiedy jako mała dziewczynka wygrzebywałam jakieś stare albumy z reprodukcjami obrazów i rzeźb; pamiętam jak cudowne i tajemnicze wydawały mi się włoskie Madonny i cały świat mitologii ze swymi dziwnymi alegoriami, z promiennymi nagimi postaciami bogiń i bogów, centaurami, faunami.. .. Przez dwie doby można jednak wiele zobaczyć; byliśmy trzy razy w teatrze (w dzień przyjazdu wieczorem na Salome Wilde`a, w rosyjskim teatrze następnego dnia na feerii popołudniowej i wieczorem w operze). Zwiedziliśmy cztery muzea dość dokładnie. Byliśmy na bardzo miłej herbatce artystycznej w pracowni malarskiej Kramsztyka i wreszcie przed samym wyjazdem zdążyliśmy jeszcze na godzinę pojechać do ogrodu zoologicznego…. (str. 15 wpis z 11.04.1923 r.)
Rzym. A więc jesteśmy w wiecznym mieście. Tak, może to jest właśnie jedyny wyraz, który może być określenie tego, czym jest Rzym, jedyne zsyntetyzowanie wrażeń, których się tu doznaje. Od kilku dni żyjemy, jak w bajce, zacząwszy od Wenecji, która wydała nam się jakby ze snu, jakąś wiało biało-różową fantazją cudownie zharmonizowaną z błękitem nieba i morza, aż do tego wieczoru cudownego w Rzymie, do tego złotego zachodu słońca za dalekimi wzgórzami. Pomimo, że Plac Świętego Marka, Piazettę i wszystkie w ogóle sławne budynki zna się od dzieciństwa, jednak zawsze widzi się je jeszcze inaczej, a przede wszystkim nie można absolutnie wyobrazić sobie tego cudownego kolorytu Wenecji ani nawet nadzwyczajnych popielato-różowych tonów wnętrza kościoła św. Piotra. (str.47-48 wpis z 08.05.1923 r.).
Całkiem spora ilość wrażeń z podróży. Tak na marginesie - ilekroć czytam o podróżach artystów w okresie dwudziestolecia międzywojennego nie mogę się nadziwić, skąd na to czerpano środki, zwłaszcza, iż nie zawsze bywali to artyści uznani. Z opisów wojaży utkwiły mi tu zwłaszcza te dotyczące wizyt: w Kaplicy Sykstyńskiej, w Wilii Borghese, czy pobytu we Florencji. 

Aż chciałoby się przytoczyć więcej cytatów, które przywołują przed oczyma obrazy, chwile, uczucia, tęsknotę, no i nadzieję bliskiego powrotu. Podobnie, jak refleksje dotyczące lektury, czy muzyki.
Zachwyca mnie to oczarowanie sztuką, która pozwala odczuć jedność twórcy, dzieła i odbiorcy, sztuką - która wywołuje wręcz metafizyczne doznania porównywalne do religijnej ekstazy.
Czasami w chwilach tej czystej radości, którą daje sztuka, myśli się, czy można by tak trwać, nic już innego nie wiedzieć, niczego innego nie pragnąć. Myślę, że życie wieczne musi być czymś podobnym. (str. 151-wpis z 24.04.1929 r.). 
Pani Anna była mocno wierzącą osobą, żeby nie powiedzieć dewotką. Dlatego też pewne jej autorytatywne sądy związane z przekonaniami/ światopoglądem mogą budzić sprzeciw wśród osób, których wiara nie ma tak mocnych korzeni, a na pewno u osób o innych poglądach.
Można tu znaleźć także refleksje na temat sytuacji polityczno-gospodarczej Młodej Polski (początkowe rozczarowanie Piłsudskim), a także ogromne obawy związane z narodzinami ruchów nacjonalistycznych.
Jeśli ktoś chciałby doszukiwać się w Dziennikach informacji na temat stosunków małżeńskich, opisów zachowań Jarosława to będzie zawiedziony. Anna wypowiada się na temat męża z ogromną przyjaźnią i miłością, jednakże samego pisarza w Dziennikach  niewiele. Najbardziej szczery zapis odnajduję pod datą 11.12.26 r. … niestety własna słabość jego jest przyczyną wszystkich rzeczy, które go dręczą: niemożność zdobycia się na jakąkolwiek decyzję jest u niego stanem wręcz chorobliwym. Ciężko mi jest, kiedy widzę, że to wszystko co go boli, stara się zawsze jakoś odrzucić na zewnątrz, stworzyć temu sztuczną przyczynę i tę przyczynę swoich stanów najczęściej przenosi na mnie, upatrując we mnie jakieś złe intencje i nadając moim słowom znaczenia, których rzeczywiście nie miałam na myśli. … Nie piszę tu nigdy o tych rzeczach, bo zawsze ostatecznie można być za mało bezstronną…(str. 107).
Lektura Dzienników nie była czasem straconym. A kiedy czytając jakiś czas potem rozmowę Barbary Łopieńskiej z Pawłem Hertzem przeczytałam o przyjaźni tłumacza i poety z Iwaszkiewiczami ucieszyłam się, że moje odkrycia zataczają coraz większe kręgi.

Kolejna książka przeczytana w ramach stosikowego losowania u Anny. 

niedziela, 6 maja 2018

Lampart Giuseppe Tomasi di Lampedusa


Jeśli chcemy, by wszystko pozostało tak, jak jest, wszystko się musi zmienić.
Od dawna żadna lektura nie sprawiła mi takiej przyjemności. Od dawna też nie czułam takiej paraliżującej niemożności wyartykułowania wrażeń. Być może poczułam duchowe pokrewieństwo z bohaterem, którego historia uczyniła świadkiem i zakładnikiem przemian społeczno-politycznych. Choć gdzie tam równać się mnie z księciem Salina. Być może sprawił to język prosty, a jednocześnie wysublimowany, który spowodował, że lektura wciągnęła mnie bez reszty. A może to ten wewnętrzny spokój, jaki prezentował Fabrizio Salina, to pozorne godzenie się ze zmierzchem pewnej epoki, ta postawa pełna dystynkcji, którą reprezentuje "przegrany". Nie jest to najwłaściwsze określenie, bo przecież ten który zwycięża, nie zawsze jest/pozostaje zwycięzcą.

Co ma począć człowiek, kiedy jego usystematyzowany świat legnie w gruzach, dawne świętości zostają zdeptane, a wszystko to, w co dotąd wierzył obraca się w pył? Może się buntować, próbować walczyć, demonstrować, a może też przyjąć zmiany, którym nie jest w stanie zapobiec, ze spokojną rezygnacją.
Fabrizio Salina, zwany Lampartem, sycylijski arystokrata obserwuje narodziny nowego porządku społecznego ze stoickim spokojem. Widząc prostactwo, brak manier, chciwość nowej klasy rządzących, dostrzega jej "inteligencję", która pozwala „wyzwolonym z pęt uczciwości, przyzwoitości, czy dobrego wychowania" nierozwiązywalne problemy rozstrzygać.
Jednocześnie podziwia „umiejętność natychmiastowego przystosowania się do nowej sytuacji, (...) naturalny dar słowa, który pozwala swobodnie posługiwać się modnymi, demagogicznymi zwrotami”, dzięki której przedstawiciele jego klasy potrafią nieźle się "ustawić" w nowej sytuacji.

Książka o uniwersalnej prawdzie, iż świat podlega cyklicznym zmianom, po których (prawie) wszystko pozostaje po staremu.
Wśród wielu innych zaciekawił mnie poniższy opis sfałszowanego głosowania.
W tym momencie wielki spokój spłynął na księcia - rozwiązał w końcu dręczącą zagadkę, wiedział teraz, kogo zabito w Donnafugacie oraz w innych miastach i miasteczkach tego wieczoru, kiedy wiatr wzbijał na ulicach tumany śmieci: zaufanie. Tak, zabito to dopiero co zrodzone uczucie, które należy otaczać najtroskliwszą opieką, którego utrwalenie usprawiedliwiałoby wiele dokonanych okrucieństw. „Nie” don Ciccia, pięćdziesiąt takich głosów w Donnafugacie, sto tysięcy w całym Królestwie nie zmieniłoby wyniku wyborów, wprost przeciwnie - dodałoby im większego znaczenia i uniknęłoby się niepotrzebnego rozjątrzania ludzi. (str. 145). 
Gorąco polecam lekturę. Ciekawy bohater, mądre refleksje, talent autora - cóż trzeba więcej. Ja na pewno do lektury wrócę.
Przeczytana w ramach losowania u Anny. Muszę sprawdzić, któż to szczęśliwie mi tę pozycję wylosował.
Nie było mnie prawie cztery miesiące. Piszę, aby dać znać, że bywam tu jeszcze, a może wrócę do częstszego pisania, choć po tak długiej przerwie nie jest to łatwe.

niedziela, 14 stycznia 2018

Miłe zakończenie roku, czyli koncert Małgorzaty Walewskiej i Gary Guthmana




Tegoroczne święta Bożego Narodzenia spędziłam w stolicy. Nie jest to zapewne najlepsze miejsce do spędzania świąt,  jednak z uwagi na preferencje osoby mi towarzyszącej, która nie może zbyt daleko podróżować zdecydowałam się na Warszawę. I wbrew obawom był to niezwykle miło i efektywnie, a zarazem w spokoju i bez pośpiechu spędzony czas. Można rzec świątecznie, w zadumie, radości i spokoju. Obawy dotyczyły osoby towarzyszącej, która po raz pierwszy spędzała święta poza domem, przyzwyczajona do tego, że aby poczuć świąteczny klimat należy się porządnie zmęczyć przygotowaniami (posprzątać, upiec, ugotować, zakupić, przygotować, usmażyć), a potem usiąść z bólem głowy i kręgosłupa, obłędem w oku z myślą, że zaraz trzeba będzie znieść, pozmywać, pochować, przyszykować na kolejny dzień kolejną porcję wiktuałów. I tak przez trzy dni.

O dziwo okazało się, iż mojemu gościowi spodobało się to, że nie trzeba się umęczyć, aby poczuć nastrój świąt, a hotelowy stół przybrany świeczkami i stroikiem wraz ze skromną wigilijną kolacją ma także swój urok.
Jednak tym, co wprawiło nas w dobry świąteczny nastrój był niesamowity koncert piosenek świątecznych (i nie tylko) w wykonaniu  Małgorzaty Walewskiej i Gary Guthmana z towarzyszeniem kwartetu jazzowego.
Połączenie polskich kolęd i najbardziej znanych zagranicznych utworów świątecznych w wersji klasyczno - operowej z nowymi aranżacjami jazzowymi to była niezapomniana uczta nie tylko dla melomanów. Czytelnikom tego bloga znane są moje fascynacje muzyką lżejszego kalibru (głównie musicalową). Muzykę operową podziwiam (podziwiałam?) ... jakby to powiedzieć tak troszkę z daleka. Jedna, dwie arie, bo co za dużo to niezdrowo. Koncert wybrałam z uwagi na mojego gościa. Jakież było moje zdziwienie, kiedy słuchając przepięknych wykonań mojej imienniczki zostałam zahipnotyzowana jej wykonaniami. Cóż za głos, co za dykcja, co za siła przekazu i emocje. To było piękne, a jednocześnie lekkie w odbiorze. To, co do tej pory utrudniało słuchanie śpiewu operowego (niemożność rozróżnienia słów) tutaj nie miało miejsca. Otóż słyszałam wyraźnie każde słowo, dzięki czemu nie traciłam energii w wsłuchiwanie się w treści a mogłam oddać się rozkoszowaniu piękna muzyki połączonej z cudownym wokalem. Uprzedzona, iż pani Małgorzata wykona jedynie kilka utworów nie oczekiwałam wiele. Tymczasem okazało się, iż nasza mezzosopranistka była w równym stopniu współtwórcą koncertu co pan Guthman. Nie liczyłam ile utworów wykonało każde z nich osobno, a ile wspólnie, ale odnoszę wrażenie, że udział obojga był wyrównany.
Jeśli idzie o Guthmana, od czasu obejrzenia filmu Ekscentrycy, czyli po słonecznej stronie ulicy, marzył mi się koncert muzyki jazzowej na żywo. I to marzenie spełnił amerykański muzyk,  który w pierwszej części koncertu wykonywał wraz z zespołem nowe aranżacje polskich kolęd i anglojęzycznych utworów świątecznych.
W drugiej części koncertu oboje artyści wystąpili wspólnie i okazało się, iż Guthman jest nie tylko utalentowanym muzykiem, dowcipnym konferansjerem (czarującym publiczność znajomością języka polskiego), ale i niezłym wokalistą. To połączenie klasyki i jazzu to był bardzo dobry pomysł, a sam koncert wprowadził widownię w świąteczny nastrój lepiej niż kilkanaście dni przygotowań świątecznych (czytaj sprzątania, gotowania i dekorowania). Koncert miał miejsce 22 grudnia w Teatrze 6 piętro, a poprzedziła go degustacja wina (odkryłam całkiem niezłe) oraz czekoladek.
Wzorując się na wielu moich koleżankach i kolegach podsumuję ubiegły rok pod kątem ilości przedstawień muzycznych. Był on niezwykle udany. Przede wszystkim uczestniczenie (kilkukrotne) w przedstawieniu Dzwonnika (w tym dwa razy z udziałem mojego ulubieńca pana Krucińskiego). Ponadto obejrzenie musicali; Doktor Żywago w Białymstoku (absolutne oczarowanie), pożegnanie z tytułem Mamma Mia w Warszawskiej Romie (bez fajerwerków, ale lepsze wrażenia niż obejrzane po raz pierwszy przedstawienie, może z uwagi na obsadę) oraz Piloci (także w Romie) - tu chyba miałam zbyt duże oczekiwania, bo ... mojemu współtowarzyszowi się podobała, mnie ... no cóż dobrze zaśpiewane, ale zabrakło mi czegoś co by wyróżniło ten musical spośród innych, zabrakło osobowości (choć Zosia Nowakowska w głównej roli - wyrazy uznania, liczyłam na coś więcej jeśli chodzi o Janka Traczyka). Uczestniczyłam też w cudownych koncertach; Michała Bajora, piosenek Wojciecha Młynarskiego w wykonaniu Piotra Machalicy, piosenek starszych panów w wykonaniu Magdy Umer, Grzegorza Małeckiego i Piotra Machalicy (pan Małecki jeśli chodzi o piosenkę aktorską- moje kolejne odkrycie, panią Magdę i Piotra znałam już wcześniej z jak najlepszej strony), Edyty Geppert (najcudowniejszy ze wszystkich tegorocznych koncertów, bo i mądry i dający do myślenia i zabawny i lekki - takie fantastyczne połączenie różnych gatunków). Natomiast, jeśli chodzi o teatr to w tym roku nie trafiłam na sztuki, o których chciałabym wspominać, no może poza Edukacją Rity (z Piotrem Fronczewskim i Kasią Ucherską) zabawna, acz dająca do myślenia komedyjka. Życzę sobie, aby kolejny rok był choćby tak obfitujący w udział w muzyczno-teatralnych przedsięwzięciach.

piątek, 29 grudnia 2017

Rozdarta zasłona Maryla Szymiczkowa (Jacek Dehnel i Piotr Tarczyński)


Po błyskotliwym sukcesie, jakim było rozwiązanie kryminalnej zagadki Domu Helclów profesorowa Zofia Szczupaczyńska zostaje postawiona przed kolejnym detektywistycznym wyzwaniem. Zwłaszcza, iż tym razem ofiarą pada jej własna służąca Karolcia, którą profesorowa jeszcze chwilę wcześniej podejrzewała o rażącą niewdzięczność. No, bo jakże to tak; porzucać służbę w okresie Wielkiej Nocy i to bez słowa wytłumaczenia - toż to się nie godzi. Upadek obyczajów wołający o pomstę do nieba. I choć oficjalnie śledztwo prowadzi komisarz Jednoróg, który podejrzanie szybko znajduje winnego, to całą pracę odwala dostojna krakowska matrona, przy małym współudziale oddanej Franciszki oraz obiecująco zapowiadającego się przyszłego  lekarza –  studenta Tadzia Żeleńskiego. O ile w Tajemnicy Domu Helclów mieliśmy do czynienia z Krakowem salonowym, o tyle w Rozdartej zasłonie autorka przenosi czytelnika do Krakowa skrytego przed oczyma jego szacownych mieszkańców grubą zasłoną pozorów; Krakowa cór Koryntu i handlarzy żywym towarem, w który to proceder zamieszani są wysoko postawieni urzędnicy państwowi.
Czy to możliwe, żeby w Krakowie, mieście dostojnych profesorów, wspaniałych fundacji, niezliczonych kościołów i klasztorów, nabożnych procesji z relikwiami świętego patrona, kryło się tyle plugastwa? Miasto odkrywało przed nią teraz zupełnie inne oblicze: ciemne, brudne, niezrozumiałe. Zakłamani ojcowie rodzin, małe domki na peryferiach, bezwzględni rajfurzy, młode wiejskie dziewczyny, które po paru latach zmieniają się w zniszczone do cna, trawione niezliczonymi chorobami wraki. (str. 193)
Akcja kryminalnego dochodzenia odbywa się na tle XIX wiecznego miasta, w którym równie ciekawie przedstawia się jego topografia (trwająca wówczas przebudowa grodu nad Wisłą przypominają Hausmanowską przebudowę Paryża), jak i zwyczaje jego mieszkańców (wielkanocny spacer na Emaus, powracanie urzędników po przerwie obiadowej na godzinę dolce far niente, wizyty ojców rodzin w domach uciech, najmowanie służących w renomowanej agencji, czy fetowanie Najjaśniejszego Pana). Ciekawie zostały nakreślone postacie zarówno głównych bohaterów (z profesorową i komisarzem Jednorogiem na czele), jak i postacie epizodyczne (jak Mańka Pomidor, czy lekarz płciownik Kurkiewicz). Język schyłku wieku, którym posługują się bohaterowie, pozbawiony współczesnych wtrętów nadaje autentyzmu przedstawionej historii. Zabawnie brzmią cytowane z Kurkiewicza (mającego swój autentyczny pierwowzór) wywody dotyczące błogoszczenia czy płciwa. Podobnie, jak czytane na zmianę przez małżonków artykuły z ówczesnej prasy wraz z komentarzami ich dotyczącymi. Lekkość pióra autorki (vel duetu literackiego Dehnel i Tarczyński) sprawia, iż powieść dobrze się czyta. Opowieść, której treścią jest poważne dochodzenie, nie pozbawiona jest humoru, a jej bohaterowie, choć nie wolni od przywar budzą dużą dozę sympatii. No bo czyż można nie polubić nieco próżnej, trochę snobistycznej krakowskiej mieszczki, która na równi z wypełnianiem obowiązków pani domu oddaje się pracy śledczej nie zważając na to, iż naraża się na poznanie brudnych sekretów współmieszkańców cesarsko-królewskiego miasta Krakowa. Całe szczęście, iż Ignacy Szczupaczyński, o którym żona nie mawia inaczej niż pan profesor, do ostatniej chwili pozostaje w błogiej nieświadomości zarówno co do prawdziwego sprawcy zbrodni, jak i roli jego żony w rozwiązaniu zagadki, bowiem w przeciwnym razie mógłby ucierpieć na tym, zarówno męski autorytet głowy rodu, jak i wzajemne relacje pomiędzy małżonkami.
Rozdarta zasłona jest może nieco słabsza literacko od Tajemnicy domu Helclów, niemniej to bardzo ciekawa pozycja literacka i życzę wszystkim współczesnym autorom takich pozycji.
Właściwie miałam nie pisać o Rozdartej zasłonie, bowiem powstało już wiele ciekawszych relacji, jednakże ponowna lektura sprawiła, iż postanowiłam i ja swoje trzy grosze wtrącić. 

niedziela, 3 grudnia 2017

Malarstwo białego człowieka Waldemar Łysiak tom I

Sztuka jest religią, mistyczną więzią, która duchowo zespala wybrańców. Roger Avermaete
fragment Zaślubin Arnolfich  Jan Van Eyck
Malarstwo białego człowieka to jeden z tych tytułów, co do którego nie miałam wątpliwości, że muszę mieć w mojej biblioteczce. A kiedy już zakupiłam  pierwsze trzy tomy,  zaległy one na półce i pokryły się kurzem. Dzięki losowaniu u Anny zasiadłam do lektury.
W przedmowie autor wyjaśnia co było powodem napisania cyklu. Ujmując rzecz jednym zdaniem – ars longa, Vita brevis (czyli w moim tłumaczeniu - my przeminiemy, sztuka pozostanie, albo życie jest krótkie, a sztuka nieśmiertelna). Autor koncentruje się na wybranym przedziale czasowym, który rozpoczyna wiek XIII, a kończy malarstwo XIX wieku.
Wewnątrz [MBC] zamieszka prawie stu mistrzów. Wszystko są to malarze z ilustracyjno -iluzjonistycznej epoki zachodniego malarstwa, można rzecz; malarze – literaci i malarze - iluzjoniści. U nich również treść gra rolę drugorzędną, lecz o niebo ważniejszą niż w malarstwie postimpresjonistycznym i w malarstwie XX wieku. Tam gdzie kończy się owa narracyjność i razem z nią trójwymiarowość malarstwa, gdzie malarstwo żegna tekst oraz światłocień - tam kończę i ja. Kończę więc u progu malarstwa zwanego nowoczesnym. (str. 24). 
Można nie zgadzać się z opinią autora na temat malarstwa, albo z
FR. Pocałunku Judasza Giotto
tym, iż przedkłada malarstwo stworzone przez białego człowieka (człowieka zachodniej cywilizacji) ponad malarstwo pozostałe, nie można negować faktu, iż autor posiada ogromną wiedzę na temat sztuki i potrafi przekazywać ją w sposób przystępny, choć czasami dość nietypowym językiem.   Często 
stosuje zwroty, czy sformułowania, które mogą razić lub prowokować (myślę, że właśnie taki przyświeca mu zamysł), zapewne nie każdemu spodoba się dosadny język, ale treść jest tak ciekawa, że można przymrużyć oko na formę. Momentami wydawało mi się, iż autor „popisuje” się znajomością tematu, ale Daj Panie mnie taką znajomość, to chętnie i ja się zacznę się nią popisywać. 
Chociaż nie ma to najmniejszego znaczenia, podobnie, jak autor w malarstwie zatrzymałam się na epoce postimpresjonizmu. Nie przemawia do mnie sztuka abstrakcyjna i wszystkie te kubizmy i inne - izmy/-yzmy. Lubię treść i impresję. Symbolizm – owszem, ale poparty fabułą lub wrażeniem. Co do tytułu - który może budzić kontrowersje – to i mnie trudno byłoby koncentrować się na malarstwie człowieka czerwonego, żółtego, czy czarnego – przede wszystkim dlatego, że go nie znam, ale  może też dlatego, że jestem za bardzo zamknięta na inność w sztuce i nie potrafiłabym jej odczuć, tak jak odczuwam sztukę wywodzącą się z kręgu cywilizacji zachodniej – wyrosłą z włoskiego gotyku (choć wzorowaną na sztuce bizantyjskiej). Nie piszę tego, aby bronić autora, którego poglądy i przekonania są mi kompletnie obce, ale być może w tej jednej kwestii jestem równie zamknięta na inność, jak pan Łysiak. 
Portret młodej kobiety Petrus Christus
Pierwszy na tapetę został wzięty Giotto di Bondone, zwany po prostu Giottem. Już wprowadzenie gloryfikujące wiek XIII, jako wiek rozwoju humanizmu, wiek o wiele bardziej pokojowy niż następujący po wiekach średnich Renesans, nie mówiąc o naszym XX  wieku zaskoczyło.
Przeciętny intelektualista wie, że kamieniami milowymi były Odrodzenie wieku XV (Quatrocento) i Oświecenie w wieku XVIII (Settecento), że to one zreformowały świat i zbudowały współczesną cywilizację. A przecież nie wiek XV, lecz wiek XIII był pierwszą taką rewolucją w naszym tysiącleciu. Okrzepła wówczas reforma agrarna zaczęta dwa stulecia wcześniej stworzeniem pługa kołowego, wiatraka i trójpolowego systemu uprawy ziemi. … To właśnie XIII wiek inicjuje ruchy reformatorskie, które niedługo rozwalą kościół europejski na pół. W XIII wieku ma miejsce boom wynalazków technicznych i rozwoju naukowego… budujący podwaliny empiryzmu i przygotowujący późniejszą gigantyczną eksplozję techniczną. Wreszcie …- estetyka i sztuka XIII wieku…. Literatura dostaje nowy impuls (Dante), architektura osiąga techniczną wirtuozerię klasy nawet dziś imponującej (vide katedry gotyckie), rzeźba rwie się ku klasycyzmowi (Reims) czy humanistycznemu naturalizmowi (Bamberg, Naumburg, etc.), a pewien malarz, sto kilkadziesiąt lat przed Renesansem, toruje pędzlom europejskim szlak do Renesansu. Mistrz Giotto. (Str. 41)
Obrazy Giotta nigdy nie robiły na mnie wrażenia, jego malarstwo wydawało się dość skostniałe, prymitywne, płaskie, nie widziałam w nim nic nowatorskiego. No tak, tyle, że wszystko zależy od perspektywy. Jeśli porównuje się Giotto z jego XV wiecznymi kolegami to wydaje się on dość bizantyjski. No ale jeśli już porównać go z malarzami bizantyjskimi, to jego postaci nabierają „krwi i kości”, posiadają „duszę i nerwy”. Giotto robił co mógł, żeby wyzwolić je z niematerialności figur Bizancjum oraz z gotyckiej idealizującej stylizacji i z manieryzmu gotyckiego. (Str. 45) I mimo, że są to nadal „ciężkie, uproszczone, zgeometryzowane” postacie, obrazom daleko do trójwymiaru, perspektywa jest kaleka, tło bezbarwne i bez znaczenia, … Giotto
Madonna z dzieciątkiem wśród aniołów Jeana Fouquet
ożywił płaszczyznę malarską, zastępując gotycką i bizantyjską abstrakcję fikcją, której humanizm, realizm i krwista narracja były czymś nowym zupełnie. Po raz pierwszy od czasów starożytnych artysta wytworzył iluzję w miarę sugestywną, zaludnioną postaciami, które - choć są takie toporne i znieruchomiałe- mają więcej życia niż rozhisteryzowane figury „gotyckiego ekspresjonizmu”
(Str.50). Charakterystyczną cechą malarstwa Giotto jest też spojrzenie „oczu w oczy” (struna sprężenia wzroku); przenikliwe, przeszywające, znaczące. 
Kolejne rozdziały poświęcił autor sztuce przedstawicieli szkoły sieneńskiej (Simone Martini i Stefano Sassetta), którzy w przeciwieństwie do Florentyńczyków nie ulegli nowatorstwu, a zatrzymali się na tradycyjnym sposobie tworzenia. Z zamiłowania do tradycji, braku odwagi, talentu, czy dla zaspokojenia gustom klienteli - nie wiadomo. W każdym razie nie można odmówić tym obrazom uroku, mimo, iż ich malarstwo wykazywało dużo większe przywiązanie do tradycji bizantyjsko-gotyckiej aniżeli do protorenesansowych nowinek. To połączenie bizantynizmu z gotykiem doskonale widoczne jest w Zwiastowaniu Simone Martiniego (o obrazie pisałam tutaj). Bizantyjski przepych (przejawiający się w dużym użyciu złotego barwnika), linia nadająca kontury postaciom i otaczającym je elementom architektonicznym, poetyckość i elegancja, finezja i subtelność kolorów. I aż szkoda, że nie zachował się namalowany przez niego portret Petrarkowej Laury, której twarzyczka musiała przypominać smutne i anielsko urocze buźki Madonn ze Zwiastowań. 
Dziecko z Portretu Starca z dzieckiem Girlandaio
Za przykład Łysiakowego języka niech posłuży tytuł kolejnych rozdziałów; Wolność dwóch Tomków M. (czyli pierwsza nowożytna golizna frontowa). Chodzi o Tommaso Masaccio i Tommaso Masolino. A jeśli już wspomniałam o języku autora to jeszcze jedna próbka mogąca wywołać mieszane uczucia wobec stylu pisarza. 
Wydrowate śpiewające kurwiątko zostało rozreklamowane jako Madonna, a na teledyskach zmieszano klastyczne sacrum z ekshibicjonistyczno -pornograficznym profanum, to jest symbole Chrześcijaństwa i atrybuty liturgiczne z rozbujałym biustem i wypiętą dupiną piosenkarki. (str. 294).
Przy czym słowa te padają w rozdziale Madonna z dzieciątkiem wśród aniołów Jeana Fouqueta, który to obraz uznany został za przedstawienie pierwszej, najbardziej rozerotyzowanej Madonny w historii malarstwa, bardziej skandaliczną aniżeli włoskie dziwki wyobrażone pędzlami jako Madonny, gdyż jest raczej Madonną ukazaną, jako dziwka. (str. 290). 
Zaślubiny Arnolfich
Czytanie Malarstwa białego człowieka od deski do deski to wyzwanie karkołomne. Tak duża porcja informacji dla laika (jakim jestem) to ciężar nie do udźwignięcia. Polecam czytanie rozdziałami. Bardzo podobały mi się opisy Wypędzonych z raju Tommaso Masaccio, Portretu młodej kobiety Petrusa Christusa, Zaślubin Arnolfinich Jana Van Eyck`a. A to przecież jedynie kilku malarzy wraz z ulubionymi obrazami, w trzynastu rozdziałach pisze autor o tyluż malarzach i kilkudziesięciu ich dziełach. A jeśli momentami raził mnie styl pisarza, to poniższy opis spowodował, iż wybaczam mu wszystkie nie najszczęśliwsze sformułowania. 
Giottowska „struna sprzężenia oczu” (wzrok wbity we wzrok) pięknym echem zmartwychwstała dzięki temu pędzlowi. … Starzec całuje oczy dziecka łagodnym, ciepłym, mądrym i przenikliwym wzrokiem ludzi, którzy szykują się już do odejścia w wieczność. Jakbym słyszał te słowa, które Wiliam Blake powiedział tuż przed śmiercią do dziecka, co przyszło go odwiedzić: Niechaj ci Bóg da żywot taki ładny, jak mnie dał.” […] Wzrok starca mówi [tu wiele słów, jakie chce dojrzałość przekazać maluchowi..], jednak przede wszystkim mówi; Kocham cię!” Wzrok malucha mówi o potrzebie ciepła, o jego niedostatku. […] Palce chłopczyka na piersi mężczyzny są równie czułe, jak palce Rembrandtowskiego Żyda na piersi narzeczonej i jej palce na dłoni narzeczonego. Projekcja ogromnie rzadka w malarstwie renesansu – dziecko tak się tulące nie do kobiety…, lecz do mężczyzny! Tak głodne przytulenia, jakby miało matkę z lodu. Widzicie ten ból, ten głód bliski łez w jego spojrzeniu na starca. [..] Stary człowiek, któremu codziennie furkot wypadających włosów przypomina, że śmietnik życia jest już w większym stopniu za nim, aniżeli przed nim, widzi tę niemą prośbę, więc emanuje zdwojoną czułość. (str. 359).

Starzec z dzieckiem Girlandaio
Gdybym miała nadać tytuł obrazowi Starca z dzieckiem Domenico Girlandaio nazwałabym go właśnie Czułość.
Malarstwo ... polecam wszystkim miłośnikom piękna. 
Przepraszam tych, którzy czekali na ciąg dalszy wpisu dotyczący Memlingowskiego Sądu Ostatecznego. Chciałam zrobić parę zdjęć obrazu, a przez cały miesiąc Muzeum Narodowe w Gdańsku było nieczynne. Niemal miesięczny okres posuchy na blogu to efekt kolejnego death line w robocie (to już brzmi jak never ending story).