Łączna liczba wyświetleń

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Święta w Krainie Łagodności



Niech zakwita, niech oczyszcza, niech kształt nada
Tam, co w nas tkwi gdzieś na dnie samym
Niech się wznosi, niech się wznosi
Aż zabłyśnie tęczą
Do krainy łagodności bramą.*
Kraina Łagodności - to nie miejsce na ziemi, ale stan ducha, jaki można odnaleźć w sobie. Niektórzy, aby go znaleźć nie potrzebują nigdzie wyjeżdżać, innym wystarczy wyjść za próg domu, a jeszcze inni potrzebują oddalić się od domu o kilka, kilkanaście lub kilkaset kilometrów.


Ponieważ mój wewnętrzny spokój został przywalony tonami złych emocji potrzebowałam trochę większego dystansu dla ponownego jego odzyskania. Padło na Kraków, miasto bliskie sercu, miejsce, w którym mimo zgiełku wielkiej aglomeracji łatwiej jest odnaleźć stan wyciszenia, harmonii, spokojności. Poszukiwania zwieńczone zostały powodzeniem. Czas pokaże, na jak długo. 
To były piękne święta obfitujące w czas, spokój, refleksję. Spacery, spacery i jeszcze raz spacery, przerywane lekturą, koncertem, kinem, teatrem i smakowaniem Krakowa. 


Takie święta bez pośpiechu, bez poczucia zawiedzenia czyichś oczekiwań, bez przejedzenia (a jednak z uczuciem sytości), bez żalu, że znowu coś umknęło, że się nie zdążyło, nie odpoczęło, nie odwiedziło, nie kupiło, nie podało, nie sprzątnęło, nie zrobiło, nie pospało, albo pospało za długo...
Aby jednak nie było tak całkiem idyllicznie muszę wrzucić mały kamyczek do tego Ogródka Łagodności. 
Gdyby ktoś dziś mnie zapytał o radę w sprawie świąt poza domem, odpowiedziałabym, że jeśli nie odczuwa się obawy przed byciem ze sobą to polecam, ale nie w kraju, a przynajmniej jeszcze przez jakiś czas nie w Polsce.


Kiedy rok temu spędzałam święta w Amsterdamie miałam wrażenie, że całe otoczenie świętuje; ludzie życzliwi, radośni, spokojni, uśmiechnięci. Amsterdam to miasto otwarte dla mieszkańców i dla gości. Miasto dzielące się swymi bogactwami. Otwarte restauracje, kawiarnie, muzea i galerie, a zapewne i teatry. Zarówno turysta, jak i tubylec może wykorzystać wolny czas na wspólne z rodziną czy przyjaciółmi wyjście z domu. Nie dyskryminuje się ludzi, którzy nie chcą spędzać dwunastu godzin pod telewizorem bądź zamknięci w czterech ścianach własnego mieszkania. 
W Krakowie w okresie 24-26 grudnia pozamykane były prawie wszystkie muzea, galerie i teatry. Pozamykana była też większość kawiarni i restauracji. Kartkę z takim napisem (jak na zdjęciu obok) można było znaleźć na dwóch trzecich (jeśli nie więcej) tego typu lokali. W samo Boże Narodzenie otwartych było zaledwie kilka procent ogółu lokali gastronomicznych. Wygłodzonych turystów ratował Bożonarodzeniowy Jarmark serwujący na świeżym (mroźnym) powietrzu bigos, pierogi, pieczone kiełbaski, czy golonkę. 
Mnie się udało znaleźć kilka miejsc oferujących smaczny i ciepły świąteczny posiłek, ale wielu nie miało takiego szczęścia. 
Ale, żeby nie było tak pesymistycznie napiszę, iż i tak jest dużo lepiej niż parę lat temu, co mogę stwierdzić czytając wpis u buksy (na podstawie książki Zagajwskiego Lekka przesada).


Humor dopisywał i nawet jeśli marzły stopy i dłonie, wiał silny wiatr, w oczy zacinał deszcz lub oślepiało słońce (pogoda zaprezentowała całą gamę możliwości) to rekompensowały to piękne widoki, poczucie nieskrępowanej wolności, klimat miejsca i niesamowite doznania towarzyszące odwiedzinom na kilku wystawach (przed i po świętach) czy wysłuchaniu przepięknego koncertu w kościele Piotra i Pawła (jednej z niewielu atrakcji, jaką miasto oferowało w Dniu Bożego Narodzenia). 
Można też było się ogrzać przy ognisku obok kościoła Franciszkanów, gdzie odbywała się żywa szopka i wspólne śpiewanie kolęd. Cieszę się, że spędziłam tutaj kilka dni, bo odwiedzając miasto w okresie świąt mogłabym nie znaleźć Mojej Krainy Łagodności.
* fragment piosenki Wojtka Bellona Pieśń łagodnych 

niedziela, 21 grudnia 2014

Życzenia powtórzone

fragment szopki z Bazyliki Św. Piotra w Watykanie
Może życzenia należy powtarzać kilkakrotnie, aby miały moc sprawczą. Ponieważ moje wielkanocne życzenia nie uchroniły mnie od tego od czego uchronić mnie miały  raz jeszcze pokornie poproszę o ich spełnienie. 

Każdy Twój wyrok przyjmę twardy
Przed mocą Twoją się ukorzę
Ale chroń mnie, Panie, od pogardy
Przed nienawiścią strzeż mnie, Boże
  
Wszak Tyś jest niezmierzone dobro
Którego nie wyrażą słowa
Więc mnie od nienawiści obroń
I od pogardy mnie zachowaj
  
Co postanowisz, niech się ziści
Niechaj się wola Twoja stanie
Ale zbaw mnie od nienawiści
I ocal mnie od pogardy Panie...



Życzę wszystkim zaglądającym, aby w okresie nadchodzących Świąt Bożego Narodzenia spotykali tylko same życzliwe osoby.
Życzę spokojnych i pogodnych Świąt.

A ja idę dalej pakować walizkę i lecę w poszukiwaniu Mojej Krainy Łagodności.

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Podróż do Rzymu Alberto Moravia (największe rozczarowanie w tym roku)


I znowu uległam głupiej obsesji kupowania książek z miastem w tytule. Miałam nadzieję, że znane nazwisko uchroni mnie od nietrafnego wyboru. Tymczasem zmuszona jestem do przerwania lektury w połowie, co jak jeszcze nie tak dawno pisałam zdarza mi się niezwykle rzadko. Dla upewnienia się, czy nie popełniam błędu zajrzałam do netu i trafiłam na opinię koczowniczki, której zdanie niezwykle sobie cenię i okazało się, iż niczego nie stracę, a nawet zyskam nie kończąc lektury.

Przyznam iż książka mnie zniesmaczyła i rozczarowała. Ani Rzymu w niej nie ma, ani ciekawych bohaterów, fabuła (mająca udowodnić tezę, iż wszystko co nas w życiu spotyka jest konsekwencją tego, co spotkało nas w dzieciństwie) jest niezwykle przewidywalna (moje podejrzenia potwierdziły się, kiedy przeczytałam opinię koczowniczki). Główny bohater leci z Paryża do Rzymu odwiedzić nie widzianego od lat ojca. W samolocie spotyka matkę z córką, od których bierze numer telefonu. Ojciec który nie widział syna od wielu lat niemal na korytarzu zaczyna opowiadać bohaterowi historię jego matki, która była uzależniona od seksu (i kolokwialnie mówiąc nie przepuściła żadnemu mężczyźnie).  W umyśle bohatera natychmiast pojawia się obraz, kiedy jako dziecko był świadkiem stosunku matki z kochankiem, na co być może ojciec wyraził przyzwolenie. I jeśli ktoś sądziłby, że to tylko pretekst stanowiący odwołanie do traumatycznego dzieciństwa, który zaowocuje ukazaniem portretu skrzywdzonego dziecka w ciele dorosłej osoby to bardzo się myli. Dalej bohater dochodzi do wniosku, że aby rozprawić się ze swoją przeszłością i wspomnieniami, które utrudniają mu normalne relacje z ludźmi (nie tylko seksualne) powinien doprowadzić do powtórzenia sceny z dzieciństwa. Dzwoni do poznanej w trakcie podróży kobiety i zaczyna uwodzić jej nieletnią córkę.
Jest w tej książce jakaś niezdrowa fascynacja wynaturzonym życiem seksualnym. Deprawacja dziecka, dziecko w roli stręczycielki, rzucanie się na przypadkowych partnerów, popęd rządzi zachowaniem wszystkich niemal bohaterów tej książki, a w szczególności kobiet (matka bohatera, poznana w samolocie kobieta, przyszła macocha, a nawet trzynastoletnia córka bohaterki). Bohater natomiast to bezwolna marionetka, która poddaje się każdej zachciance przypadkowych znajomych, a przeżyciami z okresu dzieciństwa tłumaczy swą spolegliwość. Odniosłam wrażenie, iż wynaturzony seks stanowi obsesję nie tylko bohatera, ale i pisarza i przyznam się, że nie mam ochoty (przynajmniej w tej chwili) na dalsze zapoznawanie się z twórczością pisarza, choć jak czytałam Podróż do Rzymu to nie jest typowa dla niego proza. Muszę natomiast przyznać, iż okładka bardzo adekwatna do treści.

sobota, 6 grudnia 2014

Wstręt do tulipanów Richard Lourie

Wydawnictwo Znak, rok wydania 2013, ilość stron 206.

Historia fikcyjnego holenderskiego chłopca, który zadenuncjował rodzinę Anny Frank jest tylko pretekstem do zastanowienia się nad kwestią wyborów zdeterminowanych okolicznościami wojennymi, tym trudniejszych, iż dokonywanych przez dziecko. 
Narrator, starzejący się człowiek, będący bohaterem powieści opowiada odwiedzającemu go po latach bratu historię ich dzieciństwa. Nie jest to taka historia, jaką brat będzie mógł się chlubić i opowiadać swej amerykańskiej rodzinie. Okres okupacji niemieckiej Amsterdamu rodzina przeżyła w ciężkich warunkach; nędza, głód, choroby, przyspieszone dojrzewanie sprawiające, iż dzieci przejmują rolę dorosłych. Mały Joop dręczony poczuciem winy z powodu śmierci brata, którego zaraził, zmagający się z brakiem akceptacji i poniżaniem przez ojca, postanawia za wszelką cenę uratować śmiertelnie chorego rodzica. Ima się różnych zajęć, podejmuje pracę, ale okazuje się, że nawet ona nie jest w stanie zapewnić przeżycia. Rodzina zmuszona jest jeść cebulki tulipanów, co pozostawia wstręt na całe życie. Kiedy przypadkiem odkrywa miejsce pobytu żydowskiej rodziny uznaje to za znak, który pozwoli mu na ocalenie rodziny. Ceną przeżycia okazuje się wskazanie miejsca pobytu ukrywających się Żydów. Dziecko nie ma moralnych dylematów, ono ratuje swoich bliskich i zyskuje akceptację ojca. 
Byłem wszystkim, co mu zostało-ciągnąłem. I w końcu zdobyłem to, czego zawsze pragnąłem; jego miłość, jego uwagę. Ale doszło do tego w tak straszny sposób, że nie mogłem się cieszyć. Tak czy owak, lepsze to było, niż nic, i on też był dla mnie wszystkim, co miałem.
Joop przeżył gehennę wojny, tyle, że potem musiał żyć z poczuciem winy, ukrywaniem mrocznego sekretu i nieumiejętnością stworzenia bliskich więzi z innymi ludźmi. Poczucie winy stara się zniwelować usprawiedliwiając własne czyny okolicznościami. To nie on, lecz sytuacja doprowadziły do tego, że dziecko postawiono w sytuacji, w której musi wybierać pomiędzy życiem nieznanej a życiem własnej rodziny, a każdy z tych wyborów obarczony jest winą. Kiedy w jego ręce wpada po latach Dziennik Anny Frank wydaje się on być kolejnym powodem przemawiającym za słusznością podjętej lata temu decyzji. Joop dochodzi do wniosku, iż skoro Anna była rozpieszczoną, egoistyczną dziewczynką, nie przejmującą się innymi, stawiającą na pierwszym miejscu siebie, to gdyby ją postawiono przed wyborem, przed jakim stanął Joop postąpiłaby tak samo. 
Wymyśliłem dla Ciebie Anno, mój własny film. Masz wybór. Wystarczy, że kiwniesz głową i mój ojciec umrze w łóżku na początku sierpnia 1944 roku. Tak czy owak znajdował się wtedy na granicy śmierci i niewiele było trzeba, żeby go wtrącić do grobu. Musisz więc tylko kiwnąć głową i on umrze. A to znaczy, że ocalisz całą swoją rodzinę, matkę, siostrę, siebie samą, a także ludzi z którymi się ukrywasz. Ocalisz życie swojemu ukochanemu tacie, choć on, jako jedyny, i tam ma przetrwać. (..) Jeśli kochasz życie, jeśli kochasz swoją rodzinę, jeśli chcesz mnie ocalić od grzechu wydania cię Niemcom, kiwnij głową.
Książka stawia pytania, na które nie ma odpowiedzi, ostrzega przed ocenianiem (perspektywa utraty życia może zdeterminować wybór, zwłaszcza, kiedy przed wyborem stawia się dziecko). Książka zmusza do zadania sobie pytania, jak my zachowalibyśmy się w takiej sytuacji. Tyle, że my mamy komfort - nie musimy na to pytanie udzielać odpowiedzi.  
Książka została doskonale napisana. I choć to nie fabuła jest tu najistotniejsza, opowieść wciąga i nie pozwala się oderwać do chwili przeczytania ostatniego zdania. 
Było to moje pierwsze spotkanie z autorem, ale już wiem, że nie ostatnie.
Lirael, jeśli tu jeszcze zaglądasz dziękuję Ci za polecenie mi tej książki.

niedziela, 30 listopada 2014

Igor Mitoraj moje antidotum na nieprzystawalność do współczesnej sztuki


W paryskiej dzielnicy nowoczesnych biurowców La Defense gościłam kilkakrotnie. Nie wywarła on na mnie większego wrażenia. Grande Arche będący celem odwiedzin nie zachwycił, a szklane drapacze chmur niosły skojarzenia z Ameryką. Domy z betonu i szkła sprawiają na mnie wrażenie bezdusznych korporacyjnych boksów, w którym zamknięto człowieka, aby wycisnąć wszystkie jego soki. Właściwie to nic nowego, historia ludzkości jest historią panowania jednego człowieka bądź grupki ludzi nad całą resztą społeczeństwa. 
Podczas ostatniego (październikowego) pobytu w Paryżu miałam okazję mieszkać w pobliżu La Defense. Idąc w kierunku metra zastanawiałam się, czy architektura XXI wieku będzie tym dla potomnych, czym dla nas jest architektura zeszłych stuleci. Czy ten brak zdobień, prostota formy i funkcjonalność uzyska uznanie ludzi, którym przyjdzie żyć po nas. Kiedy tak wędrowałam esplanadami, a myśli krążyły wokół nieprzystawalności własnej osoby do dzisiejszego świata (typowej rozterki osoby wchodzącej w wiek dojrzały) zauważałam najpierw Jego a potem Ją. A może odwrotnie. 

Ikar i Ikaria Igora Mitoraja. Na tle biurowców, odbijające się w szkle ogromne, masywne postaci ludzkie sprawiające wrażenie niezwykle lekkich. Z jednej strony okaleczone, ułomne, słabe, a z drugiej silne, zwycięskie, wielkie. Współczesne, a jednak klasyczne rzeźby polskiego artysty z jednej strony jakoś tu dziwnie nie pasują, a z drugiej świetnie wpisują się w tę odhumanizowaną rzeczywistość i współczesne formy. Z rzeźbami Mitoraja zetknęłam się wcześniej w Krakowie, Warszawie, Poznaniu i Rzymie. Wszędzie zaskakują, pierwsze wrażenie wywołuje coś w rodzaju konsternacji. Jak dotąd chyba najbardziej nieprzystawalnym miejscem, w którym oglądałam dzieło tego rzeźbiarza był Poznański Stary Browar. Teraz dołączyła do tego La Defence. Stałam zahipnotyzowana i rzeźbami; klasyka wśród architektury przyszłości, i ich umiejscowieniem. Niewiarygodnym wydawało mi się, iż artysta wyraził zgodę na takie ich usytuowanie, a może zresztą to on sam zaproponował takie miejsce ich ekspozycji. Choć z drugiej strony esplanada prowadzi do Uniwersytetu, a to chyba dobre otoczenie dla dzieł sztuki. 

Po namyśle doszłam do wniosku, że te rzeźby „uczłowieczają” otoczenie. Zatrzymują przechodnia w biegu, spowalniają jego ruchy, zmuszają do zastanowienia się nad kondycją człowieka. I za chwilę to współistnienie wydaje się jak najbardziej harmonijne. Jego Ikar wraz ze swą partnerką Ikarią to ludzie okaleczeni doświadczeniem wojen i śmierci, a jednak zwycięscy. Nie podejmę się analizy dzieł, bo nie mam ku temu wystarczającej wiedzy. Na rzeźbie nie znam się wcale. Gdyby nie Michał Anioł, Bernini, Canova moja znajomość tej dziedziny sztuki była by bliska zeru. 
Zaskakuje mnie natomiast klasyczne piękno ciała w rzeźbach pana 
Mitoraja w zderzeniu z ich oszpeceniem (okaleczeniem). Jego posągi są wielkie i ułomne zarazem. Jest w nich i smutek i nadzieja, świadomość przemijania i jednocześnie wiara w przetrwanie. Wzloty i upadki, jak u Ikara. Raz chcemy dorównać Bogom, a za chwilę zostajemy ukarani za swoją pychę. 
I to one przyciągają wzrok bardziej niż otaczające je budynki. Mimo, że nieprzystępne i obce, tajemnicze, są fascynująco piękne i melancholijne. Są symbolem waleczności i wielkości człowieka. I za to cenię rzeźby zmarłego niedawno polskiego artysty.

Zdjęcie nr 1 Ikaria w paryskiej La Defense, zdjęcia nr 3 i 4 Ikar w paryskiej La Defense, zdjęcie nr 2 Blask księżyca w Starym Browarze w Poznaniu


Fragment drzwi świątyni Santa Maria degli Angeli w Rzymie (dwa pierwsze zdjęcia) oraz fragment drzwi świątyni Matki Bożej Łaskawej w Warszawie (dwa kolejne zdjęcia)

Moim zdaniem rzeźby tego wielkiego, niedawno zmarłego polskiego artysty mają coś wspólnego z rzeźbami mojego ulubieńca Michała Anioła. Te uwięzione w drzwiach świątyń fragmenty ciał przypominają Niewolników Michała Anioła.