Łączna liczba wyświetleń

sobota, 13 października 2012

Paryskie spotkania z Czarą i Holly (cz. 2)


Obok Park Monceau (źródło zdjęcia)
Jak pisałam w części pierwszej Paryskich spotkań wspólne wędrowanie po Paryżu z Czarą i Holly należą do moich najmilszych wspomnień z tegorocznej wycieczki po Francji. O odkrytym na nowo dzięki Czarze Montmartrze pisałam tutaj
Dzisiaj kolej na Paryż z Holly. Spacer rozpoczęłyśmy w przepięknym parku Monceau od znajdującej się przy wejściu rotundy. Park Monceau został utworzony pod koniec XVIII wieku z polecenia Ludwika Filipa Orleańskiego.  Była to ciekawa postać; arystokrata, oficer, bohater licznych romansów, królewski kuzyn, którego odwrót od dworu i postępowe poglądy zapewniały temat do rozmów. 
Obok pomnik Chopina w parku 
W trakcie trwania rewolucji francuskiej został posłem w konwencie narodowym i głosował za ścięciem króla. Postępowe poglądy nie zapobiegły jednak temu, iż sam został stracony na gilotynie. Ogród został stworzony na wzór ogrodów angielskich, co oznacza, iż pełen był starożytnych świątyń, chińskich pagod, ruin, obelisków, akwenów wodnych, sztucznych skał. Po upadku rewolucji został przekształcony w park publiczny. Pod koniec następnego stulecia park został wykupiony przez władze miasta, a ponad połowa jego terenu miała być przeznaczona pod budowę nowych nieruchomości. Dzięki inicjatywie barona Hausmanna tereny te jednak pozostawiono w granicach parku. Został on na nowo otwarty przez cesarza Napoleona III.
Obok obraz  Le Parc Monceau Moneta.   
Park był świadkiem nie tylko beztroskich chwil wypoczynku paryżan, ale także masakry komunardów w 1871 r., którzy tutaj schronili się przed żołnierzami wersalskimi. Był także motywem prac wielu XIX wiecznych malarzy, między innymi Moneta (Le Parc Monceau). Do dzisiejszych czasów zachowała się zaledwie część jego imponującego „wyposażenia”, która i tak daje pojęcie o pięknie i bogactwie parku za czasów jego pierwszego właściciela. Znajdujące się tu dzisiaj liczne place zabaw, pomniki, ławeczki, posągi, ruiny, pomniki. Jest też akcent polski Pomnik Fryderyka Chopina. 
Obok Dom Nany.   
Nieopodal Parku znajduje się dom, który jak twierdzą znawcy miał być domem Nany z powieści Emila Zoli. W pobliżu Parku znajduje się także wejście do Muzeum Camondo (Musee Nissim de Camondo). Odwiedziny w tym Muzeum są jak wycieczka w czasie; wprost z XXI wieku przenosimy się do XVIII apartamentu (małego pałacyku), wyposażonego w autentycznego akcesoria z epoki rokoka.   Wchodząc trudno się zdecydować, co podziwiać najpierw; przestrzenność, bogactwo, smak, czy historię, którą opowiadają wnętrza. Camondo byli potomkami jednego z najbogatszych żydowskich rodów, ich historia zaczyna się w XV wieku, gdy z  Hiszpanii poprzez Wenecję przenoszą się do Imperium Osmańskiego, aby tam zdobyć fortunę. Przodkowie Mojżesza Camondo (pierwszego właściciela dzisiejszego Muzeum) byli finansistami, założycielami banku Imperium Osmańskiego.  
Obok salonik w posiadłości Mojżesza Camondo. Przybyły do Paryża Moisse był nie tylko bogatym bankierem, ale i wielkim kolekcjonerem sztuki. Wyburzył  odziedziczoną po ojcu posiadłość i przekształcił ją w odpowiednik nowoczesnego pałacyku przystosowany do pomieszczenia kolekcji mebli, obrazów, dywanów, wyrobów złotniczych, porcelany, książek. Kiedy jego syn Nissim zginął w 1917 roku podczas pierwszej wojny światowej w obronie Francji Mojżesz postanowił pozostawić swoją posiadłość wraz z ogromnymi zbiorami, jako Muzeum Sztuk Dekoracyjnych państwu francuskiemu dla uczczenia pamięci syna (Muzeum nosi dziś imię Nissima Camondo). Mojżesz, po śmierci syna i ucieczce żony z kochankiem do Włoch mieszka w tym ogromnych domostwie zupełnie sam, towarzyszy mu jedynie służba. Popada w depresję. Kiedy ogląda się ogromne pomieszczenia, np. jadalnię, czy salony można oczami wyobraźni zobaczyć samotnego, zgorzkniałego Mojżesza dla którego życie było takie piękne i takie smutne zarazem. Poniżej coś, coś jest moim marzeniem -biblioteka, na zdjęciu zaledwie jej fragment. Posiadłość wraz ze zbiorami przechodzi na własność państwa w 1935 roku. Ale to jeszcze nie koniec historii rodziny Camondo; jest jeszcze zamężna córka Mojżesza, bogata, wykształcona, niedawno przeszła na katolicyzm. Jest rok 1943, Beatrice bez obaw porusza się po mieście. Jest przecież jest katoliczką, jej ojciec przekazał cały swój olbrzymi majątek państwu, uważa więc, że nie może ją spotkać nic złego. A jednak - zostaje aresztowana i wraz z mężem i dwójką dzieci wywieziona do obozu koncentracyjnego w Auschwitz, gdzie giną wszyscy. I tak kończy się historia XV wiecznego bogatego żydowskiego rodu. Na szczęście dla nas zostaje miejsce, w którym przetrwało coś z ducha tamtych lat, no i przepiękna kolekcja.
To Holly opowiedziała mi bardzo ciekawą historię rodziny Camondo, ja przytoczyłam jedynie jej fragment. Historia ta mogłaby posłużyć za scenariusz filmowy. Ponieważ na zwiedzenie Muzeum miałyśmy niezwykle mało czasu będzie to jedno z pierwszych miejsc, do których wrócę podczas kolejnej wycieczki do Paryża. Zdjęcia z muzeum nie są mego autorstwa.
Po opuszczeniu Parku Monceau czekała mnie niespodzianka. Holly zaprowadziła mnie na Rue de Chazelles, w miejsce, w którym zbudowana została Statua Wolności. Pewnie niewiele osób wie, że jednym z projektantów Statuy był Gustaw Eiffel (projektant konstrukcji). Stanęłyśmy dokładnie w miejscu, w którym w 1885 r. zostało sporządzone zdjęcie wyłaniającego się spoza pracowni posągu i zostałam obdarowana pocztówką z reprodukcją tamtego zdjęcia sprzed ponad 125 lat (zdjęcie pocztówki obok). Holly nie mogła chyba wiedzieć, jak ogromną mi tą niespodzianką sprawiła radość. Statua Wolności był to bowiem do niedawna jedyny powód, dla którego gotowa byłabym przebyć długą drogę za ocean. Mam to tego symbolicznego posągu wiele sentymentu.
Następnie udałyśmy się na przechadzkę, w trakcie której obejrzałyśmy między innymi przepiękny sobór Aleksandra Newskiego w Paryżu (pierwszą prawosławną świątynię we Francji), Dom Kapitana Dreyfussa (przy okazji dowiedziałam się, że nasz rodak ma nakręcić film o „aferze Dreufussa”. Ciekawa jestem, czy w filmie wystąpi też Zola, który stanął w obronie kapitana), ciekawy secesyjny budynek magazynowy (Magasine Reunis) i doszłyśmy na Rue des Acacias, gdzie toczy się akcja wielu powieści Remarqua.  
Spacer zakończyłyśmy vis a vis Łuku Tryumfalnego przy lampce calvadosa, gdzie snułyśmy rozważania, który z położonych w pobliżu hotelu mógł stanowić miejsce zamieszkania Ravica (bohatera Łuku Tryumfalnego).  
I poczułyśmy się trochę jak bohaterki z tej starej fotografii (1925 r.)

To jednak nie był koniec przyjemności, ponieważ wieczór zakończyłyśmy wraz z Holly i Czarą delektując się ciekawą rozmową i smaczną kolacją. Dziewczyny, już się nie mogę doczekać kolejnego spotkania z wami i z Paryżem.

piątek, 12 października 2012

Blaszany bębenek Ginter Grass


Wydawnictwo Polnord-Oskar, rok 2006, ilość stron 646.
Najpierw wysłuchałam w postaci audiobooka, następnie przeczytałam książkę. Rzadko mi się zdarza powrót do książki w tak krótkim odstępie czasowym. Ta książka wywarła na mnie ogromne wrażenie. A może powinnam napisać inaczej; w mojej głowie kołatała się cała gama wrażeń; tak różnorodnych, tak sprzecznych, tak gorących, że aż trudno było je okiełznać. Tak trudno, że mimo, iż od lektury upłynęły prawie cztery miesiące, ja wciąż czuję zamęt. Po pierwsze to książka zupełnie inna niż te, które do tej pory czytałam; po trochu nowatorska, po trochu przerażająca, po trochu obrazoburcza, po trochu niebezpieczna, a wszystko to razem daje coś dziwnie fantastycznego. 
Urodzony w 1927 roku w Gdańsku autor napisał powieść o przenikaniu się, współistnieniu i przeciwstawianiu żywiołów kaszubskiego, polskiego i niemieckiego. Jest to groteskowo-ironiczna historia karła, który odmówił zgody na zastany świat poprzez odmowę rośnięcia. W wieku trzech lat Oskar spadł ze schodów i w wyniku odniesionych obrażeń przestał rosnąć. Akcja osadzona jest w latach 1924-1954 r., głównie w Gdańsku. Przedstawia ona historie czasami szokujące, czasami makabryczne, czasami zabawne, a czasami wręcz poetyckie. Jej lektura przyciąga i odpycha zarazem. Ale zawsze, kiedy już chciałam rzucić w kąt i nie wracać pojawiało się coś, co jak magnes nie pozwalało się od lektury oderwać. Oskar demaskuje otaczający go świat, ale Oskar demaskuje też sam siebie, jest odrażającym potworem, dla którego nie ma żadnych świętości, a z drugiej strony niezwykle inteligentnym dorosłym w ciele dziecka. Jego relacjonowanie świata jest tak pozbawione wszelkich emocji, że aż przerażające; w jego relacjach zaciera się granica pomiędzy dobrem, a złem.

Oskar jest buntownikiem i na otrzymanym w dniu swoich trzecich urodzin bębenku wygrywa swój protest przeciwko otaczającej go rzeczywistości. To dziwaczne surrealistyczne połączenie ciała i wzrostu trzylatka z psychiką dorosłego, inteligentnego człowieka wprowadza zamęt w świadomości czytelnika. Kim jest Oskar? Katem, czy ofiarą? Po której ze stron się opowiada? A może po żadnej? A może to właśnie chce przekazać, że on nie chce być stawiany przed wyborem. Chce żyć po swojemu bez bohaterstwa, ale i bez cierpienia. Trudno Oskara zrozumieć, jeszcze trudniej jest  go też polubić, ale też nie sposób nie dostrzec celności i mądrości jego spostrzeżeń. Kłębowisko myśli.

A w tle tej beznamiętnej historii niezwykle sugestywne i pełne sentymentu opisy rodzimego miasta autora. Do tego odważne opisy pierwszych inicjacji seksualnych oraz zwycięskiego „marszu” Armii Czerwonej przez Gdańsk.

Nowatorstwo powieści dotyczy zarówno warstwy fabularnej, jak i języka i sposobu narracji. Rozbudowane, urywane, pełne zwrotów akcji zdania, zmiana narratora w trakcie opowieści mogą powodować trudności w czytaniu, dlatego też mimo, iż książkę czyta się dość szybko wymaga ona skupienia. Jednocześnie ze względu na ciężką atmosferę jest trudno przyswajalna w okresach depresji czytelnika. Przy pierwszym czytaniu poległam na opisach wijących się węgorzy (są tak sugestywnie obrzydliwe... brr). Jednocześnie różnorodność gatunków, pomysłów literackich sprawia, że książka wciąż nas czymś zaskakuje.

Myślę, że książkę można albo pokochać, albo znienawidzić, trudno natomiast pozostać wobec niej obojętnym.

No i oczywiście jest to pozycja obowiązkowa dla wielbicieli Gintera Grassa i najpiękniejszego z miast, bo mojego.
Moja ocena 5/6

wtorek, 9 października 2012

Pustelnia parmeńska Sthendal


Długo nie mogłam zabrać się za napisanie paru słów na temat tej książki. A kiedy już je skreśliłam długo zastanawiałam się nad sensem ich publikacji. Książka bowiem wywołała we mnie letnie uczucia, ani mnie nie zachwyciła, ani mnie nie wkurzyła. Nie będę siliła się na pisanie długiego wywodu, dlaczego stało się, jak się stało. Wiedziałam, że jest to jedna z ulubionych książek sukienki w kropki i zabierając się za lekturę bardzo chciałam poczuć radość podobną do tej, jaką na samo wspomnienie książki przejawia moja blogowa koleżanka. Niestety serce nie sługa i nie posłuchało tym razem podpowiedzi rozumu, który przekonywał, że przecież powinno mi się spodobać. Rzecz dzieje się w tle pięknej włoskiej krainy, którą tak kocham, gdzieś tam pobrzmiewają jeszcze echa Waterloo, w którą to bitwę zaplątał się główny bohater (ach i związana z tym otoczka romantycznej epoki napoleońskiej), no i uczucia grające tu pierwszoplanową rolę (a uczucia to przecież rzecz najważniejsza).   I nic, żadne racjonalne argumenty nie pomogły, a serce nie zapikało.

Przeczytałam w biblionetce opinię mniej więcej takiej treści: Pustelnia parmeńska to połączenie brazylijskiej telenoweli, kronikarskiego stylu i głębi wyrazu spotykanego, jedynie u Szekspira i bardzo mi się ten skrócony opis lektury spodobał.

Osobiście zaliczyłabym ją do gatunki „płaszcza i szpady”, ale coś z tą telenowelą jest na rzeczy.

Fabrycy del Longo młodszy syn mediolańskiego arystokraty ucieka z Italii (nie mogąc się dogadać z ojcem) i przyłącza się do armii Napoleona, walczy pod Waterloo. Po powrocie przybywa do (kochającej się w nim) ciotki Sanseveriny do Parmy, gdzie za jej namową decyduje się na wybór kariery duchownego.

Bohater powieści, mający stanowić odbicie aspiracji i marzeń samego pisarza prezentuje typowo włoski temperament; spontaniczność, żywiołowość, gwałtowność uczuć, namiętność, brawurę, dzięki czemu zdobywając wdzięki kolejnych pań pakuje się w coraz to nowe kłopoty; ucieczka, więzienie, wygnanie, odosobnienie. W końcu zaznawszy radości przelotnych miłostek trafia na tę jedyną. Tyle, że trudno mi jest w to uczucie uwierzyć, skoro sam bohater uważa, iż nie jest miłości godzien, bowiem nie potrafi kochać i uczuć odwzajemniać.

Cała wartość powieści leży nie w fabule, która nie porywa (tzn. mnie nie porwała, ale to może wina gatunku, który się przeżył), a w sposobie opisu uczuć. Prezentacja rozważań Fabrycego i księżnej Sanseveriny w sposób niezwykły, jak na dziewiętnastowieczną literaturę ukazuje wewnętrzne życie bohaterów wraz z całą gamą miotających nimi uczuć. Wyobraźnia bohaterów to wynosi ich pod niebiosa, to spycha w piekielne otchłanie. W zderzeniu z suchym przedstawieniem zdarzeń wewnętrzne monologi bohaterów stanowią dobrą przeciwwagę. Stendhal składa hołd prostocie uczuć, wynikających z pierwotnych cech człowieka. Namiętność rozgrzesza wszystko; usprawiedliwia zarówno zdradę, jak i zbrodnię, bo namiętność jest poza moralnością. Czy aby na pewno? Nie jestem przekonana.

I to jest wszystko, co udało mi się sklecić na temat lektury. A zamiast oceny przytoczę fragment opinii jej tłumacza Boya-Żeleńskiego. 

"Mimo swoich słabizn, mimo - zwłaszcza - dotkliwych rozwlekłości (w części drugiej) - mimo swego "naturalnego" stylu, przetrwała ona i przetrwa zapewne jako jeden z najbogatszych w treść wewnętrzną, najbardziej sugestywnych utworów epoki. Jest ta książka jedną z najbardziej znanych, cytowanych. Istotnie, kto ją raz przeczyta, ten jej nie zapomina; zacierają się w pamięci szczegóły zawiłej intrygi, ale dusza bogaci się o jeden ton, oryginalny, mocny i nieraz wspomnieniem swoim pogrążający w zadumie. I to współtajemnicze działanie stanowi urok Stendhala i sprawia, że książki jego przeżyły tyle innych, skądinąd może doskonalszych utworów literackich".

niedziela, 7 października 2012

Paryskie spotkania z Czarą i Holly- cz.1


Obok Placyk i stacja metra Abesse, miejsce, w którym  rozpoczęłyśmy nasz spacer. 
No dobra, przyznaję się, niechętnie spotykam się ze znajomymi, dość już mam tych jałowych rozmów na temat diet, celulitu, jędrnych pośladków, doklejania rzęs, niewyspania, przepracowania, nudnego rozkładu sobotnio-niedzielnych zajęć w postaci; zakupów, sprzątania, remontu (i narzekania na to, że weekend zbyt krótki, co prawda, to prawda, ale ile można) i w ogóle, że życie jest ciężkie. Kiedy więc Czara, a potem Holly zaproponowały spotkanie przystałam, choć szczerze mówiąc nie skakałam z radości. Najpierw obawiałam się owych „poziomych rozmów” (termin zapożyczony od któregoś z literatów, publikowany w Płaszczu zabójcy), aby chwilę później popaść w kompleksy, że może to ja nie dorastam do poziomu rozmówczyń i to one będą rozczarowane stratą czasu.

Tymczasem okazało się, że spotkania z dziewczynami pozostaną jednym z milszych paryskich wspomnień, a także, że są jeszcze osoby, z którymi można porozmawiać o literaturze, sztuce, o życiu bez epatowania przygnębieniem, tumiwisizmem i zniechęceniem, dziewczyny, którym, mimo rozlicznych zajęć chce się w życiu coś robić, poza, albo zamiast odrabiania pańszczyzny codziennych zajęć, którym chce się dzielić swą wiedzą, doświadczeniem, przemyśleniami z innymi i które energią mogłyby obdzielić niejednego malkontenta (choć, czy malkontenta można by zarazić pozytywną energią to kwestia dyskusyjna).

Obok Moulin de la Gallete widziany z Rue Lepic.
Dziewczyny pokazały mi; każda po trochu swojego Paryża, a że mieszkają tam spory kawałek czasu, było co pokazywać. Tylko ograniczone ilością czasu skoncentrowały się każda na małej jego cząstce; Czara oprowadziła mnie po Montrmatrze, Holly po Parku Monceau i okolicy.

Obie zaprowadziły mnie w miejsca, do których nie docierają przewodnicy turystycznych wycieczek (a przynajmniej polskich wycieczek, co po części jest dla mnie zrozumiałe, ile można pokazać podczas kilku godzin pobytu w mieście świateł).

Dzisiaj pierwsza część wspomnień - Paryż z Czarą. 
Bardzo podobał mi się spacer po Montmartrze odbywany z pominięciem sztandarowych okolic Sacre Coeur i Place du Tertre; miejsc bardzo urokliwych, ale tak potwornie zatłoczonych, że spacer zamienia się w mało przyjemne przepychanie się pomiędzy ludźmi i budynkami. Tymczasem Czara oprowadziła mnie równie ładnymi, a niemal opustoszałymi uliczkami dzielnicy artystów (Wzgórza Św. Męczenników) opowiadając historie znajdujących się tam budowli i jego byłych mieszkańców. Po raz pierwszy miałam okazję zobaczyć Le Bateau-Lavoir, budynek, w którym na początku XX wieku zamieszkiwała grupa artystycznej bohemy; między innymi Picasso i Modiliani, gdzie bywał Apollinaire, Matisse, Gertruda Stein, Jean Cocteau i wielu innych. Tutaj też wydano bankiet na cześć Rousseau. 
Obok Le Bateau-Lavoir  
W dawnych pomieszczeniach konstruktora fortepianów na rogu Place Emile-Goudeau w ciasnym, niezwykle skromnie wyposażonym, wręcz biednym, pełnym zakamarków budynku, wśród zapachu stęchlizny, pleśni, wśród niezliczonej ilości kotów oraz gwaru jego wielobarwnych mieszkańców, przy nieprzepuszczających powietrza i światła małych okienkach powstało dzieło Picassa Panny z Avignon. Niepozorny dom (jak podaje książka Sztuka i architektura Paryż) spłonął w 1970 roku. A zatem budynek, który znajduje się tam dziś musi stanowić jego replikę. W oknach znajdują się fotografie i nazwiska dawnych jego mieszkańców.  

Obok Panny z Avignon Picassa (zainteresowanych genezą obrazu odsyłam do wpisu u Marlowa)  
Tutaj też po raz pierwszy usłyszałam o Lapin Agile, o którym miałam okazję kilka dni później czytać w książce Kobiety w życiu Van Gogha. Ten paryski kabaret był jednym z ulubionych miejsc spędzania wolnego czasu przez pisarzy i malarzy. Bywali w nim między innymi mieszkańcy wspomnianego wyżej domu. Był też miejscem spotkań kryminalistów, sutenerów i lokalnych anarchistów. Kabaret malowali zarówno Picasso, jak i Maurice Utrillo. O tej ciekawej postaci także dowiedziałam się od Czary. Właściwie nazywał się on Maurice Valadon i był nieślubnym synem Suzanne Valadon. Suzanne pierwotnie występowała w cyrku, następnie była modelką (głównie Renoire), po czym została malarką. Syn odziedziczył po matce talent artystyczny, zaś po przybranym ojcu katalońskim krytyku sztuki odziedziczył nazwisko (Utrillo). Pojony przez babkę od dziecka alkoholem (taki sposób uspokojenia dzieciaka) przez całe życie pozostał nałogowcem; „cyganem błąkającym się między knajpami Montrmartru, izbami wytrzeźwień a szpitalami dla umysłowo chorych” (informacja z wikipedii). W ramach terapii zaczął malować i okazało się, że jest niezwykle utalentowany. Pierwsze obrazy powstały pod wpływem Pissarra i Sisleya. W okresie, kiedy nie miał pieniędzy na przybory malarskie tworzył za pomocą kleju, gipsu i białej farby (ten okres jego malarstwa nazwany został białym).  
Obok obraz Utrillo Cabaret Lapin Agile. Utrillo często płacił właścicielom kabaretu obrazami. Pokaźna ich kolekcja mogłaby zapewnić rodzinie byt na długie lata, gdyby nie to, że nieświadomi jej wartości sprzedali ją "za grosze".
Utrillo miał niezwykle bujne, acz często smutne życie, pozostawił po sobie ponad trzy i pół tysiąca obrazów.

Następnie błąkając się krętymi uliczkami wzgórza (mijając po drodze wiele ciekawych miejsc, o których nawet krótkie wspomnienie wydłużyłoby ten wpis do niemożebnej rozciągłości) trafiłyśmy na ulicę Rue Lepic, a przy niej między innymi słynny Moulin de la Galette. Wiszący dziś w Muzeum Orsay obraz Augusta Renoire`a przedstawiający tańczących na tarasie młyna mieszkańców dzielnicy rozsławił młyn na zawsze. Kojarzony z sielankową scenerią niedzielnego wypoczynku bawiących się paryżan ma także swą ponurą historię. Jest nią tragiczna śmierć syna właściciela młyna, zamordowanego przez Kozaków pod koniec wojen napoleońskich w 1814 roku (został on ukrzyżowany  na ramionach młyna).

Obok Kamienica, w której mieszkał Theo Van Gogh, a także Vincent Van Gogh na Rue Lepic
Rue Lepic to chyba obok Place du Tertre jedna z najbardziej malowniczych uliczek Montrmartru. Pełno tu kawiarenek, restauracyjek, dwa „zabytkowe” młyny (być może jest ich więcej, ja widziałam dwa), piękne widoki; zarówno na położony w dole Paryż, jak i na położone wyżej wzgórze. Pod koniec spaceru dotarłyśmy do domu, w którym mieszkał Theo Van Gogh, a w którym podczas wizyty u brata zamieszkiwał także Vincent. Na domu znajduje się informująca o tym pamiątkowa tabliczka.

piątek, 5 października 2012

Paryż na widelcu Stephen Clarke


Z góry przepraszam wszystkich, który się ta książka podobała, którzy byli nią zachwyceni, których zauroczyła, z moją siostrą na czele (Moja siostra prostuje, że nie była nią zachwycona, ale przyznaje, że się jej podobała). Nie lubię opisując książki używać przymiotników, które mogłyby spowodować, że urażeni poczują się nie pisarze, ale czytelnicy, którym lektura sprawiła przyjemność. Mnie niestety zawiodła i rozczarowała. Ale może nie byłam najwłaściwszym odbiorcą, może nie do mnie była ona skierowana. Właśnie nad tym, kto jest adresatem książki zastanawiałam się przez pierwsze sto stron; czy są to turyści (musieliby choć trochę władać francuskim i zupełnie nie interesować się sztuką), czy są to paryżanie (musieliby być delikatnie mówiąc lekko nierozgarnięci nie potrafiąc trafić z miejsca A do miejsca B i nie wiedząc jak zachować się w restauracji), a jeżeli ani jedni, ani drudzy to kto.

Książka jest zlepkiem informacji, historii, doświadczeń, anegdotek na wybranych przez autora dwanaście tematów. Wybór subiektywny, mnie nie do końca przypadający do gustu, ale to prawo autora pisania na temat tego, co uważa za interesujące.  Autor chce przedstawić Paryż w innym świetle, nie tym znanym z przewodników, folderów, kina, pocztówek, bo przecież ileż można pisać o Luwrze, wieży Eifella, czy alejach elizejskich. Dużo ciekawsze i pozbawione zadęcia jest dla przykładu pisanie o numeracji i nazewnictwie ulic, o tabliczkach informacyjnych, stacjach metra, sikaniu na ulicy, gołębich odchodach, snobizmie i egoizmie Paryżan, ich nieuprzejmości, o tym, że w metrze zaduch i śmierdzi i ze w ogóle ci Paryżanie są wkurzający.
Komu mają służyć i co do znajomości miasta mają wnieść informacje na temat przekroju społecznego podróżujących wszystkimi szesnastoma liniami metra.
…Linia ta jest zatłoczona gdyż korzystają z niej ludzie dojeżdżający do pracy podmiejskimi pociągami na dworzec Saint Lazare. Najstarsze składy zostały wyremontowane i teraz zamiast długiej rury od sufitu do podłogi wagonu w przejściach zamontowano sięgające pasażerom do pasa i przypominające kaktusy słupki z trzema uchwytami. Na suficie umieszczono niebieskie światełka odbijające się w chromowanym metalu…..(str. 104)

...Kolejna linia wymagająca renowacji. Choć tutejsze pociągi wyglądają jak nowe i lśnią metalicznym blaskiem, ich koła hałaśliwie jęczą i brzęczą, mknąc po torach… Linia jest bardzo kręta, meandruje po mieście niczym Sekwana… (str. 108)

...Stare pociągi zostały wyposażone w nowe siedzenia w orientalne wzory-wyjątkowo niewygodne, o ile ktoś w ogóle ma szansę na nich usiąść (str.111)

Bo powinniście wiedzieć, że zdaniem autora podróżowanie metrem to koszmar; ciasno, tłoczno, śmierdzi, ktoś ci wisi nad głową, ktoś cię dotyka, nigdy nie można usiąść. No, ale co zrobić, alternatywą są stojące w korkach autobusy.
Oczywiście nie mam takiego doświadczenia, jak autor książki, nie mieszkałam w Paryżu latami, ale podczas tych w sumie grubo ponad setkę przejazdów metrem i to w bardzo różnych porach dnia i chyba wszystkimi jego liniami marzyłam o jednym; dlaczego w Polsce jedynie Warszawa dostąpiła zaszczytu posiadania komunikacji podziemnej. Szybko i często, punktualnie, co do minuty, pod warunkiem, że się ktoś pod pociąg nie rzuci lub nie zastrajkują służby obsługujące metro. Nie bardzo więc rozumiem tę „nagonkę” na paryskie metro. Może nie mam dużych doświadczeń podróżniczych, ale kwestia zatłoczenia w godzinach szczytu jest tożsama w znanych mi metropoliach (warszawskiej, rzymskiej, marsylskiej).

No dobrze, ale zostawmy metro w spokoju. Otóż dalej radzi autor, jak pytać paryżanina o drogę i jak interpretować jego odpowiedź. Kiedy pytasz się jak dojechać do np. Champs – Elysees, to paryżanin udzieli ci bardzo pokrętnej odpowiedzi, z której nic nie zrozumiesz, więc powinieneś nadstawiać ucha, aby wychwycić stację początkową i końcową. I znowu zastanawiam się, dla kogo jest ta rada i jedynym uzasadnieniem wydaje mi się osoba niewidoma. Otóż mapa metra wisi co parę kroków w widocznym miejscu każdej linii metra, dodawana jest do karnetów przejazdowych gratis, rozdawana w każdym hotelu i punkcie informacji turystycznej, wisi w każdym wagoniku metra przy każdych drzwiach, duże tablice z mapą okolicy znajdują się co parę metrów i przy każdym wejściu do metra i chyba trzeba być Anglikiem w Paryżu, aby pytać się, jak dojechać do którejkolwiek ze stacji metra.

Zresztą wydaje się, że bez znajomości języka francuskiego nie macie w Paryżu czego szukać, nie będziecie bowiem mogli w ogonku do kasy w sklepie spożywczym poinformować ustawiających się za wami klientów o fakcie, iż jesteście ostatnią osobą, jaka zostanie przy tej kasie obsłużona, nie zamówicie niczego do jedzenia w restauracji i nie wynajmiecie hotelu.

Nie mogę tego potwierdzić; pięciokrotnie byłam w Paryżu nie znając języka francuskiego, posługując się minimalną i bardzo ubogą wersją języka angielskiego i w Paryżu (zupełnie inaczej było w Marsylii, gdzie słysząc angielski udawano głuchotę) prawie nigdy (poza jedną wizytą w restauracji) nie miałam kłopotów z porozumieniem się w podstawowych sprawach. Obawiam się natomiast, iż w Londynie nie miałabym szans na porozumienie z Anglikiem (ale to tylko moje obawy nie potwierdzone jak dotąd praktyką).

Inne ciekawe i bardzo przydatne informacje to np.; nie siadaj na ławeczkach pod drzewami, bo możesz zostać obesrany przez gołębia, uważaj, aby nie zostać obsikany przez paryżanina, który ma zwyczaj sikać na ulicy, nie chodź do Luwru, czy do Orsay, bo odstoisz pół dnia w kolejce po bilety, a w ścisku i tłoku wewnątrz i tak niewiele zobaczysz, ponieważ zwiedzających jest zbyt wielu, możesz w zamian wybrać się na zwiedzanie kanałów, aby przesiąknąć odorem miejskich odchodów.

I znowu sprostowanie; w Orsay`u bywam za każdym moim pobytem w Paryżu, w Luwrze byłam czterokrotnie i nigdy nie stałam w kolejce do wejścia dłużej niż kilka minut, ostatnio trwało to aż pół godziny, bowiem przyszłam chwilę przed otwarciem muzeum. Poza tłumami przed Moną Lisą do każdego obrazu prędzej czy później mogłam swobodnie dotrzeć.

Jest w tej książce parę ciekawych informacji, jednak nie mam pewności co do ich wiarygodności, odkąd trafiłam na takie nieścisłości, jak ta, że Katarzyna Medycejska podżegała do urządzenia masakry zwanej Nocą św. Bartłomieja (kiedy historycy już od dość dawna twierdzą, iż udział Katarzyny M. w Nocy Św. Bartłomieja był jedynie wyrazem biernej postawy, brakiem sprzeciwu, ale na pewno nie podżeganiem), czy też ta, że kamienni święci z Katedry Notre Dame potracili głowy w wyniku rewolucji (głowy potracili biblijni królowie Judy, a nie święci). To zaledwie dwa przykłady, może bez znaczenia dla większości odbiorców, ale jakoś podkopały moje zaufanie do informacji historycznych podawanych przez autorach.

Zaciekawiła mnie geneza powstania metra, dzieje jego budowy, historia cyklicznych powodzi. Rozdział dotyczący historii dość ciekawy, ale dziwnie wybiórczy; od neolitu, poprzez czasy rzymskie, rewolucję do przebudowy (nazwanej ruiną miasta) przez barona Hausmanna. Dziwny też wydaje mi się klucz, według którego autor rekomenduje paryskie hotele  czy paryskie knajpy. W rozdziale poświęconym jedzeniu kieruje nas na drinka do Maxima, a tymczasem nie wskazuje żadnego godnego polecenia miejsca dla średniozamożnego klienta.

Najbardziej rozczarował mnie rozdział poświęcony sztuce. Zdaniem autora nie należy odwiedzać będących na topie muzeów i galerii, a raczej pójść do mało znanych peryferyjnych muzeów; jak np. Muzeum Jeana Arpa (o którym pisze dość obszernie). Tylko, co zrobić, jeśli kogoś nie interesują ekspozycje tych mało znanych peryferyjnych muzeów.

No i jak pisałam do muzeów naprawdę można się dostać bez tak wielkich problemów, jak kilku godzinne oczekiwanie na wejście, czy przepychanie się w tłumie, trzeba mieć tylko kilka dni do dyspozycji i wybierać takie, w których odwiedzających bywa mniej (są np. popołudniowe wejścia i wieczorne zwiedzanie), a być w Paryżu i nie odwiedzić przynajmniej raz sztandarowych galerii to jakby się w Paryżu nie było. No, ale zawsze pozostaje alternatywa pójścia na jeden z kilku mostów nad Sekwaną obwieszony symbolami miłości; kłódkami z inicjałami zakochanych.

W końcu dochodzę do wniosku, że książka skierowana jest do tych, którzy Paryża nie znają, a którym przyjdzie tutaj zamieszkać; może anglików, którzy marzą o zamieszkaniu nad Sekwaną. Zamieszczone tu informacje na temat unikania pewnych tras metra, niestawiania rowerów na klatce schodowej, czy ostrożności przy wynajmie mieszkania mogą okazać się przydatne. Natomiast obawiam się, że rdzennych mieszkańców książka mogłaby znużyć jeszcze bardziej niż mnie, dorywczego zwiedzacza paryskich ulic, który doskonale zdaje sobie sprawę, że Paryż nie wymaga przyklękania przed nich na kolanach, że poza licznymi blaskami ma także swoje cienie i że nie trzeba doń wcale podchodzić czołobitnie.

Ja znalazłam w książce dwie przydatne informacje; pierwszą było przypomnienie o rzadko odwiedzanym muzeum Marmottan z najobszerniejszą kolekcją Moneta, które przyznaję i mnie, mimo kilko pobytów jakoś zupełnie umknęło z pamięci, drugą wiedza, jak rozpoznawać dobre restauracje (po języku menu- wyłącznie francuski, była jeszcze informacja o zatłoczeniu – ale to rzecz powszechnie znana, więc nie warta opisu).
Co jeszcze mi się nie podoba w tej książce to język; autor jest taki hura anglosaski, posługuje się językiem potocznym, nawet powiedziałabym nieco rynsztokowym; sikanie, sranie, jebanie, bzykanie – uzasadnione w języku literackim tutaj nieco razi, bo mam wrażenie, że jest takie troszkę pod publiczkę; tak aby książka była łatwo przyswajalna. Przypomina mi to troszkę sceny rozbierane w teatrze, trzeba, czy nie, ale jest szansa na przyciągnięcie większej widowni.
„Niebezpieczna mieszanka psich szczyn, szczurzych odchodów i sikających gdzie popadnie ludzi zaintrygowała mnie…”

Na końcu natrafiłam na cytat z Zoli „Brzuch Paryża” brzmiący „Słońce rozpaliło w warzywach ogień. [Florentyn] nie rozpoznawał już bladych barw świtu. Nabrzmiałe serca sałat płonęły, marchewki krwawiły czerwienią, a rzepy i kalarepy rozgorzały”, który autor komentuje „Zola pisał tak, jakby chciał uprawiać seks z warzywami”.

A swoją drogą ciekawa jestem, czy moje znajome paryżanki książkę czytały i czy im się podobała. Może to tylko do mnie ona nie przemówiła.

Autor znany jest (nie mnie) z serii książek z Merde w tytule (czyli "g" w tytule).