Łączna liczba wyświetleń

poniedziałek, 16 lipca 2012

Opowiadania humorystyczne Antoni Czechow

To będzie jedna z moich najkrótszych recenzji. Trzecim gatunkiem w ramach lipcowej trójki e-pik były opowiadania. Przyznam, że nie jest to mój ulubiony gatunek literacki, może dlatego, że lubię, aby wrażenia z lektury pozostały na dłużej, a z opowiadaniami najczęściej dzieje się tak, że po kilku dniach, nie mówiąc o miesiącach trudno jest mi przypomnieć sobie, co było ich treścią ani też jaki był ich klimat. Aby wyzwaniu sprostać, a jednocześnie nie zniechęcić się mnogością opowiadań wybrałam z e-bookowych zasobów rzecz o niewielkiej objętości. Opowiadania nazwane humorystycznymi miały zagwarantować nie tylko sprawną lekturę, ale i „ubaw po pachy”. Lektura rzeczywiście była błyskawiczna, natomiast śmiechu we mnie nie wywołała, raczej uśmieszek politowania nad opisywanymi przez Czechowa „bohaterami”. Zbiór zawiera kilka króciutkich opowiadań, króciutkich, bo jak tłumaczy w przedmowie autor, jest on niczym ptak, który ma wiele do wyśpiewania i spieszy się, aby zdążyć ze wszystkim. Autor w swych opowiadankach piętnuje głupotę, służalczość, szarzyznę, miernotę i miałkość życia, pokazuje tępotę aparatu państwowego w czasach caratu. Przedstawione przez niego zagadnienia nieco się zdezaktualizowały, natomiast pewne cechy charakteru człowieka nie uległy zmianie i dziś niemało prostaków, cwaniaków, głupców, durniów, ludzi, którym imponuje stanowisko. Przeczytałam, pokiwałam głową ze zrozumieniem i jestem pewna, że za dwa dni zapomnę, co oznacza, iż lektura nie wywarła na mnie piorunującego wrażenia. Przypomniałam natomiast sobie, iż byłam kiedyś na sztuce Wiśniowy sad i bardzo mi się owa sztuka podobała, więc może to będzie bardziej udane spotkanie z Czechowem.
Przeczytane w ramach wyzwania u Sardegny


niedziela, 15 lipca 2012

Hurtownia książek-cz.2 (Wielki Gatsby, Dzieje Tristana i Izoldy, Widnokrąg) oraz rozwiązanie konkursu rocznicowego

Dokonując kolejnego remanentu na stronie Przeczytane 2012 rok postanowiłam „rozprawić” się z kilkoma zaległościami czytelniczymi. Pierwsza czeka na recenzję od kwietnia i jest to powieść Francisa Scotta Fitgeralda. Szczerze mówiąc sięgnęłam po nią jedynie dlatego, że spodobała mi się postać pisarza wykreowana w sympatycznym filmie W. Allena „O północy w Paryżu”. Skoro główny bohater był tak zafascynowany autorem Wielkiego Gatsbiego ciekawa byłam tej powieści.
Przeczytałam gdzieś, iż Murakami miał powiedzieć, że każdy powinien raz w życiu przeczytać Wielkiego Gatsbiego oraz, że można ją otworzyć na przypadkowej stronie, a na 100% będzie ona ciekawa. No cóż z gustami się nie dyskutuje.
Krótka historyjka, którą raczej nazwałabym nowelką (sto parę stron) niż powieścią. Akcja toczy się na początku ubiegłego wieku w Ameryce (tuż po pierwszej wojnie światowej) i przedstawia na tle czasów rozwoju gospodarczego, bogacenia się klasy posiadaczy kapitału i upadku moralnego klas wyższych losy tajemniczego potentata pana Gatsbego. Trudno odmówić autorowi wnikliwości obserwacji życia towarzyskiego znudzonego pokolenia bogatych amerykanów (ukazuje ich wady, powierzchowność i dwulicowość), czy słuszności prezentowanych poglądów (pieniądze szczęścia nie dają, a fatum często sprawia, iż cierpią ci najmniej winni), ale, jak dla mnie to trochę za mało, aby stworzyć interesującą książkę. Wszystko jest tu, jak dla mnie, pobieżne i nawet jeśli nie nudzi, to nie zapada w pamięć na dłużej. Zabrakło mi głębszego rysu psychologicznego bohaterów, zabrakło tego czegoś, co by sprawiło, że lektura wciąga, ciekawi i elektryzuje, zapada w pamięć.
Książkę zaliczam do wyzwania z półki
Dzieje Tristana i Izoldy. Po spisaną przez Josepha Bediera starą celtycką legendę (której pierwsze pisemne wersje sięgają okresu średniowiecza) sięgnęłam pod wpływem opowieści Kuncewiczowej „Tristan 1946”. Tristan, siostrzeniec króla Kornwalii Marka, uwalnia kraj od irlandzkiego potwora Marhołta. Zraniony zatrutym mieczem do zdrowia powraca, dzięki opiece Izoldy Jasnowłosej. Wróciwszy do kraju, aby zapobiec plotkom wrogich mu stronnictw oczerniających go przed królem Markiem o niecne knowania postanawia dla wykazania czystości intencji przywieźć królowi żonę, którą okaże się być Izolda. Na statku przez pomyłkę oboje wypijają miłosny eliksir, który sprawia, iż od tej pory ich losy związane są ze sobą na życie i śmierć. Wielokrotnie próbują żyć bez siebie, ale okazuje się to niemożliwe. Dzieje Tristana i Izoldy to dzieje wielkiej miłości i namiętności, której mi troszkę w książce zabrakło. Czytając nieodmiennie przychodził mi na myśl utwór Romeo i Julia Szekspira, a z takim dziełem Joseph Bedier nie może współzawodniczyć. Zresztą nie sądzę, aby to było jego zamiarem. Dzieje Tristana i Izoldy są zgrabnie napisaną wersją starej legendy. Polecam w szczególności wielbicielom tego rodzaju gatunku. Myślę, że zaciekawić może także czytelników powieści Kuncewiczowej.
No i na koniec najsmaczniejszy kąsek Widnokrąg Wiesława Myśliwskiego. Z recenzjami książek Myśliwskiego spotykałam się na blogach niejednokrotnie i w przeważającej mierze były to recenzje entuzjastyczne. Takie recenzje mogą nieść za sobą duże oczekiwania potencjalnych czytelników, co może niebezpiecznie zaostrzyć wygłodniały apetyt książkowego mola. Na szczęście w przypadku Widnokręgu mój apetyt został zaspokojony a ponad sześciuset stronicowa książka pochłonięta w dość szybkim czasie. Książka nie wywołała we mnie burzy emocji, ale należy ona do rodzaju tych, których czytanie na pewno nie jest stratą czasu. Jest to ciepła i mądra opowieść o dzieciństwie, rodzinie, małej ojczyźnie, pierwszych doświadczeniach, poznawaniu świata, o rozszerzaniu się widnokręgu. Widnokrąg, który z wiekiem coraz bardziej się oddala. Proste i piękne opisy tego, co narrator wyniósł z domu. Bagaż doświadczeń, który wpływa na jego postrzeganie świata. Wzrusza mnie czułość, z jaką narrator opowiada o swoich najbliższych. Chyba większość z nas, przechowuje w zakamarkach pamięci takie obrazy przeszłości, które pod wpływem upływu czasu tracą ostrość, dzięki czemu dostrzegamy w nich, to co najważniejsze. Takie fragmenty wspomnień, które wiążą nas z przeszłością i z naszymi bliskimi i nawet, kiedy po latach oddalimy się od siebie zawsze będzie istniał taki obraz, do którego będzie można się odwołać. Czytając Widnokrąg myśli płyną w czas dziecięcych zabaw, pierwszych wzruszeń, młodzieńczej naiwności, do smaków, zapachów i barw krainy przeszłości, która jeśli nawet nie była beztroską i radosną, taką po latach się jawi. Myśliwski podkreśla tu rolę pozornie błahych zdarzeń, które wywołują wspomnienia; od zdjęcia narratora w marynarskim ubranku, poprzez ukochanego psa, aż po taniec, którego uczyły go frywolne sąsiadki. Widnokrąg człowieka poszerza się wraz z wiekiem i doświadczeniami, natomiast wspomnienia trzymają w przeszłości, co powoduje wewnętrzną sprzeczność i nieporozumienia. To przypomina mi zdanie powtarzane przez moją polonistkę; człowiek nie może żyć, ani przeszłością, ani teraźniejszością, ani przyszłością, on musi żyć tak, aby każdy z tych czasów był równoważny. Moja ocena 5/6

Rozwiązanie konkursu rocznicowego
Do konkursu przystąpiło osiem uczestniczek prowadzących blogi książkowe, które podzieliły się z nami swoimi innymi zainteresowaniami:
1. Iza (nauka języków, podróże po Europie Wschodniej, sprawy publiczne -tzw. polityka, blog opinii,
2. Anek7 (rodzinne wyjazdy i wspólne spędzanie czasu z najbliższymi),
3. Silwercross (film-kino niezależne, uprawa działki, podróże - gł. góry, Geocatching, dzięki Silwercross usłyszałam tę nazwę i dowiedziałam się co to jest),
4. Zadurzona w książkach (wycieczki rowerowe i długie spacery, zdjęcia, spotkania z przyjaciółkami, słuchanie muzyki),
5. rajzarogiem (bieganie, oglądanie seriali i filmów, wycieczka w góry i wędrówki),
6 Karolina (kulinarne eksperymenty,puzzle, podróże i odwiedzanie ogrodów zoologicznych),
7. Książkozaur (gotowanie, śpiewanie, tańczenie, a także wszystko co tańca dotyczy,muzyka filmowa i klasyczna, robótki ręczne, marzenie o działce)
8. Scarlett (miłość do zwierząt i opieka nad nimi -koty, złote lata Holywoodu- lata 30/40, uwielbienie piękna - w postaci urody kobiecej, ale też sztuki -architektura, rzeźba)

Zwyciężczynię wyłoniłam w drodze losowania. Dziękuję wszystkim którzy zechcieli podzielić się swoimi pasjami a także marzeniami, dzięki czemu stali się nam jeszcze bliżsi.
I żeby nie przedłużać wylosowałam numerek 6, czyli książka powędruje do Karoliny
A książką jest

Karolinę poproszę o przypomnienie mi adresu na maila guciamal@wp.pl



sobota, 14 lipca 2012

Letni stosik na poprawę humoru oraz ogłoszenia drobne

Nie zamieszczałam ostatnio stosików, ale dzisiaj postanowiłam poprawić sobie humor.
Musiałam wymienić okna w jednym z pokoi. Zwlekałam tak długo, jak się dało. Dwukrotnie brałam pożyczkę na wymianę okna i dwukrotnie przeznaczałam ją na wakacje. Cóż to za przyjemność z nawet najładniejszych okien, jeśli ich wymiana pozbawia mnie radości poznawania świata. Ale w końcu przyszła kryska na Matyska, okno zapiekło się tak, że nie można go było otworzyć. Zimą to nie przeszkadzało, a latem – od czegóż są drzwi balkonowe. Niestety zepsuły się i one i nie było wyjścia. Trzecia z rzędu pożyczka przeznaczona została na tę nudną, ale niezbędną inwestycję. Nie wiem, czy też tak macie? Ale bardzo nie lubię tej chwili, kiedy trzeba płacić rachunki (czynsz, światło, gaz, ubezpieczenia, itp..), co innego, kiedy płacę za bilety na samolot, hotel, teatr czy książki.
Dlatego dla zrekompensowania sobie tej przykrości postanowiłam obejrzeć książki, które wzbogaciły ostatnio moją biblioteczkę. Zakup biblioteczki też mam w planach, ale ten wydatek w przeciwieństwie do dzisiejszego nie będzie nieprzyjemny.
Rozpakowałam dwie paczki, które dotarły w tym tygodniu, wyciągnęłam książki otrzymane od Izy i książkę z wymiany u Sardegny i wczorajszy nabytek z Empiku. Nie są to wszystkie zakupione i otrzymane ostatnio książki,ale nie chcę wyciągać upchniętych po kątach nabytków.
I tak idąc od dołu:
1. Kamień i cierpienie Karol Schultz – książka o Michale Aniele, polecona w jednym z komentarzy u Sary-Marii pod wpisem na temat Dawida (nabytek z internetowego antykwariatu). O Michale Aniele przeczytałam kilka książek, ale jest to jedno z moich opętań, więc lektury nigdy dość.
2. Dwie królowe J.I. Kraszewski – do wyzwania 200/200 (czy jeszcze pamiętacie to wyzwanie, ostatnio zrobiło się o nim cicho, a już za parę dni dwusetna rocznica urodzin pisarza).
3. Starosta warszawski – J.I. Kraszewski,
4. Król chłopów- J.I. Kraszewski. Nie mam pojęcia, czy uda mi się przeczytać choć jedną z nich jeszcze w lipcu, ale będę się starała.
5. Anioł zagłady – Stanisław Srokowski (książki od pozycji 2 do 5 otrzymałam od Izy. Bardzo za nie Izo dziękuję). Anioł wpasuje się w moje anielskie wyzwanie, o którym wcale nie zapominam, ale dni braknie, aby pisać o wszystko na co ma się ochotę.
6. Baryłeczka Guy Maupassant – nie mogłam zdobyć Bel Ami, którym zachwyca się wiele osób, zapolowałam na inne z dzieł Maupassanta w internetowym antykwariacie,
7. Ja, Klaudiusz Robert Graves – zdobyta na wymianie u Sardegny (uwielbiam książki historyczne, pamiętam wspaniały serial o tym tytule, który śledziłam z wypiekami na twarzy),
8. Therese Raquin Emil Zola – na żadnej z książek Zoli jeszcze się nie zawiodłam,
9. Kartka miłości Emil Zola – jak wyżej, książki z poz.8-9 nabyte w internetowym archiwum,
10. Ariso - Tomasz Cyz,
11. Powroty Dionizosa - Tomasz Cyz. Pozycje 10-11 nabyte za grosze z internetowej księgarni Zeszyty literackie,a zgodnie z opisem powinny przypaść mi do gustu.
12. Pamięć Włoch Wojciech Karpiński,
13. Włoskie miniatury Adam Szczuciński,
14. - 18 Obrazy Włoch (Florencja, Toskania i Umbria, Wenecja, Rzym, Mediolan i Werona) Paweł Muratow. Książkę kilka lat temu pożyczyła mi koleżanka przed jedną z moich podróży do Włoch, od tej pory wypożyczałam któryś z tomów z biblioteki przed każdym wyjazdem, teraz mam swoją własną. Jest to książka z gatunku tych, do których się wraca.
19. Notes toskański – zbiór refleksji na temat podróży do Toskanii znanych pisarzy,
20. -21 Zeszyty literackie nr 93-114 otrzymane gratis w związku z zakupem pozycji od 10 do 19),
22.Żona piekarza Marcel Pagnol – wczorajszy zakup z Empiku. Wszyscy piszą o Pagnolu, a ja nie znam pisarza. Żonę piekarza zapamiętałam z zabawy Dzień z książkami, kiedy to większość z panów zaczynała dzień właśnie z Żoną piekarza, stąd nie dziwota, że chciałabym poznać panią cieszącą się względami tak oczytanych panów.
Teraz tylko brać i czytać.
Jak widać stosik jest zdecydowanie w klimacie włoskim.
Czytam, czytam, tylko z recenzjami nie nadążam, w czwartek skończyłam czytać Saramago Baltazar i Blizmunda, w wczoraj Hanny Kral Zdążyć przed Panem Bogiem (obie zrobiły na mnie spore wrażenie, cho każda innego rodzaju), a dziś skończę Opowiadania Czechowa- moją trzecią pozycję do trójkowego wyzwania u Sardegny.

Obok- nowe okna- sama nuda

Ogłoszenia
1. Przypominam, że już niecałe trzy godziny zostały do zakończenia konkursu, w którym można wygrać książkę o Sissi. Do tej pory zgłosiło się osiem osób.
2. Czy ktoś z blogerów posiada w swych zbiorach i mógłby pożyczyć mi Brzuch Paryża Emila Zoli. Szukałam nawet na Alegro i w antykwariatach i nic, a bardzo chciałabym przeczytać, a że jak widać na załączonym obrazku nie mam co czytać, to rzecz jest niecierpiąca zwłoki.


środa, 11 lipca 2012

Mistrz z Delf Zbigniew Herbert- moje odkrycie Ameryki

Niepublikowane eseje, wiersze i wspomnienia odnalezione po śmierci poety ukazały się nakładem Zeszytów Literackich. Opracowała i ułożyła w tom oraz dodała komentarz pani Barbara Toruńczuk przy współpracy pana Henryka Citko. Wydano w 2008 roku. Ilość stron 206.
Pierwsza refleksja, jaka ciśnie mi się na usta po przeczytaniu Herberta - jaka szkoda, ze tak późno odkryłam moją Amerykę, druga - jak dobrze, że stało się to dopiero teraz, bo tyle jeszcze przeżyć przede mną.
Do tej pory myśląc Herbert myślałam – poeta, a to niejako wykluczało naszą bliższą znajomość. Umiejętność czerpania radości z poezji jest darem, którego (jeszcze?) nie dostąpiłam.
Nagle - olśnienie. Herbert to nie tylko poeta. Dzięki informacji u książkowca o zainteresowaniu mistrza podróżami i sztuką, czyli tymi dziedzinami życia, które są mi szczególnie bliskie postanowiłam sięgnąć po jedną z części Trylogii Herberta. Padło na tę, która była dostępna w bibliotece.
Czytając nie mam zwyczaju używania samoprzylepnych karteczek. Takie trzymanie ich na podorędziu rozprasza mnie podczas lektury. Czytając chcę się skupić wyłącznie na treści, klimacie, a nie na analizie utworu. Kiedy coś zachwyci mnie wyjątkowo mocno zdarza się, że zaznaczę dwa-trzy fragmenty do przytoczenia na blogu.
Czytając „Mistrza z Delf” zużyłam niemal cały bloczek kolorowych karteczek. Niemal każde zdanie budziło mój zachwyt a z wieloma poglądami i odczuciami autora identyfikowałam się każdym nerwem. Jak to miło, kiedy można przeczytać swoje myśli spisane piórem pisarza i to takiego pisarza.
Koronczarka Mistrza z Delf (Jana Vermeera) znanego szerszej publiczności dzięki filmowi Dziewczyna z perła.
Czytanie Herberta po raz pierwszy ma tę zaletę, że nie szufladkuję, nie porównuję, docieram na bezludną wyspę, na dziewiczy, nieznany ląd. A to co na niej odkrywam jawi mi się jak przepiękny, kolorowy ogród, pełen pasji, uczuć, apetytu na życie. A jednocześnie pozostaję pod wrażeniem erudycji i piękna języka.
„Mistrz z Delf” to zbiór szkiców, notatek, wierszy napisanych z różnych okazji przez Herberta. Właściwie powinnam przeklinać wydawcę, iż połączył w całość tak wiele elementów noszących za sobą taki ładunek emocji i taki ogrom treści – do tego tak różnorodnych treści. Ledwie skończyłam czytać już mam ochotę na zakup książki, ponieważ należy do rodzaju przyjaciół, których chcę mieć w pobliżu.
Co mnie w niej urzekło?
Nie potrafię sama sobie odpowiedzieć na pytanie, co bardziej zachwyca mnie w prozie Herberta, czy owo podobieństwo emocji, współodczuwanie piękna sztuki i natury, artyzm języka, podziw dla rozległości i gruntowności zainteresowań. A może jest to suma tych wszystkich elementów i jeszcze to nieuchwytne coś, co sprawia, że wytwarza się między twórcą a odbiorcą jakaś duchowa więź, pewien rodzaj porozumienia, który sprawia, że odnosi się wrażenie, że ta książka została napisana dla mnie i tylko dla mnie, że kiedy czytam, to tak jakbym patrzyła autorowi w oczy.
Książka odnosi się do tych dziedzin życia, które cenię najbardziej. Wyraża zachwyt literaturą, podróżami i sztuką.
Zaczyna się esejem na temat duńskiego księcia Hamleta. Jakże urocze jest to budowanie własnej wizji bohatera, tworzenie Hamleta spoza kart dramatu. To odczytywaniu utworu sercem, a nie tylko umysłem. Ten emocjonalny stosunek do literackiego tworu, który każe szukać w rzeczywistości śladów istnienia szekspirowskich (a przecież nie tylko takich) bohaterów.
„Gdybyż komentatorzy, zamiast fantazjować na temat tego, co zostało napisane, raczej odtwarzali to, czego nie ma i co trzeba odbudować wysiłkiem wiernej wyobraźni. Na pewno został jakiś ślad. W starych antykwariatach leży zapomniany zbiór sonetów miłosnych księcia, a w podziemiach Elsinoru od wieków butwieje wittenberski kufer, który dla badacza prehistorii Hamleta miałby wartość, jak skarb Priama dla poszukiwacza Troi. Wśród papierów i sztucznych kwiatów paczka listów Ofelii..”
A ile jest żarliwości w stosunku pisarza do szekspirowskiego bohatera.
"Pochowany w pauzie huków armatnich i w naszym milczeniu ślubujemy Ci, książę, bezsenność, niepokój, żarliwość. Pochowany w małej przerwie ziemi i w najgłębszym miejscu pamięci ślubujemy Ci, książę, że kiedy przyjdzie czas próby, wybierzemy cięższy rapier i cięższą śmierć".
Następne rozdziały to reminiscencje z podróży; głównie greckich. I znowuż jakże bliskie uczucia. Spisywanie wrażeń, uczuć, migawek, przeplatane prozaicznymi zapiskami na temat poczynionych wydatków. I ten jakże pocieszający opis pierwszego spotkania z Akropolem. Pocieszający nie dlatego, że wrażenia pisarza były tożsame z moimi (wręcz przeciwnie), ale pocieszający, ponieważ potwierdza konkluzję, do której i ja często dochodzę, że nawet to co piękne, jeśli nie trafi w swój czas, w moment, a czasem w gust odbiorcy nie będzie budzić zachwytu. Do tej pory czułam się dziwnie, kiedy jakieś miejsce, jakiś kraj budził niemal powszechną sympatię i zachwyt, a u mnie nie wywołał przyspieszonego bicia serca, nie spowodował błysku oka, nie zjednał moich uczuć na tyle, że mogłabym powiedzieć, chcę tu wracać wciąż i wciąż.
Zapewne dlatego tak mi się spodobał poniższy opis:
„Wstałem późno, wsiadłem do nieodpowiedniego trolejbusu. Wylądowałem wreszcie na Akropolu, spocząłem na stopniach Partenonu, polazłem spojrzeniem po znanych mi budowlach i nic. Żadnego zachwytu, żadnego olśnienia ani nawet tej prostej satysfakcji, którą ma kupiec z Hamburga czy sekretarka z Bufalo - jestem tutaj. Jestem tutaj, ale mógłbym by równie dobrze gdzie indziej, w nic nie znaczącym miejscu. Zrezygnowany wlokę się do muzeum do moich kor i znowu nic. Widzę, ale nie czuję…”
Jaki w tym uniwersalizm. Przecież odnosi się to nie tylko do podróży.
Pejzaż zimowy Averkamp
Zanim dojdziemy do eseju tytułowego „Mistrz z Delf” mamy okazję zapoznać się z krótkimi szkicami o mało znanych malarzach holenderskich. Przyznaję, iż nazwiska, które przytacza Herbert nic mi nie mówią. Mistrz przedstawia jednak ich sylwetki i dzieła tak plastycznie, że sięgam do Wikipedii, aby obejrzeć obrazy i zakochuję się w Avercampie. Jego zimowe pejzaże przypominające dzieła Bruegla są, jak ożywczy powiew zimy w środku upalnego lata. Pokazują, iż życie może być radością nie tylko w dniach kwitnienia, ale i w czasie obumierania.
„Avercamp przyjmuje, że świat jest dobry i godny zamieszkania, jego małe postacie na tle rozległej panoramy oddane są z czułą dokładnością miniaturzysty, bez cienia sarkazmu czy ironii. Obca mu jest medytacja wielkiego Flamanda [Bruegla] nad przemijaniem, obojętnością przyrody, znikomością egzystencji. I w tej zgodzie na to, co istnieje, w naiwnej, spontanicznej akceptacji rzeczywistości jest Avecamp arcyholenderski.
Pisząc o jednym ze swoich ulubionych malarzy tytułowym Mistrzu z Delf- Janie Vermeerze Herbert wyraża swój stosunek do sztuki. Herbert nazywa siebie historykiem sztuki - amatorem, a jego credo brzmi:
"Uprawianie historii sztuki sprowadzonej do rejestrowania form, stylów, technik i konwencji jest zajęciem dostojnie jałowym i solennie nudnym. Płodnym natomiast wydaje mi się trud zmierzający do tego, aby nawiązać dialog ze sprawcą dzieła, z jego niepowtarzalnym światem wewnętrznym, miłością, pasją, rozdarciem".
Też uważam, że pisanie o liniach, geometrycznych figurach wplecionych w kompozycję obrazu, rodzaju farby, technice artysty niewiele mówi o duszy obrazu. Ja odbiorca sztuki, ja amator szukam w niej emocji, a nie artyzmu, wzruszeń, a nie doskonałości, trzepotania serca (czasami nawet łez wzruszenia), a nie perfekcji czy geniuszu. Co przecież się nie musi się wykluczać.
Obok Widok z Delf Jan Vermeer
Amatorzy, to znaczy ci, którzy obcują z dziełami sztuki dla własnej przyjemności, a nie z niskich pobudek materialnych, czyli zawodowo, odczuwają nieodpartą potrzebę kontaktu z osobą artysty, mówiąc po prostu dawno zmarłego człowieka, poprzez przedmioty, które są jedynym materialnym śladem jego obecności….
Herbert pisząc o Vermeerze pisze o uwielbieniu dla jego dzieł przejawiającym się w pielgrzymowaniu do miejsc ich eksponowania. Należę zatem i ja rasy amatorów sztuki, bo i ja pielgrzymuję niczym do miejsc świętych, do miejsc, w których mogę spojrzeć w oczy Michała Anioła, Fra Angelico, Filippo Lippi, Sandro Botticellemu, GianLorenzo Berniniemu i jeszcze kilku innym artystom wieków minionych.
Opowiadam się po stronie ginącej rasy amatorów, ponieważ sam do nich należę. Najzwyczajniej, tak jak wszyscy, bronię swojej racji istnienia. Chciałbym żyć pośród zmarłych artystów, podobnie, jak żyję wśród otaczających mnie ludzi, kierując się sympatią, antypatią, kornym uwielbieniem, zapiekłą niechęcią- mało dbając o teoretyczne uzasadnienia tych arbitralnych ocen, bowiem głębokie uczucia opierają się na szczęście racjonalizacji.
I tu znowu przemawia uniwersalizm Herberta. Będąc amatorem sztuki jestem jej amatorem w niemal każdym z gatunków. Ze stosunku do sztuki wysnuwam emocjonalne podejście do literatury, bowiem jestem czytelnikiem amatorem i nie oceniam na podstawie racjonalnych przesłanek, ale tego żywszego bicia serca, tej iskry, która sprawia, że jednego autora darzę sympatię, a drugiemu nie zaufam nawet na tyle, aby dać mu drugą szansę.
Tom Mistrz z Delf zawiera kilkanaście króciutkich form, z których płynie tyle treści, że nie sposób ich nawet zasygnalizować. Nawet nie będę próbowała, to po prostu powinien przeczytać każdy amator życia, czyli amatorzy podróży, sztuki, piękna. Obok Zbigniew Herbert.
Chyba dawno nie poruszyło mnie nic tak dogłębnie i do trzewi. Moja ocena 6!/6

wtorek, 10 lipca 2012

Kaplica Medyceuszy we Florencji

Kaplica wiąże ze sobą trzy pojęcia, które są mi szczególnie bliskie; Michał Anioł, Medyceusze i Florencja. Dlatego z wielką przyjemnością przeniosę się w czasie i przestrzeni przypominając sobie wizytę w Nowej Zakrystii mieszczącej się przy bazylice San Lorenzo. Odwiedziny u Świętego Wawrzyńca poprzedziła lektura „Udręki i ekstazy” Irvinga Stone. Dzięki tej książce zapałałam uczuciem do signora Buonarroti, do renesansu i do Florencji.
To dzięki tej lekturze (recenzja książki tutaj) wszystko co wiąże się z osobą największego geniusza renesansu wywołuje emocje i sprawia, że nie potrafię przejść obojętnie wobec żadnego z jego dzieł, tak, jak nie widzę absolutnie żadnych wad we Florencji, która nieodmiennie wzrusza i raduje. Ponieważ Michał Anioł tworzył swoje dzieła z ogromną pasją, potrafię wybaczyć mu absolutnie wszystko, nawet to, że pobudki jego czynów nie zawsze były szlachetne czy to, że charakteru nie miał wcale anielskiego.
Dla mnie, jego dzieła mówią o nim i o jego stosunku do piękna, harmonii, radości życia. A tą radością była dla niego możność tworzenia.
Piszę o Michale, ponieważ trudno jest oddzielić twórcę od jego dzieła, bo obydwa czynniki tworzą jedność i nawet dziś, kiedy Buonarroti jest dla większości jedynie postacią z kart podręczników historii sztuki, to jego duch (idea, jaka mu przyświecała) przemawia do mnie z każdego z jego dzieł. A przynajmniej mogę się łudzić, że rozumiem (czuję?/wyczuwam, a może przeczuwam?), co chciał mi przekazać ich twórca. 
I choć Kaplica Medyceuszy nie jest zaliczana do największych, czy najważniejszych jego dokonań (większości ludzi Michał Anioł kojarzy się jedynie z Pietą, Kaplicą Sykstyńską i Dawidem), to dla mnie, jak ona, podobnie jak każde z jego dokonań ważnym i budzącym całą gamę wzruszeń dziełem i miejscem kolejnego spotkania z mistrzem.
Skąd wzięły się dzieła Michała Anioła we florenckiej świątyni? Bazylika Świętego Lorenzo (Wawrzyńca) uważana była za rodową świątynię rodu Medyceuszy, ponieważ to ich fundusze umożliwiły dokończenie rozpoczętej w 1418 roku przebudowy istniejącej tu od lat świątyni. Pracami przebudowy kierował sam wielki budowniczy Katedry Santa Maria Dell Fiore Filippo Brunelleschi. Budowę zakończono, jednak fasada pozostała nieotynkowana.
Pierwszy papież z rodu Medyceuszy Leon X pragnąc uświetnić swój pontyfikat fundacją elewacji zlecił zadanie zaprojektowania i wykonania fasady największemu wówczas rzeźbiarzowi i architektowi - Michałowi Aniołowi. Papież znał go od dziecka, gdyż to w pałacu jego ojca Wawrzyńca Wspaniałego młody Michelangelo zaczynał stawiać pierwsze kroki na drodze ociosywania kamienia. To tutaj pod wpływem jego ręki i dłutka marmur stawał się miękki jak wosk.
Kontrakt jednak został zerwany, a mistrz Buonarroti wykonał jedynie drewniany model. Powodem miał być brak zgody na użycie do dekoracji świątyni karraryjskiego marmuru. Tak więc dzisiaj wśród wielu przepięknych świątyń o marmurowych fasadach San Lorenzo wyróżnia się surową, pozbawioną okien, dekoracji, tynku i ozdób fasadą, przez co sprawia wrażenie niedokończonej.
Nie udało się Buonarrotiemu doprowadzić do końca prac związanych z wykończeniem (udekorowaniem) Świątyni, ale powierzono mu zaprojektowanie i wykonanie kaplicy, która miała zostać miejscem spoczynku największych Medyceuszy. Papież chciał, aby w kaplicy, poza grobowcami Wawrzyńca Wspaniałego (Il Magnifico) i jego brata Guliano zostali pochowani także dwaj książęta tych samych imion, z młodszej linii Medyceuszy (Guliano, syn Wawrzyńca Wspaniałego i Lorenzo, książę Urbino).
Zlecenie takiego zadania właśnie temu twórcy podyktowane było chęcią wykorzystania wszechstronnego talentu mistrza; architektonicznego (kaplica), rzeźbiarskiego (dekoracje posągami i rzeźbami) oraz malarskiego (freski ścienne), no i było także wyrazem przywrócenia do łask papieskich niepokornego florentyńczyka, który ośmielił się kwestionować papieskie polecenia zmiany dostawcy marmuru.
Prace nad kaplicą Michał Anioł rozpoczął około roku dwudziestego XVI-tego stulecia.
Jednak podobnie, jak przy wielu innych dziełach mistrza, nie dano mu spokojnie pracować. Kiedy zmarł papież Leon X, na tronie zasiadł jego polityczny oponent Hadrian z Utrechtu. Nie sprzyjał on Michałowi Aniołowi, choćby tylko z powodu poparcia, jakiego udzielali mu Medyceusze. Po śmierci Hadriana, kiedy papieżem został kolejny z Medyceuszy – Giuliano (Klemens VII) prace nad kaplicą nabrały tempa, jednak nie na długo. Wkrótce wybuchła wojna domowa we Florencji (w której ucierpiał posąg Dawida), następnie zaraza (która zabrała mu brata), potem papieżowi zachciało się uderzyć na Florencję, w wyniku czego Rada Miejska powierzyła Michałowi Aniołowi zajęcie się fortyfikacją Florencji. Wszystkie te zlecenia oczywiście nie radowały mistrza, on chciał jedynie tworzyć, no ale takim protektorom, jak papież, czy takim zleceniodawcom, jak władze miasta się nie odmawia. Wreszcie po zagadkowej ucieczce z miasta mistrz powraca do Kaplicy, aby nadać kształty kiełkującej w jego głowie wizji.
Noc
Kiedy praca dobiega końca Michał Anioł otrzymuje propozycję nie do odrzucenia od papieża (Klemensa VII) – namalowanie Sądu Ostatecznego w Kaplicy Sykstyńskiej. Ostatecznie budowę Kaplicy kończy Giorgio Vasari w 1557 roku.
Zgodnie z projektem Michała Anioła sarkofagi zostały ustawione po dwóch przeciwległych ścianach kaplicy, a na ich wiekach umieścił mistrz alegorie Nocy i Dnia (u Lorenzo) oraz Jutrzenki i Zmierzchu (u Giuliano). Dwie postacie męskie i dwie postacie kobiece symbolizujące narodziny i śmierć, początek i koniec, mężczyznę i kobietę.
Zmęczony długimi walkami z coraz to nowymi ojcami kościoła o zlecenia, o pieniądze, o możliwość swobodnej pracy, nieposiadający przyjaciół, niedoceniany przez rodzinę (ojca, braci i bratanków), przechodzący (jakbyśmy to dziś nazwali) „kryzys wieku średniego” (w 1525 roku kończy pięćdziesiąt lat) Michał Anioł wyraził postaciami Nocy i dnia, Poranku i zmierzchu pytanie - po co jesteśmy i dokąd zmierzamy? Pytanie bez odpowiedzi, a może jednak odpowiedz padła, tylko trzeba ją sobie odnaleźć. Kompozycja czterech postaci wyraża jego stan ducha, efekt jego rozważań nad ważnością poszczególnych etapów w życiu człowieka.
Michał Anioł nie podejmował się zadań łatwych, on nawet zwyczajne z pozoru zamówienie przekształca w całą opowieść. Opowieść opartą z pozoru na przeciwieństwach; siła witalna księcia Nemours przeciwko postawie myśliciela księcia Urbino, Dzień przeciwko Nocy, Poranek przeciwko Zmierzchowi. Z pozoru; bo może wcale nie jest to coś przeciwko czemuś, a coś w symbiozie z czymś, może postawy powinny się równoważyć, tak jak każdy etap życia jest tak samo ważny, a jeden bez drugiego nie istnieje, tak jak dopełniają się kobieta i mężczyzna, jak młodość wspiera starość, a starość służy doświadczeniem młodości.
Obok kompilacja dwóch dzieł Michała Anioła znajdująca się na wzgórzu jego imienia, skąd rozlega się przepiękna panorama miasta.
Chwilowe załamanie towarzyszące twórcy w początkowym etapie pracy przekształciło się w pogodzenie z upływem czasu, w wykrystalizowanie się nowej filozofii życia, czego efektem była próba zilustrowania w Nowej Zakrystii całego cyklu ziemskiej wędrówki. Zadanie karkołomne, ale jak widać po efekcie wcale nie niemożliwe.
Umieszczone nad sarkofagami postacie są symbolicznymi postaciami zmarłych, a nie ich wiernymi kopiami. Młodego księcia Urbino, którego nazywano „Zamyślonym” (pensieroso) przedstawił w postaci posępnego myśliciela w szacie rzymskiego wodza. Natomiast komendanta papieskich oddziałów w Rzymie Giuliano przedstawił, jako witalnego, dumnego wodza.
O zdobiących sarkofagi postaciach kobiecych pięknie napisał w Udręce i ekstazie Irving Stone:
„Nie chciał przedstawiać młodych dziewcząt na progu życia, chciał pokazać płodność, bujne ciało, które daje życie rasie ludzkiej, dojrzałe kobiety które pracowały i rodziły, mają ciało zmęczone, ale nie pokonane. (…) Wyrzeźbił Jutrzenkę, jeszcze niezupełnie przebudzoną, między snem a jawą, z głową pochyloną na ramię, z przepaską mocno zawieszoną pod piersiami, uwydatniającą ich krągłość, zwiotczałe mięśnie brzucha, łono znużone porodami, z całą historią kobiecego życia, którą można wyczytać z półprzymkniętych oczu, rozchylonych warg, ze zgiętym i zawieszonym w powietrzu lewym ramieniem, mającym opaść, aby podnieść głowę, by stawić czoło nadchodzącemu dniowi.”
A wokół Bazyliki Stragany z pamiątkami - źródło zdjęcia
Kobiece postacie w Kaplicy Medyceuszy nie mają nic wspólnego z ideałami piękna, a niewątpliwie są piękne, kto wie, czy nie piękniejsze od posągowych piękności.
Kompozycja w Kaplicy zawiera także autoportret samego twórcy. Postać zmierzchu nosi rysy twarzy Michała Anioła; zapadnięte oczy, kościsty nos, broda okalająca twarz.
Na uwagę też zasługuje postać Matki Boskiej (zwanej Madonną Medycejską) znajdująca się przy wejściu do Kaplicy. Ta nieukończona figura posiada piękne, delikatne rysy twarzy.
Kiedy stałam w Kaplicy Medyceuszy czułam w niej przejmujące zimno, co nie przeszkodziło mi spędzić w niej długich minut, podczas których marzły mi dłonie i stopy, ale rozgrzewało się moje serce. Takie samo zimno odczuwał przecież też Michał Anioł tworząc Kaplicę.
Kiedy stałam oko w oko z dziełem, które do dziś tchnie duchem (ideą) Michała Anioła zapomniałam o zimnie, zmęczeniu, czasie. Chciałam jedynie tu być, patrzeć i zapamiętać, jak najwięcej. A ponieważ pamięć płata figle zapamiętuje się raczej wrażenia, niż rzeczywisty kontur postaci, wyraz twarzy, wielkość, kształt. Te pamięta się raczej z reprodukcji.
Nie pamiętam dlaczego nie zrobiłam ani jednego zdjęcia w Kaplicy, być może był tam zakaz fotografowania (choć pamiętam długie chwile, kiedy byłam tam sama), być może było zbyt ciemno, a może to wzruszenie sprawiło, ze chciałam tylko być i patrzeć i chłonąc.